Poza ludzką czasoprzestrzenią, 12.08.1993, tuż przed zmierzchem w Charleston VW
Kainita skłonił się nisko, wychodząc z komnaty. Dwóch stojących na straży ghuli bez słowa zamknęło ogromne wrota. Mężczyzna był pewien, że straże są o wiele mocniejsze, niż to co dostrzegał empirycznie. Nikt nie wiedział, jakie prastare rytuały, jacy tajemni sprzymierzeńcy strzegą zawieszonego w czasoprzestrzeni miejsca. Po ostatnich wydarzeniach, które zszokowały lokalnych rezydentów, ochrona uległa zaostrzeniu i Spokrewniony mógł się jedynie domyślać, jakie środki zostały ku temu użyte.
Wampirzyca, która czekała na niego na korytarzu kiwnęła głową. Mężczyzna odpowiedział tym samym znakiem i ruszył za Spokrewnioną nieco szybszym od niej krokiem. Gdy zrównał się, ta uśmiechnęła się karykaturalnie, odsłaniając rząd ostrych jak brzytwy kłów, które pewnie w niejednym śmiertelniku wzbudziłyby dreszcz przerażenia. Kainita dobrze wiedział, że ten widok stanowił dla wielu ostatnią rzecz jaką dane im było ujrzeć. Spokrewnieni tego klanu musieli oddawać się praktyce spożywania mięsa, aby móc przetrwać. Szanował ich za zrozumienie śmierci, magyi i za brzemię, które musieli nieść.
- Gdzie życzysz sobie się udać? - spytała powoli wypowiadając słowa.
- Czy pomożesz mi dostać się do domeny Artahasisa z krwi Prawdziwych Brujah w Charleston w Zachodniej Virginii? Będę dłużny - odpowiedział nie ukrywając perfekcyjnego brytyjskiego akcentu, typowego dla wyższych klas.
- Tak, skoro tego chcesz. Będę pamiętać o twoim zobowiązaniu - wyszczerzyła znów zęby - Ruszajmy zatem.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna; 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Spodziewał się kogo zastanie w domenie. Pamiętał ducha Pulhu Imela. Wiedział, że nie spotka Artahasisa. Od kilku nocy w willi rezydował Miecz Zagłady: wytypowana przez Czerwonego Mędrca koteria, powołana do życia aby rozwiązać zagadkę śmierci samego jej stworzyciela.
Cień Spokrewnionej oddalał się coraz bardziej. Rozpływał we mgle Umbry. Wkraczał znów w znany mu dużo lepiej świat, rządzący się prawidłami jakże dobrze znanego mu czasu i przestrzeni.
- Jest dwudziesta trzydzieści trzy i dwadzieścia pięć sekund dwunastego sierpnia 1993 roku, dokładnie trzy minuty po zachodzie słońca. Przybyłem idealnie o czasie - zdążył pomyśleć, gdy w nozdrza uderzyła go mocna nuta haszyszu. Wrażenie zapachu dotarło do niego szybciej niż cokolwiek innego. Dopiero po sekundzie półmrok Umbry zamienił się w całkowitą ciemność, co pozwoliło kainicie zorientować się, że dotarł na miejsce.
[center]

[/center]
Instynktownie wyostrzył zmysły, lecz ciemność była nieprzenikniona. Nim zdołał zrobić coś więcej, poczuł mocny ucisk na klatce piersiowej. Ktoś, kto najwyraźniej poruszał się bezgłośnie w tej wszechogarniającej czerni, unieruchomił go fachowym chwytem. Jednocześnie jakiś ostry przedmiot - co niemal instynktownie rozpoznał jako kołek - wbił mu się boleśnie pod lewą łopatkę, sugerując, iż wszelki opór nie ma przyszłości.
- Fajnie, że wpadłeś. Potrzebowałem krwi - odezwał się spokojnie ktoś tuż przy jego uchu. - Powiesz mi kim jesteś i jak się tu dostałeś, czy mam wbić kołek i od razu przejść do skonsumowania naszej krótkiej znajomości? - głos zdawał się niemal przyjazny, jednak jakaś niepokojąca nuta, skryta pod powierzchnią słów nakazywała domyślać się, iż mówiący bardzo poważnie traktuje fragment dotyczący konsumpcji.
Gość, jak na kogoś z czubkiem kołka dotykającym serca, zachował się bardzo spokojnie. Nie próbował stawiać oporu, nie wykonał żadnego głupiego, prowokującego ruchu. Jedynie cieknąca z rany stróżka vitae swoim apetycznym zapachem mogła wyzywająco kusić Assamitę, ale na to nie miał najmniejszego wpływu. Głupota, bezsensowna walka stały wysoko w hierarchii grzechów ścieżki jaką podążał. Rozważał wcześniej taki obrót sprawy, lecz miał nadzieję pojawić w domu Artahaisa w sposób jaki nie sprowokuje nikogo do instynktownych czynów. Niemniej jednak stało się i nie miał zamiaru dawać Mordercy powodu do wprowadzenia zabójczego planu w życie. Odezwał się powoli, niemal wyżutym z emocji głosem, akcentując poprawną angielszczyznę:
- Mniemam iż nie zajdzie potrzeba mej diabolizacji. Jestem Sir Bernard John Wellington krwi Brujah, potomek Gitmalu, prawnuk Artahasisa, wnuk Ethrici Moriq, syn Williama Harveya. Pulhu Imel może potwierdzić kim jestem. Przybyłem tu z Albionu, podróżując przez Umbrę. Wnioskuję iż mam przyjemność z Namtarem, sławnym synem Tiamat. - bardziej stwierdził niż spytał.
Słowa przebrzmiały w ciszy i zgasły. A milczenie, które pojawiło się po nich, przedłużało się niebezpiecznie...
- Tak, Strażnik potwierdził twoją tożsamość - odezwał się wreszcie Morderca, rozluźniając chwyt. - As-salamu alayka.* Jesteś jednym z niewielu, który może uznać spotkanie ze mną za przyjemność.
Wyszczerzył zęby w ciemności, choć nieznajomy nie mógł tego widzieć. I zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy czuje ulgę, rozmawiając z jednym z Niewiernych. To było realne doświadczenie: słowa, dotyk, zapach krwi... Nie miało nic wspólnego z cieniem z jego koszmarów. Odsunął się, by pozwolić tamtemu przejść.
- Zgaduję, że wiesz, gdzie jest wyjście? - zapytał z arabskim akcentem. Zabawne, bo Bernard mógłby przysiąc, że jeszcze przed chwilą nie słyszał go w wypowiedziach Mordercy. - Nie szukaj kontaktu, wykręciłem żarówki w piwnicy... Koteria Atra-hasisa zechce porozmawiać z tobą. TafaDDal,** zaprowadzę cię. Tak będzie lepiej. Mniej nerwowych sytuacji.
Morderca zaskoczył go. Spodziewał się kogoś, kogo uznać można było za osobę co najmniej niemiłą, tymczasem Namtar wydawał się całkiem sympatyczny, wbrew opiniom jakie o nim usłyszał. Nie mógł mieć mu przecież za złe, że prawie wbił mu kołek w serce. Zasadniczo, to cieszyła go profesjonalna reakcja Assamity, a niewielki krwotok jaki był skutkiem? Drobna niedogodność, bardziej przeszkadzać mogła dziura w skrojonym na miarę garniturze i koszuli.
- Tak, pamiętam gdzie było wyjście Namtarze. nemase te daeva. - Pozdrowił także Pulhu Imela jedynymi słowami starożytnego języka którego nawet nie znał. Zapamiętał jednak charakterystyczny zwrot.
Ruszył ostrożnie w kierunku, gdzie jak pamiętał były drzwi. Poinstruowany wcześniej nie próbował nawet zlokalizować włącznika światła. Postanowił się podzielić z Assamitą swoimi obserwacjami:
- Twoja reakcja na moje niespodziewane pojawienie się była imponująca Synu Tiamat, twój klan musi być dumny mając w ciebie w swych szeregach. Czy wszyscy już wstali?
- Shukran. Sądzę, że każdy z mych braci uczyniłby podobnie - odparł wymijająco Morderca. Starał się mówić obojętnie, mimo wszystko, całość zabrzmiała dość sztywno. Nie umiał jednak nic na to poradzić. Z zasady nie był przyzwyczajony do komplementów ze strony Kuffrów - Nie wiem. Ale zwykle budzę się szybciej, niż Niewierni.
Mówiąc naciągnął glany i pospiesznie zasznurował je. Po chwili wyszli z pomieszczenia i skierowali się ku schodom na parter.
Brujah słysząc skromność bijącą z wypowiedzi Assamity skłonił się z szacunkiem i pozwolił się poprowadzić Namtarowi. Mimo iż znał rozkład pomieszczeń, to nie wypadało uchybiać etykiecie i czuć się zbyt swobodnie w rezydencji Czerwonego Mędrca, nawet jeśli było się jego progeniturą. Domostwo wyglądało niemal tak samo jak je zapamiętał, a czas jakby nie odciął tu swego piętna. Zresztą czymże był czas dla Prawdziwych Brujah? Czasem Plancka? Eonami? Sekundami? Uporządkowanym chronologicznie ciągiem zdarzeń? Każdy Elois postrzegał czas innaczej i potrafił nagiąć jego zdawałoby się nienaruszalne filary wedle swojej woli. Nawet pomiot Troile'a znał podstawy Akceleracji.
- Skoro wstałeś wcześniej i wygląda iż reszta domowników jest jeszcze w objęciach Sandmana może dasz się namówić na filiżankę herbaty? Nic tak nie orzeźwia i nie umila niezobowiązującej rozmowy jak filiżanka Earl Grey lub selekcjonowanego Darjeling.
Morderca zatrzymał się i spojrzał na niego. Bernard nie mógł dostrzec wyrazu jego oczu, ponieważ skryte były za ciemnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych. Mimo to miał nieodparte wrażenie, że nie ujrzałby w nich zrozumienia. Właściwie przez chwilę poczuł się nieco absurdalnie. Tak, jakby zaproponował herbatę rekinowi. Albo murenie... Zdecydowanie murena była tu bardziej na miejscu...
- Wiesz, ja nie żyję - odparł Namtar po kilkunastu sekundach ciszy, przekrzywiając lekko głowę co tylko upodobniło go bardziej do drapieżnej ryby. - Piję krew. Najchętniej Niewiernych. Nie prowadzę niezobowiązujących rozmów. I nie mam nawet co wspominać by móc podtrzymać iluzje przeszłości. Więc może darujmy sobie tę część? Tak po prostu?
Kainta zdziwił się słowami Łowcy. Przeanalizował szybko w myślach swoją ostatnią wypowiedź i w przeciągu około dziesiątej części sekundy zorientował się, że wyraził się niezbyt precyzyjnie. Namtar miał zupełną rację w świetle tego, co powiedział Bernard.
- Przepraszam Namtarze, że wprowadziłem Cię w błąd swoją wypowiedzią sprzed czternastu sekund. Nie różnię się fizycznie od innych Spokrewnionych. Picie tradycyjnego naparu z herbaty, nieważnie czy zalanych wrzącą wodą liści, czy parzonej metodą japońską wywołałyby u mnie natychmiastowe torsje, podobnie jak u około dziewięćdziesięciu dziewięciu procent kainitów. Miałem na myśli odpowiednio spreparowaną wedle mojej metody vitae. Nie mogę zagwarantować, że krew pochodzi od niewiernych, ale szansę iż spełnia twoje kryteria wstępnie oceniam na około siedemdziesiąt procent. Jeśli nadal reflektujesz na odrobinę vitae, możemy wypić ją w zupełnej ciszy. Lubię medytować przy filiżance nie tylko pożywnej, ale także odpowiednio smakującej krwi. Nie będę żywił żadnej urazy jeśli odmówisz. Zresztą jak słychać, dzięki naszym niewielkim różnicom kulturowym, odmiennym punktom widzenia już chyba prowadzimy ciekawą i niezobowiązującą rozmowę, nieprawdaż? - Brujah mówił powoli, tonem brzmiącym jak wyprana z emocji informacja.
- Dużo mówisz, Kafir - Odparł spokojnie Assamita. - Musisz kochać słowa. Ale dla mnie nie ma czegoś takiego, jak niezobowiązująca rozmowa. Mężczyzna jest zawsze odpowiedzialny za to, co mówi. Mimo wszystko, jeśli częstujesz, niegrzecznie byłoby odmówić - wyszczerzył zęby w sposób, który tylko w teorii można było nazwać uśmiechem.
Bernard skierował kroki do kuchni. Namtar ruszył za nim wciąż czujnie obserwując gościa. Brujah idąc starał się rozgryźć w myślach Łowcę.
Kocham słowa? Miłość to ten typ relacji społecznych... - wyjaśnił sobie w myślach.
Ciekawe o jaką mu chodzi? Romantyczną, Agape czy platoniczną? Kiedyś się zastanowię nad jego słowami... Jest w nim coś dziwnego. Niemal brak u niego mimiki. Wydaje się przyjacielski, ale zarazem ma w sobie coś strasznego. Może on nic nie czuje? Chyba powinienem mu współczuć, tak mi się wydaje. Bestia jest w nim bardzo mocna... Diabolista? To prawie pewne, jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent, biorąc pod uwagę specyfikę klanu Łowców...Nie zaprzątaj sobie tym głowy, herbata...
Wellington skupił się, otworzył swoją podróżną torbę i w powoli rozłożył na kuchennym blacie utensylia, tak jakby był to starannie wyuczony rytuał, ledwo dostrzegał bacznie obserwującego go Assamitę. Wystudiowanymi przez dekady ruchami sięgał po przygotowane zawczasu ekstrakty. Otworzył kilka z nich uwalniając bogaty aromat herbacianych liści ze Sri Lanki, Ceylonu i Yunanu. Doprowadzony prawie do temperatury wrzenia dekokt odstawił na bok, po czym sięgnął do kuchennej szafki po porcelanowe filiżanki. Z małej przegródki w torbie wyciągnął dwie folki, których zawartość od razu przykuła wzrok Namtara. Bernard tego nie widział, ale Łowca nerwowo przełknął ślinę. Wellington tymczasem z pietyzmem mieszał w filiżankach gorący wywar z krwią rozsiewając wokół słodki i kuszący zapach bardzo specyficznego napoju. Po chwili odwrócił się do Mordercy ze stojącymi na spodkach dwiema filiżankami pełnymi ciepłego, brunatnego wywaru.
- Gotowe Dziecię Tiamiat. Proszę,mam nadzieję, że zasmakujesz w mym wyrobie - rzekł podając Namtarowi porcelanową zastawę.
Assamita niemal z przesadną ostrożnością wziął naczynie, tak jakby miał coś takiego w rękach po raz pierwszy. W zasadzie nie widział potrzeby udawać, że jest inaczej... Czul się tak cholernie idiotycznie, stojąc w tej pieprzonej, jasno oświetlonej kuchni... Twarzą w twarz z rozgadanym Niewiernym... Biorąc udział w jakimś dziwnym rytuale, którego znaczenia nie potrafił pojąć...
El Khara Dah?*** Na cholerę zabijać zapach krwi...? Mimo wszystko ta woń przypomniała mu na moment inną kuchnię i dwa parujące kubki stojące na stole... Dłoń Mordercy zacisnęła się na cienkim, złotym łańcuszku, ukrytym w kieszeni. Palce rozpoznały krzywiznę zawieszonego na nim serduszka...
Jest Brujah... Potomkiem Klienta. To całe dziwactwo ma dla niego jakieś fashkh**** znaczenie. Neik. Nie mogę zhańbić Klanu... Dobra, bez spiny. Liczy się krew...
Uświadamiając sobie, że robi to po raz pierwszy, pociągnął łyk z filiżanki. I prawie się zakrztusił.
- 'Afwan Kufr***** - wykrztusił, zmuszając się, by przełknąć. - Ja po prostu nigdy nie piłem nic innego, niż krew.
[center]

[/center]
*arab. - Pokój z Tobą.
** arab. - Proszę (zaproszenie jakim się zwraca do gościa)
*** arab. - Co do kurwy?
**** arab. - pieprzone
***** arab. Przepraszam, Niewierny
Post powstał przy współpracy z Sigilem.