: 29 grudnia 2012, 18:06
Osiedle Proctorville, 8 maja 2055
Pozostawiając za sobą ukrytego w pozostałościach podmiejskiego ogródka Salta, Radeford prześlizgnął się wzdłuż ostatnich domków osiedla do jego północnej granicy, a potem padł na brzuch i zaczął czołgać się po wilgotnej, wciąż jeszcze mokrej od nocnego deszczu ziemi w kierunku niedalekiej szosy.
Droga numer siedem biegła z wschodu na zachód, kreśląc łagodne łuki u podstawy pobliskich wzgórz. Na jej jezdni stało kilka mocno skorodowanych samochodów, zarówno osobowych jak i półciężarówek, ale uważny wzrok Radeforda nie spostrzegł wśród nich pojazdu godnego uwagi - wozy zostały porzucone w tym miejscu najpewniej w pierwszych miesiącach wojny, kiedy dziesiątkowana na różne sposoby populacja Amerykanów podejmowała niemrawe próby ucieczki w pierwszym lepszym kierunku, znajdując śmierć zaledwie kilometry od swych miejsc zamieszkania.
Radeford miał sposobność rozmawiania z nielicznymi świadkami wydarzeń sprzed trzydziestu lat i niezmiennie odnosił wrażenie, że było to prawdziwe piekło, którego nie można było porównać z pełnym udręki życiem obecnych mieszkańców ZSA. Zahartowani znojami niebezpiecznej codzienności, chorobliwie nieufni i wieczni podejrzliwi ocalali z atomowej pożogi wiedzieli z grubsza, czego powinni się byli na pustkowiach spodziewać i gdzie musieli wypatrywać zagrożenia - co stawiało ich w niewyobrażalnie lepszej sytuacji od nawykłych do cywilizowanego życia przedwojennych Amerykanów, całkowicie zaskoczonych uderzeniem Molocha i umierających dzień po dniu dziesiątkami tysięcy, na ulicach miast, w samochodach i własnych mieszkaniach.
W kilku stojących na szosie samochodach wciąż tkwiły szkielety, pożółkłe, powleczone przypominającą stary pergamin skórą.
Ebenezer przedostał się na przeciwną stronę jezdni, przemieszczając się z ogromną ostrożnością i cały czas badając wzrokiem swe otoczenie. Przyczajony za wrakiem różowego cadillaca utrwalił się w przekonaniu, że nikt nie spostrzegł obecności zwiadowców na szosie, po czym umówionym wcześniej gestem przywołał do siebie ukrytego na opłotkach Proctorville Salta.
Pozostawiając za sobą ukrytego w pozostałościach podmiejskiego ogródka Salta, Radeford prześlizgnął się wzdłuż ostatnich domków osiedla do jego północnej granicy, a potem padł na brzuch i zaczął czołgać się po wilgotnej, wciąż jeszcze mokrej od nocnego deszczu ziemi w kierunku niedalekiej szosy.
Droga numer siedem biegła z wschodu na zachód, kreśląc łagodne łuki u podstawy pobliskich wzgórz. Na jej jezdni stało kilka mocno skorodowanych samochodów, zarówno osobowych jak i półciężarówek, ale uważny wzrok Radeforda nie spostrzegł wśród nich pojazdu godnego uwagi - wozy zostały porzucone w tym miejscu najpewniej w pierwszych miesiącach wojny, kiedy dziesiątkowana na różne sposoby populacja Amerykanów podejmowała niemrawe próby ucieczki w pierwszym lepszym kierunku, znajdując śmierć zaledwie kilometry od swych miejsc zamieszkania.
Radeford miał sposobność rozmawiania z nielicznymi świadkami wydarzeń sprzed trzydziestu lat i niezmiennie odnosił wrażenie, że było to prawdziwe piekło, którego nie można było porównać z pełnym udręki życiem obecnych mieszkańców ZSA. Zahartowani znojami niebezpiecznej codzienności, chorobliwie nieufni i wieczni podejrzliwi ocalali z atomowej pożogi wiedzieli z grubsza, czego powinni się byli na pustkowiach spodziewać i gdzie musieli wypatrywać zagrożenia - co stawiało ich w niewyobrażalnie lepszej sytuacji od nawykłych do cywilizowanego życia przedwojennych Amerykanów, całkowicie zaskoczonych uderzeniem Molocha i umierających dzień po dniu dziesiątkami tysięcy, na ulicach miast, w samochodach i własnych mieszkaniach.
W kilku stojących na szosie samochodach wciąż tkwiły szkielety, pożółkłe, powleczone przypominającą stary pergamin skórą.
Ebenezer przedostał się na przeciwną stronę jezdni, przemieszczając się z ogromną ostrożnością i cały czas badając wzrokiem swe otoczenie. Przyczajony za wrakiem różowego cadillaca utrwalił się w przekonaniu, że nikt nie spostrzegł obecności zwiadowców na szosie, po czym umówionym wcześniej gestem przywołał do siebie ukrytego na opłotkach Proctorville Salta.
Chcecie rzucić okiem na te wraki czy też bezzwłocznie zmierzacie na wzgórza?