Północny brzeg rzeki Ohio, 8 maja 2055
Zaciągnąwszy mamroczącego coś pod nosem Szarego na niewielkie, ogrodzone blachą falistą podwórko opodal rzeki, Radeford przycisnął zbieracza do ściany kanciastego baraku spoglądając na niego z góry nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.
- Weź się w garść i mów jak na spowiedzi, co widziałeś - zażądał wielebny obserwując kątem oka zabezpieczających perymetr towarzyszy. Okolica brzegu wyglądała na spokojną, ale Ebenezer liczył się z pewnym ryzykiem tego, że ludzie Kapelusznika zmienią zdanie i pójdą śladem niepożądanych gości.
Zresztą Kapelusznik od samego początku mógł udawać względnie neutralne nastawienie, czekając tylko skrycie, aż intruzi zaczną przeprawiać się przez rzekę na swój brzeg. Jeśli półcalówka na pace samochodu była zdatna do użytku, już sama ona wystarczyłaby do podziurawienia obsady łodzi kulami w przeciągu kilku sekund.
- To było okropne... - oznajmił trzęsącym się głosem Szary - Dali mi jakieś prochy... i coś wstrzyknęli... że niby na krwawienie... chyba zemdlałem... przychodzili i wychodzili, gapili się na mnie... dziwni, strasznie dziwni... niektórzy chyba mieli ekstra palce i powykrzywiane zęby, a niektórzy wcale nie mieli zębów... i oczy zaropiałe...
- A widziałeś jakieś dzieci? - zapytał Radeford, w którego umyśle pojawiła się znienacka pewna uporczywa idea mogąca tłumaczyć nadmierne zainteresowanie ludzi Kapelusznika dziećmi południowców.
- Dzieci nie przychodziły... - wyznał Szary kręcąc głową i ściskając ją jednocześnie kurczowo obiema opartymi o skronie rękami - Tak mi się wydaje... że chyba nie było tam dzieci...
Szary jest pod silnym wpływem środków chemicznych, więc nie sposób stwierdzić jednoznacznie, co widział naprawdę, a co jest tylko owocem jego urojeń.