Strona 69 z 88

: 26 kwietnia 2016, 11:29
autor: Frater_Terry
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

Mroczny Jedi opowiedział swoje wrażenia z wieczoru. Na koniec dodał od siebie uwagę o kąpieli, co sprawiło, że usta Malkaviana wygięły się w delikatnym uśmiechu. Który zniknął tak szybko jak się pojawił, bowiem słowa Łowcy niosły w sobie treść niechcianą. Z delikatnym akcentem sprzeczności.

Chciał się zapytać o tych kilka szczegółów, które wywołały jego niepokój. Otworzył usta by się odezwać, ale z jakiegoś powodu usłyszał głos nie swój, a Czarnej Victorii. W mdodatku ich treść podsunęła mu pomysł, by pomóc jej, podobnie jak wcześniej pomógł Lucjuszowi. Zrezygnował z tego pomysłu, kiedy zobaczył, że tak naprawdę próbuje ona przeprosić Mordercę.

Kiedy już mógł się odezwać, Horacy tym razem skorzystał z okazji i chwilowego milczenia. I przeprosił. Terry nie miał zamiaru rzucać mu się na szyję z okrzykiem "Nareszcie jesteś". Wolał poczekać i pozwolić by czyny Nosferatu przemówiły głośniej niż jego słowa. Niemniej ucieszył się z nich.

Nie za długo jednak, by tym razem nie dać wejść sobie w zdanie. Uśmiechnął się więc do Mrocznej Pani i zapewnił, że zajmie się jej podopiecznym, jak tylko wyjaśni pewną sprawę. Następnie zwrócił się do Dartha Namtara.

- Co masz na myśli, mówiąc że Schreck nie może wiedzieć, że cię spotkał? I jednocześnie, że ścigał cię, a nawet, że rozmawialiście. Dziwna to rzecz, którą rzeczesz. - powiedział, wyginając brwi w nadziei nadania swojej twarzy odpowiednio zdziwionego wyrazu.

- W dodatku to co mówisz, Black Hand, przegrana Camarilli... Może to było przyczyną... - spojrzał smutno w stronę Zegara Zagłady. Ale nawet jeśli nie, to sama informacja o udanej interwencji Sabatu wystarczyła, by jego ramiona opadły w rezygnacji. Westchnął głęboko, po czym dodał w stronę Horacego - Nie jest moją intencją być złośliwym, więc nie czytaj tak moich słów. Ale skoro obecność Łowcy na polu bitwy odciągnęła Karla Schrecka od walki, a zjawiły się tam osoby z Black Handu, to może się okazać, że ta akcja z zabójstwem Paina będzie Charleston kosztować naprawdę wiele...

Nie skwitował swoich słów uśmiechem. Minę miał poważną i smutną. Nie umiał sobie wyobrazić, co musiał czuć Horacy, nie zazdrościł mu jednak.

Ponownie spojrzał w twarz Dartha Namtara. A było to spojrzenie w kształcie znaku zapytania.

[center]***[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Muzyczna, po rozmowie w bibliotece, 11.08.1993

Zabrał Lucasa do pokoju muzycznego. Zamknął przy tym drzwi, tak by nikt nie mógł im przeszkodzić. Posadził roztrzęsionego sługę Czarnej Victorii na jednym z czerwono obitych foteli. Opierając dłoń na jego ramieniu, z cicha zaczął recytować słowa modlitwy.

Ghul nie spodziewał się chyba takiej kuracji, bowiem jego spojrzenie na twarz duchownego zawierało tyle samo zawodu co niezrozumienia. Zaczął więc go uspokajać, tłumacząc, że jedyne czego chce, to ulżyć jego zmartwionej głowie i że modlitwa jest niezawodnym remedium na stres. Wspomniał też o trzystu latach praktyki, które pozwalają mu być tak pewnym jej leczniczych właściwości. Nie pozwalał przy tym odzywać się swojemu pacjentowi, delikatnie uciszając go za każdym razem, kiedy ten chciał coś powiedzieć. Nie był to jego szczyt marzeń, wciąż jednak miał przed oczyma tarcze zegara zagłady. I ostatnią minutę, jaka dzieliła ich od Gehenny.

Wiedział też, że przyspieszając tę rozmowę, prawdopodobnie nie będzie w stanie pomóc Lucasowi. A szczerze chciał, bowiem sam wygląd twarzy ghula ściskał jego serce w imadle z napisem "współczucie".

Zmienił więc nieco taktykę, prosząc swego pacjenta by powtarzał za nim.

[center]Święci Anieli,
Boga ogrodnicy doskonali
wysłuchajcie modlitwy naszej,
wspomóżcie nas w udręce,
uciszcie nasz lęk,
pocieszcie w smutku.
Będziem stale wzywać imienia wasze,
prosząc, byście nieustannie wstawiali się za nami u Boga,
aby wybaczył,
aby ukoił,
aby strzegł,
aby zbawił.[/center]

Pozwolił, by "amen" nastąpiło po chwili ciszy. Następnie odczekał jeszcze chwilkę, nim zapytał.

- Jak się czujesz?
Pasja na Lucasa. Dwa razy. Terry chce pozbawić go stresu, który najwyraźniej miesza mu zmysły. Jak i pomóc mu pokochać bardziej Boga Najwyższego, by w przyszłości miał się do kogo zwrócić w ciężkich chwilach. (czyli wyciszam jego stres i upgrade'uję miłość do adonaia)
Spoiler!
Pozwoliłem sobie bez konsultacji opisać zachowanie Lucasa, więc jeśli masz jakieś uwagi to krzycz, a będzie zmienione :)
Spoiler!
Test Demencji 1:
By uspokoić Lucasa = 1 sukces.
By wzmocnić jego wiarę w Boga = 0 sukcesów.

: 26 kwietnia 2016, 13:02
autor: Sigil
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

Assamita skinął głową na znak, iż zrozumiał słowa Victorii i przyjął je go wiadomości. Następnie zamarł na chwilę wpatrując się bez ruchu w Nosferatu, który znów zdawał się wykonywać jakiś dziwny rytuał, rozsiewając wszędzie wkoło zapachowe choineczki. Morderca zastanawiał się przez chwilę czy zwyczaj ten miał coś wspólnego z przepraszaniem i stanowił jakąś dziwną, zachodnią formę zadośćuczynienia, czy też miał być substytutem prysznica? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jednak chyba jego podejrzenia były w jakiś sposób zasadne, Szczur bowiem, widząc reakcję Łowcy począł jedynie szybciej rozrzucać kartonowe odświeżacze.I Namtar z pewnym niepokojem zaczął rozważać, czy nie należało teraz czegoś powiedzieć, lub zrobić... Z trudnej sytuacji wybawiła go na szczęście wypowiedź Terrego, najwyraźniej skierowana do niego. Oderwał się więc od obserwacji poczynań Nosferatu i przeniósł swą uwagę na duchownego.

- La taqlaq.* Shreckt nie będzie pamiętał, kogo spotkał - oznajmił obojętnie, wzruszając ramionami. - Pewnie już w tej chwili zastanawia się jak wyglądam... Zakładam, że nim noc się skończy będzie wiedział jedynie, że spotkał jakiegoś odszczepieńca z Sabatu... A i tego nie byłbym pewien... - uśmiechnął się zimno. - Nie musicie się więc martwić, że przeklęty Czarodziej za dużo wie. Zadbałem o to. Wystarczy teraz trzymać język za zębami, mashy?**


* arab. - Nie martw się.
** arab. OK?

: 27 kwietnia 2016, 22:06
autor: lightstorm
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

Lucas uspokoił się nieco, a przede wszystkim jego rozbiegany wzrok skupił się na obliczu Malkaviana.

- Jak się czujesz? - zapytał Terry.

- Daruj sobie te modlitwy Ojcze. Bóg to zimny skurwiel... pozwolił bym patrzył na tyle bestialstwa - zaskoczony Świr nie zdążył zareagować, gdy Lucas spod kurtki wyciągnął butelkę z napisem chivas regal 18 yo. odkręcił zakrętkę i wziął głęboki, kojący duszę łyk...

[center]***[/center]
Rozmowę członków koterii przerwał głos Strażnika:

- Dwie osoby zbliżają się do domu. Za chwilę wejdą na schody.

- Przyjąłem - odpowiedział Assamita i ruszył natychmiast w stronę głównego wejścia.

Pozostali także nie stali bezczynnie i ruszyli za Namtarem. Każdy z chciał się dowiedzieć kto zamierza ich odwiedzić i z jakiego powodu. Terry także dołaczył do grupy, chcąc dowiedzieć się, co jest przyczyną tego poruszenia na korytarzu.

Namtar dotarł przed drzwi wejściowe i złapał za klamkę. Goście właśnie zdążyli wejść po schodach na werandę. Assamita przed sobą ujrzał stojącą przed nim, przyciągającą uwagę blondynkę. Wiedział że bała się, zawsze bezbłędnie wyczuwał strach. Kobieta, ubrana w kobaltowy żakiet trzymała w prawej mikrofon, wyciągając ją przed siebie. Tuż obok niej stał kamerzysta mierzący szklanym okiem prosto w Mordercę. Facet w dżinsowej czapce z daszkiem założoną na drugą stronę, wyglądał jakby nie spał od dłuższego czasu. Blondynka odezwała się:

- Witam pana. BBC News nazywam się Raychell Murray i chciałabym, by powiedział pan całemu narodowi amerykańskiemu co sądzi pan, jako mieszkaniec tego miasta, o ciemnościach jakie zapadły w wczorajszy dzień?

Za dwójką niespodziewanych gości, na parkingu stała niewielka furgonetka, ozdobiona logiem popularnej stacji telewizyjnej.

: 27 kwietnia 2016, 22:08
autor: Sigil
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

Morderca nie zatrzymał się. Nawet na chwilę. Po prostu wykonał jeszcze dwa kroki, sięgnął ku kamerze spoczywającej na ramieniu niedogolonego dziennikarza i jednym ruchem wyrwał ją z jego uścisku. Następnie płynnie przerzucił ją do lewej ręki, prawą sięgając po broń.

- Wejdźcie do środka, jeśli chcecie żyć - powiedział spokojnie, mierząc do zaskoczonych ludzi z pistoletu. Czarny kształt Desert Eagel wyglądał niezwykle przekonywająco...
Używam zastraszania na tyle, by mnie posłuchali bez większych oporów czy głupich dyskusji.

: 27 kwietnia 2016, 22:45
autor: lightstorm
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

Dwójka dziennikarzy pobladła nagle i zdecydowanie straciła zdolność mówienia. Blondynka poruszyła ustami, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Morderca machnął zachęcająco bronią, wskazując na wejście. Przerażeni ludzie minęli go bez słowa. Gdy weszli do środka Assamita odłożył kamerę na pobliski stolik i starannie zamkną za nimi drzwi, po czym odwrócił się do nich ponownie, nie przestając mierzyć z pistoletu. Stając przy drzwiach, oparł się o framugę, podkreślając, iż w tych okolicznościach nikt nie skorzysta z wyjścia bez jego zgody...
Dla Namtara: Test Zastraszania ST:4 = 5 sukcesów. Ekipa z BBC jest skutecznie zastraszona i zrobi co chcesz.

Dla wszystkich: Jesteście razem w holu. Co robicie?

: 28 kwietnia 2016, 00:07
autor: Frater_Terry
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, przy drzwiach wejściowych, tylko w środku, 11.08.1993

Terry podszedł bez słowa do przerażonych gości. Nie podobało mu się to co właśnie zaszło, jednak postawa Mordercy mówiła sama za siebie. A poza tym, chociaż nie był szczęśliwy z powodu pojawienia się tej myśli, darowanemu koniowi...

- Usiądźcie proszę i odprężcie się. Wszystko będzie dobrze. - powiedział, uprzednio łapiąc kontakt wzrokowy z zdezorientowanymi ludźmi. Odwrócił się jeszcze w stronę Łowcy i dodał jedno tylko słowo, o którym wiedział, że w zupełności wystarczy.

- Kierowca.

Mroczny Jedi skinął głową, dając do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Malkavian skinął głową, dając do zrozumienia, że w takim razie "Kulu tamam".
Dominacją ich. Niech siadają, jedzenie rzadko samo przychodzi ;)
OD MG:
Dominacja 1 Rozkaz:

Dziennikarka BBC: 3 sukcesy.
Kamerzysta: 6 sukcesów.

Dwójka dziennikarzy wykonuje natychmiast wydane polecenia.

: 08 maja 2016, 20:33
autor: Suriel
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, przy drzwiach wejściowych, tylko w środku, 11.08.1993

Ostatnie zdarzenia wzbudziły w Szczurze spora dozę podejrzliwości i szczerze mówiąc mocno wątpił czy tak zupełnym przypadkiem pojawiła się ta grupa dziennikarzy.

Miał ochotę na ich krew i poczuł jak przełyka nerwowo ślinę. Nie mniej jednak ten podświadomy lęk tłumił głód. Przynajmniej chwilowo.

Uwagę Nosfertau przykuła kamera. Był bardzo ciekaw co też mogli na niej nagrać.

Gdyby się okazało, że mają tam nagranko z czegoś co śmiertelnicy nie powinni widzieć a ja tego nie sprawdzę, będę miął przechlapane...

Podszedł szybkim korkiem do kamerzysty i zabrał mu kamerę. Po czym podał ją Ravnosowi jako, że uznał iż umie rodzić sobie z komputerami to i z tym pudłem da radę.

- Weź no kolego pokarz co oni tam nakręcili. To jedyne nagranie? - zapytał ni to dziennikarzy ni to kogoś z koterii, kto potrafiłby wymusić na nich powiedzenie prawdy.

: 08 maja 2016, 22:07
autor: lightstorm
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Dwójka pechowych gości bez słowa usiadła na kanapie. W ich oczach widać było strach. Facet z czapką baseballową na głowie miał kłopoty z opanowaniem drżących dłoni. Blondynka łamanym głosem odezwała się:

- Jesteśmy dziennikarzami, proszę nas wypuścić...

- Wypuścimy, ale wpierw posilę się na was - odpowiedział łagodnie Malkavian, po czym rozkazał kamerzyście nie patrzeć na niego i blondynkę. Kobieta po kilku rozkosznych ruchach nogami przewróciła gałkami ocznymi i opadła delikatnie na sofę. Gdy Ksiądz szedł w kierunku mężczyzny, dziennikarka zaczęła szeptać:

- Już niebawem zostanę sławna. Marilyn Monroe, czy uważasz że mężczyźni...? Wiem... Jestem taka piękna, a on taki władczy i potężny. Myślę, że pasujemy do siebie... Siostro proszę podać sztuczną adrenalinę... Moje serce pęka... Matko Boska, gdzie są moje poduszki?!?

Po chwili w podobnym tonie zaczął wypowiadać się również kamerzysta. Podczas gdy Świr pożywiał się, Horacy z Darshanem zorientowali się, że kamera nie posiada żadnej kasety.

[center]***[/center]
W tym czasie Morderca wyszedł przed dom spoglądając na stojącego na parkingu telewizyjnego vana. Dookoła nie wyczuwał żadnej obecności. Tylko przejeżdżający drogą samochód po za murami posesji, zwrócił uwagę na czułe zmysły Zabójcy. Na siedzeniu kierowcy i pasażera nikogo nie było. Pozostało do sprawdzenia wnętrze auta. Gdy był niecałe kilka metrów tylnych drzwi zobaczył jak z środka, przez szczeliny między uszczelkami drzwi, dobywa się jasne światło. Ruszył szybciej, jednak gdy złapał za klamkę jasność zniknęła. Otworzył drzwi widząc kłęby dymu unoszące się z stacjonarnego radiotelefonu leżącego na stoliku.

Wnętrze posiadało profesjonalny arsenał najnowszej elektroniki jakiej potrzebował dziennikarz na topie. Kasety z nagraniami, laptop, aparaty fotograficzne, radiotelefon, obiektywy, statywy i inny sprzęty do nagrywania dźwięku i obrazu. Gdy wszedł do środka zorientował się, że laptop jest włączony, a van ma połączenie z satelitą nadającą obraz tv. Odłączył komputer od kabli i wsunął go pod pachę. Rzucił okiem na przypaloną stalową obudowę radiotelefonu. Wiedział, że uszkodzenia nie dało się naprawić. Wyskoczył na ziemię i zamknął za sobą drzwi. Zanim skierował się ponownie w stronę posesji, sprawdził jeszcze kabinę kierowcy. W środku nie znalazł interesujących przedmiotów, oprócz mapy Charleston, na której były jakieś zapiski. Zabrał ją także i wrócił do pozostałych.

[center]*** [/center]
Darshan postanowił udać się do Sanktuarium by pomedytować. Był zmęczony i potrzebował większego skupienia na swojej świadomości. Gdy wszedł do duchowego schronienia usiadł w pozycji lotosu i zamknął oczy. W tym czasie Victoria postanowiła wziąć prysznic i zmienić ubranie. Terry i Horacy zostali z dwójką ludzi w pokoju, widząc ich jako smakowity kąsek. Obaj byli głodni, jednak Horacy postanowił nie skorzystać z okazji. Natomiast Terry był zupełnie innego zdania. Pożywił się na dwójce ludzi, po czym wymazał im to wydarzenie używając mocy Dominacji. Następnie poprosił Strażnika by zamknął ich w bibliotece. Dziennikarze zostali skutecznie zatrzymani i związani przez zaklęciem Phulhu-Imela. Ludzie nie mogli w żaden sposób opuścić biblioteki, a wszelkie próby otworzenia drzwi kończyły się fiaskiem. Malkavian wiedział, że zbyt dużym ryzykiem byłoby wypuczenie ich na miasto.

Zebranie się zajęło wszystkim niecałą godzinę czasu realnego. Darshan medytował sześć godzin w Sanktuarium, a pozostali zabrali się za swoje sprawy. Assamita położył na biurku laptopa i mapę. Tylko Ravnos miał zdolności, pozwalające zająć się komputerem, jednak przeszukiwanie zawartości dysku przełożyli na później. Nie mieli pojazdu. Limuzyna została W Martinsburgu, a Cleo zabrała ostatni samochód jaki stał przed domem. Szczęśliwe jednak Assamita wziął to pod uwagę, ukrywając niedaleko auto, które ukradł wcześniej.

Za kierownicą siedział jak zwykle Darshan, a Horacy tuż za nim nawigując po ulicach miasta. Obok Złodziejem siedział Namtar, obserwując okolicę. Victoria i Terry siedzieli również z tyłu, obok Nosferatu. Dla Lasombry to był dobry moment, aby wytłumaczyć Mordercy zasady jakie panują w Elizjum. Rozmawiali przez kilkanaście minut, aż Assamita powiedział:

- Afham, ale wasz Amir zabronił mi wchodzić do Elizjów na jego ziemi. - odparł Namtar. - Moja obecność tam może narazić was na niebezpieczeństwo.

- W tej chwili nie wiemy jaka jest dokładnie sytuacja polityczna. O tym, czy możesz wejść, czy nie, może zadecydować Opiekun Elizjum z jakim mamy się spotkać. Gdy będziemy na miejscu zapytamy o to. W obecnej chwili tylko on może nas zaprowadzić do tego miejsca. Mallus gdzieś zniknął...

- Przyjąłem- odrzekł Morderca mechanicznie, obserwując ulicę przez szybę samochodu.

[center]***[/center]
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993

Po drodze spróbowali zapolować, jednak okazało się to trudniejsze niż dotychczas. Ludzie w znacznej części opuścili miasto pozostawiając za sobą puste domy. Pomimo trudności w niecały kwadrans dzięki nadnaturalnym mocom udało się zdobyć trochę krwi. W końcu dojechali do Civic Center. Ravnos zaparkował wóz na parkingu tuż przed dużym budynkiem. Wysiedli z samochodu i w milczeniu skierowali się do głównego wejścia, bacznie obserwując okolicę.

Chodniki posiadały spore braki w płytach oraz krawężnikach. Prawie wszędzie znajdowały się kawałki betonu i gruzu wyrwanego ze ścian. Wokół panowała cisza. Czyste, usiane gwiazdami niebo nad głowami spokrewnionych w dziwny sposób potęgowało nierealność całej scenerii. Ulice były puste, jakby ta część miasta została nagle opuszczona i zapomniana przez wszystkich. Nieopodal na parkingu dogasało kilka zniszczonych samochodów oświetlonych przez wysokie lampy. Przed wejściem stało dwóch ochroniarzy ubranych w ciemne garnitury. Gdy wysiedli z samochodu, jeden z nich ruszył w kierunku koterii. Spotkali się na w połowie drogi. Młody mężczyzna ukłonił się uprzejmie i powiedział:

- Opiekun Elizjum, Redondo de Vasquez wita wszystkich szanownych gości. Bez względu na przynależność Klanową, dla mojego pana będzie to wielki zaszczyt gościć was na terenie tego Elizjum. Zapraszam - zakończył wskazując dłonią kierunek.

- Prowadź - odpowiedziała Victoria. - Namtarze, idziesz z nami.

Morderca w milczeniu skinął głową.

Gdy weszli do środka zauważyli, że miejsce to było czymś w rodzaju wszystkich większych spotkań ludności Charleston. Znajdowały się tutaj liczne pomieszczenia konferencyjne, sale bankietowe, mały teatr oraz ring bokserski, stylizowany na niewielkie koloseum. Ochroniarz prowadził ich przez główny hol, aż w końcu dotarli do tego nietypowego pomieszczenia. Na środku okrągłej sali, znajdowała się arena do walk otoczona z każdej strony rzędami wznoszących się foteli. Aula była kompletnie pusta, spowita ciemnością. Jedynie nad matą ringu paliły się jasno cztery lampy, oświetlając postać ubraną w białą maskę z czarnymi piórami na głowie. Siedząca na miękkim fotelu postać trzymała w lewej ręce czerwoną różę. Tuż przed nią stało pięć podobnych sprzętów.

Ochroniarz odezwał się:

- Proszę się nie krępować. Mój pan czeka na was.

[center]Obrazek[/center]
Po słowach Ghula koteria Red'a skierowała swe kroki ku arenie. W milczeniu usiedli na wybranych przez siebie fotelach. Jedynie Namtar stanął za pozostałymi, w pozie profesjonalnego ochroniarza. Wtem nieznajomy odezwał się czystym głosem:

- Nazywam się Redondo de Vasquez i witam was serdecznie na terenie mojego Elizjum. Zasady zachowywania się w moim domu nie odbiegają od tradycyjnych praw jakich należy przestrzegać na neutralnym gruncie. Jedyną różnicą jest wielokrotnie większa kara za pogwałcenie regół jakimi się kierujemy - Toreador przerwał wypowiedź, po czym umilkł na chwolę, wdychając woń trzymanej w dłoni róży.

- Oczywiście gratuluję szybkiego awansu społecznego. Skoro tutaj jesteście to znaczy, że zdecydowaliście się oddać mi moją własność. Moje dzieło kiedyś wisiało na ścianie Elizjum wzbogacając jego wnętrze - westchnął, jak gdyby wspomnienie tych czasów budziło w nim pewien sentyment. - Nie dziwcie się więc, iż pragnę je odzyskać. Jeżeli zechcecie zwrócić mi je, podzielę się informacjami jakie posiadam na temat Red'a i jego aktywności w ostatnich miesiącach. Dodatkowo pozwolę wam wejść do Sali Sępów, gdzie przesiadują starsi. Jaka jest wasza odpowiedź? - pytanie zawisło w powietrzu.
Spoiler!
Udało ci się zdobyć trochę krwi. Dopisz sobie 4 punkty. Podejrzewasz, że Assamita wcześniej wyjął kasetę z kamery.
Spoiler!
Test Medytacji:
Wejście w Medytację: ST:7 = 5 sukcesów. Z łatwością wchodzisz w trans.
Wydłużony czas w Sanktuarium pozwala ci na sześć rzutów ST:9
1 = -1 (pech)
2 = 0 sukcesów.
3 = 2 sukcesy
4 = 3 sukcesy
5 = 3 sukcesy
6 = 2 sukcesy

Odzyskujesz wszystkie punkty Siły Woli.
Udało ci się zdobyć trochę krwi. Dopisz sobie 4 punkty.
Spoiler!
Udało ci się zdobyć trochę krwi. Dopisz sobie 4 punkty.
Spoiler!
Udało ci się zdobyć trochę krwi. Razem z dziennikarzami masz obecnie maksymalny poziom krwi.
Spoiler!
Udało ci się zdobyć trochę krwi. Dopisz sobie 5 punktów krwi.

: 10 maja 2016, 10:36
autor: Zin-Carla
Charleston, WV 2530, 1200 droga do Civic Center Dr, 11.08.1993

Lasombra usiadła wygodnie w samochodzie wyczarowanym skądś przez Namtara. Wolała nie pytać skąd. Nie miało to resztą znaczenia. Siedząc dokładnie za nim zaczęła objaśniać mu zasady panujące w Elizjum, do którego się udawali.

- Miejsce do którego dziś pójdziemy, tak jak większość mu podobnych ma swoje prawa i zasady. Za łamanie niektórych z nich grozi nawet kara śmierci ostatecznej. Oczywiście najpierw należy się przedstawić opiekunowi miejsca. - zrobiła chwilę przerwy na zebranie myśli, chciała dobrze się zastanowić nad wszystkimi informacjami, które mogły by ułatwić życie zarówno Assamicie, jak i im samym - Nie można pod żadnym pozorem wnosić broni, która może zaszkodzić zebranym w Elizjum. Możesz jednak mieć ze sobą broń palną, krótka która ma charakter prywatny lub jest jakiegoś rodzaju honorowym emblematem.

- Istnieje całkowity zakaz używania dyscyplin w Elizjum na sobie, swoich towarzyszach lub kimkolwiek, przebywającym na tym terenie. Wyjątkiem są występy artystyczne, ale ta kwestia raczej nie będzie cię tu interesować. Za zakazem używania dyscyplin idzie również całkowity zakaz używania przemocy wobec kogokolwiek z zebranych. Dotyczy to również wyraźnie samobójczych zachowań mających na celu samozagładę - Trochę tak jak, było z ojcem Terrego - dodała ciszej.

- Niszczenie mienia, a w szczególności zgromadzonych tam dzieł sztuki, jest uznane za obrazę miejsca i opiekuna oraz zasad ustalonych przez wampirzą wspólnotę w miejscu spotkań i ekspresji artystyczno-kulturalnej jakim jest generalnie Elizjum. Jest nawet oficjalne prawo Camarilli, które mówi o tym, że zniszczenie dzieła sztuki w Elizjum jest karane śmiercią.

- I najważniejsze, nie wolno łamać Maskarady. To najwyższe przewinienie w Elizjum. Mam nadzieje, że te informacje są ci pomocne. Dobrze jest również zachowywać się nienagnanie i kulturalnie, a dobry ubiór i wygląd tylko podnosi twój status w takich miejscach... - powiedziała, bawiąc się czarnymi piórami , które okalały jej toczek. Nie dało się ukryć, że sama ubrała się wytwornie, w długą satynową, czarną suknie z głębokim dekoltem i spinanym na misterne, srebrne haftki czarnym gorsetem, haftowanym czarną nicią. Czarna kolia z onyksu otaczała jej smukłą szyje, brosza Ventrue lśniła na piersi, a czarne, jedwabne rękawiczki otulały dłonie. Zapach ciężkiego opium i świeżość jej skóry unosiły się w powietrzu. - Dlatego też, pozwoliłam sobie zapakować dla ciebie czarny, skromny garnitur, odpowiedni dla ochroniarza. Chciałabym byś ubrał się w niego przed wejściem do budynku. - Dokończyła.

Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993

Widok Torreadora wybił ją nie co z normalnego toru rzeczywistości zdarzeń. Nie tego się spodziewała. W zasadzie nie była pewna czy spodziewała się czegoś konkretnego, natomiast odziany w pióra czarny, zamaskowany ptak był na pewno dziwny i ekscentryczny. Nie dała jednak znać po sobie swojego zaskoczenia. Widziała wielu członków tego klanu i chyb już nic tak naprawdę nie mogło ją w tej kwestii zadziwić. Nie mniej jednak czuła respekt do siedzącego przed nimi Wampira. Łącząc wiedze zapisaną przez niego przed wiekami, nie mogła nie odczuwać ogarniającego ją strachu przed kimś starszym, potężniejszym ale i tajemniczym, zamaskowaną enigmą, ukrytą za maską z bieli kości i czarnych piór. Była podekscytowana. Tajemnica i nieznane stare sekrety były tym co ją pociągało. A w tym Starszym było coś elektryzującego. Przypatrywała się więc mu z fascynacją w oczach, mimo wcześniejszego ambiwalentnego stosunku do niego i jego pracy.

- Witamy Cię również, szanowny Redondo de Vasquez. To zaszczyt być w tym miejscu. - Po chwili wymieniła kilka słów uznania dla wystroju i zgromadzonej sztuki, która na pierwszy rzut oka przykułaby uwagę każdego wytwornego antykwariusza, po czym kontynuowała - To prawda, że przybyliśmy tu z twoją własnością. I jeżeli kiedyś te karty zdobiła ściany Elizjum... cóż widać, że ten kto je stąd zabrał bez Twojej zgody pogwałcił prawa Elizjum i jego mienia, jak mniemam? Postanowiliśmy Ci oddać to, co do ciebie należy. W zamian za informacje, oczywiście. Wpierw jednak, aby tradycji stało się zadość, pozwól byśmy się przedstawili, tak jak nakazuje Prawo Elizjum. Zapewne znasz już nasze imiona, jednak nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej osobiście i myślę, że etykieta wymaga tego od naszej koterii - Ja jestem Viktoria Evangeline z klanu Lasombra, następca domeny Reda - uśmiechnęła się uroczo, kłaniając się z godnością.

[center]Obrazek[/center]
rzuty na etykietę proszę. Pragnę dodać, że Viktoria jest wypicowana jak przystało na bywalce Elizjów i kogoś, kto wie jak obracać się w wytwornym towarzystwie

: 10 maja 2016, 15:06
autor: Sigil
Charleston, WV 2530, 1200 droga do Civic Center Dr, 11.08.1993

W milczeniu wysłuchał wypowiedzi Victorii, notując w pamięci najważniejsze informacje. Kilka zdań, które usłyszał, sprawiło, że uśmiechnął się lekko. Pozostałe miały wartość operacyjną, nie budząc głębszych emocji.

- Przyjąłem i zrozumiałem - odparł, gdy skończyła. - Jednak z uwagi na Kontakt broń zostaje przy mnie. Nie będę jej jednak trzymał na widoku ani używał bez potrzeby. Co do pozostałych zasad: zabiję każdego kto wam zagrozi lub obrazi honor mojego Klanu. Niezależnie czy będzie się znajdował w Elizjum, czy nie. I będę przy tym używał Dyscyplin. Aadhi.* Prawa Niewiernych nie mają na to wpływu.

- Reszta nie stanowi problemu - dodał po chwili. - Mogę się trzymać zasad, dopóki nie będzie to sprzeczne z wypełnianiem Kontraktu. Właściwa prezentacja, to część mojej pracy, więc gdybym wiedział wcześniej, wziąłbym mój garnitur. Lepiej leży. - Kolejne skrzywienie warg miało zapewne imitować uśmiech.

Przemilczał to, że garnitur ten miał kilka dodatkowych atutów: polimerowe ostrze ukryte w prawej nogawce i garotę w krawacie. Obie zabawki można było bezpiecznie przenieść przez bramki do wykrywania metali. Choć właściwie rzadko z nich korzystał - zwykle bowiem nie spotykał osób na tyle głupich, by próbowały go przeszukiwać, ani sytuacji, które zmuszałyby go do przejścia przez tego rodzaju urządzenia. Lubił jednak mieć je pod ręką, po prostu na wszelki wypadek. Poza tym czerpał odrobinę niewielkiej i starannie ukrytej przyjemności z łatwej możliwości oszukania Munafiqun i ich sług... Choć tak naprawdę Morderca szczerze wątpił, by ktokolwiek chciał sprawdzać, co nosi przy sobie... Chyba, że komuś znudziłoby się nagle posiadanie obu rąk...
Przebiegam się w garnitur przed Elizjum. Biorę gnata, khanjar, trzy kołki i ze dwie fiolki na krew. Resztę (czyli pancerz, hak, nóż bojowy, dodatkową amunicję etc.) zostawiam w wozie.
[center]***[/center]
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993

Ochrona wyglądała na profesjonalną. Chociaż z drugiej strony... Byli to tylko ludzie... Lekka kamizelka kuloodporna nie mogła zastąpić Odporności... Idąc za pozostałymi lustrował wzrokiem otoczenie wypatrując czujników, kamer, tremerskich symboli i innych zabezpieczeń, które mogły, choć nie musiały, mieć znaczenie w najbliższej przyszłości. Nie poświęcił Torreadorowi zbyt wiele uwagi, dochodząc do wniosku, iż mężczyzna, który skrywa swą twarz przed gośćmi, nie ma honoru i nie jest wart szacunku. Kolejny hipokryta w domu robactwa, co zresztą nie robiło większej różnicy... Samo miejsce wszakże było w pewien sposób obiecujące, dając szanse na ciekawe oferty pracy... Oczywiśćie w przyszłości. Zresztą, nie sądził, by był pierwszym Zabójcą przekraczającym jego progi. Praca ochroniarza była aktualnie wygodna, usuwając go z pola zainteresowania obecnych i pozwalając jednocześnie na zorientowanie się w sytuacji. Postanowił więc nie zwracać na siebie uwagi. Przynajmniej tak długo, jak będzie to możliwe. Miał nadzieję, że ta zasłona społecznej niewidzialności utrzyma się aż do końca wizyty w tym miejscu.
Rozglądam się po wnętrzu, starając się ocenić zabezpieczenia tego miejsca. Zwracam uwagę na ochronę, czujniki, kamery, alarmy i zabezpieczenia magiczne.
Namtar korzysta z przywilejów swojej roli: co oznacza, że wygląda profesjonalnie, nie odzywa się nie pytany i wykorzystuje czas na to, by się dyskretnie rozejrzeć.

* arab - To normalne.

: 10 maja 2016, 22:02
autor: lightstorm
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993

Gdy Redondo otrzymał oryginał Pięciu Filarów Mocy, przez chwilę siedział w całkowitej ciszy. Jakby chłonął esencję tego maleńkiego kawałka papieru, delikatnie przesuwając palcami po literach swojego dawnego pisma. W końcu przemówił:

- Dziękuję - odpowiedział z nieukrywanym wzruszeniem - W pewien sposób oddając mi je pomogliście także sobie, gdyż tekst ten był przeklęty. Ci którzy oddali się w posiadanie sił demonicznych obłożyli go klątwą, którą tylko ja mogę zdjąć. Właśnie w tej chwili przestała ona działać. Gdybyście mieli ją przy sobie to cóż... Za kilka nocy pojawiły by się koszmary, długi czas snu, konsekwentnie dążąc ostatecznie do letargu. Wielu próbowało, jednak... Żadna moc pochodząca z krwi Kaina nie była w stanie przeciwstawić się Prawdziwej Magii Przebudzonych. Magowie mówią na nich - Nephandi, a ten który rzucił tą klątwę uczynił wszystkie nasze Dyscypliny bezsilne - przerwał na chwilę, aby schować swoje dzieło do książki leżącej na oparciu fotela.

- Wybaczcie mi tą chwilę słabości... Wszakże, czym byłaby siła, bez swego dobicia? Emocje czynią nas żywymi poza śmiercią... - przerwał na chwilę, a gdy wrócił do tematu jego głos brzmiał na powrót czysto i dźwięcznie.

- A teraz, pozwólcie iż przejdę do konkretów. Sala Sępów to miejsce stworzone przeze mnie wiele set lat temu. Elizjum to służy Starszym, nie zależnie od przynależności klanowej. W mojej ocenie miejsce to może przyczynić się do waszego szybkiego awansu wśród naszej społeczności, lub... bolesnego upadku.

- Posiadacie te same przymioty jakie nosili ci, których ongiś znalem. Legenda o tych przedmiotach i odrodzeniu koterii po raz pierwszy pojawiła się w latach siedemdziesiątych, wyrastając wśród Malkavian należących do Sabatu. Następnie zaczęły mówić o niej Świry z Camarilli. Obecnie ta opowieść stała się jedną z kolejnych dziwnych opowiastek Szaleńców, jednak z doświadczenia wiem, że bliźniak Arkiela obdarzył Lunatyków darem widzenia przyszłości. Pozostali moi goście Elizjum także respektują tą legendę, gdyż szanują przeszłość i odnoszą się do niej z honorem jaki powinniśmy pokazywać młodszym. Wszyscy obecni w Sali Sępów będą traktować was jak Starszych. Członkostwo w tym klubie ma pewne dodatkowe zalety, gdyż wchodząc tam przypieczętowujecie swoją przynależność do grona Starszych krwią. Członkowie Camarilli mogą być zaskoczeni kilkoma zaproszeniami, przysłanych przez Książąt panujących w największych miastach Ameryki. Wiem, jak zadbać o to, by władcy wiedzieli kim jesteście, a także mogę sprawić że wielu będzie miało do was szacunek. Jeżeli pozostali obecni nie szukają rozgłosu, to zawsze pomogę im odnaleźć to czego naprawdę szukają - powiedział dając wyraźny znak dłonią, wskazują na Darshana i Namtara.

- Obecnie w Sali Sępów trwa gra, w którą mają prawo grać tylko członkowie klubu. Wasz pracodawca był uczestnikiem tej gry. Dołączył do pozostałych niecałe dwa miesiące temu. Moim zdaniem zabił go któryś z oponentów. Możecie dołączyć do Pokoju Sępów wszyscy lub osobno. Jednak należy wiedzieć, że podczas polowania należy swoją partię szachów rozegrać właściwie. Tak jak powiedziałem, można wiele zyskać, ale także wiele stracić. W pokoju zawsze pojawia się ktoś, kto funduje prestiżową nagrodę, którą można wygrać. Aby ją zdobyć należy przeszukiwać określony teren w poszukiwaniu ukrytych przez fundatora wskazówek. Ten który znajdzie je wszystkie, będzie wiedział co zrobić by zdobyć nagrodę. Wszystko zmieniło się, gdy ponad trzy miesiące temu przybył tutaj sam Marconius, Kiasyd Książę Strasburga. Postawił na stole fiolkę z krwią starej, wymarłej linii, która walczyła podczas ataku Rzymu na Kartaginę. Odległe podania mówią, że zostali stworzeni przez klan Lasombra, który zmieszał swoją krew z Klanem Łowców i Klanem Mędrców. Brujah o imieniu Critias, powiedział mi kiedyś, że w obronie Kartaginy walczył sam Troile, jednak został zaatakowany przez sześciu członków dziwnego bloodlinea'u. Zabił ich wszystkich oprócz jednego, który zdołał zadać potężny cios, a gdy krew Przedpotopowca zrosiła ciało atakującego, ten zaczął w szale zakopywać się w ziemi. Zaraz po wejściu do Sali Sępów, Marconius przedstawił swoją ofertę...

- Dał trofeum do zdobycia - zakołkowane ciało tego, który przetrwał zniszczenie Kartaginy. Marconius powiedział, że przy ciele jest kilka tekstów z Biblioteki Aleksandryjskiej mówiącej o Przedpotopowcach, które także są nagrodą. Wcześniej ukrył wskazówki na terenie całej Zachodniej Wirginii, a krew badana w fiolce przez jednego z Siedmiu klanu Tremere potwierdziła autentyczność krwi. Marconius od początków swojego istnienia nigdy nie złamał danego słowa, co sądzę pozwoliło na przybycie tak wielu graczy z całego świata. Chcecie dołączyć? Jestem pewien, że zdobyliście już wiele danych i nie zajmiecie kiepskich miejsc w tym wyścigu... Ja oczywiście nie biorę udziału w grze. Jako gospodarz, nadzoruję ją tylko. Wszakże przecież to moje dzieło...
Victoria: Test Etykiety ST: 7 = 4 sukcesy. Sukces lidera przejawia się głównie w reakcji Toreadora. Jest ona adekwatna do ilości sukcesów.
Spoiler!
Test Percepcji ST:8 = 4 sukcesy. Jesteś sadystą. Dostrzeżesz ślady krwi na macie i niewielkie dziury zrobione złamanymi kośćmi. Na ringu muszą odbywać się brutalne walki. Widzisz, że mata pomimo solidnego czyszczenia pozostawiła wiele śladów. Widzisz także standardowe zabezpieczania w postaci czujek PIR. Nie widzisz żadnych innych zabezpieczeń. Ochrona to ludzie.
Spoiler!
Test Wiedzy o Sabacie ST: 9 - 1(za przynależność klanową) = 8. Wyrzucasz 3 sukcesy. Marcionius to założyciel bloodline'u o nazwie Kiasyd. Bardzo niewiele wiadomo o nim oraz jego linii krwi. Pojawił się w XII wieku w Strasburgu, przepędzając z miasta lokalnych Ventrue. Do dziś jest władcą Strasburga, ale wiesz że utrzymuje kontakty z Sabatem oraz Camarillą. Wiesz również, że Sabat nigdy nie zaatakował Marcioniusa. Podobno kiedyś był członkiem klanu Lasombra, jednak po nieudanym eksperymencie który zmienił go, został wyrzucony z klanu. Do dziś działa niezależnie i nie utrzymuje kontaktów z klanem Lasombra.
Spoiler!
Test Wiedzy klanowej ST:9 = 0 sukcesów. Nic nie wiesz o Marcioniusie oraz tym, co kryje się za słowem Kiasyd.

Test Wiedzy klanowej ST:9 - 1(za przynależność klanową) = 8. Wyrzucasz 2 sukcesy. Słyszałeś o opowieści o powrocie koterii Mędrca w Czerwieni, a teraz zdajesz sobie sprawę z faktu, że Taoreador mówi prawdę. Malkavianie mówią, że gdy przepowiednia się spełni - przeszłość dopadnie każdego z krwi...

Test Wiedzy o Rodzinie ST: 9 = 3 sukcesy. Słyszałeś plotki o tym, że Troile przyłączył się do walki w obronie Kartaginy, jednak z jakiegoś powodu Przedpotopowiec nie powstrzymał ataku zjednoczonych sił pozostałych klanów jakie zniszczyły Kartaginę, ostatecznie grzebiąc pod gruzami wielkie dzieło klanu Brujah. Kartagina była miastem, gdzie ludzie i Spokrewnieni żyli w perfekcyjnej koegzystencji tworząc idealną społeczność. Wiesz również, że Troile zdiabolizował oryginalnego Przedpotopowca o imieniu Brujah na długo przed powstaniem Kartaginy. Po diabolizjacji Brujaha, Troile zniknął na bardzo długi czas, by dać o sobie znać tylko przy obronie Kartaginy.
Spoiler!
Test Wiedzy o Rodzinie ST: 9 = 1 sukces. Słyszałeś plotki o tym, że Troile przyłączył się do walki w obronie Kartaginy, jednak z jakiegoś powodu Przedpotopowiec nie powstrzymał ataku zjednoczonych sił pozostałych klanów jakie zniszczyły Kartaginę. Troile to bezpośredni potomek Brujah, który zdibolizaował oryginalnego Przedpotopowca.

Test Wiedzy Camarilla ST:9 = 0 sukcesów. Nie za wiele wiesz na temat kim jest Redondo, czy Marcionius.

Test Wiedzy Sabat ST:9 = 0 sukcesów. Nie za wiele wiesz na temat kim jest Redondo, czy Marcionius.
Spoiler!
Test Awareness ST:8 = 1 sukces. Opiekun Elizjum użył jakiejś mocy magicznej zaraz po tym, jak dostał do ręki Pięć Filarów Mocy.

: 12 maja 2016, 20:10
autor: Frater_Terry
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993

Terry przysłuchiwał się gospodarzowi. Z szeroko otwartymi oczyma chłonął każde jego słowo. Nie wiedział jednak co powinien o tym wszystkim myśleć. Oto bowiem zostali zaproszeni do grona tak dalece elitarnego, że właściwie poza pojmowaniem biednego duchownego.

Dobrą nowiną była wiedza na temat ostatnich miesięcy Czerwonego Mędrca, jaką oferował Redondo de Vasquez. Takie informacje mogły wiele ułatwić, wszak uwaga co do przypuszczalnego zabójcy Atra-Hasisa również nie umknęła jego uwadze.

To co umknęło, to klanowa opowieść o powrocie Koterii Mędrca w Czerwieni. Dopiero teraz do niego dotarło, że są ucieleśnieniem tej przepowiedni. Dlatego nie wątpił też w prawdziwość słów gospodarza, który zapewnił, ze kazdy w Sali Sępów będzie ich traktował jak Starszych. Byli bowiem Odrodzoną Koterią Reda.

Dostali również zaproszenie do miejsca, w którym toczą się rozgrywki, którym zwykli byc pionkami. Ale teraz będzie im dane wejść do miejsca, gdzie mogą przebywać tylko gracze... Przypomniały mu się słowa Toreadora. "Oczywiście gratuluję szybkiego awansu społecznego..."

Pozostawała również kwestia nagrody w toczącym się tam starciu. Malkavian przez chwilę założył, że wygrali i rozejrzał się po towarzyszach. Wiedzial co z nagroda zrobiłby Łowca. Jednakże zabawa w przewidywanie, w przypadku każdego z nich, miała podobny wynik. W glebi serca zasmuciło to Terryego, ale wtedy zaczął się zastanawiac nad sobą...

: 16 maja 2016, 01:39
autor: Zin-Carla
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993

Viktoria odetchnęła z ulgą, gdy Redondo odebrał od niej zwitek papieru. W pewien sposób zdjęło to z jej barek odpowiedzialność za posiadanie tego ekscentrycznego dzieła. Lubowała się w antykach, tajemnej wiedzy i starych grimuarach... Jednak ostatnio wolała by się pozbyć wszystkiego, co mogło by powodować zawieranie kolejnych, nowych i niekoniecznie chcianych znajomości, pragnących owego tekstu dla siebie.

Informacja o klątwie uciszyła wszelkie wątpliwości jakie miała, oddając oryginał Pięciu Filarów Mocy.

Torreador okazał być się dość wylewnym i przychylnie nastawionym. Starała się zresztą wywołać na nim jak najlepsze wrażenie. Zdawała sobie sprawę z wagi osoby siedzącej przed nimi. Miała nadzieje że podjęli dobrą decyzję przychodząc do tego miejsca. Na razie wszystko na to wskazywało. Ale ostatnie doświadczenia nauczyły ją, że w zaistniałej sytuacji, nie warto być pewnym czegokolwiek.

Wiedziała, że awans społeczny i szacunek jaki mieli szanse teraz zdobyć był równy niebezpieczeństwu, jakie sprowadzają na swoją głowę. Wszystko w społeczności wampirów mia swoją cenę. Nagłe wywyższenie ich nad innych Kainitów i stanięcie na równi ze Starszymi ściągnie na ich karki zęby i pazury zazdrosnych. Oficjalnie pewnie nikt by ich nie zaatakował... ale teraz tym bardziej będą musieli uważać na swoje plecy.

Oczywiście, mimo wszystko, był to ogromny zaszczyt.

Imię Marconiusa wyrwało Viktorię z zamyślenia nad fatalizmem ich losu. Wiedziała, że jest to założyciel bloodline'u o nazwie Kiasyd i podobno kiedyś był członkiem klanu Lasombra lecz został z niego wyrzucony. Chyba to przez ten eksperyment... który zmienił go... w zasadzie nie wiedziała w co. Słyszała tylko, że działa do dziś jako nie zależny władca w Strasburg. Mimowolnie skurczyła się na myśl w jakie środowisko wstąpili i zwątpiła czy są gotowi na to, co ich czeka. Chciałaby uciec... ale przecież nie mogła. pozostał tylko grać, że jest się graczem. Ważnym graczem.

Myśl o tym, że Red mógł zgromadzić ich tylko po to, by kontynuowali dla niego jakąś rozgrywkę dla znudzonych starszych doprowadziłaby ja do furii, gdyby na to pozwoliła. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wszystko to jest powodem czyjejś próżności i znudzenia... Czyjej? wszystko się pewnie wkrótce okaże. Miała tylko nadzieje, że nagroda będzie rzeczywiście warta wysiłku. I jeśli to wszystko pozwoli jej chociaż zrozumieć społeczności, w której żyje... To będzie wystarczające. Wolała wiedzieć. Wiedza to bezpieczeństwo. I władza. I wybór. Na pewnym poziomie. Nawet teraz, gdy docierało do niej co tak właściwie dzieje się na pewnych szczeblach społeczeństwa wampirzego, wiedziała już, że jej spojrzenie na Camarillę, Sabat, całą rzeczywistość nie będzie już nigdy takie same. W zasępieniu wysłuchała słów Redonda do końca.

W zasadzie nie mieli wyjścia.

- Dołączymy do gry - powiedziała poważnie - razem, jako drużyna. Chyba, że ktoś ma jakieś obiekcje?

Rozejrzała się po reszcie swojej koterii. Jej wzrok był pusty i zimny. Jakby wszystkie silne emocje, które zazwyczaj nią targały, zgasły jak świeca w oknie, od nagłego podmuchu wiatru. W rzeczywistości, powoli zaczęła akceptować nową odsłonę świata, w którym egzystowała. A świat ten wcale nie napawał jej radością i optymizmem.

: 16 maja 2016, 11:51
autor: Sigil
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993

Słysząc wzmiankę o krwi Łowców zmieszanej z krwią Strażników Morderca zacisnął szczęki. Waga tej informacji, tak lekko potraktowanej przez pozostałych, uderzyła go z siłą opadającego młota. Przez kilka sekund nie był w stanie skupić się na niczym innym. Odruchowo napiął, a następnie rozluźnił mięśnie starając się odzyskać kontrolę. A więc to nie był pierwszy raz... pomyślał i prosta oczywistość tego faktu wymiotła z jego świadomości wszelkie inne wnioski. Wynikające z niej implikacje, roiły się niczym głodne pijawki w ciemnym stawie podświadomości. W ustach poczuł słony smak własnej krwi, dopiero po chwili jednak zorientował się, że ma wysunięte kły. Kefaya!* Opanuj się... Ten fashkh** Degenerat musi wiedzieć. Pewnie go to bawi. Neik, dostarczam mu rozrywki...

Przełknął ślinę i zamknął na chwilę oczy, starając się stłumić zalewającą świat czerwień. Ciemność pod powiekami, ciemność w żyłach kipiała niczym czarne, wzburzone morze. Zasłona, którą rozpiął pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, darła się na strzępy, rozrywana bezlitosnymi szponami zrozumienia: Jeśli to nie był pierwszy raz, to ile warta była nasza zemsta? Waa faqri*** Darklake nie był pierwszy... Ktoś musiał być przed nim. Miał jedynie jego wiedzę, czy wykonywał polecenia? Darklake, nela aboka, nik jedak... Yikhrib beytak.**** Krew Łowców... Musi powrócić do Klanu... Zemsta dokona się... Wypełnię prawo Khabar... Kosma yara...***** Nie, jeszcze nie... Wciąż liczy się Kontrakt. Neik! Nie myśl tutaj. Nie teraz... Ten pies wie i obserwuje...

Najwyższym wysiłkiem woli stłumił zalewający go potok myśli i wspomnień. Koszmar przeszłości, który utopił w krwi Niewiernych, wiele nocy temu, powrócił teraz, niosąc ze sobą zapomniane obrazy, wściekłość i ból. Ciemność nie dawała ukojenia. Tym razem Ciemność domagała się zemsty. A przecież wiedział, że nawet w tej chwili wiąże go Kontrakt. I że siedzący przed nim Niewierny pies najwyraźniej pragnie osłabić jego lojalność względem Klienta. Nie było prawdą, że Degenerat nie bierze udziału w tej rozgrywce. W istocie był jednym z ważniejszych graczy i Morderca nawet na chwilę nie oszukiwał się, iż którekolwiek ze słów, które wypowiedział na ringu padło przypadkiem. A jeśli zamaskowany kundel kłamie w tej kwestii, może też kłamać w każdej innej... Nie ufaj nikomu z krwi Khayna... Więc Kontrakt wciąż pozostaje priorytetem... Przynajmniej dopóki nie dowiem się...

Musiał przyznać, że chyba nigdy jeszcze nie był w takiej sytuacji, gdzie obowiązek względem krwi, stałby w sprzeczności z obowiązkiem względem honoru. Oddałby wiele, by zamiast patrzeć na cholerną, porcelanową maskę Torreadora, mógł spojrzeć w oczy silsila i dowiedzieć się, co powinien zrobić... A jednak nie był to właściwy czas, ani miejsce, by rozważyć tą kwestię. Nawet w myślach. Nie chciał, by przewrotny munafiqun wyczytał zbyt wiele. Miał bowiem pewność, że ten pies zagląda zbyt daleko, łamiąc prawa własnego domu... Nie sądził także, by ktokolwiek z Koterii Klienta zgodził się wziąć udział w grze. To nie była ich sprawa. Mieli przecież inny cel... Tym bardziej więc zaskoczyły go słowa Victorii. Nie drgnął jednak starając się tym razem ukryć emocje lepiej niż uczynił to na początku. Gdzieś wewnątrz poczuł wszakże pewną ulgę, wiedząc, że ta decyzja zaoszczędziła mu wielu godzin wściekłej, wewnętrznej szarpaniny. Właściwie to rozwiązywało sporą część problemu... Jeśli bowiem nawet nie mógł porzucić swoich obowiązków, wciąż mógł zebrać informacje. A przecież nie był jedynym z krwi Shadowsleyers na tym kontynencie... Mówiąc prawdę, był tu ktoś o wiele potężniejszy...

Chciałeś zagrać z moim Klanem, bassas?****** - pomyślał, czując jak miejsce wściekłości zajmuje czysta, wykalkulowana nienawiść. Nienawiść, która płynęła przez jego żyły odkąd pamiętał. I której mroźna pieszczota przywracała mu spokój, karmiąc cienie... Spotykasz się ze mną na ringu mówiąc o krwi mego Domu? Powinieneś lepiej dobierać miejsca... I słowa... Bowiem otrzymasz to, czego oczekujesz. Skorpiony pamiętają o zemście. Nikt z was, niewierne kundle, nie będzie handlował naszą krwią!



* arab. Dosyć!
** arab. pieprzony
*** arab. Przeklęty
**** arab. Darklake, pieprzyć twego ojca, pieprzyć twego dziada... Twój dom zostanie zniszczony.
***** arab. Przysięgam, że popłynie krew...
****** arab. kłamco (bardzo obraźliwe)

: 16 maja 2016, 20:25
autor: zapalki_chaosu
[center]Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993[/center]

Ten typ w masce był chyba najbardziej trafnym podsumowaniem całej sytuacji. Jak można ufać facetowi, który oferując prawdę wita we własnym domu nosząc maskę? Symbolika była aż nazbyt dobitna. Tym bardziej zdziwiła hindusa reakcja Victorii. Po co mieli angażować się w grę? Tyle razy rozmawiali już o tym aby nie tracić uwagi, nie dać się rozpraszać pobocznymi wątkami. Czy naprawdę wejście do gry z dużo starszymi i dużo bardziej zdegenerowanymi przez stulecia dekadencji wampirami mogło przynieść jakikolwiek pożytek?

Dal Darshana całe to miejsce i wszystko co mogło zaoferować było jednym wielkim rozproszeniem. Nie miał jednak ochoty stanowczo oponować. W końcu był częścią koterii i akceptował, że to jaki kursy wybiorą będzie, mimo wszystko jednak optymalnym kierunkiem. Wszakże nie przypadkowo spotkali się w tym miejscu w tym czasie.

Gdyby sam miał decydować to wyszedłby z tego miejsca i nigdy nie wrócił. Nie miało mu nic do zaoferowania. Jedynie wyrafinowaną i wypielęgnowaną obłudę w najlepszym wydaniu. Spiski, knowania i zdrady. Myśląc o grających Hindus nie mógł myśleć o nich inaczej niż jak o wariatach. Nie takich jak Malkavianie, oni mimo wszystko mieli zaskakujący wgląd. Ci tutaj mieli tylko ogromną wiedzę o dyscyplinach, historii i tajemnicach, przebiegłe umysły i setki lat powolnego rozpadu i degeneracji tego co dawało im złudne poczucie, że jednak trochę jeszcze żyją.

- Jeżeli uważacie, że angażowanie się w tą grę faktycznie zbliży nas do celu, to oczywiście nie opuszczę was.

Odpowiedział tylko, mając nadzieję, że nie przesadził z subtelnością i że inteligenty słuchacz zrozumie to co uważał na ten temat. Kiedy jednak obejrzał ponownie tą myśl, musiał przyznać, że chyba poniósł go entuzjazm. Postanowił więc dodać a przy okazji sprawdzić reakcję ich bezbłędnego gospodarza:

- Proszę jedynie byście wskazali mi jaki pożytek przyniesie nam to, ze względu na cel naszej misji, bo jak wiecie, kultura zachodu jest mi obca i nie zawsze od razu jestem w stanie dostrzec to co jest dla Was oczywiste.