PBF - Aquilońskie Pogranicze

profes79
Reactions:
Posty: 32
Rejestracja: 11 listopada 2018, 20:28

Post autor: profes79 » 17 listopada 2018, 00:42

Daffyd szybko zorientował się, że jego śladem ktoś podąża. Oglądając się za siebie dostrzegł potężną - jakże typową dla mieszkańców tych niegościnnych krain - sylwetkę. Nieznajomy niespiesznym krokiem schodził w dół przełęczy, idąc po śladach pozostawionych przez Bossończyka.

Szczęśliwie barbarzyńcy z północy byli znani z tego, że na swoich skalistych i pokrytych śniegiem górach terenach radzili sobie równie dobrze, co Bossończycy na pograniczu piktyjskim. Nieznajomy więc powinien zorientować się, że tropiciel ominął ciało nawet go nie dotykając. Zagadką jednak nadal pozostawały jego motywy - mieszkańcy tych mroźnych krain, zarówno Cymmerjczycy jak i Vanirowie czy Aesirowie nie ćwiczyli się w sztuce konwersacji a wszelkie problemy zwykli rozwiązywać ostrzem topora.

Daffyd odetchnął głęboko. Zadymka nieco zelżała, więc w krytycznej sytuacji mógł chociaż pomyśleć o wykorzystaniu łuku. Na samą myśl o stawieniu jednemu z barbarzyńców czoła w walce wręcz nawet zahartowanemu w zaciętych walkach z Piktami zrobiło się zimno. Nie widział jednak powodu, aby zaczynać swój pobyt na tych ziemiach od próby zastrzelenia jednego z ich mieszkańców.

Odwrócił się w kierunku nadchodzącego i w geście - miał nadzieję, że rozumianym także tutaj - wyciągnął w górę prawą dłoń, sygnalizując pokojowe zamiary.

Jak to u licha w języku Nordhaimr było "Nie mam złych zamiarów" albo coś podobnego? O, chyba tak...

"Jeg har ingen darlige intensjoner"...miał wrażenie, że czeka go przyspieszona nauka języka północy, jeżeli zamierza tu przeżyć...

TheThirdOne
Reactions:
Posty: 6
Rejestracja: 13 listopada 2018, 19:58

Post autor: TheThirdOne » 17 listopada 2018, 16:24

Hroth nie spodziewał się zobaczyć czegoś odkrywczego, ale i tak z czystej ciekawości podszedł do trupa. Berserker chwycił zwłoki z zamiarem ich obrócenia by śnieg sam opadł z ciała. Przypuszczał, że może to być ktoś z wioski i w dobrym geście byłoby zwrócić ciało rodzinie.
Wędrowiec nie specjalnie go interesował chociaż na początku chwilę walczył ze sobą by móc do kogoś usta.

- No... Kiepski z Ciebie będzie kompan, ale lepszy taki niż żaden.

Śnieg który sam nie odpadł od trupa został odgarnięty na boki przez Hrotha odsłaniając resztę ciała.

profes79
Reactions:
Posty: 32
Rejestracja: 11 listopada 2018, 20:28

Post autor: profes79 » 17 listopada 2018, 19:54

Daffyd przyglądając się nieznajomemu widział, jak ten ignorując jego obecność nachyla się nad ciałem, które on sam postanowił zostawić za sobą. Zawahał się. Mógłby pójść naprzód, ale nie uśmiechała mu się perspektywa marszu w nieznanym terenie z obecnym za plecami człowiekiem o nieznanych motywach.

Spokojnym krokiem ruszył z powrotem swoimi śladami, cały czas czujnie przepatrując okolicę na wypadek, gdyby to nie zimno odpowiadało za śmierć znalezionego po drodze mężczyzny. Gdy zbliżył się na kilkadziesiąt kroków od nieznajomego zatrzymał się. Ten pochłonięty był odgarnianiem śniegu ze zwłok i przynajmniej z pozoru nie zwracał na nic innego uwagi.

Daffyd odchrząknął, przywołując całą swoją znajomość języka.

- odkryłeś jak zginął? Idąc samotnie nie chciałem go przeszukiwać, żeby nie podzielić jego losu jeżeli był ofiarą jakiejś napaści a widziałem, że jest już zbyt późno, aby próbować mu pomóc.

Mówiąc cały czas lustrował wzrokiem na przemian okolicę i nieznajomego, gotowy aby w każdej chwili dobyć broni w razie zagrożenia z którejkolwiek strony - chociaż swobodne zachowanie nieznajomego raczej świadczyło o tym, że nie uważał Bossończyka za wroga - albo też nie uważał go za wroga wartego uwagi a to już byłaby gorsza możliwość...

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 17 listopada 2018, 20:14

[center]Na zboczu Śpiącego Olbrzyma, góry Vanaheimu[/center]

Hroth wielokrotnie widywał ludzi, którzy pobłądzili w śnieżnej zamieci i zamarzli na kość, jednakże człowiek zagrzebany w zaspie na zboczu góry do nich nie należał. Twardy był podobnie jak tamci, skamieniały od mrozu na podobieństwo skały, ale przyglądający mu się Vanir od razu zauważył straszne rany na brzuchu i głowie nieznajomego. Dolna część torsu trupa została dosłownie rozerwana, ze zwierzęcą furią i niezwykłą siłą. Zwoje przemarzniętych wnętrzności wypadły pod ciało, poczerniałe od chłodu i przywodzące na myśl kłębowisko wielkich glist.

Czaszka również wyglądała strasznie; przynajmniej w odczuciu cywilizowanego człowieka. Hroth Skrwawiony nie bez powodu chlubił się swoim przydomkiem, toteż bez większego przejęcia obejrzał ślady po zębach, które dosłownie rozgryzły czaszkę nieznajomego. Cokolwiek go napadło, musiało być naprawdę niebezpieczne, toteż berserker natychmiast jął odmawiać w myślach modlitwę do Ymira prosząc swego boga, by ten zechciał w swej łaskawości zesłać bestię na wiernego czciciela.

Zakutany w futra wędrowiec stojący dotąd kilkaset kroków niżej ruszył z powrotem w górę krokiem zdradzającym ostrożne zaciekawienie, obserwując Vanira z bezpiecznej odległości. Widząc to Hroth sięgnął dłonią w dół, złapał za coś wystającego spod rozdartego odzienia trupa i schował pod własne futro nie chcąc, by nieznajomy owe znalezisko spostrzegł.

Skoro chwilę wcześniej przeszedł obojętnie obok zwłok, nie powinien był żywić urazy do spostrzegawczego Vanira, ale w surowych krainach Północy mniejsze preteksty wystarczały, by pozornie życzliwi względem siebie obcy nagle skakali sobie do gardeł.

- Odkryłeś jak zginął? - zawołał z odległości kilkunastu kroków drugi wędrowiec, mówiący z nierozpoznawalnym dla Hrotha obcym akcentem - Idąc samotnie nie chciałem go przeszukiwać, żeby nie podzielić jego losu, jeżeli był ofiarą jakiejś napaści. Widziałem, że jest już zbyt późno, aby próbować mu pomóc.

Nasi bohaterowie się w końcu spotkali, pora na pierwszą wspólną konwersację!.
Każdy z nich z pewnością szacuje możliwości drugiego. W zimie w górach takich jak te, samotnie wędrują albo głupcy lub szaleńcy albo twardzi wędrowcy potrafiący o siebie zadbać
i przetrwać w pojedynkę. Kim okaże się spotkany na szlaku obcy?...
Ostatnio zmieniony 17 listopada 2018, 20:49 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

TheThirdOne
Reactions:
Posty: 6
Rejestracja: 13 listopada 2018, 19:58

Post autor: TheThirdOne » 19 listopada 2018, 17:38

Hroth zmarszczył czoło słysząc obcy akcent.

- Coś dużego go zeżarło. Stawiam na niedźwiedzia.
Złapał się pod boki.
- A Ciebie to skąd tu przywiało?

Obserwował dokładnie ruchy nieznajomego, gotowy w każdej chwili dobyć broni.

profes79
Reactions:
Posty: 32
Rejestracja: 11 listopada 2018, 20:28

Post autor: profes79 » 19 listopada 2018, 18:13

Daffyd drgnął na dźwięk słowa "niedźwiedź" wiedząc, że znane mu brunatne niedźwiedzie z nizinnych lasów tak się miały do białych monstrów z północy jak dworskie pieski dam z Aquilonii do watahy wilków. Wokół jednak panowała cisza, przerywana jedynie świstem wiatru.

Nieznajomy mimo swobodnej postawy sprawiał wrażenie gotowego w każdej chwili przejść do ataku lub obrony, w zależności od potrzeby. Daffyd odsunął nieco rękę od rękojeści miecza i powoli zaczął wyjaśniać, skąd się wziął na tym zaśnieżonym pustkowiu.

- idę tropem złego człowieka - mówił, składając powoli słowa. Nie wiem dokąd zmierza, ale podążam za nim od miesięcy z południa tak dalekiego, że mogłeś nie słyszeć o Bossonii, krainie dalekiego południa z której pochodzę. Zszedł w dół tą przełęczą jakieś dwa dni temu i podąża najwyraźniej w kierunku jeziora i wioski, które widziałem tam w dole...urwał na chwilę, zaciskając zęby na wspomnienie konającego w jego ramionach ojca...chcę pomścić swoją rodzinę. Nie szukam zwady z ludźmi północy. Twoim plecom nic z mojej strony nie grozi

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 19 listopada 2018, 20:46

[center]Na zboczu Śpiącego Olbrzyma, góry Vanaheimu[/center]

Hroth przyglądał się swemu rozmówcy zmrużonymi oczami, roztrząsając w myślach wybór pomiędzy tradycyjnym wśród barbarzyńców Północy rozpłataniem intruza od ręki bądź odłożeniem nieuniknionego na później w zamiarze uprzedniego pociągnięcia Bossończyka za język. Będąc urodzonym Vanirem, Hroth nigdy nie był dalej na południu jak na ziemiach Cymmeryjczyków. Przybysz z dalekiej krainy miękkich mężczyzn i nagich kobiet szczerze go zadziwił, zupełnie bowiem nie przystawał do obrazu południowców zarysowanego w opowieściach ziomków. Ten człowiek sprawiał wrażenie równie twardego i bezlitosnego, co rodzimi mieszkańcy Vanaheimi i tylko jego zaskakująco zielone, zupełnie nieznane ludowi Hrotha oczy odróżniały go od tutejszych Vanirów.

Wyglądał też na biegłego w robieniu żelazem, co wydawało się stać w wielkiej sprzeczności z mitem o południowców szczających na własne nogi na dźwięk wyciąganego z pochwy miecza.

Musiał być niebezpiecznym człowiekiem, jeśli koniec końców dotarł w pojedynkę do odludnej krainy Jeziora Wdowich Łez. Bardzo niebezpiecznym.

Ta ostatnia myśl zapłonęła w umyśle Hrotha, kiedy czerwona mgiełka wzburzenia opadła na jego oczy, a ręka wydarła z pochwy bez słowa ostrzeżenia klingę z doskonałej akbitańskiej stali!

Co uczyni Dyffyd?. Także sięgnie po miecz? Może po łuk? A może spróbuje się wycofać?
Mechanika: Hroth jak dotąd nie wpadł jeszcze w szał berserkera. Musi uzyskać 5 w Teście Woli + dyscyplina ma to na 6 ale rzut losowy dał -2 więc 6 minus 2 to 4, ciut za mało by na razie wpaść w szał.
Ostatnio zmieniony 19 listopada 2018, 21:28 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

profes79
Reactions:
Posty: 32
Rejestracja: 11 listopada 2018, 20:28

Post autor: profes79 » 19 listopada 2018, 21:16

Daffyd widząc jak nieznajomy dobywa miecza przeklął impuls, który nakazał mu wrócić z powrotem na przełęcz zamiast spróbować się rozpłynąć w powietrzu. Potem ćwiczone latami odruchy przejęły kontrolę nad jego ciałem. Zerwał z ramienia wierny łuk i płynnym ruchem dobywając strzały nałożył ją na cięciwę. Miał nadzieję, że widok łuku długością dorównującego wzrostowi barbarzyńcy skłoni go do przemyślenia swojej reakcji a jeżeli nie - to że wystrzelona z tej odległości strzała zatrzyma go bądź chociaż spowolni.

Potem trzeba będzie odrzucić łuk i chwycić za miecz - chociaż wiedział, że sytuacja jest beznadziejna i jeżeli barbarzyńcy ta jedna strzała nie powali, to nawet jeżeli zdoła go zranić to prawdopodobnie tu zakończy swoją trwającą od miesięcy podróż.

Z ust wydarło mu się soczyste przekleństwo w ojczystym języku.Tyle trudu; tyle drogi - i wszystko zdaje się być na marne...

Nagły ryk wytrącił go na chwilę z równowagi. Barbarzyńca na chwilę zastygł w bezruchu a za jego plecami spod śniegu wystrzelił niespodziewanie potężny, biały kształt, unosząc się dobre pół metra ponad głową Vanira. Najwyraźniej niedźwiedź stwierdził, że jeden na ucztę to zbyt mało, dwóch będzie w sam raz a Bossończyka zostawi sobie na deser...

Nie namyślając się wiele wycelował w widoczną tuż nad głową nieznajomego gardziel potężnego niedźwiedzia i wypuścił strzałę, natychmiast sięgając po kolejną...żeby tylko barbarzyńca zdążył zorientować się, co się dzieje, modlił się w duchu, posyłając kolejną strzałę w przypominającą śnieżne widmo bestię.
Ostatnio zmieniony 19 listopada 2018, 21:54 przez profes79, łącznie zmieniany 1 raz.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 19 listopada 2018, 21:41

[center]Na zboczu Śpiącego Olbrzyma, góry Vanaheimu[/center]

Zapach. Zapach, który natychmiast wprawił we wrzenie krew płynącą w przemarzniętym ciele Hrotha. Ohydny fetor gnijącego mięsa i cuchnącej śliny, który buchnął z rozwartej bezgłośnie paszczęki.

Wpatrzony w zielonookiego przybysza Vanir pojął, co takiego znajduje się za jego plecami, najpewniej zagrzebane w pokrytej śniegiem jamie, nim jeszcze grymas przerażenia wykrzywił powleczone szronem oblicze południowca. Wciąż wpatrzony w bossońskiego pogranicznika, Hroth Skrwawiony wyszarpnął z pochwy ostrze kute z przedniej stali, a w jego lewej dłoni pojawiła się tarcza.

Ryk drapieżnej wściekłości wstrząsnął okolicą, wprawił powietrze w drżenie.


Obrazek


Rezerwacja na fabularny opis walki, który będzie później. Mechanicznie walka zostanie rozpisana w tym poście poniżej, w podziale na starcia czyli rundy. Wszystko w spoilerze.
Edycja Wtorek.
Przyjąłem, iż Hroth jako berserker walczy, rozpiska całej walki jest w spoilerze. Trwała około minuty 10 sekund na starcie. Opiszcie walkę oczyma Waszych Postaci z uwzględnieniem jej przebiegu ale niekoniecznie starcie po starciu, jakoś tak krócej ew. Daffyd uwzględniając stres i zmarznięte dłonie dzierżące łuk, Hroth zaś walkę w szale. Otrzymane rany Hroth wyleczy w około 5 dni, o ile się nie będzie forsował zbytnio. Ma 2 łagodne i 1 umiarkowaną. Hroth ma zdolność regeneracji to leczy się 2x szybciej. Do wyleczenia ma karę -1. W opisie niech uwzględni rany i osłabienie po tym jak szał go opuści. Czekam na opisy walki oczyma Daffyda i Hrotha - możliwie barwne. Jak coś nie rozumiecie pytajcie.
Spoiler!
Mechanika:
I starcie Dyffyd strzela nad głową Vanira trudność 4. Trafienie z łuku to 7 +0 losowo daje 7 minus trudność 4, trafienie na +3. Piękny strzał. 5 obrażeń z łuku +3 premii z trafienia to 8 minus 3 za futro niedźwiedzia daje 5 obrażeń na czysto. Niedźwiedź potrząsnął łbem i szarżuje na pobliskiego Vanira. Taki strzał powaliłby silnego wojownika.
I starcie Hroth wpada tym razem w szał, uderza potężnie, ale chybia o włos.
I starcie Biały niedźwiedź ludojad Atak 9 Obrona Hrotha 6 trafia na +3 + 5 z pazurów daje 8 ran minus pancerz Hrotha 4 razem wchodzi za 4, drugi atak kłami niedźwiedzia trafia aż za 5

II starcie Dyffyd strzela Trafienie z łuku to 7 minus 3 losowo daje 4 minus trudność 4, trafienie na +0. 5 obrażeń z łuku +0 premii z trafienia to 5 minus 3 za futro niedźwiedzia daje 2 obrażeń na czysto
II starcie Hroth uderza potężnie, trafia na +1 + 6 obrażeń daje 7 minus 3 za futro, niedźwiedź obrywa mieczem za 4
II starcie Biały niedźwiedź ludojad Atak pazurami rani za 3 oraz zadaje lekką ranę, Hroth unika kłów bestii

III starcie Dyffyd strzela Trafienie z łuku to 7 plus 1 losowo daje 8 minus trudność 4, trafienie na +4. 5 obrażeń z łuku +4 premii z trafienia to razem 9 minus 3 za futro niedźwiedzia daje 6 obrażeń na czysto. Piękny strzał
III starcie Hroth uderza potężnie, trafia na +2 + 6 obrażeń daje 8 minus 3 za futro, niedźwiedź obrywa mieczem za 5, ale 5 i 6 już dostał więc te pola presji są wykorzystane to najbliższe wolne pole w prawo to 7 i za tyle obrywa
III starcie Biały niedźwiedź ludojad Atak pazurami rani za 1 ledwo draśnięcie, kłami zadaje 3 obrażenia i kolejna lekka ranę dostaje berserker

IV starcie Dyffyd strzela Trafienie z łuku to 7 plus 1 losowo daje 8 minus trudność 4, trafienie na +4. 5 obrażeń z łuku +4 premii z trafienia to razem 9 minus 3 za futro niedźwiedzia daje 6 obrażeń na czysto. Piękny strzał. Ale pola presji 6 i 7 sa zablokowane to bestia dostaje aż 8 obrażeń na czysto. Zaryczał z bólu i wściekłości.
IV starcie Hroth uderza potężnie, trafia na +1 + 6 obrażeń daje 7 minus 3 za futro, niedźwiedź obrywa mieczem za 3 i dostaje pierwsza lekką ranę, kolejny ryk bólu i furii.
IV starcie Biały niedźwiedź ludojad Atak pazurami rani za 2 ale berserker obrywa za 6 ponieważ niższe pola presji ma już zablokowane. Vanir słabnie, cudem unika kłów.

V starcie Dyffyd strzela Trafienie z łuku to 7 plus 0 losowo daje 7 minus trudność 4, trafienie na +3. 5 obrażeń z łuku +3 premii z trafienia to razem 8 minus 3 za futro niedźwiedzia daje 5 obrażeń na czysto. Piękny strzał. Ale pola presji 5, 6, 7 i 8 są zablokowane to bestia dostaje aż 9 obrażeń na czysto. Zaryczał z bólu i wściekłości.
V starcie Hroth uderza potężnie, trafia na +2 + 6 obrażeń daje 8 minus 3 za futro, niedźwiedź obrywa mieczem za 5 i dostaje pierwszą umiarkowaną ranę, kolejny ryk bólu i furii. Ma -1 do cech w tym ataku i obrony.
V starcie Biały niedźwiedź ludojad Hroth unika pazurów od kłów dostaje Umiarkowaną ranę ma Cechy -1 do wyleczenia.

VI starcie Dyffyd strzela zadaje niedźwiedziowi dotkliwa ranę ma on już karę -2 do wszystkiego wyraźnie słabnie
VI starcie Hroth uderza potężnie mimo osłabienia ranami i powala bestię. Koniec walki.
Ostatnio zmieniony 20 listopada 2018, 20:03 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

profes79
Reactions:
Posty: 32
Rejestracja: 11 listopada 2018, 20:28

Post autor: profes79 » 20 listopada 2018, 22:42

Daffyd zacisnął zęby i posyłał strzałę za strzałą w potężne zwierzę, z każdym strzałem tracąc nadzieję, że jego pociski robią cokolwiek poza drażnieniem zwierza. Widział, jak barbarzyńca rozpaczliwie próbuje uniknąć ciosów potężnych łap samemu równocześnie zadając desperackie pchnięcia w grube futro pokrywające zwierza. Gdy ten aż przyklęknął pod kolejnym ciosem Daffyd dostrzegł możliwość powalenia bestii. Strzałą aż po lotki wbiła się w pierś niedźwiedzia, który potężnie zaryczał dając Vanirowi czas na pozbieranie się po ciosie uzbrojonej w potężne pazury łapy. Kolejna strzała pogrążyła się w pierś zwierzęcia tuż obok poprzedniej i ten potrząsając łbem opadł na cztery łapy. Daffyd posłał kolejną strzałę celując w oko niedźwiedzia a równocześnie zakrwawiony barbarzyńca zadał potężny cios z góry, powalając bestię na ziemię.

Przez chwilę było słychać tylko ciężkie oddechy obu mężczyzn. Barbarzyńca nagle osunął się na kolana, wspierając się na swoim mieczu. Widać było, że potrzebuje pomocy ale Daffyd zawahał się. Widział furię, z jaką rzucał się on na potwora i obawiał się, że jeżeli podejdzie zbyt blisko, to szał Vanira rozgorzeje na nowo tyle, że tym razem on będzie jego celem.

Odwiesił łuk na plecy i ostrożnie, krok za krokiem zaczął zbliżać się do klęczącego wojownika.

- czy mogę Cię opatrzyć - zapytał, sięgając po sakwę z opatrunkami, jaką miał przy pasie - wygląda na to, że nieźle Cię poharatał.

Ostrożnie, krok za krokiem zbliżał się do Vanira

- cieszę się, że byłeś tu - dodał - ten łuk wiele potrafi ale na wszystkich bogów widząc jak każda strzałą wbija się w grube futro byłem pewien, że dołączymy do tego zamarzniętego biedaka.. daliśmy mu radę tylko będąc we dwóch; żaden z nas samotnie nie mógłby mu stawić czoła.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 21 listopada 2018, 14:46

[center]Osada Bytrh nad Jeziorem Wdowich Łez[/center]
[center]Obrazek[/center]
Nenaher przeciągnął się na posłaniu z kilku wyliniałych, skłębionych skór dzika. Przez chwilę leżał w ciszy, pozwalając świadomości spokojnie powrócić do ciała po czym otworzył oczy. I jęknął, przypominając sobie, gdzie się znajduje.

Skrzywił się i usiadł, obrzucając ponurym spojrzeniem wnętrze nędznej chaty. Dymiące w centralnym miejscu palenisko, było pokryte grubą warstwą popiołu, a wąskie okienko, wyciosane wysoko, w ścianie z bali, nie wpuszczało wiele światła. Mimo to, wzrok czarnoksiężnika z łatwością rozróżniał skryte w mroku sprzęty. Nie było ich zresztą wiele. Stojący pod ścianą kocioł, obok niego zaś niewielka sterta chrustu. Nieco dalej dwa pniaki, służące za stołki. Z belek pod sufitem, zwieszało się kilka pęków ziół i pomalowanych kości. Tu i tam jaśniała blado krągła krzywizna zwierzęcej czaszki, spoglądającej w dół, ciemnymi dziurami oczodołów. Wzrok mężczyzny przesunął się obojętnie po otoczeniu. Nic z przedmiotów zebranych w tej rozpadającej się chałupie, którą osobiście uważał za niewiele lepszą od zwierzęcej nory, nie budziło tak naprawdę jego zainteresowania. Tłumiąc przekleństwo wstał i rozgarnął popiół, upewniając się, że żar wciąż tli się pod miękkim, puchowym okryciem. Dorzucił garść chrustu i dmuchnął, po czym usiadł na piętach czekając spokojnie, aż cienkie gałązki zajmą się płomieniem.

Iskry strzeliły niemal natychmiast, oświetlając szczupłą sylwetkę czarownika. Odblask płomieni odbił się w głębi odmiennie zabarwionych oczu, wyłonił z mroku pociągłą, przystojną twarz o skórze ciemnej, niczym heban. Wąski nos i wysokie czoło zdradzały inteligencję, i szlachetną krew stygijskiej szlachty. Ogień jednakże, nie poprzestał na tym. Jasne płomyki wzbiły się w górę, pożerając chciwie brzozowe gałązki. W ich świetle oczy mężczyzny zalśniły niczym zwierzęce ślepia, zdradzając, że jest kimś więcej, niż zwykłym śmiertelnikiem.

[center]Obrazek[/center]
Zarówno jednak pochodzenie, jak i moc magiczna nie były jak dotąd w stanie uchronić go przed trafieniem na to zapominanie przez Seta zadupie. Zresztą stygijskia krew tych stronach stanowić mogło jedynie przepustkę do grobu. Uśmiechnął się ponuro, darząc tę myśl jedynie przelotnym zainteresowaniem. W zamyśleniu przesunął palcami po ziemi, ścierając kilka symboli, które pozostały tam po nocnej inkantacji. Znaki w niczym nie przypominały run stosowanych przez Vanirów i zapewne byłyby przyczyną głębokiego zaniepokojenia dla miejscowych szamanów. Szczęśliwie jednak, nie będą mieli okazji ich zobaczyć. Pochodzenie glifów ginęło w starożytnych mrokach Acheronu. Tym bardziej więc nie zamierzał pozwalać, by jakikolwiek dzikus miał się na nie natknąć. Nawet bowiem za tysiąc lat i tak nie byłby w stanie zrozumieć zaklętej w nich potęgi.

Dzikusy! Na Wielkiego Seta! Czym zasłużył sobie na to, by trafić do gniazda tych przeklętych barbarzyńców?! Na to sparszywiałe, zamarznięte zadupie, o którym nie pamiętał żaden z wartych czci bogów, ni cywilizowanych narodów? Odpowiedzią na oba pytania był oczywiście jak zwykle Menkara.

- Obyś wnętrzności twoje zmieniły się w pełzające robactwo - syknął czarkoksiężnik, przeklinając po raz kolejny swoją nemezis - jak czynił zresztą zawsze, gdy imię Menkary pojawiało się w jego myślach. Wspomnienia ich ostatniego spotkania sprawiły, że rysy Nehahera stwardniały na chwilę, a w oczach pojawił się zimny i nieludzki błysk.

Menkara, oby sploty Seta zmiażdżyły jego kości, był bowiem przyczyną dla której Nehaher miast otaczać się zbytkiem w pięknej Kordawie, siedział teraz na klepisku w tej psiej budzie, górnolotnie nazywanej przez Vanirów chatą. Menkara był powodem, dla którego trząsł się teraz z zimna nad wiązką chrustu. Menkara, tkwiący mu cierniem w boku, sprawił bowiem, iż Nehaher zmuszony był opuścić miasto, porzucając znakomitą pozycję doradcy księcia, a wraz z nią dom, służbę i należne mu przywileje. Co gorsza Menkara był o wiele bardziej biegły od niego w sztuce przyzywania i pętania demonów - co Nehaher uważał osobiście za straszliwe niedopatrzenie ze strony Seta i niemal osobistą potwarz. Jasnym było więc, że by przywrócić rzeczywistości właściwy bieg, należało pozbyć się tego plugawego płaza.

Niestety, Menkara posiadał szerokie wpływy nie tylko w Stygii, ale także w Argos i Aquilonii. A prócz siatki szpiegów, miał na usługach także kilku wykwalifikowanych zabójców. Gdy wiec stary książę Kordawy wyzionął ducha, wywołując tym samym chwilę politycznego nieporządku, jaka zawsze zjawiała się po śmierci władcy, Menkara wykorzystał ją skwapliwie by osłabić pozycję Nehahera - której zresztą sam został ongiś pozbawiony przez niego. Ostatni zamach, wykonany przez mordercę, który przeniknął w krąg jego straży osobistej, młodszy czarownik przeżył jedynie cudem. Wiedział już wtedy, że jego czas się kończy. Mógł oczywiście zażądać opieki od Wewnętrznego Kręgu Kordawy - organizacji, o której interesy dbał przez ostatnie pięć lat. Lecz ostatnią rzeczą, której pragnął, było zaciąganie u nich jakiegokolwiek długu. Z zasady zresztą, starał się nie zaciągać długów. Poza tym, czy Wewnętrzny Krąg nie sprzymierzył się z nim właśnie po to, by ongiś pozbyć się Menkary? Tym razem zapewne znów zażądaliby by jakoś rozwiązał ten problem... Nehaher był więc świadom, iż chwilowo żadna z cywilizowanych krain nie zapewni mu schronienia przed mackami wrogiego czarnoksiężnika. Zdecydował się więc zniknąć, skrywając się tam, gdzie nikt nie będzie go szukał. Przysługa, którą wciąż winny był mu Grimnir otworzyła młodemu stygijczykowi drogę na Północ. Tu miał pewność, iż pozostanie niewykryty. Ostre, arktyczne wichry czyniły te strony niedostępnymi nawet dla demonicznych sług Menkary. A współpraca z szamanem Vanirów dawała możliwości zdobycia wiedzy i mocy, która być może w przyszłości pozwoli przechylić szalę...

- Śmierć będzie za dobra dla ciebie, obłudny padalcu, mierny szarlatanie - wymamrotał, snując plany zemsty. W istocie nie planował zabijać Menkary. O nie, to byłby nadmiar łaski! Od dawna myślał już nad pewnym zaklęciem, które pozwalało przenieść świadomość ofiary w ciało jednego z gigantycznych, bladych czerwi, pełzających w mrokach zrujnowanych piramid Stygii...

- Na Ogień błyszczących ślepi Seta! Przez wieczność będziesz czołgał się wśród butwiejących mumii i wyschniętych kości, przeklinając moje imię i los, jaki ci zgotuję... - wyszeptał i zachichotał. Śmiech rozchodzący się w zadymionym wnętrzu chaty, przypominał raczej szelest trących o siebie łusek wielkiego gada, niż objaw ludzkiej wesołości. Nehaher nie zwrócił jednak na to uwagi. Wiedział, że musi jeszcze tylko trochę poczekać. Set ostatnio zdawał się co prawda ignorować jego modły, ale to z pewnością z powodu zimna. W końcu trudno było oczekiwać od Ojca Węży, by interesował się tym zamarzniętym na kamień krańcem świata. Mimo to jednak Nehaher głęboko wierzył... Nie, wręcz wyczuwał, że okazja do zemsty pojawi się niebawem...

Wstał i sięgnął do wiszącej nad posłaniem torby. Ostrożnie wydobył z niej kawałek lustra, po czym klęknął ponownie, kładąc je przed sobą pod takim kątem, by widział swoją twarz. Wpatrując się w odbicie, wyszeptał kilka słów, przebiegając jednocześnie palcami szczupłych dłoni po twarzy. Pod wpływem zaklęcia, jego skóra pojaśniała zdecydowanie, upodobniając się do ogorzałej cery Vanirów. Łuki brwiowe zarysowały się silniej, rysy zgrubiały i nabrały toporności, charakterystycznej dla miejscowych plemion. Czarownik przejechał palcami po włosach, rozjaśniając ich barwę na płową i nie szczędząc pasm siwizny świadczących o godnym wieku.

[center]Obrazek[/center]
Jego sylwetka nie przypominała już szczupłego stygijskiego uczonego. Klatka piersiowa poszerzyła się, pod materiałem koszuli zarysowały się żylaste mięśnie. Jeszcze przez chwilę krytycznie przyglądał się sobie w lustrze, poprawiając to i owo, dopóki iluzoryczne przebranie nie zadowoliło go całkowicie. Musiało jednak być bez skazy. Dziś miał się bowiem spotkać z wojem wysłanym przez Grimnira i głęboko wątpił, by prosty umysł tego dzikusa był w stanie pojąć meandry polityki, która czasami zdolna była połączyć stygijskiego czarnoksiężnika z szamanem Vanirów...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

profes79
Reactions:
Posty: 32
Rejestracja: 11 listopada 2018, 20:28

Post autor: profes79 » 22 listopada 2018, 21:37

Daffyd opatrzył rany barbarzyńcy jak umiał. Udało mu się wydusić z niego, że nazywa się Hroth ale niewiele więcej. Widać było, że o ile nie będzie musiał go ciągnąć, to jednak pazury niedźwiedzia pozostawiły na tyle ciężkie rany, że poza marszem Vanir do niczego przez dzień czy dwa nie będzie się nadawał.

Poskrobał się po głowie. Szkoda mu było zostawiać futro ale nie było nawet mowy, żeby je w takich warunkach ściągać. Zresztą kolejnych kilkadziesiąt funtów na grzbiecie było ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował. Nachylił się jednak z nożem nad padłem i sprawnymi ruchami wyłuskał pazury i kły. Ładna pamiątka; barbarzyńca z pewnością na nią zasłużył - a jak on nie będzie chciał ich nosić to z pewnością po powrocie do Bossonii pozwolą samemu Daffydowi zyskać sławę.

Znowu spochmurniał...powrót do Bossonii...jakże odległą wydawała się teraz ta zielona kraina. Spojrzał ponownie na zamarzające już niedźwiedzie truchło i stwierdził, że może i nie ma innego wyjścia, jak zamieniać się w sopel lodu ale nie oznacza to, że ma to robić na głodniaka. Nieco się namęczył, ale zdołał odciąć niedźwiedzie łapy - jedną z najsmaczniejszych części niedźwiedziego mięsa. Przynajmniej się nie zepsują na tym mrozie - pomyślał - chociaż to znowu kilka funtów do niesienia. Ale szybko się tego pozbędziemy a zawsze to lepsze, niż suszone mięso.

Przytroczył mięso do plecaka, nie widząc innego miejsca na schowanie tak dużego ładunku, po czym podszedł do siedzącego z boku, zakutanego w futra Hrotha.

- chodź, ruszamy - powiedział. W wiosce nad jeziorem powinniśmy otrzymać jakąś pomoc a jak pokażemy pazury miśka to może i ściągną tu tę padlinę, żeby spożytkować resztę mięsa.

Pod ciężarem Hrotha, który oparł mu się na ramieniu nogi się pod nim lekko ugięły. Przez myśl mu przeszło, że lepiej, aby na drodze do wioski nie było już innych przeszkód, bo w tej chwili ani o dobyciu miecza, ani tym bardziej o zdjęciu z pleców łuku nie mogło być mowy.

Rozejrzał się jeszcze, czy na śniegu nie pozostał jakiś zabłąkany ekwipunek i obydwaj ciężko stąpając ruszyli w dół przełęczy.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 24 listopada 2018, 16:46

[center]Jezioro Wdowich Łez, góry Vanaheimu[/center]

Hroth niewiele pamiętał z podróży do wioski. W jego obolałej głowie wciąż kołatały wspomnienia niedawnej walki z białym potworem, jego rycząca paszcza i ostre jak sztylety pazury. Obcy o zielonych oczach ku zaskoczeniu Vanira wcale nie uciekł na widok bestii, chociaż wrodzony południowcom lęk nie pozwolił mu na sięgnięcie po miecz - miast tego szył z bezpiecznej odległości z łuku zrzucając ciężar największego niebezpieczeństwa na barki Hrotha.

Pokiereszowany brutalną siłą białego niedźwiedzia i otępiały po odpływie czerwonej mgły, która przeistoczyła go w bezrozumnego zabójcę, berserker pozwolił się bez warknięcia protestu opatrzyć obcemu człowiekowi - chociaż raz czy dwa przyszło mu na myśl, by pozostać wiernym tradycjom i skręcić swemu wybawcy kark, kiedy ten zakładał barbarzyńcy opatrunki.

Lecz koniec końców Vanir postanowił oszczędzić życie południowca; jeśli nie na zawsze, to przynajmniej na jakiś czas. Jego myśli zaprzątała dziwna ciekawość wobec osoby Bossończyka, zmieszana z wspomnieniami Grimnira, który opowiadał mu przecież o swych sennych majaczeniach - była w nich śnieżna zadymka w postaci niedźwiedzia mająca symbolizować nieznane zło oraz postać walczącej z nią śnieżnej małpy. Vanir nigdy nie czuł się związany z totemem małpy, toteż ta część wizji wyraźnie go konfundowała - czyżby zatem to bossoński wędrowiec był ową małpą? A śnieżny niedźwiedź złem, które nękało osadę nad Jeziorem Wdowich Łez? A może to właśnie małpa, uosabiająca skrywane zło Bossończyka, stanowiła największe zagrożenie dla tutejszych Vanirów?

Hroth nie nawykł do tak intensywnego myślenia. Ogrom możliwości kryjący się w jego podejrzeniach był przytłaczający i tylko pogłębił ból promieniujący z obolałego ciała. Brnąc poprzez głęboki śnieg podążał w ślad za obcym zmierzając ku wystrzeliwującym ponad wierzchołki drzew snopom dymu.

Fobetor
Reactions:
Posty: 106
Rejestracja: 24 marca 2016, 11:03

Post autor: Fobetor » 24 listopada 2018, 17:32

[center]Jezioro Wdowich Łez, góry Vanaheimu[/center]

Hroth był lekko zniesmaczony faktem, że musi iść do wioski w takim stanie. Fakt zranił go niedźwiedź nie jakiś oprych, ale wielka bestia, niby ma prawo na odpoczynek. Jednak on jest barbarzyńcą, wojownikiem, który nie podda się póki nie umrze. A i wtedy jego wróg musi się lękać jego ostatniego uderzenia. W końcu barbarzyńcy walczą do upadłego, zwłaszcza podczas szału. Krew jeszcze szumiała Hornowi w czaszce. Chwilowe wspomnienia po ciężkiej walce, wysiłek by nie zabić swego towarzysza, gdy ten opatrywał mu rany. To była ciężka konfrontacją dla niego.

- Dziękuje za opatrunek. - Warknął cicho, jak gdyby uwłaczało mu to.

Bolało go, że nie jest teraz w pełni władz sił, czuł ból ran. Ból który był mu znany. Wojownik musi wiedzieć ile jest wstanie wycisnąć z swojego ciała. Barbarzyńca umiał przekroczyć ten próg. Musi dać rade i tym razem.

- Dobrze że tam idziemy. - Ciszej dodał niby sam do siebie - Mam misje. - Z jednej strony nie chciał ruszać tam sam, z drugiej nie wiedział czego może spodziewać się po tym towarzyszu, czym ta wizja była z wspomnień czy coś znaczy? Jeśli tak to musiał mocno się nad tym zastanowić. Teraz jednak za bardzo przeszkadzał mu ból płynący z ran. Zwłaszcza że myśli często nie trafiały do jego czaszki.
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2018, 05:05 przez Fobetor, łącznie zmieniany 1 raz.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 25 listopada 2018, 08:27

[center]Jezioro Wdowich Łez, góry Vanaheimu[/center]

Przez ostatnie dwie godziny przy drodze nad jezioro Hroth i Daffyd nie napotkali nawet mizernego krzaczka, widzieli tylko skały i skryte w ich cieniu połacie śniegu. Tak jakby najpotężniejszy z pobliskich górskich lodowców naznaczył te strony swym władztwem na zawsze. Fakt, że wyrosła tu ludzka osada, zakrawał na cud.

Gdy wędrowcy dotarli wreszcie na brzeg, zwłaszcza Daffyda uderzył majestat okolicy. Jezioro miało barwę głębokiego granatu, a w jego wodach odbijały się wyrastające na północy szczyty, przedmurze pobliskich gór. Pokryte wiecznym śniegiem szczyty przeglądały się w głębinach od niezliczonych tysiącleci.

Teraz nawet najmniejszy podmuch wiatru nie mącił tafli wody. Całość wyglądała tak, jak musiała objawić się oczom pierwszych ludzi, którzy tu przybyli w zapomnianych obecnie czasach. Można było ulec urokowi tego miejsca, surowej potędze, którą ludzka obecność obchodziła tak, jak schodzącą lawinę obchodzi los mrowiska leżącego na jej drodze.

Jeśli ktokolwiek chciałby poczuć, czym właściwie są góry Vanaheimu, powinien koniecznie odwiedzić to miejsce, pomyślał bossoński Pogranicznik, stojąc nad brzegiem jeziora, dla Hrotha taki widok był codziennością.

Ruszyli szybkim marszem w kierunku wioski, żeby zdążyć przed zmrokiem.
Wchodzicie do wioski przed zmrokiem? czy też ryzykujecie nocleg na pustkowiu poza osadą? Hroth był tu raz jako 10 latek pamięta z grubsza, która osada należy do starszego wioski. Co robicie?
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2018, 17:07 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ