Strona 73 z 88
: 16 sierpnia 2016, 22:52
autor: Suriel
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Spotkanie z Goratrixem zostawiło na Horacym długo nie zatarte wrażenie. Wyszedł z pomieszczenia jako ostatni, rozważając w myślach jakie implikacje będzie ono dla niego miało.
Wsunął się do sali sępów niczym cień. Przesunął się wzdłuż ściany i zdawało by się bardziej zainteresowany umieszczonymi tam dziełami sztuki niż rozmową w sali. Nie była to prawda.
Kudłate uszy Nosferatu nie pominęły ani jednego słowa wypuszczonego przez starszych. Wędkowali. Jego syn robił podobnie. Horacy widział to wielokrotnie. Wrzucał przynętę z haczykiem do wody i czekał co ją chapnie i jak. Wówczas zacinał wędką i było przeważnie po wszystkim. Tak samo oni. Rzucali garściami przynętę by w jakiś nieuważny sposób pochwyciła to młodsza mniej sprytna rybka. Szczur w przeciwieństwie do pozostałych z koterii pochodził z kanałów a tam wpadający z głośnym chlupotem kawałek, okazywał się przeważnie kolejnym kawałkiem zwykłego gówna. Horacy postanowił się więc milczeć i uważnie śledzić bieg rozmowy w myśl zasady, że mędrzec mało mówi a dużo słucha, głupiec zaś odwrotnie. A nade wszystko postanowił nie łyknąć rzuconego kawałka tego...
"...Ale tradycję, prawa i zasady które trzymają nas na ścieżce naszej nocnej egzystencji. Bez niego jesteśmy tylko bestiami ciemności... - głos Viktorii był słodki jak dźwięki lutni..."
Zasady?
"...spójrzcie na te obrazy w holu, na historię, na osobistości które się tu przewinęły, wymianę myśli pomiędzy najstarszymi z rasy."
Wielu z tych z obrazu stoi właśnie koło ciebie. Wszak wspominali przed chwilą czasy sprzed Buntu Anarchistów. Ci najbardziej wytrwali gracze, którzy wyłączyli w ciągu setek lat innych. Słowem najgorsi.
"...Czyż to nie jest coś ci powinniśmy chronić z całej siły, bardziej niż własne, egoistyczne plany? Tradycja oznacza to kim jesteśmy, bez niej jesteśmy niczym..."
Właśnie. Wszyscy powinni znacząc się bać o swoje właśnie cztery litery i że tak delikatnie powiem, zebrać wszystkie swoje klocki i wypierdalać z Charleston do innej piaskownicy. Najlepiej gdzieś w Chinach.
Po chwili słuchał już jak przemawiał mistyk. Kiedy mówił, Horacy nie potrafił pozbyć się z głowy wizji nieco zagłodzonego Hindusa trzymającego nad sobą wielką tablicę z napisem: "Interesuje nas tylko zabójca. POHANDLUJMY!"
Słowa Terrego miały najwięcej głębi i sensu. Co w Horacym wzbudziło mocny niepokój, podsycany dodatkowo niedawną sceną z Czarnym Obłędem, o jego własny stan umysłowy.
Do diaska, chyba gorzej ze mną. Ale przecież nie jesteśmy w stanie wykluczyć, że idzie tu o coś zupełnie innego. Wszak zawsze jest ktoś wyżej. Nawet nie jesteśmy w stanie wykluczyć, że to nie księciem ktoś gra jak pionkiem lecz to Democritus gra używając kogoś tutaj. Nie on jeden zresztą. Ilu z tych którzy tutaj grają są popychani przez prawdziwych graczy? Ciekawe co się stało z pionkami tego który przed chwilą odpadł z gry czy teraz będą się błąkać realizując swoje małe cele zupełnie bez kontroli? Czy Karl Shreck był jednym z nich?
Horacy urwał ciąg myśli upominając sam siebie. Wszak cały czas ktoś mógł jego lub pozostałych członków koterii czytać niczym otwartą księgę.
: 18 sierpnia 2016, 01:17
autor: Zin-Carla
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Viktoria wysłuchała w milczeniu dyskretnego komunikatu Assamity lecz nie wykonała żadnego gestu, by nie skupiać niepotrzebnej uwagi, tych co patrzą. A patrzyli wszyscy, tego mogła być pewna.
A więc nie mieli wiele czasu. Nie była pewna co właściwie ma się stać, ale nie miała zamiaru kwestionować rozeznania Namtara w tej sprawie. Może kolejni, ciekawi goście... Tu wróciła myślą do Goratrixa, wciąż jeszcze nie mogła uwierzyć, ze spotkała go osobiście i rozmawiała z kimś kto do tej pory był tylko opowieścią w czyiś ustach, zasłyszaną od innych ust. Dlatego też zastanawiała się, kto jeszcze siedzi tu pod tymi maskami. Przecież muszą wiedzieć naprawdę co tu się dzieje. Przynajmniej niektórzy... Czy byli to ci co mówili najmniej? A może ci najbardziej pretensjonalni. Musiała przyznać, maski były mistrzostwem. Nie widząc prawdziwej twarzy rozmówcy, chociaż czuła intencje niektórych, to czuła się jak w labiryncie luster.
Obserwowała czy ktoś jeszcze coś doda, powie, lub skomentuje wypowiedzi koterii. Liczyła jeszcze na Horacego ale ten, najprawdopodobniej wciąż oniemiony swoją nagłą zażyłością stosunków oraz wymianą listów i myśli z Goratrixem, milczał teraz jak zaklęty. Świr miał racje, treść tej sztuki została napisana przez innego autora.
- Ale jedno spośród was jest tego świadome. Ciekawe. Jesteś jednym z "prawdziwych" graczy, czy tylko jego agentem? - Pytanie Terrego zawisło w powietrzu.
Viktoria uważnie obserwowała czy ktoś na nie zareagował. Nie sądziła, by wymieniony zainteresowany zdradził jakoś siebie, na pewno był na to zbyt przebiegły. Ktoś jednak mógł poczuć się nieswojo i to będzie słabe ogniowo do analizy...
Szukała punktu zaczepienia, z którego udało by jej się jeszcze wycedzić trochę informacji za nim będą musieli stąd wychodzić... Najprawdopodobniej szybko. Bardzo szybko.
: 22 sierpnia 2016, 21:42
autor: lightstorm
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Ostatnie słowa Terrego wyraźnie poruszyły mężczyznę z odkrytym torsem, który odezwał się:
- Wszyscy macie odmienne spojrzenie na całą sprawę, przez co nie potraficie działać efektywnie. Niebawem... - nie dokończył gdyż w pomieszczeniu pojawił się Redondo, który wtrącił się w dyskusję:
- Jeden z graczy został na stałe odsunięty od projektu Elizjum - przemówił Torreador, wznosząc dłoń. Na ten znak w pomieszczeniu zapadła na chwilę cisza.
- Został przyłapany na użyciu dyscypliny w mojej domenie, co jest niewybaczalnym pogwałceniem zasad - kontynuował gospodarz.
- Chciałbym także z tego miejsca podziękować członkom koterii Atrahasisa, którzy pomogli wykryć lekkomyślne zachowanie mężczyzny, ukrywającego się pod maską średniowiecznego lekarza. Ten, który zdradza mnie, zdradza także swoją tożsamość. Gracz, który odpadł to Paul Cordwood z klanu Tremere.
Przy stole zapanowała nieco nerwowa atmosfera. Facet, któremu Redondo przerwał, odezwał się pierwszy:
- Drogi gospodarzu, nie sądzicie że ujawnianie personaliów w tej chwili, to wydanie wyroku śmierci na wykluczonym graczu? Obaj wiemy, że każdy przy tym stole ma swoich śmiertelnych wrogów...
- To powinno ostudzić zapał tych, którzy próbują zniszczyć moje dzieło sztuki, swoim niedojrzałym zachowaniem - odrzekł z wyższością Toreador.
Rozmowę przerwał nagły brak światła, poprzedzony kilkusekundowym migotaniem żarówek umieszczonych w żyrandolach. Cała sala wypełniła się ciemnością oraz śmiertelną ciszą. Wszyscy natychmiast odkryli, że jakaś nadnaturalna moc pochłania każdy dźwięk. Ci którzy posiadali Nadwrażliwość, natychmiast wyostrzyli swoje zmysły, by mieć przewagę w totalnej ciemności. Wtem Victoria poczuła coś lepkiego na swojej szyi, by chwilę później zdać sobie sprawę, iż jest to krew. W powietrzu zaczął unosić się zapach świeżej vitae.
Zrobiło się ciemno i nic nie widzicie. Ci co mają Nadwrażliwość 1, wiedzą mniej więcej gdzie stoją meble oraz pozostałe osoby w pomieszczeniu. Jest całkowicie cicho, co was w pewien sposób przeraża. Jakie deklaracje?
: 23 sierpnia 2016, 14:28
autor: Sigil
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
[center]

[/center]
Trzeba było przyznać, że Tariq znał się na swojej robocie. No i był szybki. Piekielnie szybki. Niewierni rozpierzchli się wyczuwając śmierć - niczym stado kaczek spłoszone odgłosem wystrzału. Przez kilka ułamków sekund obserwował działania starszego Zabójcy z pewną dozą podziwu. Pomimo warunków i faktu, że sam prawdopodobnie za chwilę zostanie oskarżony o to morderstwo, trudno było nie docenić dobrze wykonanej roboty... Choć wizytówka Klanu była aż nadto widoczna. Przez głowę przeleciało mu kilka pomysłów na temat tego, w jaki sposób mógłby oddalić od siebie podejrzenia. Nie zdążył jednak zrealizować żadnego z nich. Instynkt i tym razem zadziałał nieomylnie ostrzegając go. Odwrócił się i wtedy ich zobaczył...
- Neik! - zaklął, lecz Śmiertelna Cisza pożarła słowa, odbierając mu możliwość ostrzeżenia pozostałych.
Nie miał zbyt wiele czasu. Zareagował odruchowo. Dłoń opadła na rękojeść khanjar, dobywając ostrza. Nim zakrzywiona klinga przecięła mrok, stał już przed koterią. Oddzielając wybrańców Klienta od koszmaru, który wlewał się przez ścianę elizjum.
: 14 września 2016, 08:24
autor: Frater_Terry
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Terry poczuł jak strach swymi zimnymi ustami przejechał po jego karku. Natychmiast wspomógł swe oczy mocą nadwrażliwości, jednak nie przyniosło to oszałamiającego efektu. Ciemność pozostawała uparcie nieprzenikniona, w dodatku nie potrafił wychwycić żadnego dźwięku pomimo tylu osób, które nie pozostawały wcale nieruchomo. I zapach, który pojawił się znikąd i drażnił zmysły duchownego.
Rozejrzał się, w poszukiwaniu swej koterii. Nie widział na tyle dobrze by móc rozpoznać kogokolwiek z obecnych, wszyscy byli jedynie ciemnymi sylwetkami w oceanie mroku. Tam gdzie powinna stać trójka jego towarzyszy, zobaczył jedynie dwie postaci. Kogoś brakowało, jednak w tej chwili nie był pewien kogo. Darth Namtar również wysunął się przed nich, zapewne pilnując by nic im się nie stało.
Malkavian zbliżył się do ciemnych sylwetek, które w jego mniemaniu były z koterii AtraHasisa. Nie był pewien co dalej. Wokół panował chaos. Pomimo pożerającej dźwięki ciszy, i gęstej ciemności był o tym przekonany. W dodatku w powietrzu wyczuwał to dziwne napięcie, które pojawiało się za każdym razem, kiedy Śmierć odwiedza jakieś miejsce. Łącząc to z jakże intensywnym zapachem Vitae, nabrał pewności, że ktoś właśnie wyruszył na spotkanie Stwórcy.
Wyciągnął ramię w stronę sylwetek swych towarzyszy. Delikatnie dotknął ramienia jednego z nich, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Wiedział, że nie usłyszą jego słów, miał tylko nadzieję, że podobnie jak on, oni również chcą jak najszybciej opuścić to miejsce.
: 19 września 2016, 13:07
autor: lightstorm
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Ku ogólnemu zaskoczeniu Namtara Upiory wcale nie były zainteresowane jego osobą. Nigdy nie widział czegoś podobnego. Owszem zdarzało mu się spotkać ten rodzaj Nieumarłuch, ale tylko pojedynczo. Ta grupa liczyła ponad trzydziestu rozwścieczonych wojowników pochodzących z różnej narodowości i czasów. Byli tam Indianie, żołnierze walczący w wojnie secesyjnej, a także inni z strojami bardziej współczesnymi. Upory zaczęły przemieszczać się po suficie w kierunku sali, w której koteria rozmawiała z Paulem i Goratrixem. Dowodzeni przez Cornstalka, Indianina o słusznej posturze, który pomimo iż był Widmem, zachował w sobie jakiś rodzaj charyzmy. Namtar odwrócił wzrok, zdając sobie sprawę, że przez chwilę chciał podążyć za starym wodzem. Wtedy ich zobaczył i nie był pewien, czy to co widzi jest prawdą. Na końcu czarnej chmary Cieni przez ścianę weszli Anarchista Christian Pain i Jeden z liderów Sabatu: Gorgon. Przypomniał sobie chwile, gdy ich zabił. Przygotował się na ich nadejście. Wiedział jak bardzo zabójcze dla zmarłych potrafi być ostrze w jego dłoni. Jednak Ci którym zgotował Ostateczną Śmierć zignorowali go. Teraz byli tylko Upiorami, podążającymi za Cornstalkiem by wypełnić jakąś tajemniczą misję...
[center]

[/center]
W pewnym monecie Morderca poczuł, że ma kontakt telepatyczny z wszystkimi członkami koterii. Pozostali także to odkryli. Ich umysły połączyła niewidzialna sieć, która pozwalała im przesyłać informacje w formie słów, obrazów i odczuć do każdej osoby w koterii.
- Upiory - przekazał pozostałym Namtar. - Dużo... Za dużo - poprawił się po chwili. - Wycofajcie się. Powoli.
Zanim zdążyli zareagować odezwał się do nich dziwnie znajomy głos:
- Jeśli chcecie przeżyć, niech Nosferatu Horacy okryje mnie sferą Niewidoczności - wypowiedziane słowa były przepełnione bólem, tak jakby każde z nich sprawiało wysiłek ich niewidzialnemu nadawcy.
Po chwili Namtar ujrzał tuż obok siebie stojącego Goratrixa. Widmowe ciało czarodzieja okrywała poszarpana, nadpalona szata. Syn Tremera wyglądał bardzo źle, nawet jak na trupa. Patrzył tylko przez jedno oko, gdyż prawa część twarzy była oblepiona substancją, przypominającą stalową pajęczynę. Kilka dziur przechodziło przez jego ciało na wylot, sprawiając, że wydawał się być bardziej przezroczysty, niż wcześniej.
- Jeżeli nie ukryjecie mnie przed nimi, to wszyscy zginiemy - powtórzył mentalnie Goratrix.
Horacy nie zastanawiając się ani chwili dłużej okrył Niewidocznością Tremera, który chwilę wcześniej przesłał mu telepatycznie obraz miejsca w którym się znajdował. Nosferatu pospiesznie dołączył do swoich towarzyszy, zastanawiając się którędy najlepiej wydostać się z Elizjum. Wtedy przemówił Goratrix:
- Za południową ścianą jest korytarz, którym można szybko dostać się na zewnątrz. Ktoś z was potrafi przebić się przez prawie półmetrowy beton?
- Ja to zrobię - powiedział Szczur, po czym dał telepatycznie znak, by pozostali ruszyli za nim. Pomimo dalej trwającej ciszy i ciemności, obrazy przekazywane przez Assamitę bardzo ułatwiały poruszanie się.
Horacy starał się utrzymać wszystkich mocą Niewidoczności, dlatego zaczął przyspieszać dopiero kilka kroków przed ścianą obitą luksusową boazerią. Zacisnął w prawej dłoni paznokieć Absimiliard'a i uderzył barkiem w wskazane wcześniej przez Tremera miejsce.
Wszystkie Upiory zdążyły w tym czasie przedostać się do dalszych pomieszczeń Elizjum, znikając z oczu Namtara. Pozostali Starsi, którzy nie uciekli w pierwszej chwili zagrożenia, także postanowili się ewakuować. Morderca był pewien, że Niewidoczność Szczura skutecznie ochroniła ich przed wzrokiem Niewiernych.
Moc z jaką uderzył w twardy beton była sporym zaskoczeniem dla Horacego. Deski rozsypały się w dziesiątki małych kawałków, a w betonie rozeszły się liczne pęknięcia. W szczelinach między nimi pojawił się błysk światła dochodzącego z korytarza na zewnątrz. Szczur tym razem uderzył otwartą dłonią, wpychając zniszczony mur na zewnątrz. Gruz spadł z głuchym łupnięciem wzbijając chmurę suchego kurzu. Otwór, który pojawił się w ścianie, był na tyle duży, by każdy zdołał się przez niego przecisnąć.
Przebiegli korytarzem do samego końca, a następnie dostali się do schodów ewakuacyjnych.
- Teraz trzy piętra w górę i będziemy na powierzchni - powiedział Goratrix.
Niespodziewanie w umysłach wszystkich odezwał się obcy głos, mówiący szybko w nieznanym języku. Było to tylko jedno zdanie, na które Namtar odpowiedział krótko pojedyńczym, dziwnie brzmiącym słowem.
[center]***[/center]
Wydostali się tylnym wyjściem. Tuż przed nim stała zaparkowana limuzyna Victorii z siedzącym za kierownicą Crimson Rainem.
- Wsiadajcie, limuzyna czeka - krzyknął do koterii, szczerząc zęby.
- Ludzie Księcia zbierają się w okolicy - dodał już ciszej, gdy dopadli drzwi samochodu.
Kilka wyjaśnień:
[olist=1]Pomimo, że były kompletne ciemności, to Namtar przekazał wam obraz grupy Upiorów, która wpadła do Elizjum oraz drogę do wyjścia. Widzieliście wszyscy Zjawy Gorgona i Christiana Paina.
Nie wiecie jakim cudem na miejscu znalazł się Crimson Rain z limuzyną. Ostatni raz widzieliście go w Martinsburgu nad jeziorem.
Wsiadacie do limuzyny i zakładam, że jedziecie do domu Red'a.
Goratrix w formie astralnej jest cały czas z wami.[/olist]
: 21 września 2016, 14:21
autor: Sigil
Charleston, WV 2530, parking na tyłach Prawdziwego Elizjum 11.08.1993
Waa faqri - zaklął w myślach, gdy tylko Tariq przerwał łączność -
Cholerny Czarodziej... Nawet jeśli wcześniej nie miał pewności, teraz już wie...
Przerwał wpół zdania, nie kończąc myśli. Tremer mógł przecież słyszeć więcej, niż Morderca by sobie życzył... Trzymając w obu rękach Desert Eagle wybiegł na parking na tyłach Elizjum i omiótł go badawczym spojrzeniem. Widok Crimson Rain'a jednak szybko przerwał dalszą litanię przekleństw w jego myślach. Namtar rozluźnił się nieco.
- Gameel!* - wypalił wsiadając - Saeid liruyatik!** - wyszczerzył zęby w uśmiechu. Trudno mu było wyrazić jak wielką poczuł ulgę widząc ghula w jednym kawałku. Ale to nie było właściwe miejsce ni czas by dodawać coś więcej. Zbyt wielu Niewiernych, zbyt wiele upiorów, za mało możliwości.
- Wszystko w porządku? - zapytał jeszcze siadając z przodu.
- Jasne, szefie - odparł metys, czekając aż pozostali zajmą miejsca. Po chwili limuzyna ruszyła naprzód, tocząc się przez opustoszałe ulice pogrążonego w wojnie domowej miasta.
Morderca skinął głową. Jego wzrok badał puste arterie ulic, przepływające za oknem. Nie odwracając się do reszty Koterii powiedział:
- Może warto byłoby już zdjąć te maski. Wolę wiedzieć z kim rozmawiam. Mam kilka pytań... - przerwał na chwilę. Obecność Goratrixa uniemożliwiała rozwiązanie pewnych kwestii teraz. Zemsta musiała jeszcze poczekać.
Już niedługo... Odruchowo zacisnął szczęki, czując jak wysuwają mu się kły. - Ale to później. Niemniej nie myśl, że zapomniałem, Świrze..
Ostatnie zdanie dodał nieco ciszej, lecz w jego głosie dało się wyczuć nutę napiętego oczekiwania, która nie wróżyła rozmówcy przyjemnej przyszłości...
Rozglądam się czy wszystko ok. Mam na kolanach gnata. Jakby coś się działo, włączę ciszę i będę strzelał.
Namtar jest wyraźnie podminowany. Myślę, że wszyscy sobie zdają sprawę, że gdyby nie obecność Goratrixa Terry miałby naprawdę poważny problem.
* arab. - Świetnie!
** arab. - Cieszę się, że cię widzę!
: 22 września 2016, 10:33
autor: Frater_Terry
Charleston, WV 2530, parking na tyłach Prawdziwego Elizjum 11.08.1993
Kiedy w końcu usadowił się w swoim kącie limuzyny, skulił się nieco, chowając głowę między ramiona. Nie chciał, ach nie chciał zwracać na siebie niczyjej uwagi, chociaż gdzieś w środku wiedział, że nadzieja iż wszyscy zapomną o sprawie jest rownie szalona, co jego cała linia krwi razem wzięta.
Obecność Goratrixa w pojeździe również nie dodawała mu otuchy. Usłyszał to i owo na temat czarodzieja w trakcie swych nieśmiertelnych nocy. A to co słyszał sprawiało, że miał nadzieję nigdy nie skrzyżować z nim dróg. Nadzieja jednak zdawała się uparcie podążać w inna stronę niż Terry, przynajmniej ostatnimi czasy.
Podobnie zresztą będzie i teraz. O tym był przekonany. A najgorsza w tym przekonaniu była świadomość, że przecież powiedział im prawdę. I strach przed pytaniami na które nie będzie mógł odpowiedzieć.
Całości rozpaczy duchownego dopełnił zimny dreszcz grozy, który przelał się przez jego ciało gdy usłyszał "obietnicę" Mrocznego Jedi, wyszeptaną pod nosem. W chwilach takich jak ta, przeklinał swe wyostrzone zmysły.
Wtulił się w fotel jeszcze bardziej. Wiedział doskonale, że ta ciężka i nieprzyjemna rozmowa go nie minie. Pogrążył się wiec w cichej modlitwie, prosząc Pana Na Wysokościach by jak najszybciej mieć ją za sobą.
Oraz by ktoś przerwał tę koszmarną ciszę...
: 22 września 2016, 10:44
autor: zapalki_chaosu
[center]Charleston, WV 2530, parking na tyłach Prawdziwego Elizjum 11.08.1993[/center]
Hindus stał spokojnie otoczony nieprzeniknionym mrokiem i cicho mantrował pod nosem, prawie bezrefleksyjnie i odruchowo:
[center]Om Tryambakam Yajamahe
Sugandhim Pushtivardhanam
Urvarukamiva Bandhanan
Mrityor Mukshiya Maamritat[/center]
Nagłe pojawienie się tej ciemności i jej głębia, sprawiły że poczuł przez chwilę emocjonalną i intelektualną pustkę. Coś w głębi niego, przebudziło się i tylko później, kiedy wyszli na świeże powietrze i wsiadali do limuzyny uświadomił sobie, że mantrując modlił się o wyzwolenie z samsary a tym samym o śmierć ostateczną. Był zaskoczony swoją reakcją, nie dlatego że bał się zniszczenia swojej cielesnej powłoki ale tego, że z taką łatwością jego instynkt samozachowawczy został wyciszony i zignorowany. Było w tym coś wyzwalającego, coś co przypominało mu o doświadczeniach rzeczywistości sprzed tego przeklętego stanu do jakiego zaprowadziła go jego ścieżka. Zastanawiał się przez chwilę ile czasu jeszcze będzie musiał egzystować w tym stanie nie całkiem życia i nie do końca śmierci ale to nie miało w istocie żadnego znaczenia. Z łagodnym uśmiechem swobody i akceptacji, zdjął maskę i wsiadł do samochodu.
: 23 września 2016, 00:03
autor: Zin-Carla
[center]Charleston, WV 2530, parking na tyłach Prawdziwego Elizjum 11.08.1993[/center]
Zapadła ciemność i głucha cisza, inna od tej która znana była jej ze sfery władania cieniami. Nie miała pojęcia co się dzieje ani co robić. Zamarzła więc w bezruchu próbując w pełnym skupieniu dostrzec cokolwiek, zareagować na najdrobniejszy bodziec. Czuła się jak otępiona, odcięta od wszystkich zmysłów. Ten nagły stan wywołał w niej strach, który gdyby nie wewnętrzne opanowanie, przerodziłby się w panikę.
Intensywny zamach vitae i lepkość cieczy na jej szyi powiedziały sam za siebie. Odruchowo złapała się za szyję i oblizała krew, którą z niej obtarła swoją dłonią. Intensywny smak rozlał się po jej podniebieniu... Zrobiła krok do tyłu próbując wymacać kogokolwiek z koterii. Jej palce chwytały jednak tylko strzępy ciemności.
Bezbrzeżną otchłań braku przerwało nagłe połączenie telepatyczne, które wdarło się do jej umysłu.
Upiory - usłyszała głos Namtara. - Dużo... Za dużo - Zamarła w bezruchu.
Upiory?... Gorgon i Christian Pain... Niemożliwe... Niemożliwe.
Kolejne wydarzenia następowały po sobie jak w kalejdoskopie i Viktoria niemal bezrefleksyjnie podążała za poleceniami innych, lepiej ogarniających sytuację. Chciała się tylko wyrwać z tego głuchego koszmaru. Nigdy nie myślała że pozbawienie wszystkich zmysłów może być tak irytujące... i obezwładniające. Gdy używa Sfery Mroku może widzieć w ciemnościach lecz to! co to właściwie było? Nie podobał jej się ten stan otępienia w który udało się komuś ją w pędzić. Narastał w niej gniew lecz szybko został rozproszony widokiem jej własnej limuzyny zaopatrzonej w ghula Assamity. Chyba nigdy nie ucieszyła się tak na widok tego łajdaka. Metys łypał na nich szelmowsko z lekkim triumfem wymalowanym na twarzy.
- Wsiadajcie, limuzyna czeka - krzyknął do koterii, szczerząc zęby.
Przeklęty...Pewnie nawet nie poprosił nikogo o kluczyki...
Wsiadając do samochodu dopiero zarejestrowała ich nowego "przyjaciela" a raczej jego stan. Domyśliła się że połączenie telepatyczne było możliwe jego udziałem, choć przez chwile możliwe było by, że też osoby która rozmawiała po arabsku z Namtarem... Teraz była pewna jednak, że to Goratrix. Jego stan był dość poważny więc od razu zapytała...
- Dziękujemy za wsparcie lecz... czy możesz powiedzieć co ci się stało... I czy możemy ci jakoś ulżyć w cierpieniu, pomóc... Wybacz mi za szczerość mój Panie, lecz nie wyglądasz najlepiej.
Musiała przyznać, że choć obecność czarodzieja komplikowała sprawy koterii i nieskrępowany przepływ informacji między nimi.. to czuła przyjemność spotykając ponownie Goratrixa. Wzbudził w niej zainteresowanie gdy spotkali się po raz pierwszy i mimo jego opłakanego wyglądu... No cóż. Nie narzekała na jego towarzystwo.
Zwracam się do Goratrixa uprzejmie i szarmancko, tak jak byłby jednym ze szlachty mojego rodu. Uważam, że jest na odpowiednim poziomie i zrozumie konwenanse i szacunek jaki mu w ten sposób oddaje
: 25 września 2016, 00:32
autor: Suriel
Charleston, WV 2530, parking na tyłach Prawdziwego Elizjum 11.08.1993
Światło zgasło a wraz z nim życie. Przynajmniej jedno na pewno. Zgasło szybko niczym zdmuchnięta przez wiatr świeca. Banalne porównanie przyszło do głowy Horacemu w tym samym momencie kiedy wyostrzone ponad ludzką normę zmysły zarejestrowały na skórze lekkie drgnięcie powietrza. Delikatny powiew niósł ze sobą smak vitae oraz drobiny pyłu, z właśnie rozsypującego się starszego. Ten powiew nie był naturalny. To była Śmierć, przemieszczająca się przez świętą ziemię elizjum z wprost porażającą szybkością. Nawet jeśli by spojrzeć poprzez standardy tych nieumarłych, którzy zostali obdarzeni w swej krwi nadludzkim tempem reakcji. Horacy przez chwilę miał wrażenie, że ów powiew przemknął tuż koło niego. Ale może było to jedynie złudzenie.
Szczur przez chwilę się nie poruszał. I w zupełnej ciemności Horacy nie był pewien czy to przypadkiem nie on był celem, i czy to nie on sam się przed chwilą rozsypał. Ułamki sekund zdawały się trwać w nieskończoność...
Po tym czasie jego wyostrzone zmysły wyłapały szereg subtelnych bodźców płynących z pomieszczenia. Skoro je czuł, znaczyło że jednak żył. Przynajmniej jak na razie...
Strach. Zniknął natychmiast. Uciekł poza zmysły żyjących i nieżywych, odwołując się do mocy płynącej głęboko w jego krwi, którą samoczynnie uruchomił jeszcze głębiej zakorzeniony instynkt. Tak jak czynił to wielokrotnie wcześniej pozwalając mu przeżyć te noce, których kresu nie wszyscy mieli szczęście dotrwać. Tym razem postanowił jednak, że nie podda się atawistycznej potrzebie ucieczki, jak zwykł czynić. Lęk okazał się jednak ogromny i minęło sporo czasu nim Szczur w pełni przełamał paraliżujące uczucie. Ile go dokładnie upłynęło, nie wiedział. Był jednak bardziej niż pewien, że trwało to stanowczo za długo jak na okoliczności w których się znalazł.
Kiedy odzyskał nad sobą w pełni kontrolę, przyłapał się na tym że każdy jego mięsień ciała jest napięty, sylwetka przygarbiona a ręce rozcapierzone, gotowe by bić, szarpać i miotać przeciwnikiem.
Zupełna głupota. Skarcił się sam w myślach, rozumiejąc że z zabójcą tej klasy nie miałby najmniejszych szans. Lekko zgarbiony, wciąż zwarty, zaczął się cichutko wycofywać, nie obracając jednakże plecami, idąc przez chwilę wspak niczym rak. Szybko jednak poniechał tej zbyt wolnej ewakuacji. Poszukiwał pozostałych towarzyszy, by zgodnie ze złożoną obietnicą wyprowadzić ich poza obszar niebezpieczeństwa. Delikatne muśnięcie nienaturalnie długich dłoni Horacego, ciche "chodź" wypowiedziane zdartym głosem Nosferatu. Wyłowił jednego członka koterii po drugim, z przerażającej ciemności, niczym dzieci z tamtego sierocińca... A kiedy już wszystkie małe szkraby były pod jego opieką, skryte pod mocą jego dyscypliny, poddał się atawistycznemu instynktowi ucieczki.
Byle na zewnątrz, byle szybko. Najprostszą drogą. Ledwo zarejestrował przebicie gołymi rękoma jakiejś tam ściany. Wizja duchów jakie miał przed oczyma oraz Goratrixa, któremu ktoś solidnie obił ryją, przydawała mu dodatkowo siły w tej jakże epickiej ewakuacji, poprzez murowane.
Dopiero światła miasta, hałas ulicy i świeże powietrze wychłodziły jego umysł.
: 29 września 2016, 19:47
autor: lightstorm
Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993
Będący w formie astralnej Goratrix lewitował niecały centymetr nad podłużnym siedzeniem w tylnej części limuzyny. Pozostali pasażerowie szybko zrozumieli, że Czarodziej do perfekcji opanował poruszanie się po za ciałem. Wydawało im się, że bez wysiłku potrafił idealnie dopasować się do prędkości i kierunku jazdy pojazdu. Po słowach Victorii, Tremer przemówił:
- Ta ziemia to pułapka. Jest niczym ogromna sieć pająka, której nici są tak cienkie, iż nie sposób ich zauważyć. Widoczne stają się wtedy, gdy jest już za późno. Im bardziej schwytany owad będzie próbował uwolnić się z więzów, tym mocniej zostanie spętany i unieruchomiony. Upiory zniszczą każdego, kto spróbuje uciec. Teraz wiem, że ci, którzy przybyli na te ziemie zostali oszukani. Aż ciężko uwierzyć, że dałem się złapać w te sidła... - westchnął.
- Oni się mnożą. Nie byłem w stanie ich pokonać. Zniszczone szeregi Upiorów zostawały zastępowane przez nowych, nie dając mi szansy na wydostanie się poza rzekę na zachodzie. Potęga Śmierci na tej przeklętej ziemi sprawia, że wielu z poległych nie zazna spokoju. Głupcy, którzy rozpętali wojnę w Charleston, przypieczętowali swój los.
Czarodziej zwrócił swój wzrok w kierunku Horacego, po czym kontynuował:
- Nie sądzę, aby sprawa z listem była twoim celowym zagraniem, Szczurze. Jednak muszę mieć pewność, że za głupotą Paula nie stało coś więcej. To może jednak poczekać. Teraz mam niestety poważniejszy problem.
Tremer znów zwrócił się do wszystkich:
- Pomogę wam w waszej misji, ale musicie znaleźć dla mnie nowe ciało. Nawet w tej formie jestem silniejszy niż człowiek, dlatego interesuje mnie tylko inny Spokrewniony. Najlepiej aby znał Dyscyplinę Odporności i leżał w letargu jakiś czas. Moje ciało jest zbyt daleko bym mógł do niego powrócić...
- I jeszcze jedno - dodał po chwili - Czy widzieliście w mieście klan Giovanni?
: 29 września 2016, 19:51
autor: Sigil
Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993
Starał się skupić na toczonej w limuzynie rozmowie. Na demony... Naprawdę się starał. Mimo to jego myśli powracały uparcie do tego, co pogrzebał w przeszłości... Niczym ławica piranii, zwabiona zapachem krwi lub stado kruków krążące nad cmentarzem... Kołujących po coraz mniejszym okręgu, nieomylnie wybierając najświeższą mogiłę... Zmory Goratrixa nie zdołały ich przepłoszyć... W ciszy pomiędzy słowami Niewiernych wspomnienia ożywały na nowo, barwiły szkarłatem puste ulice, które obserwował nieruchomym wzrokiem. Ponownie czuł zapach krwi i szpitalnych środków dezynfekujących... Słyszał metaliczny szczęk odkładanych narzędzi. I krzyk, milknący w niekończącym się labiryncie wyłożonych białymi kafelkami korytarzy... Labiryncie, który nie posiadał kiedyś wyjścia i który stanowił cały jego świat... Nie potrafił uciec przed tymi obrazami. Nie starał się zresztą. Ta garść spływających czerwienią odłamków lustra była wszystkim co pozostało z jego egzystencji, zanim Klan dał mu imię, cel i Ścieżkę.
Nigdy nie posiadał innej perspektywy i nie szukał jej też teraz. W tej recytowanej niemal z pamięci litanii koszmarów nowa była tylko jedna rzecz. A raczej uczucie, subtelne niczym zapach śmierci w pustym, ciemnym domu. I tak samo trudne do przeoczenia: świadomość, że został oszukany. I to przez tego z Niewiernych, któremu zaufał najbardziej. Ironia tego faktu była tak cholernie i boleśnie oczywista, że chwilami miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Lub zawyć. Oczywiście, nie mogło być inaczej. Czy sam nie prosił się o to, pozwalając sobie na pewien rodzaj życzliwości względem Świra? Czy sam nie odwrócił się od nauk Haqima zapominając, że ten pies także jest wrogiem? Wszystko, co działo się teraz było efektem podjętych przez niego wyborów, błędów ukazujących mu jego własną przeklętą naiwność. I głęboką, nieskazitelną mądrość zawartą w prawie Khabar. Zaklął cicho, zaciskając dłoń na uchwycie giwery. Czuł, jak drżą mu ręce. Nie lubił tego stanu. Wiedział jednak, że krew którą przeleje niedługo pozwoli mu odzyskać pełną kontrolę.
Raczej wyczuł niż zobaczył ukradkowe spojrzenie Crimson Raina. Przed nim nie musiał jednak udawać. Odwrócił głowę, ale ghul ze spokojem obserwował ulicę przed sobą.
- W porządku? - zapytał jedynie cicho.
Morderca nie odpowiedział. Obaj znali ciemność płynącą we krwi, jej cenę i klątwę. Pozwolił więc by ona odpowiedziała za niego.
- Co z Hondą? - odezwał się po chwili.
- Wszystko cacy - metys uśmiechnął się lekko. - Przekonałem jednego typa by mi pomógł zabrać motory. Fajny gość. Cholernie rodzinny, choć z gościnnością u niego gorzej... Ale zależało mu na bliskich, a ja zawsze lubię tą cechę u białasów...
Błysnął zębami najwyraźniej wspominając ten incydent. Namtar nie miał złudzeń odnośnie tego jak wyglądała ta rozmowa. Niewiele go to jednak obchodziło.
- Skąd wiedziałeś, gdzie będziemy?
- No przecież dzwoniłeś do mnie, szefie...
- Coos okt al laglesh...* - zaklął tamten, ghul przerwał wpół zdania i spojrzał szybko na Mordercę.
- Kurwa, jeśli nie ty, to kto? Przysiągłbym, że to był twój głos...
- To nie byłem ja.
Potrząsnął głową i ponownie wlepił wzrok w ulice za oknem. Ilość zagadek tej nocy zaczynała go powoli męczyć. Choć z drugiej strony nie było sensu przejmować się sprawami, na które nie miał wpływu. Wiedział jednak, że przynajmniej jeden problem doczeka się tej nocy rozwiązania. W sposób ostateczny. Ponownie zacisnął dłoń na broni czując jak ta chwila zbliża się z każdym obrotem szerokich kół limuzyny...
* arab. - Pieprzyć to gówno...
: 29 września 2016, 22:26
autor: Suriel
Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993
- Nie sądzę, aby sprawa z listem była twoim celowym zagraniem, Szczurze. Jednak muszę mieć pewność, że za głupotą Paula nie stało coś więcej. To może jednak poczekać. Teraz mam niestety poważniejszy problem.
Nosferatu znieruchomiał słysząc płynące w jego kierunku słowa. Obecność Goratrixa mocno go niepokoiła. Jakby nie było osłuchał się nieco historii o tym którego sam dźwięk imienia musiał zapewne stawiać do pionu wielu biskupów i tych wyżej postawionych w Sabacie. Postanowił odpowiedzieć, jednak zabrzmiał oto nieco bardziej ulegle niż zamierzał.
- Bo nie było. Gdybym wiedział, że się to tak poplącze nie dotykał bym tego cholerstwa. Są rzeczy nie warte takiego ryzyka i nawet ciekawość niektórych Nosferatu ma swoje zdrowe granice. Zapewniam. - Powiedział z cicha.
- "...Najlepiej aby znał Dyscyplinę Odporności i leżał w letargu jakiś czas...."
Altrusityczna i zupełnie darmowa pomoc ze strony Sabatu, od razu moje serce wypełniło się radością. Jak to cholernie miło z jego strony. I do tego jaki cholernie wybredny się trafił. I co jeszcze? Ma może ma mieć tatuaż na lewym ramieniu w formie trójkącika, czy coś... - Pomyślał zniecierpliwiony Horacy. Jednak niemal od razu zaświtała mu w głowie pewna myśl.
Wszak mamy cały stos ciał do wyboru i do koloru, a wśród nich i... Ravnosa, być może nawet z upragnioną dyscypliną odporności. Cała garderoba ich tam leży, można wybierać niczym w sklepie z odzieżą. Ale, ale...
- Być może, znalazło by się coś pasującego... do wymagań i potrzeb ale proszę pozwolić zadać mje* jedno proste pytanie. Co się stanie z... że się tak wyrażę, z poprzednim pechowym mieszkańcem owego ciała?
Horacy koniec końców nie bardzo zmierzał bezceremonialnie poświęcać jakąś inną osobę na rzecz, jakby nie było, sabatnika. Dumał jednak bystro analizując możliwości z tych trucheł jakie do tej pory zgromadzili.
Niemniej jednak ten łachudra, bez czci i wiary, co chciał się wyłamać ze spełnienia obowiązku względem Red Wisdoma, był mu zupełnie obcy. Poza tym lepsza to była opcja niż Kret, którego poniekąd szkoda mu było. No i zostawała jeszcze Sidonia ale po pierwsze zapewne Terry mocno by zaoponował, a po drugie zobaczyć Goratrixa pomykającego w szpilkach byłoby... - Szczur zarechotał w myślach.
*sic.
: 01 października 2016, 11:15
autor: lightstorm
Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993
Po słowach Horacego, Tremer zamyślił się na chwilę. W końcu przemówił:
- Zgodnie z moją wiedzą, gdy opuszczę gospodarza, ten wpadnie w długi letarg. Nie musicie się martwić. Pewnym jest, że nie będzie później niczego pamiętał. A jeśli idzie o was...
Czarodziej zrobił znaczącą pauzę.
- ...Wy także zostaliście tutaj przywołani i złapani w sieć. Ktoś z jakiegoś powodu, ściągnął tutaj wielu Kainitów i zaczynam być pewien, że są tutaj przedstawiciele Starszych wszystkich klanów. Atrahsis musiał o tym wiedzieć, a mimo to pragnął abyście wykonali jego ostatnią wolę i przybyli do miasta by stworzyć swoją legendę.
Spojrzał na zebranych, po czym kontynuował nieco filozoficznym tonem:
- Stary król niejednokrotnie potrafił zadziwić nasz rodzaj swoim geniuszem i zdolnością przewidywania. Reprezentował intelektualną elitę, kierującą się zasadami honoru dobrem wszystkich tych, którzy dążyli do wiedzy i mądrości. Teraz takich osób jest już coraz mniej. Niejednokrotnie podejmował decyzje, których skutków nie był w stanie przewidzieć żaden klan, a które w swoim czasie okazywały się nie tylko trafne, lecz wręcz bezbłędne. Nawet mój przesławny ojciec nie potrafi tego, mimo, iż zdiabolizował Saulota. Teraz zresztą jest słaby i miewa coraz dłuższe drzemki...
Niespodziewanie Goratrix przerwał myśl i zmienił temat na inne tory:
- Kiedy będę mieć tymczasowe ciało? Przypominam, że pojazd dla mojego ducha powinien posiadać Dyscyplinę Odporności.
Głos Czarodzieja był dominujący, chociaż nikt nie wyczuł użycia mocy Dominacji. Jasnym było jednak, iż Termer przyzwyczajony jest do posłuchu.
- Więc co z tymi Giovannimi? Są tutaj? - powtórzył po chwili pytanie.
Najwyraźniej jego umysł rozważał kilka wątków na raz. Po chwili zwrócił się jeszcze do Malkaviana, jak gdyby coś nie dawało mu spokoju:
- Dlaczego wyglądasz jakbyś po raz pierwszy w swej egzystencji ujrzał podłogę w stabilnym kolorze?