PBF - Błogosławiona Krew

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 29 sierpnia 2018, 20:59

Moduł w Ferrallies, Tulon

Wynalazca w istocie cieszył się, że podeszli go wypraszać technicy, a nie żołnierze. Właściwie nacieszył już oko spalinową elektrownią, a spaliny i huk towarzyszący wytwarzaniu błogosławionego prądu były nie do wytrzymania, ani chwili dłużej. Gdyby Loretta dowiedziała się czego się nawdychał skończyłoby się z pewnością odtruwającą herbatką.

Wezwany do okazania przepustki Leon, pokiwał twierdząco głową i zwrócił się do mężczyzny z pasem narzędziowym.

- Jak rozumiem zbiorniki są zakopane pod placem, ale tu jest za głośno! Proszę wskazać bezpieczne miejsce gdzie możemy porozmawiać! - odczekał chwilę by zdziwiony mechanik ruszył z miejsca wskazując ręką w kierunku nabrzeża kanału. Następnie zbliżywszy się do niego wszedł w konfidencję - Jaka moc generatora?! Milion hektawatów?! Pewnie więcej! Można zbudować rampę dla tankowców, taki kanał, żeby nie trzeba było transportować paliwa z portu, ale wtłaczać do podziemnych cystern wprost ze statków. Przydałoby się też gdzieś odprowadzać spaliny, ten smród zapije pana szybciej niż harapowie. - Ostatnie słowa wynalazcy wzbudziły nieufność w zalęknionej duszy mechanika, ale zaraz za nią podążała ciekawość, typowa ludziom jego profesji.

-Przepustki. - tam gdzie przebywali mógł mówić już ciszej
- Tu już nie są nam potrzebne - odpowiedział zdawkowo Leon - Ale proszę wierzyć, że brzmią jak lira i jeszcze lepiej błyszczą. Ktoś mógłby je zobaczyć. Interesują mnie schematy, aparatura komponowana, ekrany interfejsu, zamienniki energii, z resztą z pewnością ma pan tu znajomego ze swym panoptikum, chciałbym rzucić okiem.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 02 września 2018, 16:37

Moduł w Ferrallies, Tulon

Mężczyźni w kombinezonach wymienili między sobą spojrzenia, potem rozmówca Leona pokazał szlachcicowi gestem dłoni, by ten podążył za nim na zewnętrzną krawędź placyku. Hałas we wskazanym miejscu wciąż pozostawał nieznośny, ale pilnujący wejścia do elektrowni złomiarze nieco się rozluźnili.

- Jeśli chcecie handlować, przyszliście w złe miejsce - wyjaśnił podniesionym głosem ten obwieszony pasami narzędziowymi - Do Modułu nie wolno wchodzić nieupoważnionym. Jeśli macie złoto, zaprowadzę was do tych, którzy mają towar.

- Byle w gwarnym i ludnym miejscu - wtrącił śmiertelnie poważnym tonem sierżant Bonnet. Złomiarz zrobił na dźwięk tych znaczących słów głęboko urażoną minę, skrzywił wymownie usta.

- Nie macie mnie chyba za złodzieja? - prychnął głośno, ale zaraz złagodniał obłaskawiony widokiem Leona poklepującego w doskonale zrozumiały sposób mieszek - Chodźcie za mną.

Sanguine zerknął raz jeszcze tęsknym wzrokiem na rozsadzaną hukiem i łoskotem elektrownię, po czym podążył w towarzystwie swoich ochroniarzy w ślad za przewodnikiem.

Jak się okazało, nie musiał iść zbyt daleko. Kilka ulic i zagraconych placyków dalej, mężczyzna z narzędziami wprowadził szlachcica wprost na skupisko kramów i straganów miejscowych szabrowników. Leon Thibaut nagrodził go kilkoma złotymi monetami o niskim nominale, po czym jął przetrząsać pęki ukrytych w gumowej otulinie kabli, pudełka ze złączkami i przewijane wielokrotnie transformatory.
Na targowisku tym można kupić różne części i surowce powiązane z tematem elektryki. Dla potrzeb gry uznajmy, że Leon wygrzebie tam 1k6 uniwersalnych części zamiennych oraz 2k4 typowo elektrycznych.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 02 września 2018, 16:53

Rezydencja w Terres Putain; Wczesny ranek

Helweta wstał wcześnie. W miejscu takim jak wynajęta rezydecnja mógł sobie pozwolić na odrobinę innej rutyny. Wiedział, że w trasie nie będzie miał możliwości takich luksusów jak poranne ćwiczenia. Wykonał zestaw pompek, wznosów, podciągnięć i przez kilkanaście minut pobiegał w górę i w dół długich schodów na dziedzińcu willi. Potem obmył się i ubrał w to co miał na sobie poprzedniej nocy. Na sniadanie do kuchni zszedł mimo wszystko pierwszy.

Rezydencja zdawała się byc wciąż pogrążona we śnie, poza jej stałymi domownikami rzecz jasna, choć najemnikowi nie umknął fakt, że brakowało córki Daniela.

Początkowo chciał zignorować ten fakt, ale gdzieś z tyłu głowy ukłuła go myśl, że dziewczyna być może donosiła komuś. W tym przekonaniu utwierdził go fakt, że Daniel - zarządca domu był bardzo nerwowy, jakby coś ukrywał. Co i rusz nerwowo zaciskał pięści a na twarzy wykwitał pąsowy rumieniec złości lub poruszenia. Gdy jednak tylko zbliżał sie do Helwety na twarz mężczyzny wracał sztuczny uśmiech.

Gdy mężczyźnie podano do stołu sytą jajecznicę i kubek gorącej kawy, spytał wprost:

- Zacny Danielu, a gdzie podziewa się Jeanne?
Mial byc jeden poscik, ale Keth nie zacznie wlasiwego ITB dopoki nie dobijemy do przynajmniej 1500 postów ;)
Ostatnio zmieniony 02 września 2018, 21:09 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 02 września 2018, 17:17

Rezydencja w Terres Putain, Tulon

Na twarzy życzliwego i opanowanego na co dzień zarządcy pojawił się wyraźny cień, w opinii Bartheza zbyt głęboki, by jego źródłem było wyłącznie poczucie wstydu na wspomnienie upokarzającego zachowania dziedzica w trakcie kolacji. Wspomnienie owego zajścia wywołało w Nathanie nutkę współczucia wobec Daniela, chociaż na beznamiętnej twarzy Helwety nie pojawiło się nic, co mogłoby sugerować brak akceptacji wobec poczynań Abdela Sanguine.

- Mam nadzieję, że nie zachorowała? - ponowił dyskretne śledztwo Alpejczyk - Ktoś mógłby to wziąć za zły omen w dniu rozpoczęcia ekspedycji.

- Rzeczywiście jest chora - odpowiedział zarządca, z przygnębioną miną i tonem tak szczerym, że ktoś inny niż Nathan mógłby tę odpowiedź kupić bez zastanowienia. Ale Barthez wyczuł, że Frank jedynie skorzystał z podsuniętej mu sugestii, by zręcznie wybrnąć z niewygodnego tematu rozmowy.

Podnosząc do ust łyżkę jajecznicy, mężczyzna przeanalizował w myślach kilka sposobów przyszpilenia zarządcy ostrzejszymi w formie pytaniami. Nie zdziwiłby się wcale, gdyby młoda Jeanne sprzedawała komuś na zewnątrz informacje o bawiących w rezydencji gościach, bez lub za wiedzą samego Daniela. Nie sądził też, by fakt ten sam w sobie stanowił jakieś poważniejsze zagrożenie dla dziedzica Sanguine, chociaż sam Abdel zapewne podszedłby do takiego aktu nielojalności służby znacznie mniej wyrozumiale.

- Cóż jej się zatem przydarzyło, że nie może ci pomóc w kuchni? - zapytał w zamierzenie natarczywy sposób, ale zarządca nie odpowiedział. Prostując się mimowolnie i przywołując na twarz fałszywie promienny uśmiech, jął witać wchodzącą do kuchni Angeline Leę.

Ubrana w czysty, odprasowany i doskonale pasujący strój podróżny, dziedziczka usiadła pomimo protestów zarządcy na ławie przy stole Bartheza, po jego przeciwnej stronie. Sunące jej śladem dwórki - nieśmiałe ciemnowłose dziewczęta o jasnej cerze i zgrabnych kształtach - wydawały się spłoszone nielicującym z etykietą zachowaniem swej pani, ale przezornie nie powiedziały ani słowa w obecności Alpejczyka.

- Poproszę to samo, co pan Barthez - zażyczyła sobie Angeline, obserwująca Helwetę uważnym wzrokiem - Tylko trochę większą porcję. Na szlaku możemy mieć pewne kłopoty z gorącymi posiłkami, prawda, panie Barthez?
Rozmowa o stanie zdrowia córki gospodarza zeszła chwilowo na boczny tor...

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 04 września 2018, 22:37

Targowisko w Ferrallies, Tulon

Targowisko, na które jak Leon sadził, że i tak by trafił, nie było tym co obiecywał sobie po mechaniku z modułu. Liczył raczej, na tajemny pokoik na poddaszu pod czerwonymi dachami, bez względu na opinie jego ochraniarzy.

Odliczył chłodno złote krążki, wręczając je mechanikowi, spojrzał mu w twarz.
- Niech to będzie dobra moneta.

Przechodząc między rozłożonymi na najróżniejszych zaimprowizowanych blatach skarbami, szczątkami artefaktów starożytności, wynalazca czuł drażniący brak wiedzy. Oglądał aorty, serduszka, pamięci i nawet całe członki dawno zmarłych maszyn, poszatkowane jak warzywa w sałatce. Wybrał kila zwojnic, próżniowe naczynie, gwintowaną tuleję, mikropamięć, mały płaski akumulator, ostatecznie zabrał jeszcze przedziwny schemat w książeczce o zmurszałych kartach.
Książeczka zapisana nieznanymi literami opisywała jakiś duży pocisk, posiadający zdawało się własny napęd. Jakby trzy oddzielne zbiorniki paliwa, lub energii, ale jeden tylko połączony z właściwym silnikiem.

- Potrzebny mi jeszcze dobry rusznikarz - zwrócił się do sprzedawcy - optyka do broni i amunicja, proszę się nie obawiać, broni używamy w potrzebie obrony Franki.
To proszę wylosować ilość tych części i sugestię co może Leon z nimi zrobić. Pozwoliłem dorzucić sobie plany ruskiej rakiety, tylko od Mistrza Gry zależy, czy wynalazca kiedyś zrozumie co posiada i zdoła to wykorzystać. Leon spróbuje kupić jeszcze optykę do broni sztuk dwie i jeśli będzie coś atrakcyjnego u ewentualnego handlarza uzbrojenia to może jakieś " ładunki wybuchowe, lub gazowe". Noktowizor jeśli są takie cuda. Następnie powróci do rezydencji na obiad.

Awatar użytkownika
Kargan
Reactions:
Posty: 1420
Rejestracja: 22 listopada 2012, 13:44
Has thanked: 8 times
Been thanked: 7 times

Post autor: Kargan » 04 września 2018, 23:35

Terres Putain, Rezydencja; Toulon; Wczesny ranek

Barthez tylko lekko podniósł się z ławy i lekko się uśmiechając skłonił delikatnie widząc wchodzącą Angelinę z fraucymerem:

- Dzień dobry jaśnie pani.

Arystokratka mimo żywego protestu Daniela dosiadła się do Alpejczyka. Sunące jej śladem dwórki - nieśmiałe ciemnowłose dziewczęta o jasnej cerze i zgrabnych kształtach - wydawały się spłoszone nie licującym z etykietą zachowaniem swej pani, ale przezornie nie powiedziały ani słowa w obecności Alpejczyka. Poczekał z zgodnie z etykietą aż szlachcianka usiądzie, zapraszającym gestem pokazał dwórkom miejsce przy ławie, a potem powrócił do swojej jajecznicy. Nie była to wizyta w czas, bo Helweta nie miał zamiaru interogować właściciela w obecności Angeliny. Nie widział potrzeby wzbudzać niepotrzebnego niepokoju.

- Poproszę to samo, co pan Barthez - zażyczyła sobie Angeline, obserwująca Helwetę uważnym wzrokiem - Tylko trochę większą porcję. Na szlaku możemy mieć pewne kłopoty z gorącymi posiłkami, prawda, panie Barthez?

- W podróży owszem, ale będziemy trochę biwakować, więc nie ominą was ciepłe posiłki. Szczerze natomiast wątpię aby dorównywały smakiem kuchni w rezydencji - odpowiedział grzecznie Barthez, dodając po chwili trochę wbrew etykiecie - Wcześnie wstała panienka i już gotowa do drogi. Będę musiał panienkę rozczarować, ale pewnie nie ruszymy przed południem, zważywszy na to, że panicz Leon ma jeszcze dziś udać się do Ferralies.

- Zdaję sobie sprawę z tego, że daleko mi do profesjonalizmu jaki prezentuje tak doświadczony mężczyzna jak pan panie Barthez, byłabym jednak wdzięczna gdyby nie tytułował mnie waszmość panienką - na twarzy Angeline wciąż wisiał uprzejmy uśmiech, ale temperatura jej głosu spadła wyraźnie - Przeszłam pełne szkolenie Sangów i zapewniam pana, że w niczym nie przypominam typowej "panienki z dobrego domu".

Lea nałożyła na talerz sporą porcję jajecznicy i sięgnęła po leżący obok bochenek chleba po czym odkroiła nożem solidną pajdę. Skinąwszy głową w podzięce Danielowi, który w międzyczasie napełnił jej kubek gorącą kawą, dziewczyna nadziała na widelec spory kawałek mocno ściętej jajecznicy i wpakowała go z animuszem do ust.

- Co jeszcze może mi pan profesjonalista opowiedzieć o czekających nas na szlaku niebezpieczeństwach ? Przewiduje pan jakieś szkolenie czy wykład dla panienek z dobrego domu ? - mówiąca z pełnymi ustami Angeline próbowała zachować pełną dystansu powagę, ale nie była w stanie ukryć roześmianych i błyszczących oczu.

Nie sposób było nie dostrzec z jakim trudem szlachcianka próbowała utrzymać kamienną twarz i Alpejczyk wziął to za dobrą monetę. Postanowił zatem ciągnąć grę:

- Mój zakres obowiązków nie przewiduje niestety żadnego szkolenia dla szlachcianek z dobrych domów - stwierdził oschle i zrobił pauzę, by zagryźć pajdy chleba. Uśmiechnął się chytrze:

- Ale skoro słyszę, że waćpannie daleko do damy z dobrego domu, to zmienia postać rzeczy... kapralu Sanguine. Tak między nami zachęcałem kapitana Perraulta do czynnego uczestnictwa wolnych Sangów w zadaniach operacyjnych moich ludzi. Podniosą swoje kwalifikacje. Bagna Franki to zupełnie inny teatr działania od pustkowi Purgare. Więc jeśli wasi wojskowi przełożeni wyrażą zgodę, chętnie podzielę się wiedzą i doświadczeniem.

Angeline roześmiała się radośnie i zupełnie nie szlachecko walnęła dłonią w blat stołu aż zadrżały kubki z kawą a przestraszone dwórki podskoczyły na swoich siedzeniach.

- Radam to słyszeć...kapitanie ? Nie wiem jaki przysługuje panu stopień oficerski, ale doświadczenia nie przekłada się na stopnie - twarz Lei promieniała szerokim uśmiechem - Z radością i uwagą wysłucham szkolenia na temat działania w innym środowisku a kapitan Perrault również bardzo chętnie skieruje do pana swoich ludzi. Już ja się o to postaram.

- Jestem tylko najemnikiem, toteż nie mam stopnia. - Stwierdził krótko Barthez, choć były to słowa zupełnie nie licujące z zachowaniem Helwety: - Nie ustaliełm jeszcze z kapitanem godziny odprawy, ale upewnie się że zostaniecie poinformowani kapralu.
8art: Tytuuję Angelinę kapralem, bo jako BG nie wiemy obaj z Karganem jaki stopień ma kobieta. Jak MG ewentualnie stwierdzi, że ma inny to wyedytujemy.
Kargan: dodam tylko iż posta pisaliśmy z 8artem razem ;)
Ostatnio zmieniony 05 września 2018, 22:37 przez Kargan, łącznie zmieniany 1 raz.
]|[ Innocence Proves Nothing ]|[

Medea Trix: WS 28, BS 44, S 32, T 29, AG 41, INT 29, PER 40, WP 32, FEL 33 (12 wounds, 2 fate points)
Erias Kantar (Black Templar Marine): WS 53, BS 37, S 40, T 42, AG 51, INT 45, PER 45, WP 46, FEL 40 (23 wounds,4 fate points)

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 05 września 2018, 08:07

Rezydencja w Terres Putain, Tulon

- Dzień dobry. - powiedział Abdel z uśmiechem wkraczając do jadalni. Odziany był w gustowną zdobioną czerwoną nicią kamizelkę pod którą znajdowała się koronkowa koszula spięta u góry delikatnym żabotem. Dziedzic promieniał dobrym nastrojem od samego przekroczenia progu.

Luigi Boccherini - Minuetto

- Uuu... czyżbyśmy mieli lepszy dzień? - skwitowała wejście brata nieco kąśliwie Lea.

- O w rzeczy samej... zdecydowanie, moja droga. Ta noc, jak to mawia nasz szlachetny kuzyn Leon, mocno podładowała mi baterie... - zachichotał głośno, szczerym perlistym śmiechem. - Ale nie spoczywajmy na laurach. Cóż dzisiaj na śniadanie? Oby nie ryba, mam dosyć tego zapachum, przynajmniej na jakiś czas. - rzucił zerkając przy tym na rządcę - O! Jajecznica jak widzę, świetnie. Proszę o nieco skromniejszy talerz niż moja siostra, muszę dbać o linię.

Abdel wbił złośliwe spojrzenie śmielej w rządcę, dopóki ten usłużnie nie podał mu pod nos zasłużonego posiłku, po jakże upojnej nocy spędzonej z jego ukochaną córką.

Och bogowie, niechże ten idiota ma choć raz w życiu jaja i zrobi jakąś głupotę, po której Barthez będzie go musiał zastrzelić. Tu na miejscu, na oczach wszystkich. To znacząco mogło by poprawić mi dzisiaj apetyt. A na pewno go zaostrzyło, na jego córkę. - zachichotał w duchu upajając się przygnębieniem sługi - Ale to dopiero kiedy będę wracał z Bergamo. Naturalnie, jeśli ta mała suczka nie zrobi sobie czegoś wyjątkowo głupiego i na ten przykład nie zdechnie do tego czasu. Właściwie, to jedna z kilku opcji jakie teraz to dziewcze ma. Oczywiście może jeszcze znaleźć sobie jakiegoś gacha i uciec z nim zanim wrócę, ale biorąc pod uwagę jak łkała o poranku, nie jest to ten typ. Może też potulnie czekać na mój powrót u boku swego ojczulka a wtedy... wtedy, przeszkolę ją raz jeszcze. Tym razem mniej brutalnie. Tak by tym ból przemieszał się z przyjemnością jaką każda kobieta potrafi doznać. Niech się pogubi co boli, a co sprawia ekstazę. Wówczas ją ukształtuję. Ulepię ją na nowo, jak bym z gliny rzeźbę formował. A kiedy owa lubieżna rzeźba będzie skończona, kiedy będzie gotowa dawać mężczyźnie wyuzdaną lub li bolesną przyjemność, wówczas... wówczas stanie się nudna, i ją odrzucę. Oczywiście może też skorzystać z najgłupszej opcji i spróbować teraz się zemścić za splamioną dumę. Rękami swymi lub swego głupawego ojczulka...

Spojrzał na podstawianą właśnie jajecznicę, zastanawiając się czy rządca czego nei dorzucił od siebie do tego dania przy jego nakładaniu.

- Ta jajecznica... - powąchał podstawioną mu potrawę nie spróbowawszy nawet - chyba.... raczej nie mam na nią ochoty. - Odsunął wielkopańskim gestem talerz i z wyraźną odrazą. - Ale proszę, na pewno będzie panu smakować, proszę się do nas koniecznie przysiąść rządco. Wszak nasze wspólne posiłki stają się już tradycją. Ja zamiast tego, poproszę o owoce. Świeże i jeszcze nie wymiętoszone. Takie właśnie lubię mieć najbardziej... - pstryknął palcami na innego służącego. Z uprzejmym uśmiechem wciąż śledził reakcję rządcy, na jego dwuznaczne słowa. I przez chwilę zastanawiał się jakie to uczucie spożywać wspólny posiłek z kimś, kto tak potraktował jego własną córkę.

Abdel nie mógł nie zauważyć jak kłykcie rządcy pobielały od silnego zaciśnięcia się na uchwyconych sztućcach. Ten widok połechtał jego pychę jeszcze bardziej.

No dalej zrób coś. Skoro ja mam umrzeć na jakichś rubieżach, niech ginie cały świat. Spalę i zniszczę wasze małe światy, będziecie pamiętać że przechodził teędy nie lada pan. Razem z tymi śmierdzącymi jajami albo przełkniesz teraz dumę, stary capie, albo połkniesz kulkę. Twój wybór.

- Smacznego.... - powiedział cicho uśmiechnięty Abdel.
Ostatnio zmieniony 05 września 2018, 08:29 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 06 września 2018, 14:30

Rezydencja w Terres Putain, Tulon

Rządca rezydencji przez nieznośnie długą chwilę wpatrywał się w podsunięty mu talerz, a na jego pobladłej twarzy widniał jakiś wieloznaczny grymas, który niezbyt przypadł Nathanowi do gustu. Alpejczyk odniósł wręcz wrażenie, że poczciwy Frank napina mięśnie gotów porwać się na szaleńczy i niezrozumiały czyn, jakim byłoby rzucenie się dziedzicowi do gardła. Nie zdołałby rzecz jasna zwieńczyć tego planu, bo Barthez zawsze nosił w kaburze na biodrze załadowany pistolet, więc nie owe zagrożenie troskało Helwetę, a prawdopodobieństwo tego, że będzie musiał uczynić Danielowi krzywdę.

Cyrk urządzony przez Abdela przy wczorajszej kolacji niewątpliwie zszargał nerwy rządcy, ale w zachowaniu mężczyzny Barthez wyczuwał coś jeszcze, znacznie poważniejszą nutę od publicznego upokorzenia przy stole. A płynące z tego wrażenia wnioski jednoznacznie wiązały się z nieobecnością córki rządcy w kuchni.

Mężczyzna zgarbił się w końcu, jego ramiona oklapły, a widelec zagłębił się w kawałeczku jajecznicy, której w opinii Bartheza absolutnie nic nie brakowało. Helweta zdusił w sobie uczucie współczucia dla rządcy, powrócił do niezobowiązującej rozmowy z Angeline obserwując jednocześnie kątem oka przygnębionego rządcę.

Reszta śniadania przebiegła w wyczuwalnie niezręcznej atmosferze, chociaż dziedzic próbował zabawiać resztę domowników wyszukanymi anegdotami. Barthez wstał od stołu przeświadczony o tym, że mieszkańcy rezydencji przyjmą wyjazdu Abdela z głębokim żalem.

Wręcz przeciwnie, niektórzy z nich będą młodemu arystokracie życzyć wszystkiego najgorszego.
Na tym wpisie proponuję zakończyć wątek tuloński. Abdel z właściwym sobie czarem narobił sobie nowych wrogów, reszta drużyny jakoś przetrwała zderzenie z pokusami portowej metropolii. Leon kupił trzy pakiety części uniwersalnych oraz trzy części do elektryki. Z tych pierwszych może próbować zbudować jakieś małe proste urządzenia (latarka na dynamo, etc). Może też spróbować zrobić upgrade broni lub pancerza swojego lub towarzysza (ale to w przyszłości, na razie nie ma na to czasu). Asortyment elektryczny to inwestycja w dalszą przyszłość.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 września 2018, 18:17

Rezydencja w Terres Putain, Tulon

Kiedy liczny orszak gości opuścił w końcu rezydencję, w murach posiadłości zapadła długa ciężka cisza. Poczciwy rządca winien był okazywać ogromną radość z faktu pozbycia się uciążliwego nad wszelką miarę dziedzica, wszelako na jego przygnębionym obliczu nie malowały się żadne ślady wesołości. Krążąc pod zamkniętymi drzwiami pokoju swej córki, mężczyzna wzdychał w bezsilnej desperacji i zaciskał pięści, nie mając odwagi, by ponownie wejść do środka.

Płacz skrzywdzonego dziecka odbierał rządcy zmysły, a rozpacz mieszała się w jego głowie z bezsilną wściekłością i szczerą nienawiścią.

Odgłos cichych kroków za plecami wyrwał Daniela z czarnej zadumy, zwrócił uwagę na idącego środkiem korytarza rosłego Polanina z grupy najemników pana Bartheza. Zaskoczony widokiem człowieka, który winien był właśnie przemierzać z resztą wyprawy przedmieścia Tulonu, rządca stężał pod wpływem złego przeczucia. W jego myślach pojawiło się natychmiast wyobrażenie bezszelestnego zabójcy oraz wyludnionego domu z zakrwawionymi ciałami w zamkniętych na klucz pokojach. Arystokracja Montpellier rządziła się własnymi prawami, częstokroć równie okrutnymi jak plemienne reguły pirenejskich klanów albo Wynaturzonych z góry delty. Dla ludzi takich jak Abdel Sanguine uciszenie niewygodnych świadków swej słabości mogło być czynem równie pospolitym, co zabicie irytującej muchy.

Wielki Polanin kilkoma krokami pokonał dzielącą go od rządcy odległość, a potem zgodnie z oczekiwaniami struchlałego mężczyzny sięgnął za pazuchę podróżnego prochowca.

- Nie waż się! - wyrzucił z siebie bezradnie Daniel, doskonale świadomy tego, że w żaden sposób nie zdoła zatrzymać czy nawet spowolnić dybiącego na życie Jeanne polańskiego zbira.

Najemnik wyciągnął spod płaszcza niewielki przedmiot, w niczym nie przypominający wyglądem narzędzia zbrodni. Było to płaskie pudełko z ciemnego drewna, pokryte wzorami wykonanymi przez mistrza snycerki.

- Dla twojej córki - powiedział Polanin wręczając rządcy pudełko - Od dziedzica rodu Sanguine. Jego miłość Sanguine dowie się, czy prezent został przekazany, więc nie próbuj go zagarnąć dla siebie, człowiecze.

Poprzestając na złowróżbnej przestrodze, najemnik zawrócił i zniknął z oczu Daniela, najpewniej śpiesząc się z zamiarem dołączenia do opuszczającej Tulon ekspedycji. Rządca stał przez dłuższą chwilę na pustym korytarzu, wpatrując się we wręczony mu przedmiot. Oblizując niepewnie wargi, otworzył w końcu pudełko i westchnął na widok wpiętych w satynową podpinkę srebrnych kolczyków, masywnych i przykuwających wzrok matową barwą wprawionych w nie wielkich pereł.
Scenka napisana pod życzenie Suriela, definitywnie zamykająca wątek tuloński.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 08 września 2018, 18:22

[center]ROZDZIAŁ III[/center]
[center]OKOPCONY SZLAK[/center]

"Współudział w zapewnieniu bezpieczeństwa na Osmalonym Szlaku nigdy nie był w Montpellier postrzegany za frakcyjny priorytet. Odległość dzieląca tę linię tranzytową od Rubinu, konkurencyjne sąsiedztwo Tulonu oraz brak doraźnych korzyści dla rodów Sanglierów sprawiały, że tylko nieliczni Vertebre roztrząsali temat włączenia się w wojnę o wpływy na wschodzie wybrzeża. Fakt ów nie powinien dziwić, jeśli zważy się na bliskość Perpignanu, otwarty szlak do Tuluzy oraz bezpośrednie połączenia morskie Montpellier z Afryką. Niektóre rody Sanglierów od pokoleń stawiały wyłącznie na współpracę handlową z Bordenoir i klanami z Hybrispanii, umiejętnie lawirując pomiędzy interesami Trypolisu i białych Iberyjczyków stawiających zawzięty opór kolonizatorom półwyspu. Inni Vertebre pośredniczyli w handlu między Neolibijczykami i Bretonami z Brestu albo wiedli niekończącą się walkę z tulońską konkurencją.

Dopiero obdarzony wizjonerskim umysłem Emmanuel Geoffroy Sanguine podjął w '95 ambitną próbę otwarcia Montpellier na Purgare, dążąc do zawarcia pierwszego w historii Monpellier sojuszu z rodziną Lombardich w Bergamo. Uchodzący nie bez powodu za spichlerz Franki Rubin mógł stać się we właściwym momencie doskonałym partnerem handlowym dla mieszkańców wyjałowionej krainy. W opinii Neolibijczyków Purgare przestało się liczyć dekady wcześniej jako źródło potencjalnego bogactwa, ale myślący dalekosiężnie Emmanuel Geoffroy Sanguine dostrzegł przeoczone przez rywali korzyści wejścia na purgaryjskie rynki. Zubożała kraina sąsiadów wciąż miała coś do zaoferowania.

Dzieła sztuki znajdowane ciągle jeszcze na bagnach Wenecji, uszkodzone uzbrojenie odzyskiwane przez szabrowników na pobojowiskach Niziny Adriatyckiej, rzadkie artefakty zdobywane podczas zuchwałych rajdów na nękane przez Wynaturzonych ziemie na południe od Rzymu. Do tego helweckie pogranicze. Alpejczycy nie uprawiali płodów rolnych ani nie hodowali stad bydła. Całą potrzebną żywność kupowali od sąsiadów. Bliższy im geograficznie Tulon stanowił w '95 naturalnego partnera handlowego Helwetów, z czego Trypolis bezwzględnie i w pełni korzystał. Emmanuel Geoffroy Sanguine zamierzał to zmienić, połączyć Montpellier i Bergamo bezpośrednią linią zaopatrzeniową mogącą złamać monopol Neolibijczyków na helweckim rynku.

A przynajmniej takimi motywami kierował się oficjalnie" - Casimir Lavelle, Pamiętniki cichego doradcy.
Ostatnio zmieniony 17 września 2018, 21:26 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 11 września 2018, 14:10

Okopcony Szlak, trzeci dzień podróży

Powóz podskoczył na kamieniach, zadygotał tak silnie, że dziedzic z trudem uchronił swą głowę od uderzenia w ramę bocznego okienka. Siedzący po przeciwnej stronie Barthez zachował beznamiętne oblicze udając, że nie widzi błyszczącego w oczach Abdela poirytowania. Odwracając wzrok, Alpejczyk zerknął na zewnątrz ciągniętego przez dwie pary koni pojazdu, omiótł spojrzeniem jałowe skaliste ziemie za futryną. Krajobraz nie zmieniał się od trzech dni, swoją monotonią coraz bardziej frustrując trójkę szlachetnie urodzonych Montpellierczyków. Haftowane firanki w oknach powozu chroniły pasażerów przed przygnębiającym widokiem ogołoconego z drzew wybrzeża, ale w najmniejszym stopniu nie powstrzymywały unoszącego się w powietrzu silnego odoru chemikaliów.

Okopcony Szlak cuchnął ropą. Pochodzące z Afryki paliwo wsiąkało w ziemię, nawarstwiało się w gruncie, chlupotało w płytkich zbiornikach na poboczach szerokiego traktu. Wyglądając z powozu można było co chwilę ujrzeć krzątających się przy zabezpieczeniach ludzi, najemnych białych i Afrykanów pospołu, opłacanych za swą znojną pracę ze szkatuł Neolibijczyków. Jeden rzut oka na pryzmy przełożonych szmatami szczap zdradzał niezawodnie, dlaczego w zasięgu wzroku podróżnych nie widać było żadnego rosnącego drzewa. Wszystkie rośliny wyższe od trawy trafiały pod ostrza siekier i maczet, lądując koniec końców w rowach opałowych. To na nie odpowiedzialni za bezpieczeństwo Okopconego Szlaku ludzie wylewali tysiące kanistrów ropy, utrzymując kilometry rowów w gotowości do natychmiastowego podpalenia.

Nathan spróbował sobie wyobrazić mijany krajobraz w tak dramatycznych okolicznościach. Kłęby gęstego duszącego dymu waliłyby wówczas w niebo tak wysoko, że dostrzec by je można było z redy Tulonu. Ktokolwiek podróżowałby w okolicach podpalonych umocnień, bez maski gazowej najpewniej zginąłby w przeciągu kilkunastu minut.

Dbający o gościniec Neolibijczycy oraz współpracujący z nimi Helweci najpewniej bez zmrużenia oka zapłaciliby taką cenę za odpędzenie owadzich rojów przenoszących pod chitynowymi pancerzykami niewidoczny pocałunek białej śmierci. Barthez nie pamiętał, aby w ostatnich pięciu latach trzeba było podpalać północną stronę Szlaku, ale wcześniej, przed rokiem '90, pogranicze między Tulonem i ziemiami Alpejczyków było ustawicznie nękane przez czarne chmury bzyczących intruzów. Nathan nie miał pojęcia, ile prawdcy kryło się w szeptanych po kątach plotkach, jakoby to Hamzie i jego czarnym czarodziejom należało zawdzięczać spokój ze strony Wynaturzonych, ale jego informatorzy nie kłamali: podczas gdy Tuluza i Montpellier nieustannie walczyły z plagami zsyłanymi przez bagiennych mutantów, Tulon pozostawał od nich zastanawiająco wolny.

Trzy dni podróży minęły bez żadnych niespodzianek, chociaż ludzie Bartheza nawet na chwilę nie tracili czujności. Na cuchnącym wyziewami paliwa trakcie panował ożywiony ruch w obu kierunkach. Od strony Tulonu ku Alpom ciągnęli niezliczeni handlarze żywnością, skórami i minerałami, złomiarze, myśliwi i drobni rzemieślnicy oraz dostatniej odziani neolibijscy urzędnicy i kupcy. Barthez nie miał wątpliwości, że gdzieś w szeregach tych ludzi kryli się złodzieje i przemytnicy mogący nie tyle zagrozić zdrowiu i życiu szlachty, co ich sakiewkom i to od właśnie trzymali na dystans od wozów ochroniarze Helwety.

Podobny żywy strumień zmierzał w przeciwną stroną, ku delcie Rhone. Tutaj przeważali inni przybysze, choćby maszerujący równym krokiem ludzie w czarnobiałych neoprenowych kombinezonach Szpitalników, świeżo po swoich lekarskich ślubowaniach w siedzibie Szpitala w borkańskim Protektoracie. Obok nich - ale nie razem - na zachód ciągnęli obładowani dobytkiem całego życia anabaptyści z Purgare, wabieni niczym muchy miodem opowieściami o prawdziwym królestwie swego kultu na ziemi, w odległej Bretonii. Wielu z nich przez całe lata walczyło na rozkaz Katedralnego Miasta z bałkańskimi jehammedanami, przeistaczając żyzne ziemie Niziny Adriatyckiej w masowe cmentarzyska ofiar brutalnej i pełnej nienawiści wojny. Teraz, pozbawieni sensu egzystencji w efekcie zaskakującego dla wielu zawieszenia broni, zmierzali do Brestu, gdzie opromieniony glorią pogromcy Wynaturzonych Vicarent budował anabaptystyczny Eden.

Wszyscy oni, podróżni zmierzający na wschód i na zachód, jedli, spali, myli się i załatwiali swe potrzeby fizjologiczne na Okopconym Szlaku. Karawana rodu Sanguine co chwilę mijała prowizoryczne postoje, na których złomiarze oferowali wędrowcom mięso z grilla nieznanego pochodzenia, mocno sfermentowane trunki własnej roboty i płatny seks. Nieco lepsze zajazdy, wzniesione z kamienia, bloków betonu i aluminiowych arkuszy, były dosłownie oblegane przez zamożnych podróżnych i już pierwszego dnia podróży szlachetnie urodzony Abdel Sanguine przekonał się ku swemu ogromnemu rozczarowaniu, że nazwisko Ventricule i spora sakiewka mogą nie wystarczyć, aby przebić się przez mur walczących o czyste łóżko bogaczy.

Dwa kolejne dni okazały się dla nawykłych do wygód arystokratów prawdziwą mordęgą i kiedy majaczące od pewnego czasu na horyzoncie wysokie góry znalazły się wreszcie na wyciągnięcie ręki, nie tylko dziedzic rodu musiał poczuć na ich widok prawdziwą ulgę.
Mamy sobotę 16 czerwca 2595. Ekspedycja wyruszyła z Tulonu w czwartkowe popołudnie i w sobotę wczesnym wieczorem dotrze do helweckiego punktu granicznego w Morvant. Większość atrakcji na tym etapie podróży wymieniłem w części fabularnej. Dość powtórzyć, że dla tych BG nawykłych do wygody to były ciężkie trzy dni. Suchy prowiant, z rzadka jakaś ryba z rożna, sikanie w obskurnych toaletach albo za wozem, niewygodne podskakiwanie powozu, wszechobecny smród ropy oraz przeraźliwa nuda. O braku możliwości zażycia kapieli nie wspominam. Gdybyście mieli jakieś szczegółowe pytania, piszcie w wątku technicznym. Ja miałbym natomiast prośbę, aby każdy z Was napisał krótką scenkę z udziałem własnego bohatera opisującą jego wrażenia z podróży po Okopconym Szlaku.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 12 września 2018, 21:01

Okopcony Szlak, pierwszy dzień podróży Abdela

- Jak to nie ma wolnych apartamentów? Tylko jeden pokój i to w dodatku czwórka? Nie będę spał jak jakiś nędzarz w pokoju z kimś.- rzucił rozzłoszczony Abdel i ruszył w kierunku właściciela karczmy by osobiście przemówić mu do rozsądku. Jednak wraz z kolejnymi tłumaczeniami, które zdawały się nie robić wrażenia na tłustym właścicielu o rybim spojrzeniu i podejrzanych tatuażach, dziedzic tracił impet coraz bardziej i bardziej. Ostatecznie, jedyne co osiągnął to mocno przepłacony czteroosobowy pokój, który ostatecznie musiał dzielić ze swoją siostrą, kuzynem i kapitanem ochrony. Na szczęście w zajeździe była bieżąca woda, która pozwalała pozbyć się śmierdzącego ropą zapachu z ciała po trzęsącej i nudnej podróży, co nieco podniosło dziedzica na duchu. Nie na długo wszakże bo tylko do czasu ułożenia się do snu.

Leon chrapał. Głośno wciągał powietrze, charczał lub świszczał na przemian doprowadzając dziedzica do pasji. Co ciekawe pozostałym współlokatorom zdawało się to nie przeszkadzać, spali bowiem jak dzieci. Abdel wytrzymał dzielnie aż do północy nie zmrużywszy wszakże ani na chwilę oka. Potem stanął nad swym kuzynem z morderczymi zamiarami, niczym ponury żniwiarz nad swą ofiarą, której zostało już ledwie kilka oddechów. Chrapliwych oddechów. Dziedzic zastanawiał się. Czy lepiej rzucić się jak jastrząb na swą ofiarę i z pasją udusić kuzyna poduchą, czy może jednak przyjemniej będzie na chłodno włożyć mu w te rozdziawione usta pistolet, otulić poduszką broń i... Te wyobrażenia, które w całej rozciągłości i swych szczegółach przedstawił mu w tym momencie wyobraźnia, wywołał złośliwy uśmieszek przyjemności na twarzy dziedzica.

- Kuzynie obudź się, chrapiesz, musisz się napić... - kopnięcie w łóżko obudziło zdezorientowanego Leona - Pij do cholery! - Warknął nie znoszącym sprzeciwu głosem podsuwając mu pod nos szklankę mętnej wody. I na bogów, Abdel gotów był zastrzelić kuzyna tu i teraz, jeśli by tylko ten nie posłuchał polecenia. Leon najwyraźniej zdezorientowany ale podskórnie czujący, że właśnie zanosi się na coś mocno nieprzyjemnego pochłonął w kilku haustach zawartość szklanicy i zaległ na boku.

W ten oto sposób Abdel zyskał lichy kawałek spokojnej nocy, kosztem zaledwie połowy pigułki kordyliny. Rozluźniony w ten sposób Leon przespał do rana jak dziecko. O poranku zaś kuzyn okazał się nad wyraz rześki i wypoczęty w porównaniu do pozostałych.


Okopcony Szlak, drugi dzień podróży Abdela

Następnego dnia było już tylko gorzej. Kolejne rzesze mijanych ludzi przygnębiały Abdela i przypominały mu, iż jako rodowy veine, musiał rekrutować nowy narybek dla swego rodu spośród choćby tego brudnego motłochu. W tym płynącym ludzkim błocie, dziedzic nie wypatrzył jednak żadnych pereł, które mógłby bez uszczerbku dla swej nienagannej reputacji zaprosić w progi swego rodu. Szczerze mówiąc odkąd zaczął piastować szczytne miano veine kilka lat temu, ta sztuka udał mu się tylko raz. To wspomnienie przygnębiało go dodatkowo.

Problemów było więcej. Niewygody przemieszczania w twardej karecie sprawiały, że bolał go kręgosłup oraz miejsce w którym kończy się szlachetna część pleców panicza. Nastroju nie poprawiał też fakt nie mógł pokpić z szefa ochrony jak pierwotnie zamierzał. Jeszcze wcześniej przyszykował bowiem niecny plan. Przed wyjazdem z Toulonu naopowiadał Polaninowi jak bardzo cenne były kolczyki które miał dostarczyć. Co oczywiście rozmijało się nieco z prawdą, kupione były bowiem za wcale nie duży pieniądz od przydrożnego kramarza. Abdel liczył na to że klanyta zbiegnie z nimi, co pozwalało by drwić mu bezkarnie z szefa ochrony i doboru jego oddanych ludzi przez całą drogę do Bergamo. Ku olbrzymiemu zdumieniu dziedzica, to posłuszne dwumetrowe Polańskie bydlę, przylazło za karawaną informując o wypełnieniu zadania. Abdel długo patrzył na barbarzyńcę z niedowierzaniem i podziwem. Od tego czasu w wyraźny sposób zaczął ufać zwalistemu Polańskiemu najmicie i wyraźnie lubił mieć go blisko siebie. Wieczorem kiedy okazało się, że będą musieli stajać noc na trakcie Abdelowi nastrój pogorszył się całkiem. Miał lęki i przypominał chodzącą gradową chmurę, której przezornie wszyscy schodzili z drogi. Nawet obecność słowiańskiego klanyty nie potrafiła go tym razem uspokoić. Ciągle wyobraźnia podpowiadała mu scenę w której przez moskitierę przekracza rzesza zarażonych owadów kiedy on nieświadomy śpi. Nie potrafił samodzielnie uspokoić skołatanych nerwów, nigdy bowiem nie spał na otwartym terenie a świadomość rozlicznych zagrożeń potęgowała jeszcze lęki. Dopiero kiedy sam zażył specyfik, podawany poprzedniej nocy Leonowi, udało mu się w końcu na parę godzin zmrużyć oko.

Spał sztywno i boleśnie. Ze skrzyżowanymi ramionami na piersi niczym jakaś neolibijska mumia, do samego końca dzierżąc w jednej dłoni klapkę na muchy w drugiej zaś pistolet. W przeciwieństwie do kuzyna, po zażyciu spał bardzo źle. W nocy wyśnił koszmar, że jest jakaś burza a wesoły Leon za pomocą swego metalowego parasola z sukcesem ściąga na nich piorun. Uderzenie gromu zapala zebraną w okolicy ropę i chwilę po tym Abdel wraz całą karawaną ginie skwiercząc w płomieniach.
Tak Abdel Sanguine spędził swą pierwszą noc na trakcie, poza jakimikolwiek bezpiecznymi murami.


Okopcony Szlak, trzeci dzień podróży Abdela

Od rana był nieznośny i wszyscy go unikali. Bolał go kark od niewygód poprzedniej nocy i tylko szukał pretekstu by wywalić na kogoś całą złość, za nocne koszmary, za wory pod oczami i wszelakie inne lęki. Tylko Polanin zdawał się być poza zasięgiem rażenia gromów ciskanych wzrokiem przez panicza.
Kiedy dojechali do posterunku Abdel szeroko otworzył usta na widok żelbetonowego bloku jaki potrafili wylać Helweci. Bezpieczny i silnie uzbrojony budynek zrobił imponujące wrażenie na dziedzicu. Całe miejsce przypominało oazę spokoju pośród zniszczonej, zdziczałej okolicy przez jaką musieli się przedzierać.

Abdel zeskoczył z karety lądując centralnie w sam środek rozległej ropnistej kałuży, która topiła jeden jego bucik, aż po kostkę. Zaklął cicho lecz na jego zmęczonej niedospaniem twarzy po chwili znów zagościł wyraz zadowolenia z faktu, iż jakimś cudem są w końcu u celu. Barthez obserwujący dyskretnym okiem całe niefortunne zejście z karety upewnił się, że dziedzic za grosz nie posiada instynktu survivalowego. Posyłanie dziedzica gdziekolwiek samego, choćby aby się wyszczał za tabor wozów już rodziło szereg zagrożeń dla jego zdrowia. I tak na przykład gdyby dzień wcześniej nie refleks nie odstępującego go nawet na krok Polanina, dziedzic szybko zjechał by po błocku wprost w wypełniony ropą dół. A tak, mógł ostatecznie zrobić w miarę spokojnie swoją kupę, podczas gdy cała karawana czekała aż jaśnie panicz raczy skończyć. Oczywiście przez cały czas defekacji nie wypuszczał z dłoni nierozłącznej klapki na owady.
Na szczęście dla dziedzica szczegółów tego kalibru nie znała reszta karawany, dzięki czemu nie dane było pozostałej części karawany poznać dziedzica z tej gorszej, oraz co by nie powiedzieć bardziej wypiętej strony.

- Fascynujące... i imponujące za razem. -Powiedział oparty o wóz Abdel strząsając z buta to, w co właśnie wskoczył.
Pierwszego dnia podróży Abdel prosi kuzyna o wykonanie pierścienia z ruchomym oczkiem w którym mógłby trzymać sproszkowaną porcję kordyliny.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 12 września 2018, 22:03

Ukochana Loretto


Zaiste podróż z dziedzicami Ventriculle wydaje się bezpieczną i dobrze zorganizowaną, rejs do Tulonu przebiegł tak spokojnie, że nie bałbym się zabrać Ciebie najdroższa. Delta Rhone zdaje się być w świetnej kondycji, co czyni mnie spokojnym o nasz dom. Na morzu prawie nie czuliśmy zapachu ropy, a już zupełnie gdy tuliłem twarz szalem od Ciebie. Brakowało tylko kojącej muzyki skrzypiec mojej żony, którą niezdarnie naśladował wiatr szarpiący fale i nasze odzienie.

Tulon w rzeczywistości jest dużym miastem, ale nie wszystko stąd przeniósłbym do wymarzonej Franki. Wykorzystawszy niewielkie opóźnienie eksplorowałem kramy grzebaczy, ale nie zobaczyłem nic co by mnie zaskoczyło.
Zarządca domu o imieniu Daniel jest uczynnym i uczciwym choć nieco nierozgarniętym człowiekiem. Wykorzystując kolację kuzyn Abdel udzielił wszystkim mistrzowskiej lekcji kultury podawania posiłku i etykiety jedzenia, byłabyś zachwycona. Nie chwaląc się wszystko pojmuję w lot i z pewnością nie przyniosę Ci wstydu na uroczystości nadania imienia, o ile ktoś popatrzy na mnie, przyćmionego Twą kochana urodą.

Ruszamy na Okopcony Szlak, wciąż czuję Cię między oczkami szala, a patrząc na wełniane sploty myślę o Twoich zwinnych jasnych dłoniach. Wędruję wyżej ku szyi, którą pieszczę, na koniec utonąć w ustach.

Twój Leo


Okopcony Szlak

Duszna atmosfera wnętrza powozu kojarzyła się Leonowi z cyrkową klatką, w której obwozi się zdeformowane dziwadła. Z tego też powodu wyzyskał pierwszą okazję, nadarzającą się przy popasie i dosiadłszy wierzchowca kontynuował podróż konno. Chciwie chwytał wszystkie ciekawskie skierowane na niego spojrzenia, często bezczelnie przyglądając się pracy ludzi przy dołach z ropą, a podczas postojów krzątaninie służby i żołnierzy.

Obrazek

Podręczny szkicownik zapełniał się twarzami nieznajomych, zarysami linii brzegowej, opisami próbek skał. Wyglądając łapczywie na ciemne chmury kryjące niebo wyjmował wiatromierz na tyczce, ale nic nie wróżyło burzy. Skłamałby gdyby ktoś spytał dlaczego owija się szalem, uparcie wierzył w pozostawiony tam zapach Loretty, ale czuć było tylko pot i paloną ropę. Szczęśliwie wypełniwszy pracą pierwszy dzień podróży, a zakończony niespodziewaną kąpielą, zasnął mocno i spokojnie i przespałby tak całą noc, gdyby nie szarady kuzyna przymuszającego Leona Thibauta do pojenia się w połowie snu.

Wprawdzie młody szlachcic przespał noc spokojnie, ale jakby nic mu się nie śniło. Wzbudziło to delikatną nieufność w stosunku do poczynań Abdaela, który na domiar nie przestawał przypominać o drobiazgu, który jakoby Leon przyobiecał mu wykonać, choć sam wynalazca podobnej obietnicy nie mógł sobie przypomnieć. Z czasem prośby owe zmieniały swój ton i zdawały się być pretensją, na którą rzecz jasna nie można było zaradzić w warunkach podskakującego powozu.

Kolejny dzień nie przyniósł zmiany, a tylko pogłębienie samotności na morzu bezimiennego ludzkiego tłumu. Podczas przymusowych postojów sanitarnych Leon szacował ile to dobrego gówna marnuje się rozbryzganego w rowach, składowanie tak cennego materiału pomogłoby rekultywować florę zmęczonego eksploatacją kraju. To też zapisał. Szukając punktu zaczepienia dla swego nie cierpiącego pustki umysłu obserwował najemników Barteza, zmiany wart, kto dba o broń, kto czyści konie, jak długo pozostają strażnicy na szpicy, w jakiej liczbie. Nocleg w terenie poprawił mu nastrój, był bowiem jakimś urozmaiceniem. Chętnie dołączyłby do najemników w ich niespiesznych, a wywarzonych obowiązkach, ale nazwisko kazało zostać z kuzynostwem. Ku wielkiej uldze Abdel zasnął snem sprawiedliwego, zaś wynalazca usiadł przy niewielkim ogniu z żołnierzami by raz w milczeniu, raz wśród niewybrednych żartów oddać się namiastce kobiecych pieszczot jakimi była na Okopconym Szlaku konserwacja własnej strzelby. To samo chciał uczynić z bronią dziedzica, lecz ten dzierżył ją jak starożytny władca laskę władzy. Oby nie zawiodła w decydującym momencie.

Trzeciego dnia postanowił dotrzymać towarzystwa kuzynostwu, okraszając nieznośną ciszę dowcipami zasłyszanymi wieczorem przy ogniu, czy nawet spostrzeżeniami zmian wyglądu i litofacji skał na szlaku, co wywoływało melancholie Addela i ziewanie Angeline Lei. By poprawić kuzynowi nastrój zaprezentował kilka szkiców owego zamówionego pierścienia, tłumacząc, że to jubilerska robota wymagająca spokoju i narzędzi.

- Istotnym jest oczywiście czemu ów przedmiot ma służyć, im lepiej opiszesz mi to drogi kuzynie, tym lepiej dopasuje efekt do działania. - zwrócił się do Abdela będąc pewnym, że nikt ich nie słyszy.

Kiedy nagle dookoła powozu zrobiło się ciemniej Leon Thibaut licząc na zmianę pogody, już sposobił się użyć wiatromierza, wtedy powóz niespodziewanie zatrzymał się. To nie były ciężkie masywy chmur burzowych, ani naturalna skalna przeszkoda. Drogę przegradzał wielki betonowy mur. Wynalazca wielokrotnie słyszał o podobnych bastionach, ludzie wznosili je od tysiącleci, ale to co zobaczył przerosło wyobrażenia. Tłumaczył sobie, że tak z natury bywa nawet najbardziej fantastyczne wytwory naszej wyobraźni bledną wobec rzeczywistości. Rzeczywistość przytłaczała, tak że Abdel wysiadł pierwszy, jakby chodziło o wybór jednej ze stu pięknych afrykanek. Leon wychynął zaraz za dziedzicem, na równi pragnąc cieszyć oczy egzotycznymi cudami.
Już wyciągał dłoń by pomóc kuzynce, ale w tej sztuce wyręczył go Bartez, jednak wobec monumentalnej konstrukcji uszło to uwagi wynalazcy.
Szkic autorstwa Tadeusza Kulisiewicza
Ostatnio zmieniony 13 września 2018, 19:49 przez Nanatar, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 12 września 2018, 23:31

Okopcony Szlak, trzeci dzień podróży

Na szlaku czuł się niemal jak w domu i jakby rozpierała go dziwna radość, że ruszyli w drogę. W zasadzie nie miał zbyt wiele do roboty, jego ludzie dobrze wiedzieli co mają robić i Barthez zasadniczo mógł się ograniczyć do luzowania poszczególnych najmitów. Nie miał jednak zamiaru wyjść na lenia lub ignoranta przed dziedzicem i bardziej dla zabicia czasu niż z rzeczywistej potrzeby kręcił się pomiędzy swoimi. Po za tym Helweta starał się spędzać jak najmniej czasu pośród członków rodziny Sanguine. Choć potrafił się odnaleźć w ich towarzystwie, to pośród wojennych ludzi przebywał, bo lubił, a pośród arystokracji, bo musiał.

Zastanawiał się czy uda mu się zebrać jakieś plony z zasianego jeszcze podczas odprawy w Toulnie ziarna. Tuż przed wyjazdem zebrał wszystkich Sangów, najemników i zaproszoną wcześniej dziedziczkę Angelinę. Wraz z Jacquesem profesjonalnie nakreślili plan działania na czas podróży, rozdzielili przydziały i omówili wspólnie potencjalne scenariusze kryzysowe, tak aby każdy wiedział co robić jeśli na trakcie doszłoby do jakiś incydentów. Perrault i Barthez zgodnie twierdzili, że nie powinno się zostawać w takich sytuacjach ze wszystkim jedynie na pastwie chaotycznej improwizacji. Ale i jeden i drugi wyga dobrze wiedzieli, że ogniu walki nie dało się niczego przewidzieć. Pozostawały jednak ogólne plany, improwizacje zostawiano szczegółom. Helweta poprzez odprawę chciał osiągnąć jeszcze coś więcej. Wierzył, że misje taka jak ta do Purgare były najlepszym poligonem szkoleniowym, toteż otawrcie zachęcił Sangów, aby w wolnym czasie korzystali z okazji i za zgodą kapitana uczestniczyli w zadaniach ludzi Bartheza, celem podnoszenia kwalifikacji. Tego nie można się było nauczyć na bagnach Franki.

Jak do tej pory tylko jeden z Montpelierczyków zgłosił się Helwety i Barthez osobiście przekazał mu trochę swego doświadczenia. Chłopak był wyraźnie zainteresowany i zadowolony z tego co się dowiedział. Barthez zresztą temu nie wątpił, dobrze wiedział, że to co mówił było kompletnym novum na Sanga.

Ale na tym stanęło. Ku swemu zdziweniu nawet nastawiona entuzjastycznie Angelina póki co nie wydawała się zainteresowana ofertą Alpejczyka. Może Perrault czekał aż przejdą przez strefę celną, a może nie mogli znieść cuchnącego ropą szlaku, choć w to szczerze wątpił: Mokradła na północ od Montepllier śmierdziały wcale nie lepiej.

Cóż Alpejczyk nie miał zamiaru się narzucać. Zrobił co mógł zrobić, ale nie będzie nikogo przymuszał albo prosił. Przecież kiedy będzie składał raport koncowy szacownym Lavelle i Ventricule nadmieni, że złożył takową ofertę. To, że została bez odpowiedzi nie było już jego problemem.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 13 września 2018, 16:59

Okopcony Szlak, trzeci dzień podróży

Bastien Langlois wypluł z ust kawałek zbyt twardego chleba, obejrzał się ponad ramieniem w tył Okopconego Szlaku. Ponad głowami maszerujących na wschód podróżnych widział kanciaste kształty dwóch zamkniętych powozów, którymi podróżowali szlachetnie urodzeni Montpellierczycy oraz ich najbliższa świta. Czerwone płaszcze siedzących obok woźniców Sangów zdradzały niezawodnie tożsamość pasażerów ukrywających się za firankami okien, chociaż i tak niewiele to zmieniało w świetle panującego na trakcie ruchu. Powozy oraz towarzyszące im z tyłu odkryte zaprzęgi wlokły się w niemiłosiernie wolnym tempie, grzęznąc pośród bezliku pieszych wędrowców.

Trzej myśliwi wysforowali się znacząco do przodu, dołączyli do kilku najemnych zbirów z Tulonu opłacanych przez lojalnego wobec Sanguine Alpejczyka. Szpica ekspedycji szła z wyprzedzeniem wypatrując zawczasu zatorów, wypadków albo innych zdarzeń mogących wpłynąć na tempo podróży szlachetnie urodzonych. Milkliwy z natury, Bastien tym bardziej nie odzywał się do obcych w służbie dziedzica. Obojętne mu były maniery błękitnokrwistych, ale sam też pozostawał w pewnym stopniu niechętny ludziom z Tulonu, z racji samego pochodzenia mniej znaczącym od rodowitych mieszkańców Rubinu. Sanglierowie szanowali swe dziedzictwo.

Prawdę mówiąc, Langlois najchętnie spędziłby całą podróż na jednym z otwartych wozów wiozących prowiant i bagaże członków ekspedycji; zniechęcił go jednak do tego dziedzic we własnej osobie, który zdybawszy sługę na wozie dwukrotnie polecił Bastienowi odpędzać natrętnych gapiów mogących podejrzeć jego miłość podczas opróżnienia pęcherza. Nie czekając na trzeci raz, gruboskórny Frank czmychnął na piechotę daleko przed powóz Abdela i tak właśnie znalazł się pośród najemnych oprychów Bartheza.

Okopcony Szlak cuchnął ropą, potem, fekaliami, resztkami gnijącego jedzenia, brudem. Bastien wdychał te zapachy bez większego niesmaku, nawykły do odoru wypełniającego kwartały nędzarzy w Montpellier. Jego wzrok kierował się nieustannie ku coraz bliższym górom, rysującym się na wschodnim widnokręgu strzelistą czarną ścianą. Apeniny, naturalna bariera odgradzająca Frankę od Purgare.

I zarazem najdalej na południe wysunięty fragment terytorium Alpejczyków.

Langlois nie lubił Helwetów. Ta wieloletnia animozja sprawiała, że nawet na Bartheza patrzył z niechęcią, chociaż szef ochrony od dawna pracował dla Ventricule Sanguine i skoro ród wciąż go trzymał na żołdzie, to musiał być dobry w swoim fachu. Langlois nie lubił Helwetów nie wiedząc właściwie do końca, skąd brała się ta niechęć. Nie lubił ich podobnie jak natrętnych i hałaśliwych czarnych z Trypolisu oraz upierdliwych do granic wytrzymałości w kwestii higieny Szpitalników.

Będąc w gruncie rzeczy zatwardziałym ksenofobem, Langlois nie lubił nikogo, kto nie wywodził się z Montpellier. Będąc urodzonym Sanglierem szanował swoje dziedzictwo.
Bardzo żałuję, że nadal nikt się nie zdecydował na tę malowniczą postać!
Ostatnio zmieniony 13 września 2018, 17:19 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ