: 10 grudnia 2016, 11:35
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Bolączki Terry'ego 11.08.1993
Terry powolnym krokiem wrócił do głównego salonu, co chwilę podpierając się o ścianę. Zanim zdołał tam jednak dotrzeć, zza jego pleców rozległy się pełne bólu i rozpaczy krzyki Gavina, z klanu Ravnos. A były to krzyki z rodzaju tych, które sprawiały, że nawet bestia w jego sercu kuliła swój ogon pod siebie.
Tak jak jeszcze moment wstecz, sprawiało mu trudność utrzymanie się na prostych nogach, tak w obliczu potępieńczych jęków nawet lekki trucht nie sprawił mu problemów. Na wpół wbiegając, na w pół wkraczając do salonu, dłonie miał przyciśnięte do uszu. Nie udało mu się jednak zagłuszyć koszmarnego dźwięku dobiegającego z sali rytualnej Atra-Hasisa. Przez moment przemknęła mu przez głowę myśl, starająca się odgadnąć co też zrobiłby mędrzec, wiedząc do czego ten prastary plugawiciel wykorzystał jego osobiste miejsce ceremonii. Nie udało mu się jednak ujrzeć tej myśli w całej okazałości, bowiem pomimo zatkanych uszu potępieńczy jęk konania zdrajcy narastał i robił się coraz bardziej nie do zniesienia.
W pełnym desperacji geście padł na kolana pośrodku sali i złożył dłonie do modlitwy. Tym samym jednak odsłonił swe uszy i dźwięk wlał się w nie z pełnym impetem. Zerwał się więc natychmiast na równe nogi, ponownie izolując się rękoma, chociażby częściowo, od niosącego ból wrzasku.
Rozejrzał się nerwowo, w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogło by mu chociaż na chwilę uwolnić się od dźwięku wwiercającego się w jego umysł. Dojrzał zaprzyjaźniony stolik, jednakże ten sam kulił się w sobie drżąc nerwowo, starając się uciec od bezlitosnej kakofonii cierpienia rozpełzającej się po całej posesji. Wskazówki zegara Zagłady spełzły z jego tarczy, chowając się gdzieś w czeluściach jego skomplikowanego mechanizmu. Dywan nie przykrywał już podłogi, cały pomarszczony starał się zwinąć w rulon, a ciężkie kotary przykrywające okna rzucały się w agonii, szybko zrywając się z trzymających je karniszy, by w nieładzie spocząć na nagiej podłodze.
- Aaaaaaaaaaaa!!!
Terry rozejrzał się nerwowo, bowiem krzyk który usłyszał rozległ się znacznie bliżej niż powinien. Dopiero po chwili spostrzegł się, że to jego usta zrobiły mu psikusa uwalniając zebrane w nim emocje. Pomyślał wtedy, że jest to pomysł idealny na tę chwilę. Pomyślał, że zagłuszy ten hałas od którego tak pragnął uciec swoim własnym. Nie czekając ni chwili, zaczął krzyczeć, lecz już po sekundzie przerażony przerwał. Jego krzyk bowiem nie był już jego własnym krzykiem, a agonalnym śpiewem Ravnosa, którego oddali na pastwę czarodzieja.
Zrozpaczony, niemalże ze łzami w oczach zaczął ponownie błagalnym spojrzeniem poszukiwać wybawienia, zarówno od cierpienia swego byłego kompana, jak i własnego sumienia.
Gramofon wydawał się stać na swoim miejscu niewzruszenie, jak gdyby pełen cierpliwości i może nawet rozbawienia spektaklem jaki zaserwował mu Malkavian. Niemniej stał tam, gdzie stał od pierwszej nocy. Duchowny rzucił się w jego kierunku, jak gdyby ten był flakonem ciepłej krwi, a on sam nie jadł od miesięcy. Drżącymi jak u narkomana dłońmi zaczął wertować płyty. Spieszyło mu się, nie miał ani czasu ani potrzeby wybrzydzać. Nerwowo ułożył płytę na talerzu i opuścił nań ramię z igłą.
[center]Nicolo Paganini - Capriccio n°24[/center]
Kiedy rozległy się pierwsze takty utworu, opadł ciężko na podłogę obok urządzenia. Dźwięk szarpanych smyczkiem strun szybko zmieszał się z płaczem od którego chciał uciec, by wkrótce zagłuszyć go bardziej i bardziej. W takt utworu dywan zaczął się prostować powoli wracając do swojej właściwej pozycji. W ślad za nim całe pomieszczenie wydawało się rozluźnić i odetchnąć z ulgą. Wszystkie sprzęty powracały na swoje miejsca, wijąc się przy dźwiękach skrzypiec. Najwięcej problemu miały story, którym dość długą chwilę zajęło przymocowanie się na powrót w ich wisielczej pozie.
Terry zamknął oczy, pozwalając by muzyka oczyściła jego umysł, w podobny sposób, jak posprzątała przed chwilą na jego oczach pomieszczenie. Wciąż nie czuł się dobrze z tym co się stało, i działo się nadal. Ale teraz miał możliwość zanalizować to na spokojnie. Bez koszmarnych jęków i bez wyrzutów sumienia.
Terry powolnym krokiem wrócił do głównego salonu, co chwilę podpierając się o ścianę. Zanim zdołał tam jednak dotrzeć, zza jego pleców rozległy się pełne bólu i rozpaczy krzyki Gavina, z klanu Ravnos. A były to krzyki z rodzaju tych, które sprawiały, że nawet bestia w jego sercu kuliła swój ogon pod siebie.
Tak jak jeszcze moment wstecz, sprawiało mu trudność utrzymanie się na prostych nogach, tak w obliczu potępieńczych jęków nawet lekki trucht nie sprawił mu problemów. Na wpół wbiegając, na w pół wkraczając do salonu, dłonie miał przyciśnięte do uszu. Nie udało mu się jednak zagłuszyć koszmarnego dźwięku dobiegającego z sali rytualnej Atra-Hasisa. Przez moment przemknęła mu przez głowę myśl, starająca się odgadnąć co też zrobiłby mędrzec, wiedząc do czego ten prastary plugawiciel wykorzystał jego osobiste miejsce ceremonii. Nie udało mu się jednak ujrzeć tej myśli w całej okazałości, bowiem pomimo zatkanych uszu potępieńczy jęk konania zdrajcy narastał i robił się coraz bardziej nie do zniesienia.
W pełnym desperacji geście padł na kolana pośrodku sali i złożył dłonie do modlitwy. Tym samym jednak odsłonił swe uszy i dźwięk wlał się w nie z pełnym impetem. Zerwał się więc natychmiast na równe nogi, ponownie izolując się rękoma, chociażby częściowo, od niosącego ból wrzasku.
Rozejrzał się nerwowo, w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogło by mu chociaż na chwilę uwolnić się od dźwięku wwiercającego się w jego umysł. Dojrzał zaprzyjaźniony stolik, jednakże ten sam kulił się w sobie drżąc nerwowo, starając się uciec od bezlitosnej kakofonii cierpienia rozpełzającej się po całej posesji. Wskazówki zegara Zagłady spełzły z jego tarczy, chowając się gdzieś w czeluściach jego skomplikowanego mechanizmu. Dywan nie przykrywał już podłogi, cały pomarszczony starał się zwinąć w rulon, a ciężkie kotary przykrywające okna rzucały się w agonii, szybko zrywając się z trzymających je karniszy, by w nieładzie spocząć na nagiej podłodze.
- Aaaaaaaaaaaa!!!
Terry rozejrzał się nerwowo, bowiem krzyk który usłyszał rozległ się znacznie bliżej niż powinien. Dopiero po chwili spostrzegł się, że to jego usta zrobiły mu psikusa uwalniając zebrane w nim emocje. Pomyślał wtedy, że jest to pomysł idealny na tę chwilę. Pomyślał, że zagłuszy ten hałas od którego tak pragnął uciec swoim własnym. Nie czekając ni chwili, zaczął krzyczeć, lecz już po sekundzie przerażony przerwał. Jego krzyk bowiem nie był już jego własnym krzykiem, a agonalnym śpiewem Ravnosa, którego oddali na pastwę czarodzieja.
Zrozpaczony, niemalże ze łzami w oczach zaczął ponownie błagalnym spojrzeniem poszukiwać wybawienia, zarówno od cierpienia swego byłego kompana, jak i własnego sumienia.
Gramofon wydawał się stać na swoim miejscu niewzruszenie, jak gdyby pełen cierpliwości i może nawet rozbawienia spektaklem jaki zaserwował mu Malkavian. Niemniej stał tam, gdzie stał od pierwszej nocy. Duchowny rzucił się w jego kierunku, jak gdyby ten był flakonem ciepłej krwi, a on sam nie jadł od miesięcy. Drżącymi jak u narkomana dłońmi zaczął wertować płyty. Spieszyło mu się, nie miał ani czasu ani potrzeby wybrzydzać. Nerwowo ułożył płytę na talerzu i opuścił nań ramię z igłą.
[center]Nicolo Paganini - Capriccio n°24[/center]
Kiedy rozległy się pierwsze takty utworu, opadł ciężko na podłogę obok urządzenia. Dźwięk szarpanych smyczkiem strun szybko zmieszał się z płaczem od którego chciał uciec, by wkrótce zagłuszyć go bardziej i bardziej. W takt utworu dywan zaczął się prostować powoli wracając do swojej właściwej pozycji. W ślad za nim całe pomieszczenie wydawało się rozluźnić i odetchnąć z ulgą. Wszystkie sprzęty powracały na swoje miejsca, wijąc się przy dźwiękach skrzypiec. Najwięcej problemu miały story, którym dość długą chwilę zajęło przymocowanie się na powrót w ich wisielczej pozie.
Terry zamknął oczy, pozwalając by muzyka oczyściła jego umysł, w podobny sposób, jak posprzątała przed chwilą na jego oczach pomieszczenie. Wciąż nie czuł się dobrze z tym co się stało, i działo się nadal. Ale teraz miał możliwość zanalizować to na spokojnie. Bez koszmarnych jęków i bez wyrzutów sumienia.
[/center]