Strona 77 z 84

: 29 grudnia 2012, 18:06
autor: Keth
Osiedle Proctorville, 8 maja 2055

Pozostawiając za sobą ukrytego w pozostałościach podmiejskiego ogródka Salta, Radeford prześlizgnął się wzdłuż ostatnich domków osiedla do jego północnej granicy, a potem padł na brzuch i zaczął czołgać się po wilgotnej, wciąż jeszcze mokrej od nocnego deszczu ziemi w kierunku niedalekiej szosy.

Droga numer siedem biegła z wschodu na zachód, kreśląc łagodne łuki u podstawy pobliskich wzgórz. Na jej jezdni stało kilka mocno skorodowanych samochodów, zarówno osobowych jak i półciężarówek, ale uważny wzrok Radeforda nie spostrzegł wśród nich pojazdu godnego uwagi - wozy zostały porzucone w tym miejscu najpewniej w pierwszych miesiącach wojny, kiedy dziesiątkowana na różne sposoby populacja Amerykanów podejmowała niemrawe próby ucieczki w pierwszym lepszym kierunku, znajdując śmierć zaledwie kilometry od swych miejsc zamieszkania.

Radeford miał sposobność rozmawiania z nielicznymi świadkami wydarzeń sprzed trzydziestu lat i niezmiennie odnosił wrażenie, że było to prawdziwe piekło, którego nie można było porównać z pełnym udręki życiem obecnych mieszkańców ZSA. Zahartowani znojami niebezpiecznej codzienności, chorobliwie nieufni i wieczni podejrzliwi ocalali z atomowej pożogi wiedzieli z grubsza, czego powinni się byli na pustkowiach spodziewać i gdzie musieli wypatrywać zagrożenia - co stawiało ich w niewyobrażalnie lepszej sytuacji od nawykłych do cywilizowanego życia przedwojennych Amerykanów, całkowicie zaskoczonych uderzeniem Molocha i umierających dzień po dniu dziesiątkami tysięcy, na ulicach miast, w samochodach i własnych mieszkaniach.

W kilku stojących na szosie samochodach wciąż tkwiły szkielety, pożółkłe, powleczone przypominającą stary pergamin skórą.

Ebenezer przedostał się na przeciwną stronę jezdni, przemieszczając się z ogromną ostrożnością i cały czas badając wzrokiem swe otoczenie. Przyczajony za wrakiem różowego cadillaca utrwalił się w przekonaniu, że nikt nie spostrzegł obecności zwiadowców na szosie, po czym umówionym wcześniej gestem przywołał do siebie ukrytego na opłotkach Proctorville Salta.
Chcecie rzucić okiem na te wraki czy też bezzwłocznie zmierzacie na wzgórza?

: 29 grudnia 2012, 18:14
autor: deliad
O ile, nie wystawimy się na widok, to możemy przeszukać te wraki.

: 29 grudnia 2012, 18:38
autor: Keth
Droga numer 7, 8 maja 2055

Salt przekradł się szybko przez drogę, doskoczył do cadillaca przywierając do drzwiczek samochodu spoglądając na Radeforda pytająco.

- Poczołgamy się na najbliższe wzgórze - oznajmił szeptem wielebny pokazując palcem na pobliskie wzniesienie - Stamtąd będziemy mieli niezły widok na całą okolicę.

- Jeśli wypatrzymy obozowisko tych dziwaków, co dalej? - Jack poprawił przewieszony przez ramię pasek Uzi i upewnił się, że magazynek tkwi ciasno w zatrzasku broni - Blisko chcesz podejść?

- Tak blisko jak tylko zdołamy bez ściągania na siebie uwagi - odparł kaznodzieja podnosząc kciukiem rondo kapelusza - Chcę dowiedzieć się jak najwięcej na temat tych rzekomych mutantów. Ale najpierw zajrzę do kilku samochodów. Mogą w nich być jakieś przeoczone apteczki albo lokalne mapy.

- Przypilnuję okolicy - oznajmił Salt zmieniając pozycję za błotnikiem cadillaca i wyglądając w kierunku wschodnich rubieży Proctorville - Nie mamy zbyt dużo czasu.

Radeford kiwnął niemo głową i zgięty wpół zaczął przemieszczać się od wozu do wozu, otwierając ostrożnie drzwiczki pojazdów i zaglądając uważnie do pokładowych schowków.

W drugim z kolei samochodzie znalazł czarną plastikową latarkę, co prawda zupełnie rozładowaną, ale sprawiającą wrażenie zdatnej do użytku po wymianie baterii. Wielebny schował ją do kieszeni płaszcza razem z dwiema płytami DVD zawierającymi bliżej niesprecyzowane muzyczne składanki przedwojennych przebojów.

Salt wciąż tkwił na posterunku za błotnikiem cadillaca, omiatając lufą Uzi pobocza szosy i pobliskie ogrodzenia podmiejskich ogródków. Radeford rozejrzał się ponownie wokół siebie, a potem zniknął we wnętrzu niewielkiej ciemnoniebieskiej furgonetki, siadając w wygodnym fotelu i sięgając dłonią do schowka pasażera.

Jakieś poruszenie w tylnym lusterku zwróciło natychmiast jego uwagę, toteż zerknął w nie sztywniejąc mimowolnie i upuszczając na kolana wyciągniętą ze schowka fiolkę tabletek przeciwbólowych.

Źródłem poruszenia okazał się Salt, zmieniający niewygodną widać pozycję za samochodem. Kurier przełożył Uzi z ręki do ręki, podrapał się po karku. Uspokojony tym widokiem Radeford wyciągnął dłoń po upuszczoną fiolkę leków.

Wciąż jeszcze spoglądał w lusterko, gdy padł strzał.

Głowa Jacka Salta odskoczyła do tyłu pośród rozbryzgu krwi i mózgu. Wystrzelony z myśliwskiego karabinu pocisk trafił kuriera w skroń i przeszedł na wylot przez czaszkę mężczyzny, tworząc w powietrzu zwiewną szkarłatną mgiełkę, która opadła w ułamku chwili na przewrócone obok cadillaca ciało.
Strzał padł gdzieś z głębi drogi, od strony zachodu, z kierunku podmiejskich dzielnic Huntington!

: 29 grudnia 2012, 18:49
autor: Keth
Północny brzeg rzeki Ohio, 8 maja 2055

Suchy trzask karabinowego wystrzału przetoczył się po okolicy, utonął wśród niskiej zabudowy Proctorville. Wciąż cierpliwie trzymający wartę Tisdale odwrócił głowę w kierunku północy, porażony wyjątkowo złym przeczuciem. Niczym żywa istota, karabin podskoczył do jego ramienia, przyległ kolbą do barku.

- Co jest?! - syknął Wilson podrywając się z posłania i łapiąc za własny M16A2 - Kto strzelał?

- Nie wiem! - lufa M4A1 Ashleya omiatała otoczenie kryjówki, podążając za bacznymi oczami wypatrującego niebezpieczeństwa paramedyka - Na pewno żaden z naszych, nie ta broń!

- Na północy? - gladiator przeturlał się do boku Tisdale, spoglądając na najbliższą uliczkę znad celownika własnego karabinu - Tam, gdzie poszli Ebe i Jack?

Ash zagryzł do krwi wargi, nie potrafiąc wydusić z siebie odpowiedzi.

- Tak, z tamtej strony - przyznał dusząc cisnące się na usta przekleństwo.
W okolicy brzegu żadnego poruszenia...

: 29 grudnia 2012, 19:04
autor: Araven
Nie wiemy kto strzelał i do kogo, cholera niech Wielebny z Saltem wracają z tego zwiadu i spadajmy stąd.

: 29 grudnia 2012, 19:44
autor: 8art
- Z ust mi to wyjąłeś chłopie. - Ash ruszył się niespokojnie: - Gdzie oni się podziewają?

Tisdale miotał się w duszy, pomiędzy niezmierną potrzebą odszukania zwiadowców, a ochrony przyczółka przy rzece. Zresztą nawet gdyby mogli ruszyć za Ebem i Jackiem, to i tak wyglądałoby to jak szukanie igły w stogu siana. Po zatym wciąż mogli tu jeszcze wrócić i co by pomysleli, gdyby ich tu nie zastali?

Siedział nadal spokojnie przeglądając okolicę przez okular celownika i choć nie był pesymistą, to w tym konkretnym przypadku miał złe przeczucia. Od samego początku pomysł zwiadu nie wydawał mu się dobrym posunięciem. Odnaleźli Szarego i to było ich celem. Ash nie chciał teraz stawić czoła kolejnej wyprawie, tym razem w poszukiwaniu dwóch zwiadowców.
Nie ma sensu szukać ich, bo będzie ciężko ich odnaleźć, przynajmniej w świetle tego co wiedzą postaci. Zaczekamy tu, powiedzmy do północy, a potem zmajtrujemy jakąś informację dla zwiadowców, kiedy i co ile będziemy się tu pojawiać.

: 04 stycznia 2013, 17:57
autor: Keth
Droga numer 7, 8 maja 2055

Widok upadającego z przestrzeloną głową Salta sprawił, że kaznodzieja dosłownie skamieniał, sparaliżowany w siedzeniu ciemnoniebieskiej furgonetki. Na zatarasowanej wrakami drodze zapadła dzwoniąca w uszach cisza. Ebenezer nawet nie drgnął, przestał wręcz oddychać próbując jednocześnie zrozumieć, czego świadkiem stał się przed momentem.

W tylnym lusterku pojawiło się nieznaczne poruszenie, przykuwając natychmiast zszokowane spojrzenie kaznodziei. Ktoś się zbliżał z głębi drogi, od strony przedmieść Huntington, przemykając się pomiędzy uszkodzonymi pojazdami.

Radeford zauważył jednego człowieka, niskiego mężczyznę w starej skórzanej kurtce z podniesionym kołnierzem, skradającego się w kierunku różowego cadillaca ze ściskaną oburącz w rękach pompkową strzelbą.

Mężczyzna zerkał ustawicznie w kierunku pojazdu zasłaniającego ciało Jacka, nie przejawiając najmniejszego śladu zainteresowania ciemnoniebieską furgonetką.
Czekam nerwowo na reakcję Deliada...

: 04 stycznia 2013, 18:07
autor: Keth
Północny brzeg rzeki Ohio, 8 maja 2055

Nie wypuszczający z dłoni karabinu Ashley zesztywniał w pewnej chwili, na moment zupełnie zapominając o swoich złych przeczuciach tyczących się losu zwiadowców. Kilka zdewastowanych domów dalej coś mignęło mężczyźnie na sekundę, coś przemknęło się między niskim parterowym budynkiem i sąsiadującym z nim garażem.

Kształt był człekokształtny i zapewne był mężczyzną, chociaż poruszał się dość szybko, by Tisdale nie zdążył upewnić się w swych przypuszczeniach.

- Kontakt! - rzucił ściszonym głosem paramedyk, rozpłaszczając się jeszcze mocniej w niewielkim zagłębieniu ziemi przy krawędzi popękanej szosy - Co najmniej jeden! Pilnuj flanki!

Wilson zaczął się rozglądać wokół siebie, wodząc lufą M16A2 za spojrzeniem słanym zmrużonymi niespokojnie oczami. Niemal natychmiast zauważył dwie skulone ludzkie sylwetki zbliżające się skrajem podmiejskiej uliczki od strony wschodu, uzbrojone i przejawiające swą mową ciała niekoniecznie życzliwe zamiary.

- Dwóch, sto metrów od nas - wysyczał Paul przyciskając kolbę karabinu do ramienia - Mają gnaty.
Co najmniej trzech intruzów, którzy chyba jeszcze nie zauważyli Waszej kryjówki... przynajmniej nie ci idący razem od wschodu. Skradacz garażowy to odrębna kwestia...

: 04 stycznia 2013, 18:23
autor: Araven
Ebe, gdzie kurwa jesteś, rzucił gladiator, niech kaznodzieja wraca, pomyślał. Spadajmy stąd, przez kaznodzieję i jego zwiad poginiemy tutaj. Wstawać chłopaki.

: 04 stycznia 2013, 19:22
autor: 8art
- Strzelaj tylko w ostateczności. Może gdzieś indziej się zakradają - Syknął Tisdale, sam nie wierząc nawet w to co powiedział: - Jeśli coś się zacznie, to pilnuj tych dwóch, a ja zajmę się moim i potem Ci pomogę.

Ash zmienił pozycję, przycisnął kolbę karabinku do ramienia i zaczął szukać celu, który chwilę temu zniknął w garażu.
Kiedy upewnie się, że to my jesteśmy celem, to mam zamiar ustrzelić "garażowego", gdy tylko nadarzy się dobra okazja. Chcę dobrze przycelować, bo szkoda kul na strzalenie na wiwat. Ewentualnie spróbuję podpuścić go na dystans zerowy i załatwić naostrzoną saperką z zasadzki. Wszystko zależy od sytuacji. Wolałbym uniknąć strzelania, bo niepotrzebny nam dodatkowy hałas. Na Szarego specjalnie liczyć nie można, bo raz naćpany, dwa nie ma amunicji;( Mogę mu ewentualnie oddać Barettę do samoobrony.

: 05 stycznia 2013, 14:18
autor: deliad
Eb przeżywał ostatnią chwilę raz za razem. Przed oczami tańczyły mu plamki rozchlapującej się krwi i brzmiący jak uderzenie w bęben odgłos padającego ciała przyjaciela.

Martwego przyjaciela.

Może jednak nie. Może żyje, krzyczała nadzieja. Jednak rozum podpowiadał, że nikt nie może przeżyć tak potwornego postrzału w głowę.

Dlaczego Jack? Kaznodzieja nieustannie szukał odpowiedzi na to pytanie. Za co? Co zrobili nie tak, że Bóg ich ukarał.

Tymczasem Salt leżał w stale powiększające się plamie krwi.

W Ebenezerze zaczął narastać gniew. Oko za oko, ząb za ząb zostało zapisane w piśmie.
Wtedy nadeszło olśnienie. Radeford już wiedział, dlaczego Bóg tak go doświadczył.
Kaznodzieja paktował z mutantami. Z parszywą karykaturą, stworzonego na podobieństwo Boga, człowieka. Osłabł na stanowczości i radykalności w sprawie popaprańców szatana.

Oni muszą zginąć....

Wszyscy....

Co do jednego....

Ich ciała staną się nawozem dla ziemi odradzającego się świata...

Niech Jack spoczywa w pokoju, a Walkirie przeniosą jego ciało do Krainy Wiecznych Łowów, gdzie zajmie się nim harem dwunastu dziewic.
Tymczasem czas wymierzyć sprawiedliwość.

Eb zacisnął zęby i powolutku zaczął ściągać z ramienia Remingtona. Wróg się zbliżał i chyba nie podejrzewał, że z Jackiem ktoś był. Plugawiec strzelał bez zastanowienia, tak jak kazał mu to robić jego zmutowany móżdżek. Zaraz zostanie mu wymierzona odpowiednia kara.
Kaznodzieja czekał, aż wróg wyjdzie na dogodną pozycję strzelecka, jednocześnie szukając wzrokiem innych napastników.
Kurcze dlaczego Jack? Bohater Anavelt. Ktoś tam wyraził chęć dołączenia do sesji. Mógł przejąć postać po Goldwinie. Szkoda chłopa.
Eb będzie strzelał gdy tylko wróg podejdzie mu pod lufę. Czy ze strzelby tego gości mógł zginąć Jack? Czy jest ona np. śrutowa.

: 10 stycznia 2013, 18:25
autor: Keth
Droga numer 7, 8 maja 2055

Czujący coraz silniejszą wściekłość Radeford przełożył strzelbę przez nogi, starając się poruszać jak najwolniej i nie tracić jednocześnie z oczu człowieka z obrzynem. Osobnik w przetartej, prującej się pod pachami skórzanej kurtce znieruchomiał na chwilę przy lewej burcie Cadillaca, a potem przeskoczył gwałtownie na przeciwną jego stronę, mierząc z krótkolufej broni w nieruchome ciało Salta.

Intruz przyglądał się zwłokom przez krótką chwilę, a potem odprężył się zauważalnie kładąc obrzyna na ramieniu i machając dłonią gdzieś w głąb drogi. Wciśnięty w siedzenie furgonetki wielebny odbezpieczył kciukiem strzelbę, wciąż wpatrzony w tylne lusterko wozu. Skończywszy machać w stronę jakiegoś pozostającego za polem widzenia Radeforda towarzysza, a potem zniknął za samochodem kucając przy ciele Salta z ewidentnym zamiarem ograbienia go z dobytku.
Gość ma śrutówkę, która w żadnym przypadku nie mogła posłużyć za przyczynę śmierci Salta. Nie zauważył jeszcze Ebenezera, najwyraźniej nawet sobie nie zdaje sprawy z obecności drugiego człowieka w obrębie drogi.

: 10 stycznia 2013, 18:50
autor: Keth
Północny brzeg rzeki Ohio, 8 maja 2055

Ash zesztywniał w ułamku chwili, wstrzymał oddech dostrzegając ludzką sylwetkę wyślizgującą się zza rogu murowanego garażu przylegającego do niewielkiego jednorodzinnego domku.

W celowniku paramedyka pojawił się niewysoki mężczyzna w stroju, który mógł być kiedyś roboczym kombinezonem, ale który teraz uzupełniony został nie tylko o liczne wielokolorowe łaty, lecz również wyklepane z grubej blachy kawałki prowizorycznego pancerza. Chroniące go naramienniki i kanciasta płyta napierśnika przydawały człowiekowi dziwacznego wyglądu.

Trzymany w ręce rewolwer bynajmniej dziwaczny nie był, z miejsca dając się rozpoznać jako wielkokalibrowe Magnum, które w przypadku bezpośredniego trafienia celu mógł wyrządzić ludzkiemu ciało niewyobrażalne szkody.

Człowiek z rewolwerem postał chwilę przy ścianie garażu, najpierw rozglądając się uważnie wokół siebie, potem zaś spoglądając bacznie na zbliżających się z głębi ulicy kompanów. Machnąwszy im ręką w uspokajającym geście obejrzał się ponownie wokół, wciąż pozostając zupełnie nieświadomym obecności uzbrojonych intruzów, przyczajonych niemalże na wyciągnięcie ręki w zagłębieniu gruntu otoczonym na dodatek resztkami starego ogrodzenia.

Ashley nie wątpił, że ów stan rzeczy niebawem się zmieni, bo obcy w każdej chwili mógł się zorientować, że ktoś jest w pobliżu.
Facet wciąż nieświadomy zagrożenia, ale to zaraz może się zmienić! Strzał czy gra na czas?

: 10 stycznia 2013, 18:55
autor: 8art
Ash uspokajającym gestem kiwnął do chłopaków, tym samym nakazując zupełną ciszę. Miał tylko nadzieje, że naćpany Szary, lub pies nie zrobią czegoś głupiego. Samemu powoli przygotował się do strzału, na wypadek gdyby zostali odkryci. Odejdą czy nie warto było byc przygotowanym na ewentualne kłopoty.
Biorę najniebezpieczniejszego typka (pod względem uzbrojenia i opancerzenia na muszkę i czekam. Może się nam uda nie narobić niepotrzebnej awantury.

: 10 stycznia 2013, 19:25
autor: deliad
Ebenezer odmawiał w myślach pokrzepiającą modlitwę, jako prośbę o cierpliwość i pewną rękę. Kropla potu spłynęła z kępki włosów wystającego spod kapelusza i stoczyła się po nieogolonym policzku.
Jeszcze chwila i zabójcom Salta zostanie wymierzona stosowna kara. Jeszcze moment. Niech tylko ta parszywa świnia wychyli łeb.
Ebenezer czeka na dogodna chwilę do strzału. Jednocześnie zwleka, aż niebezpieczny snajper podejdzie w zasięg jego broni.