Północny brzeg rzeki Ohio, 8 maja 2055
Nim Kapelusznik zdążył cokolwiek rzec, ubiegła go jedna z kobiet, pochmurna, aczkolwiek niebrzydka trzydziestolatka o zniszczonej ciężkim życiem twarzy. Potrząsając bezwiednie obciętą tuż przy zamku strzelbą kobieta postąpiła o krok do przodu, porwana trudnymi do pohamowania emocjami.
- Ludzie Gregory'ego... o ile można ich nazwać ludźmi, to potwory! - wyrzuciła z siebie gniewnym tonem - Oni zjadają innych jakby to były zwierzęta! To kanibale chowający się za maską pobożnych chrześcijan! Żadne dziecko nie zasługuje na to, by żyć pośród takich degeneratów!
- Spokojnie, Kate! - Kapelusznik uniósł lekko dłoń - A wy zakarbujcie sobie dobrze w pamięci jedno. Gregory i jego sekta nie są tacy przyjacielscy i życzliwi jakby się mogło wydawać. Nie wiem jakie macie plany wobec Huntington, ale na waszym miejscu jak najszybciej zabierałbym się stąd precz. Inaczej możecie kiepsko skończyć!
Słuchający słów mężczyzny Radeford otworzył usta zamierzając coś powiedzieć, zamknął je jednak słyszac dobiegający zza rogu pobliskiego budynku odgłos zbliżających się szybko kroków.
Na ulicę wychynęło trzech mężczyzn prowadzących stawiającego niepewnie kroki Szarego. Zbieracz z Mississipi miał posiniaczoną twarz i lekko otumaniony wzrok, ale starał się stawiać kroki w rytm swych opiekunów, chroniony przed upadkiem ich rękami.
- Szary, wszystko gra? - zapytał Tisdale postępując krok w stronę poturbowanego Anioła.
- Nic mu nie będzie - odpowiedział jeden z prowadzących mikrego człowieczka mężczyzn, rzucając paramedykowi mało przyjazne spojrzenie - Dostał środek uspokajający i mocno go trzyma, dłużej niż sądziliśmy. Musi mieć wrażliwy organizm.
- Zabierajcie go i wracajcie na drugą stronę rzeki - polecił Kapelusznik - Kilku moich odprowadzi was w pobliże łodzi. Przekażcie swojemu szefowi, że nie chcemy go na swojej ziemi, was zresztą też.
To chyba najlepszy moment, by ulotnić się bez szwanku, ale ostatnie słowo należy naturalnie do Was...