PBF - Charleston by Night

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 08 lutego 2017, 17:24

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu


Zniecierpliwiony głos pani Regent w głośniku w sposób nie budzący wątpliwości zakończył próbę kontaktu. Rozległ się sygnał zerwanego połączenia. W tej samej chwili, Terry usłyszał dobrze sobie znajomy głos Mentora. Nie zapomniał wczorajszych wydarzeń, ni zwątpienia jakie w nim wywołały. Nie zapomniał też obietnicy, jaką złożył Łowcy. Był szczerze zły na Belshatzzara za wydarzenia w Elizjum poprzedniej nocy, za zniszczone relacje z członkami koterii, za swoją niemą agonię na trawniku przed domem...

Jednak kiedy wewnątrz jego umysłu rozebrzmiał głos, który towarzyszył mu od tak dawna, poczuł swego rodzaju ulgę. Szybko jednak spoważniał i wyszedł z pomieszczenia. Potrzebował chwili spokoju. Miał wiele pytań i mało czasu.

Dlaczego zostawiłeś mnie wczoraj? Wszystko się rozsypało. Paul opowiedział nam wiele ciekawostek na twój temat. Wiele rzeczy, które przedemną ukrywałeś. Musisz mi sporo wyjaśnić.

Przechodząc do sali z Zegarem Zagłady zrelacjonował swojemu Mentorowi wydarzenia w Elizjum dla Starszych z poprzedniej nocy. Był szczerze ciekawy jego odpowiedzi. Starał się nie myśleć także o obietnicy danej Mrocznemu Jedi. Przelotnie spojrzał na złowieszczy Zegar, ale jego wskazówki nie zmieniły położenia od ostatniego razu. Kiedy skończył wewnętrzny monolog, Belshatzzar zaczął swój.

- Oh nie przejmuj się Paulem. To nic. On nigdy nie był problemem i nigdy nim nie będzie. Nie miałem wyjścia Terry. Zostałem do tego zmuszony siłą. To się zwie Łańcuchem Rozkazów, potęgą Dominacji dostępną dla Matuzalemów. Jesteśmy tylko marionetkami Terry. Ty i ja, jak dwie ryby płynące pod prąd w rzece chaosu. Kto wie, kto wie... gdzie jest jedyne i prawdziwe wyjście?!? Koteria wiecznie ucieka...

Nie rozumiem. Co masz na myśli?

- Nie udało mi się ukryć przed potęgą krwi. Ona mówi co mamy robić, gdy raz zobaczysz oczy prawnuków Kaina. Nawet Madness Network mnie pozwolił mi w pełni uciec. Teraz odtwarzam się na nowo. Siła krwi Malkava pozwoli mi zerwać sidła. Idź po nią. Musze poczuć jej moc... Muszę się odtworzyć swoje nowe ja... Muszę być wolny...

Terry odruchowo spojrzał w stronę schodów prowadzących na górę. Nie poszedł jednak jeszcze w ich stronę.

- Nie martw się, albowiem widzę światło w tunelu. Koniec jest bliski. Ciemność zostanie rozproszona, a światło pożre nas wszystkich. Oj tak! Opowiem Ci o nich... O tych, którzy nie mieli wyjścia. Śmierć lub szaleństwo. Krwawa entropiczna pięść uderzyła każdego wrzucając do dołu bez pamięci.

- Atrahasis... Mądry Głupiec, Święty Rozpustnik i Nieobecny Żywy Trup. Wraz z nim odnaleźliśmy w Charleston coś co leżało w Pierwszym Mieście. Ściągnął nas na tą ziemię, byśmy pomogli mu. Nikt teraz nie pamięta... Spirala czasu zacisnęła swoją pętlę na szyi króla dusząc go każdej nocy, doprowadzając do końca. Król sprzeciwił się woli Bógów i został ukarany za swą zuchwałość.

Skrzywił się, słysząc o woli Bogów. Nie przerywał jednak, chociaż musiał się przymusić, by nie zacząć wykładu na temat tylko jednego Boga, Stworzyciela Nieba i Ziemi, wszystkich... Skarcił się, i skupił na słowach Mentora.

- Strannvad, najwrażliwszy z nas uciekł pierwszy. Zmienił się w ducha bez formy odzierając wcześniej swoją skórę od mięśni, następnie mięso od ścięgien i kości, a potem jako makabryczny szkielet pożarł swoje serce na naszych oczach. Było to chwilę po tym jak tylko zobaczył to co ukrywa przeklęte Charleston. Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Później Król związał go z Sanktuarium, aby ukryć prawdę. Pulhu Imel nic nie pamięta i nie ma żadnych emocji. To trup. Magia Red Wisdoma trzyma go w tym świecie.

- Następny był Caleb, który został zmuszony wrócić do grobu, bez możliwości powrotu do tego świata. Stał się Czarnym Widmem, niespokojnym duchem żądnym zemsty na tajemnym kulcie, który doprowadził do śmierci jego ukochaną. Kultystów widział w każdym, kto miał w sobie krew Kaina. Tak, Caleb dawno temu był Upiorem, który wrócił do swojego ciała, wykopał się sam z swojego grobu. Dzięki Atrahasisowi opanował w pełni swój Cień... To pozwoliło mu chodzić znów po ziemi. Jednak to co spotkało go w Charleston sprawiło, że stracił kontrolę nad swoją mroczną stroną. Stał się Czarnym Widmem... Caleb nie pamięta, tego co widziały jego oczy, ale ja teraz pamiętam. Gnił, a wraz z nim wszystko wokół. Od tamtej nocy ma czerwone oczy.

- Mallus Nomitar jako jedyny stawił czoła potędze z jaką mieliśmy do czynienia. Powstrzymał morderczego Caleba, a nawet nie pozwolił pożreć się całkiem Strannvadowi. Jednak po walce oślepł, a to doprowadziło go do wewnętrznej rozpaczy i zgryzoty. Dzięki wysoce rozwiniętej Nadwrażliwości i umiejętności walki w ciemności potrafił doskonale ukryć swoją wadę, jednak... Pewnej nocy zasnął i więcej się nie obudził. Istotne jest to, że zabijał w mgnieniu oka każdego kto zapytał go o wydarzenia z tej przeklętej nocy.

- Król padł na kolana i płakał. Płakał łzami przeszłości i błagał Bogów o przebaczenie. Wymawiał prastare imiona, lecz to nie pomagało. Salubri pożerał swoje serce, Ventrue szarpał się z Wygrzebańcem, a ja pierwszy raz popadłem w Czarny Obłęd. Od tamtej nocy lustro, które nosisz pokazuje każdemu kto spróbuje zajrzeć w duszę posiadacza, dokładnie to co zobaczyliśmy tamtej nocy. Przed Paulem nie ma przyszłości.

Przypomniał sobie wczorajszy kres rozmowy z Paulem. Wzdrygnął się na to wspomnienie. Głos w jego głowie kontynuował.

- Wszyscy uciekamy przed przeszłością. Strannvad próbował ukryć się i był przekonany, że jak zje siebie to to coś go nie znajdzie. Caleb obudził swój Cień wierząc, że to pozwoli mu schować się w zaistniałej sytuacji. Mallus oślepł, zasypiając jako Ventrue bez możliwości Dominowania, także później uciekł przed przeszłością. Ja uciekłem w Sieć Szaleństwa niosąc wiadomość i ostrzeżenie pozostałym Malkavianom.

- Paula zmanipulował Rusty, który przez ostatnie noce udawał Red Wisdoma i jako mędrzec rozpowiadał różne głupoty. Wiem to od Sidonni z którą miałem chwilowy kontakt. Rusty dezinformował kainitów z miasta na kilka nocy przed śmiercią Red'a, nie tylko na temat tego co wydarzyło się naprawdę tej przeklętej nocy. Musi być pod kontrolą tego, co siedzi pod ziemią. To tłumaczyłoby jego działanie na swój klan. Dowiedziałem się także, że w mieście jest tylko linia Rustego. Nie ma żadnych innych Nosferatu. To bardzo podejrzane i niebezpieczne i wygląda na zaplanowane, bo Rusty jest tutaj dłużej niż Democritus.

Malkavian w myślach powiedział co w ostatnich nocach dane było usłyszeć mu na temat primogena Nosferatu.

- Z tego co mówisz wynika, że Rusty wykonuje polecenia tej samej osoby, która mi rozkazała działać przez ostatnie stulecia.

No a Paul? Od tego zaczęliśmy rozmowę. Wprowadził sporo zamieszania i podkopał zaufanie koterii względem mojej osoby. Ciężko mi będzie to odwrócić.

- Poznałem Paula w laboratorium Lasombrytów. Z tego co wiem, był tam tylko raz, ale wtedy się spotkaliśmy. Był przerażony faktem, że nakryłem go na współpracy z Sabatem. Pomagał im w eksperymentach z krwią, ale tylko w teorii. Sprzedał swoją wiedzę, za jakieś profity. Wiedziałem, że mam go namówić na dodanie mojej krwi i tak się też stało. Później Paul przekonał Darkleak'a, aby dodać mojej krwi. Przypominam, że w mojej krwi cały czas krążyła moc Czarnego Obłędu. Umówiliśmy się, że nie wyjawię jego sekretu, a on będzie mi dłużny. W Elizjum rozkazano mi skorzystać z tej przysługi, jaką miałem u Paula.

- Nie ja, tylko Vasantasena pierwsza zaczęła rozpowiadać o powrocie koterii Red'a. Ja nie miałem nic z tym wspólnego. Dzięki niej udało mi się uciec w Madness Network. Naiwny Paul widział jak się rozpadam, ale to było ukartowane. Po tym jak dowiedziałem się, że Assamici zabijają każdego kto miał związek z tym eksperymentem musiałem zniknąć na zawsze. Przykro mi to mówić, ale po ucieczce w Madness Network kolejnym rozkazem było zostać Mentorem jednego z nowych pupili Red'a. Pomimo tego, nawet jak złamię ostatecznie rozkazy będę nim dalej. Jeżeli chcesz tego oczywiście...

Nie odpowiedział. Nie chciał odrzucać ofiarowanej mu pomocy, ale nie był do końca pewien czy wciąż jej chce. Zapadła niezręczna cisza, chwila bez myśli, którą po dobrej minucie przerwał Belshatzzar.

- Potrzebuję oka Terry. Nie wiem jaki kolejny rozkaz mam wykonać, ale lepiej będzie jak się nie dowiemy. Musiałem odłączyć się od Ciebie po wykonanym rozkazie w Elizjum, bo to było jedyne wyjście abym mógł teraz opowiedzieć to co pamiętam. Ten który rozsiewa Czarny Obłęd nie przewidział, że będę w zasięgu krwi Malkava. Potrzebuję jej!

A ja potrzebuję twojej pomocy. Obiecałem wczoraj Darth Namtarowi, że pomogę mu cię odnaleźć. Jeśli mówisz prawdę i jeśli dobrze cię zrozumiałem, nie jestem w stanie spełnić tej obietnicy. I szczerze wątpię, by same słowa go przekonały. Czy umiesz mi pomóc przekazać mu te informacje tak by nie zabił mnie natychmiast? Pomóż mi, udowodnij mu, że w istocie uciekłeś w śmierć a ja pomogę tobie

- Pojawię się jako zjawa, ale będzie mnie to kosztować bardzo dużo siły. Bez oka przepadnę na zawsze, pamiętaj o tym...

Terry pokiwał głową. Ruszył w kierunku schodów na które zerkał wcześniej. W jego głowie się kotłowało. Ich przeciwnik okazał się potężniejszy niż Czerwony Mędrzec czy Belshatzzar. Ze współczuciem pomyślał o losie biednego Strannvada. A także rozpaczy jaką musiał odczuwać Mallus. Cokolwiek leży pod Charleston, było silniejsze od nich wszystkich. Jakie więc oni mieli szanse w konfrontacji z tego kalibru przeciwnikiem?

W myślach ważył swoje za i przeciw. Oparł się lekko o balustradę schodów, zatrzymując się na pierwszym stopniu. Właściwie to od momentu w którym Mentor zaoferował mu dalszą pomoc, sprawa była przesądzona. Terry dobrze wiedział, że nie może odrzucić pomocy kogoś, kto posiada większe niż on zrozumienie.

Nie martw się i miej wiarę. Bóg Ojciec postawił cię na mojej ścieżce na pewno nie po to, bym zostawił cię w potrzebie. Pomogę ci się uwolnić. A wtedy chcę żebyś ze mną został. Wierzę, że możesz mnie jeszcze wiele nauczyć.

Z podjętą już decyzją Malkavian wbiegł po schodach i pospiesznym krokiem dotarł do wrót sanktuarium. Wszedł w krąg, zniknął na krótką chwilę po czym pojawił się z powrotem i krokiem równie dziarskim pomaszerował z powrotem na dół. Tam udał się do kuchni, gdzie zostawił resztę towarzystwa.
Spoiler!
W sanktuarium zabieram słoiczek z okiem Sidonii i chowam go przy sobie. Wracam do reszty.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 10 lutego 2017, 22:14

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Jednak zanim to się zdarzy mam jeszcze jedno zasadnicze pytanie... I jest ono skierowane do Ciebie Bernardzie - Lasombra zwróciła się w stronę potomka Mędrca w Czerwieni - Czy możesz nam powiedzieć czemu zawdzięczamy twoją wizytę? Dlaczego teraz? Czy masz dla nas jakieś istotne informacje? Muszę przyznac, że jestem dość zaskoczona Twoim przybyciem. Nie mniej mam nadzieje, że twoja obecność będzie nam błogosławieństwem nie klątwą - Victoria patrzyła się badawczo na przybysza i zamilkła w oczekiwaniu na odpowiedź gościa.

Bernard słuchał spokojnie, notując w pamięci pytania Victorii. Potem skłonił się lekko, bacznie uważając aby nie odwrócić się tyłem do kogoś i tym samym pokazać brzydką dziurę po kołku Namtara. Oczywiście spodziewał się takich pytań, były one całokowicie na miejscu, nie ujmowały żadnym zasadom i wynikały jasno z sytaucji w jakiej się znalazł. Przemówił spokojnym, pozbawionym emocji głosem:

- Odpowiadając na twe pytania Victorio, otóż przybyłem aby dołączyć do Koterii Arthasisa. - oznajmił stoicko, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie: - Wyruszyłem, gdy tylko Ethica Moriq powiadomiła mnie o ostatecznej śmierci Artahasisa. Proszę przeczytać ten list, który upełnomocnia mnie jako spadkobiercę krwi Artahasisa i uwierzytelnia moje przystąpienie do koterii.

Wyjął z wewnętrznej kieszeni garnituru zalakowany list. Cieszył się w duchu, że kołek Namtara przebił jego plecy, a nie pierś, bo wtedy korespondencja zapewne nie przedstawiała by już wielkiej wartości. Zanotował w myślach aby na przyszłość, ważne dokumenty chować w prawej, węwnętrznej kieszeni marynarki. Kurtuazyjnym ruchem podał pismo zgodnie z zasadami etykiety liderce grupy. Odczekał aż Lasombra przeczyta wszystko i spokojnym głosem kontynuował odpowiedź na zadane pytania:

- Mam rodziną wiedzę na temat mojego Pradziada, której ukrywać nie zamierzam, albowiem kieruje nami wola wyjaśnienia śmierci Red Wisdoma. Będę starał się być możliwie zwięzły. - Wiedział, że tym co zamierza zaraz powiedzieć, sporo ryzykuje. Przecież mogli uznać, że nie będzie im potrzebny niebezpieczny sprzymierzeniec z krwi ich pracodawcy, ale wedle jego kalkulacji, szansa na akceptacje zwiększała się dość znacząco, jeśli będzie szczery i hojnie podzieli się swą wiedzą:

- Z tego co mi wiadomo, Atrahasis uważał, że Democritus osiedlając się w Charleston, przyniósł ze sobą potężną krew. Teraźniejszy Książe Charleston wykradł ją z jednej z twierdz, zbudowanych przez samego Ventrue. Przedpotopowiec klanu Arystokratów zaraz po odejściu Kaina zebrał wszystkie najpotężniejsze artefakty jakie posiadali Kainici i zamknął je w swojej domenie. Miejscu, które przekształcił z tętniącego życiem miasta w twierdzę nie do zdobycia. Ventrue zobaczył przyszłość i zrozumiał, że jego bracia i siostry nie widzą zagrożenia jakie stoją przed nimi w przyszłości.

- Powiada się, że ukrycie przez Ventrue najpotężniejszych artefaktów przed resztą Przedpotopowców stało się początkiem Jyhadu. Ventrue nie oddał żadnego z nich mówiąc, że rozda je w momencie gdy nadejdzie odpowiedni czas. Będzie to wojna z wrogami wszystkich dzieci Kaina, bez względu na przynależność do linii krwi.

- Artahasis przez lata starał się dowiedzieć, gdzie Democritus ukrył skradziony Artefakt. O wykradzionej krwi wiadomo tyle, że dzięki niej można pozbyć się każdego wpływu demonicznego.

- Gitmalu powiedział onegdaj, że około dwa tysiące lat temu Atrahasis dał się namówić przez Mithrasa na wyprawę wojenną przeciwko barbarzyńcom. Doprowadziło to do nocnej bitwy pod Korazain, w której "Dwóch Bogów ludzkości starło się z Dzieckiem Otchłani" lub jak kto woli "Dwóch Królów pokonało Ciemnego Ducha". Było to za czasów Chrystusa, który w tym czasie odwiedzał Korozain.

- Mój przadziad szczerze gardził wszelkim pomiotem Troile. W pewien sposób ucieszył się, gdy Kartagina została zniszczona, gdyż uznał to za karę jaką otrzymali potomkowie Troila za jego haniebny czyn. Wiem od Gitmalu, że Kartaginę pomogli zniszczyć True Brujah. Mój klan wiedział wcześniej o tym, że Kartagina upadnie dlatego też udało się im wynieść największe dzieła na papirusach i tabliczkach z Kartaginy tuż przed zniszczeniem miasta. Ponoć Mithras dzięki Dominacji kierował Spokrewnionych w lokacje oddalone od bibliotek, by Prawdziwi Brujah zdążyli wynieść największe dzieła.

Brujah skłonił się raz jeszcze tym samym dając do zrozumienia, że skończył dzielić się tym co mu wiadome, po czym raz jeszcze przemówił krótko:

- A w odpowiedzi na twe ostatnie stwierdzenie Victorio, to i ja mam nadzieję, że będę dla was błogosławieństwem. Zaznaczam równocześnie, że me pojawienie się w Charleston może mieć ze względu na moje pochodzenie niebezpieczne dla koterii konsekwencje, których nie potrafię oszacować procentowo. Wyrażam też oczekiwanie, iż dla dobra śledztwa podzielicie się także waszą wiedzą i tym co się dotychczas zdarzyło, tak abyśmy mogli wspólnie dokonać dzieła Artahasisa.

Wellingtonowi nie pozostało nic innego jak czekać na decyzję.
Bernard podaje wszystkie informacje, bez jakiejkolwiek analizy sytuacyjnej. Jeszcze nie wie tego co się działo w Charleston przez ostatnie kilka nocy (i dzień), więc nie może za bardzo wysnuć jakchkolwiek wniosków. Mam nadzieję, że wiedza daje do myślenia w kontekście fabularnym.
List, który przekazał BJ jest spisany ręką i krwią Gitmalu i bezpośrednio mówi o tym, że jako potomek dalej w pełni reprezentuje stare prawo i tradycje, oraz że morderstwo Red'a jest ciosem uderzającym w całą linię krwi, dlatego Bernard został wysłany by pomóc.
Ostatnio zmieniony 14 lutego 2017, 16:54 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 12 lutego 2017, 14:41

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Morderca w milczeniu wysłuchał słów gościa. Trudno było jednak określić, co sądzi o rewelacjach, przekazanych przez potomka Atra'hasisa. Jego twarz, o ekspresji godnej cmentarnego nagrobka, jak zwykle nie zdradzała najlżejszego śladu emocji. Podobnie jak głos, który pozostał całkowicie beznamiętny, gdy wreszcie odezwał się:

- Chciałbym prosić cię o kroplę twej krwi, efendi - zwrócił się spokojnie do Brujah. - W celu potwierdzenia twojej przynależności do Klanu Mędrców. Mamy tu ostatnio skomplikowaną sytuację. Nasi wrogowie są przebiegli i liczni. Wierzę, że zrozumiesz i nie uczynisz mi trudności. W czasie wojny trudno odróżnić sprzymierzeńców, od nieprzyjaciół.

Oderwał plecy od ściany i zbliżył się kilka kroków do Bernarda. Pomimo wypowiedzianych słów, w geście tym czaiła się miękkość, właściwa podchodzącym ofiarę drapieżnikom. Sprawiała ona, iż ten nieznaczny ruch nabrał sugestii niewypowiedzianej groźby. Pomimo ciemnych okularów Brujah wyczuł instynktownie, iż Łowca przygląda mu się uważnie, czekając na odpowiedź.

Bernard nie chciał, lub naprawdę nie dostrzegł czającej się słowach Namtara groźby. Czuł się tylko nieco urażony. Kwestionowano jego honor. Byłoby czynem niegodnym aby w tym konkretnym przypadku podać się za kogoś innego, przynajmniej dla Wellingtona.

Ale Brujah rozumiał także, iż słowami mającymi poparcie w korespondencji ktoś bez krzty honoru mógł zwieść innych, a wypowiedź Assamity potwierdzały że koteria Artahasisa już miała złe doświadczenia. Zachowanie Namtara było nieco grubiańskie, ale rozumiał troskę o bezpieczeństwo, nawet jeśli podważało honor BJ'a. Krew nigdy nie kłamała. Nikt tego nie wiedział tak dobrze jak Bernard, lecz dziwiło go, że Zabójca jeszcze tego nie sprawdził choć miał na to niemal dziesięć minut. Chyba oczywistym było dla wszystkich kim jest i po co tu przybył. Odpowiedział w czasie nie dłuższym niż sekunda, pauzie jaka była naturalna podczas rozmowy:

- Wiedz Synu Tiamat, że byłoby wielce niegodnym gdybym zjawił się tu i próbował się pod kogoś podszywać, to byłaby skaza na honorze mym i mych przodków. Jeśli jednak chcesz mieć absolutną pewność, to oczywiście udowodnię swoje pochodzenie. - BJ sięgnął do swej torby i wyciągnął niewielką, szklaną fiolkę, do której upuścił trochę swojej krwi z palca - Jest sterylna, nie może być mowy o żadnej kontaminacji materiału.

- Afham* - odpowiedział Morderca krótko. Mimo, iż Brujah nie widział jego oczu, mógł się założyć iż wlepione są w spadające do flakonu, szkarłatne krople.

- Nie nalegałbym, gdybym nie musiał - dodał, biorąc do ręki podaną fiolkę. Choć głód czający się w jego słowach pozwalał poddawać w wątpliwość tą ostatnią deklarację.

Przechylił naczynie i przez chwilę w milczeniu smakował znajdującą się wewnątrz czerwień, starając się przedłużyć to doznanie do granic możliwości. Tym razem nie wydawał się spięty. Wręcz przeciwnie. Nie ulegało wątpliwości, iż spełnia się wykonując swoją pracę.

- Kullu Tamam** - powiedział w końcu zwracając się do Victorii. - Wszystko, co powiedział jest prawdą. Wallah.***

- 'afwan, efendi**** - odezwał się do Bernarda oddając mu pustą teraz fiolkę. - Ale to był mój obowiązek. I nie uwzględniam wyjątków. Dla nikogo.

Uśmiechnął się zimno i ponownie przejechał językiem po zębach, starając się wychwycić ostatnie echa blaknącego posmaku.

- Masz dobrą krew - dorzucił jeszcze, błyskając zębami. - A'jabani haqqan.****
Post pisany we współpracy z 8artem.
* arab. - Rozumiem.
** arab. - Wszystko w porządku.
*** arab. - Wzmocnienie wypowiedzi, w znaczeniu: naprawdę, serio lub na pewno.
**** arab. - wybacz, sir (efendi to tytuł grzecznościowy)
***** arab - Naprawdę mi się podoba.
Ostatnio zmieniony 14 lutego 2017, 17:33 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 15 lutego 2017, 00:32

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Viktoria wzięła list Bernarda do rąk i zaczęła śledzić jego zawartość. W tym czasie Namtar nie omieszkał skorzystać z okazji zakosztowania krwi.

- Kullu Tamam - powiedział w końcu, zwracając się do Victorii. - Wszystko, co powiedział, jest prawdą. Wallah.

- Shukran - odpowiedziała, wraz ze skinięciem głowy. Po reakcji Assamity wiedziała, że Bernard musi być wysokiego pokolenia i szlachetnej krwi. Sama aż zadrżała odruchowo, słysząc komentarz Mordercy o jej dobrym smaku. Wiedziała, co to oznacza w jego ustach...

- Dziękuję Ci, Bernardzie, za Twoje przybycie i zaszczycenie nas swoją obecnością - skłoniła się w stronę gościa. - Z racji na Twoje pochodzenie, mam do Ciebie pełne zaufanie i zasługujesz na mój pełen szacunek. Wierzę, że przybyłeś, by bronić tradycji i odnaleźć mordercę, który zniszczył Red'a. I że jest to dla Ciebie obowiązek, tak samo ja i dla nas. Witaj w koterii. Mam nadzieję, że będziemy dla ciebie godnym towarzystwem. Nie wiem tylko dlaczego nigdy nie słyszałam z ust Mędrca w Czerwieni słowa o swojej linii. I dlaczego to my, koteria, a nie bezpośrednio jego linia szukamy zemsty za jego ostateczne zniszczenie...

- Co do zebranych informacji na temat śledztwa musisz wiedzieć, że Red zostawił nam wskazówki jak dotrzeć do kruków, które znają imię mające nam wyjaśnić zagadkę jego śmierci. Każdy z nich jednak zna tylko cząstkę tego imienia, nigdy bowiem nie powinno być wypowiedziane razem. Czy wiadomo Ci coś na ten temat? Krew o której mówisz, była jak mniemam przedmiotem gry, do której zostaliśmy zaproszeni, w Ukrytym Elizjum dla starszych, które odwiedziliśmy zeszłej nocy. Zostało zaatakowane przez upiory... Nam udało się ujść. Przyprowadziliśmy stamtąd dość niezwykłego sojusznika, który odwiedzi nas zapewne za chwilę... To Goratrix... - Lasombra uważnie obserwowała wyraz twarzy potomka Reda, po wypowiedzeniu tego imienia. - Wiemy również że Democritus nie należy do klanu Ventrue, pod który się podszywa... Lecz dzieli krew z tego samego źródła co moja... Był na wyprawie w Indiach, podczas których znalazł potężny artefakt. Ten jednak przyniósł zgubę i klątwę jemu i jego koterii... To nie wszytko, czego się dowiedzieliśmy... ale może pozwolę teraz, by inni się wypowiedzieli. Wszakże jesteśmy jednością, a przynajmniej próbujemy - dodała szybko.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 15 lutego 2017, 13:31

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

- Horacy możesz już zdjąć ze mnie tą mało przyjemną powłokę cygańskiej iluzji? Dziękuję bardzo...

Horacy pokiwał głową zdejmując iluzję z członków koterii. Przetarł dłonią twarz wsadzając ją pod maskę. Przez chwilę zastanawiał się jak się to stało, że rozmowa przez słuchawkę dobiegła końca. O czym i ile rozmawiała koteria, tego nie wiedział. Stwierdził, że jego umysł jej w ogóle nie zarejestrował. Przyłapał się że, przez cały ten czas gapił się tępo na czarki z czerwonawym płynem. Jego wzrok śledził krwawe obramowania na szkle a zmysł węchu nie wiadomo kiedy podniósł się poza skalę normalną dla ludzi by wychwytywać wirujące w powietrzu subtelne vibrato krwi. Wszystko inne było nieistotne, kiedy głód był zaraz za rogiem.

Głupi stary wampir. Skarcił w myślach sam siebie. Było mu wstyd i postanowił, że następnym razem będzie uważniejszy. Tarł twarz mocno i miał na próżno nadzieję, że jego poddenerwowania nikt nie wychwyci.

- Czy mogę zobaczyć ten list? Dziękuję. - Długie palce przebiegły w te i z powrotem po liście ale z koncentracją było krucho.

Wizja była nie wyraźna, spychana w odmęty przez silny głód. Stary wampir. Jego mokre, przyklejone do głowy i pleców białe jak śnieg włosy. Tuż obok niego... Atrahasis, jego czerwona szata również kompletnie przemoczona. Gitmalu podtrzymując się laską podaje coś do do ręki Red Wisdoma. Mała drewnianą skrzyneczka. Mówi...

- Dopilnuj, aby ten list trafił do najmłodszego z mojej linii. To może w przyszłości okazać się kluczowe dla naszej krwi.

- Zgodnie z twoją wolą, otrzyma go Ethrica Moriq.

- Przypomnij jej, że gdy zechce stworzyć potomka, jej obowiązkiem jest przygotować go do przyjęcia mojego dziedzictwa.

- Tak się stanie.

[center]Obrazek[/center]

Wizja rozwiała się niczym rozwiane wiatrem pasmo mgły.

Zamyślony nad widzianą przed chwilą wizją wychwycił fragmenty rozmowy.

"- Chciałbym prosić cię o kroplę twej krwi, efendi..."

"...spadające do flakonu, szkarłatne krople..."

"...przez chwilę w milczeniu smakował znajdującą się wewnątrz czerwień"

....Jezu jeszcze to....

Horacy nie wiedział jak się obrócić, jak zezować byle by nie patrzeć na smakowanie krwi przez Asamitę. Czuł jak "ssie go żołądek" z głodu. Właściwie to powiedzenie nawet w połowie nie oddawało tego co dręczyło w tej chwil starego wampira, głód czuł całym sobą, każdym calem ciała, każdą komórką. Było to coś czego żaden człowiek nie potrafiłby zrozumieć. To trzeba było po prostu przeżyć. Z paru kropli jakie utoczył Brujah rozbuchana wyobraźnia głodnego Nosferatu w jednej chwili zrobiła fontanny krwi.

[center]Obrazek[/center]

Rozmowa, tylko rozmowa może cię uratować, no mówże...

- Ekhem... wygląda na oryginalny. Cóż... - zaczął, przyłapując się na tym, że gapi się na nakłuty palec Brujaha - ...zatem po pierwsze Bernardzie, chciałbym cię wylizać... znaczy przeprosić, że nie witamy cię jak należałoby witać kogoś z linii krwi Red Wisdoma. Ale czas jak widzisz jest szczególny.

Przez chwilę jakby wahał się czy zadać pytanie.

- Czy mogę zapytać co zrobisz kiedy śledztwo w sprawie śmierci będzie się miało ku końcowi. Wszyscy tu mamy dług wdzięczności natomiast ty... masz nieco bardziej osobisty stosunek do sprawy. Nie zrozum mnie źle. Zmierzam do tego co powiedziała Victoria. Wszyscy gramy do jednej bramki. W ramach trwania koterii aż do finału nie ma bezpiecznego jej opuszczenia by realizować swoje rozwiązania.

- Horacy me zobowiązania wobec mej rodziny i Artahasisa są równie wiążące, jak wykonawców testamentu. Jak też oznajmiłem wcześniej jestem tu by dołączyć do koterii Artahasisa. Nie zamierzam jej opuścić aż do wyjaśnienia sprawy, lub swej ostatecznej śmierci. Jeśli uda nam się wyjść na tarczy, to potem pewnie wrócę do swoich bieżących zajęć. Nie wcześniej.

- Rozumiem. To mnie uspokaja. Taaak... Viktoria z grubsza powiedział wszystko... Oczywiście możemy pomówić o kilku szczegółach ale to najlepiej w sanktuarium, a nie tutaj. Ale najpierw... może wspólna kolacyjka? Bo nie wiem jak wy, ale ja trochunię zgłodniałem.
Ostatnio zmieniony 16 lutego 2017, 18:13 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 15 lutego 2017, 23:38

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Wracając spiesznym krokiem do pozostałych, Terry nim jeszcze dotarł do właściwego pomieszczenia usłyszał dialog Horacego z Bernardem. Nie trzeba było geniusza, by zrozumieć czego się tyczyła.

Nie opuszczała go myśl o Czerwonym Mędrcu i jego przestrodze by nie ufać nikomu spoza koterii. Jednak Bernard był z linii AtraHasisa i z pewnością posiadał informacje które pomogłyby im poukładać te piekielne puzzle. W dodatku, jak sam powiedział, miał właśnie dołączyć do koterii Reda. Chociaż z sercem pełnym obaw, postanowił zaryzykować i dać szansę potomkowi swego martwego przyjaciela.

Przekraczając próg kuchni, Malkavian uśmiechnął się niepewnie. Swe słowa skierował bezpośrednio do ich jakże niespodziewanego gościa.

- Witaj zatem w koterii AtraHasisa, Bernardzie Wellington z krwi jego. Oto zostałeś członkiem grupy, która chcą dopaść chyba wszyscy kainici w tych stronach. Niech cię to jednak nie zraża, albowiem Światło Pana Najwyższego rozświetla nasze drogi w ten mroczny czas. - kończąc pokłonił się rozmówcy.

Następnie głos zabrał Darth Namtar, wyjaśniając jak sprawa wygląda w świetle jego kontraktu. Terry wysłuchał z uwagą jego słów, a kiedy ten skończył, zwrócił się do wszystkich zebranych.

- Zanim udamy się do sanktuarium, by za sugestią Horacego przedyskutować sprawy, jest coś czym muszę się podzielić z wami wszystkimi. Z pewnych względów jednak potrzebuję zrobić to tutaj. - rozejrzał się po kuchni, po czym natychmiast dodał - No może nie dokładnie tutaj. Przejdźmy do salonu.

Nim ktokolwiek się ruszył, odwrócił się jeszcze w stronę Horacego. Wiedział, ze to co ma do przekazania zajmie chwilę.

- Słyszałem twe słowa i wiem czym jest głód. Jednak sprawa o której chcę powiedzieć jest pilna i chciałbym jak najszybciej mieć za sobą sytuację którą wywoła. Wytrzymaj jeszcze tych kilka chwil, a jeśli twa bestia nazbyt daje ci się we znaki, utocz parę łyków z flakonu w Sanktuarium i dołącz do nas czym prędzej. - powiedział ściszonym głosem do Nosferaru.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 15 lutego 2017, 23:56

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

- Efendi, jeśli koteria mojego klienta zgadza się na twą propozycję, jestem w stanie uznać cię za sprzymierzeńca - odezwał się Morderca. Mówił powoli, jakby ważył znaczenie danego słowa.

- Mój klan szanuje krew Mędrców. Twe słowa i czyny przynoszą chwałę twojemu domowi. Jednak wolą mego klienta było, abym nie ufał nikomu prócz tych, których wymienił. I tak uczynię. Wypełniam Kontrakt. Kontrakt jest święty. Mektub.

W słowach Mordercy dźwięczał ten rodzaj cierpliwości, z jakim dorosły tłumaczy dziecku coś całkowicie oczywistego. Wydawały się wręcz wyprane z wszelkich innych emocji: proste, spokojne, klarowne. Niczym pierwsze krople letniego deszczu uderzające o szyby rozpaczliwie pustego domu...

- Nie odbieraj tego osobiście, lecz będę cię obserwował - kontynuował tym samym, beznamiętnym tonem - Muszę. To moja praca. Pamiętaj także, że Kontrakt nie obejmuje twojej osoby. Jeśli ktoś zagrozi tobie, nie będę miał obowiązku stanąć pomiędzy wami. Jeśli ty zagrozisz komuś w tej koterii przeleję twą krew, niezależnie od tego z jakiego domu pochodzisz, hal tafham?* Ufam jednak, iż nie splamisz swego honoru w ten sposób i uszanujesz wolę swego przodka. Wiedz też, że nie zgodziłbym się na pomoc oferowaną przez kogoś innego. Czynię w tej kwestii wyjątek. Mędrzec zdoła to docenić.

Skinął głową, dając znak, że skończył i ponownie cofnął się pod ścianę. Był świadom, że wygłosił właśnie jedną z dłuższych wypowiedzi, jaką zdarzyło mu się kiedykolwiek obdarzyć Niewiernego. Chciał jednak, by pewne rzeczy zostały ustalone już na wstępie. I miał nadzieję, że wybrał dobrze... Właściwe krew Brujah nie pozostawiła mu żadnej innej możliwości...


* arab. - rozumiesz?
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 16 lutego 2017, 12:57

[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu [/center]

Darshan obudził się. W głowie wciąż wirowały mu strzępki abstrakcyjnych obrazów ze świata snów. Razem z nimi wirował cały pokój. Zanim otworzył oczy zastanawiał się, czy będzie w tym samym miejscu w którym położył się przed wschodem słońca. Usłyszał poruszenie, ktoś inny także się przebudził. Dźwięk był o dziwo dość wyraźny. Hindus otworzył oczy i bez zdziwienia spostrzegł, że leży na podłodze a jak nad ranem, w swojej trumnie.
Przybrał szybko pozycję medytacyjną zanim ktoś zdołał spostrzec jego niespodziewane przemieszczenie. Próbował zharmonizować swój układ energetyczny. Dzień był…, ciężki. Jedyne co mu się śniło to biblioteka. Wyglądała jak biblioteka tego domu, ale była to w jakiś sposób tylko idea tego czegoś co próbowały urzeczywistniać biblioteki. W zasadzie stwierdzenie, że wyglądała jak biblioteka z domu Atrahasisa też nie było prawdziwe. Wyglądała jak ta biblioteka, gdyby w każdej dającej się zmierzyć najmniejszych chwili wszechświata, znikała i powstawała na nowo. Obraz ten powtarzał się zdawało by się nieskończoną ilość razy i Darshan miał wrażenie, że kontemplował te wizje przez czas, który teraz relatywnie mógłby odnieść do przynajmniej trzech lat. Początkowo czuł się więc trochę nieswojo w tym domu, z tymi wampirami od których zdążył się zdystansować przez ten krótki okres snu.
Tak czy inaczej biblioteka, ta istniejąca w tej rzeczywistości, w materialnym domu mędrca, także przyciągała jego uwagę, dlatego gdy dowiedział się o nowoprzybyłym gościu to właśnie tam skierował swe kroki najpierw. To prawda, że proszeni byli o pośpiech ale uznał, że kto jak kto ale True Brujah może poczekać.

Konsekwencja z jaką ściany zajmowały swoje miejsce w tym uporządkowanym chaosie wydała mu się początkowo obca. Nie dawno widział je jak przenikają się nieustannie z wszechogarniającą pustką, w której tylko samotna iskra pierwotnego światła czuje się jak w domu, tańcząc w eksplozjach wzorów i harmonii światła będącego dźwiękiem. Mimo wszystko była to biblioteka i dzięki temu czuł się tu jednak swobodnie.

Podszedł odruchowo, nie poddając chwilowej autonomii swojego ciała ocenie relatywnego umysłu, do jednej z mniejszych półek oddalonej od tych najbardziej wyeksponowanych, noszących dumnie najdonioślejsze dzieła. Dopiero przed nią zastanowił się, czego właściwie tutaj szuka. Poczuł wtedy, że kamień - artefakt, który otrzymał jako członek koterii Reda, dźwięczy jakimś efemerycznym niesłyszalnym tonem. Skupił się na tym skrajnie subiektywnym odczuci i zaczął szukać po grzbietach zgromadzonych w kurzu i braku splendoru woluminów.

Po kilku minutach wzrok jego padł na książkę, którą widział wcześniej, kiedy przybywszy pierwszy raz do tego domostwa, wyciągał losowe książki by wyczytać z nich wróżbę dotyczącą jego misji. Wtedy nie zaprzątnęła jego uwagi, chociaż w pamięci zapisał się fakt, że prawie dotknął wtedy jej okładki. Nie czas to był wtedy, widocznie teraz jednak już nadszedł. Tytuł nie powiedział by wiele, komuś nie znającemu sanskrytu. Wyjął książkę, otworzył ją, spojrzał na strony nie zapisane choćby jednym słowem, zaczytał się wielce i ruszył w stronę kuchni zapatrzony w "Osiem prawd o wszechświecie".

Słyszał kiedyś o tej książce, zawierającej stare mandale, których pochodzenie nawet jego mistrzowie z Indii nie potrafili wskazać z całą pewnością. Paradoksalnym było, że zachowały się jedynie dzięki kolonialistom brytyjskim a dokładniej jednego badacza, którego dotknięty autyzmem pomocnik potrafił z najdrobniejszymi szczegółami odwzorować najbardziej złożone wzory graficzne. Opracowanie zawierało także opisy i interpretacje, tegoż badacza ale nie to było interesowało Ravnosa. Mandale te, mimo że widziane po raz pierwszy wyglądały znajomo. Zwłaszcza piąta z nich, która obrazowała to czym była ścieżka Praapti.

Zanim doszedł do kuchni jego umysł doznał olśnienia. Obraz stał mówił do niego, poruszał się i otwierał powoli jak wrota skrywające tajemną wiedzę. Darshan czytał mandalę jak księgę z tą różnicą, że o ile w księdze, wiedza zapisana była w formie słów i zdań, które trzeba było przeczytać każde po kolei aby złożyły się w zrozumienie, tutaj całe rozumienie przedstawione było w jednym spójnym obrazie. Wchodząc do kuchni hindus zapomniał już o tym po co tutaj przyszedł. Nie wiedział nawet jak tam trafił nie wchodząc w ściany, których tyle mijał po drodze. Dlatego kiedy zgromadzeni w kuchni ujrzeli go, zobaczyli wzruszonego mistyka, z czerwonymi śladami łez na policzkach. Trzymającego w jednej ręce książkę nie małych rozmiarów, chociaż bardzo cienką a w drugiej świecący nienaturalnym światłem kamień. Po chwili opanowany na co dzień i poważny mistyk spojrzał na nich, z nieskrywanym zachwytem powiedział:

- to jest piękne...!

I zniknął.

Księga upadła zamykając się, ukazując okładkę starą i wytartą na której wylądował kamień, ściskany jeszcze przed chwilą przez tego, którego już tam nie było.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 16 lutego 2017, 13:23

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Chwilę zaskoczonego milczenia po zniknięciu Ravnosa przerwało soczyste przekleństwo Assamity:

- El Khara Dah...?* Niech nikt tego nie dotyka - przeszedł szybkim krokiem przez kuchnię i stanął nad księgą, na wypadek, gdyby jednak ktoś chciał zignorować jego zalecenie. - Strażniku, co tu się właśnie stało?

- Nie wiem dokładnie - głos Puchul Imela zaszeleścił w głowach członków koterii Atrahasisa - Lecz ta księga kryje w sobie starożytne sekrety Wschodu. Mistyk w jakiś sposób zaktywował jej moc. Nie ma go już tutaj. Jest... Daleko... Nie potrafię go odnaleźć. Wiem jednak, że zniknął z tej ziemi...

- Neik, entak seflo!** Alhraman yela'an*** to cholerstwo! - Morderca najwyraźniej jedynie wysiłkiem woli powstrzymał się, aby nie kopnąć feralnej księgi. - No to chyba tyle, jeśli chodzi o Ravnosów i ich pomoc. Rooh fi siteen alf dahya!****
Nie daję nikomu dotknąć tej księgi. Sztyletem zdejmuję z niej kamień i biorę ją przez coś (np. przez jakąś szmatkę w kuchni). Nie otwieram i nie czytam.
* arab. - Co do kurwy...?
** arab. Kurwa, no to ma przejebane!
*** arab. Niech Aryman przeklnie
**** arab. Niechże ich spotka 60 000 nieszczęść!
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 16 lutego 2017, 13:30

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Darshan był i nagle zniknął. Horacy zamrugał oczyma nie wierząc przez chwilę co się stało. Ale mimo głodu rezon szybko powrócił Nosferatu, a wraz z nim nastąpiła oczywista reakcja.

- On ma rację. Nie dotykać księgi! Jest prawdopodobnie przeklęta. - Spojrzał raz jeszcze na przedmioty i coś go w środku tknęło.

- Ale kamyczek to się jeszcze na pewno Koterii przyda... Trzeba niezwłocznie rozdzielić te dwa przedmioty, żeby ta księga nie pochłonęła i artefaktu jaki otrzymaliśmy od starca do wykonania zadania. Wszak musimy kamień zwrócić w ręce Namtara, to przecież kwestia honoru... - powiedział Horacy i sięgnął dłonią by go podnieść.

- Ufff, udało się, uratowałem go... - sapnął zaciskając rękę na kamieniu.
Ostatnio zmieniony 16 lutego 2017, 18:38 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 16 lutego 2017, 22:08

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

- Dziekuję wam za ciepłe przywitanie. - Kainita ukłonił się w kurtuazyjnym wyrazie wdzięczności. Jego obliczenia sprawdziły się. No może poza angielskim wyjściem Ravnosa, który swoim zniknięciem pokazał największą impertynencję i całkowity brak szacunku dla zmarłego. Nie zamierzał jednak tego komentować, bowiem musiałby użyć słów niegodnych gentlemana. Spojrzał na liderkę koterii, ale powstrzymał się przed analizowaniem sytuacji z Goratrixem. Tak krótka informacja nie dawała odpowiednio dużo danych aby móc sformułować dostatecznie obiektywną analizę:

- Śpieszę wyjaśnić Victorio, iż nie wiem dlaczego Artahasis nigdy nie wspomniał o swej linii. Domniemywać jedynie mogę, że dlatego iż trzymał się na uboczu naszej rodziny, choć był nam wielce drogi. Wiem natomiast, że żadne z was nie zostało wybrane przypadkiem. Czerwony Mędrzec spędził lata planując genezę koterii i starannie dobierając jej członków i nie bez kozery przekazał abyście ufali sobie nawzajem.

Odpowiedział Horacemu i potem ukłonił się Malakvianowi, zastanawiał się, co też cche omówić koniecznie w salonie, ale nie wypadało mu pytać:

- Rad jestem, że zaakceptowałeś mnie Bracie Terry. A co do przejścia do Sanktuarium, to myślę iż powinniśmy spędzać każdą możliwą chwilę włąśnie tam. Byłoby niemądrym nie wykorzystywać Daru Artahasisa, który zakrzywia osie czasu i pozawala mu tam płynąć dokładnie dziesięć razy wolniej, dając przewagę nad wrogami, którzy wedle twych słów tylko czychają na chwilę słabości.

Ukłonił się na końcu Zabójcy:

- Szanuję twe słowa Synu Tiamat. Nie spodziewałem się niczego więcej. Wasz honor i kontrakty są święte. Afham* - powtórzył zasłyszane od Namatara słowo, aby podkreślić respekt jakim darzy honor Assamity.

- Prosiłbym was o poświęcenie w Sanktuarium odpowiedniej ilości czasu, abyście wprowadzili mnie w arkana dotychczasowych zdarzeń, tak abym miał pełen obraz sytuacji.

* Rozumiem.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 17 lutego 2017, 11:32

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

- Zatem, skoro tę część mamy już za sobą mam parę nowych informacji, które pragnę wam przekazać - odezwał się - Nie stójmy jednak tutaj, przejdźmy do salonu. Naprawdę, jest to dla mnie bezwzględnie konieczne, a zajmie jedynie chwilę - uśmiechnął się.

Kiedy już wszyscy zajęli wybrane przez siebie miejsca, Malkavian stanął po środku i zaczął się dzielić z resztą historią którą usłyszał od Belshatzzara. Starał się powtórzyć wszystko słowo w słowo, tak by nie uronić najmniejszego choćby szczegółu.

Opowiedział im o Łańcuchu rozkazów, jakim spętany został Belshatzzar, o końcu koterii Reda i ich udręce. O ich beznadziejnym pragnieniu ucieczki i o tym jak bardzo bezsilni byli wobec potęgi "prawnuków Kaina". Celowo powtórzył to w ten sposób, jednocześnie zadając kłam oficjalnym naukom sekty, której członkiem sam się jawił, ale i niosąc ważną przestrogę przed przeciwnikiem z którym mają do czynienia.

Następnie przeszedł do bardziej współczesnych wydarzeń, jak linia Rusty'ego w Charleston czy Paul współpracujący z Sabatem. Mówił głosem podniesionym, żywo gestykulując rękoma. Rewelacje, które miał im do przekazania rzucały całkiem inne światło na niego, na jego martwego Mentora i wiedzę, którą poprzedniej nocy Paul napluł na niego na oczach koterii. Malkavian wiedział o tym i tym bardziej starał się by i oni to dostrzegli. Zdawał sobie sprawę, ze nie wszystkim ta wiedza przypadnie do gustu. Miał jednak nadzieję, ze bez względu na wszystko uda im się rozwiązać wewnętrzne spory w koterii, które najwyraźniej zostały zaplanowane dziesiątki, jeśli nie setki lat wcześniej.

- Myślę, że pomóc nam zrozumieć sytuację, może także kolejność w jakiej Belshatzzar miał wykonać wydane mu rozkazy. Zaczął od rozlania swej krwi na pęknięte lustro, w celu zainfekowania go Czarnym Obłędem. Następnie miał uczynić co w jego mocy, by nikt nie dowiedział się o tym, kto leży w Charleston. Również opuszczenie koterii Reda było rozkazem, a nie wynikało z woli Atrahasisa, jak to insynuował Paul.

- Miał przetrwać bez względu na koszta i dzięki mocy Pękniętego Lustra - kontynuował. - W laboratorium LaSombra nakazano mu spotkać się z Paulem, by ten dodał krwi z Czarnym Obłędem do eksperymentu, a potem niecnie szantażować go wyjawieniem jego współpracy z Sabatem.

Mimo, iż stara się panować nad sobą, jego spojrzenie mimowolnie pobiegło w stronę Łowcy. Ciemna sylwetka w Mordercy nie poruszyła się. Terry wiedział jednak, że tamten bacznie go obserwuje. Napięcie, które otaczało jego postać było wręcz fizycznie wyczuwalne, niczym cień rozpełzający się powoli po salonie. Niosło w sobie zapowiedź burzy... I krwi... Malkavianin odchrząknął mimowolnie czując nagłą suchość w ustach.

Gdy odezwał się znów, jego głos nie był już tak pełen życia.

- Belshatzzar miał też zdobyć moje zaufanie, co było następstwem mojej przyjaźni z AtraHasisem. A potem zrobić wszystko, by uniknąć zemsty ze strony Klanu Łowców. - nie potrafił uniknąć kolejnego, szybkiego spojrzenia w stronę Mordercy. - To dlatego Paul był przekonany, że Belshatzzar nie żyje - kontynuował po chwili, starając się opanować drżenie głosu. Wiedział, że najgorsza chwila, jest dopiero przed nim. Westchnął i wypowiedział słowa, których bał się najbardziej:

- Bo właśnie w ten sposób mój Mentor zdecydował się uniknąć tej zemsty. Belshatzzar umarł, a po śmierci przeładował się w Madness Network, co pozwoliło mu...

Nie zdążył dokończyć zdania. Uderzenie, które poczuł pchnęło go na ścianę za plecami i sprawiło, że przez chwilę mógł podziwiać jedynie gorejącą konstelację cierpienia. Nie usłyszał trzasku, z jakim zwalił się na ziemię wiszący obok obraz, gdy Morderca schwycił go za szyję i bez wysiłku podniósł w górę, uderzając jego ciałem ponownie o boazerię z rzeźbionego dębu.

- Yabn Deen El kalb,* pieprzony kłamco - powiedział Assamita nad wyraz spokojnie, jakby smakował każdą z wypowiedzianych obelg. - Myślisz, że możesz oszukać mnie? Aneechik, haneek rabbak!** Obiecałeś, że pomożesz mi go dopaść, a teraz go chronisz?

Terry drgnął czując zimny dotyk zakrzywionego ostrza na swoim brzuchu. Czuł tępe pulsowanie bólu w miejscach, gdzie jego kręgosłup zetknął się ze ścianą. Druga dłoń Mordercy wciąż zaciskała się na jego gardle z niewzruszoną wytrwałością maszyny.

- Ja dotrzymam swej obietnicy - warknął Łowca tuż przy jego uchu. - Wypruję z ciebie prawdę, akroot*** będziesz mnie błagał o śmierć!

Gdzieś za plecami jego notorycznego już oprawcy Terry zauważył nerwowe poruszenie. Ktoś zerwał się z miejsca, ktoś inny krzyknął niespokojnie. Malkavian zbyt był skupiony na uścisku trzymającym go w miejscu by zwrócić uwagę na to co dokładnie się dzieje, zdołał jednak wykrzyczeć charczącym głosem.

- Nie wtrącajcie się! To moja sprawa...!

- Dobrze powiedziane - poparł go niespodziewanie Morderca uśmiechając się w sposób, który zawstydziłby opakowanie żyletek i który zdecydowanie nie wróżył niczego dobrego. - Jako wasz ochroniarz doradzam posłuchać. Wszystkie inne opcje będą bolały. Bardzo... A dla mnie nie ma różnicy ile osób będę musiał pochlastać, by wyciągnąć z ciebie prawdę, psie!
Sigil cooperation.
OD MG:
Namtar używa zastraszania. Jak ktoś będzie chciał podjąć jakąś akcję związaną z Łowcą, konieczne będą rzuty. Ewentualne działania proszę na PW.
* arab. - Ty synu psiej religii!
** arab. - Wypierdolę ciebie i twojego boga!
*** arab - cwelu

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 17 lutego 2017, 14:16

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Zdarzenia nastąpił po sobie bardzo szybko. W jednej chwili mrożąc w ciele Nosferatu resztkę jego krwi. Przez chwilkę zamarł jak pozostali.

Jakoś kurwa nie mogę się przyzwyczaić do tych ciągłych stresów. Jeszcze raz i chyba pojadę dalej na prozacu. Jak zresztą wszyscy a temu ochroniarzowi to chyba ze dwie garści trzeba będzie wepchnąć. Z drogiej strony, Terry sam jest sobie winny co go podkusiło by takie rzeczy obiecywać. Żal mi go jednak...

Horacy zamlaskał niesmacznie, jak bywało często kiedy zmuszał się by zrobić coś czego nie do końca chciał.

- Choć moja droga - Powiedział do Viktorii - To sprawa między nimi i najlepiej jak sami wyjaśnią wszystkie kwestie pomiędzy sobą - Rozwiną rękę jakby ją chciał zagarnąć. - Chodźmy do sanktuarium.

- Proszę się nie martwić Bernardzie. - stojąc nadal w miejscu zwrócił się do Brujaha - Namtar nie zrobi nic Terremu co nie pozwoliło by ojczulkowi kontynuować śledztwa. A przynajmniej nie do momentu jego zakończenia. To osoba honoru. Wątpię też by go uszkodził, osłabiając w ten sposób koterię. Miasto jest prawie puste i o krew do regeneracji może być trudno. Przykro mi tylko, że ty prawnuk Red Wisdoma musisz być świadkiem takich scen w domenie starca. Przyjmij moje najszczersze przeprosiny... - Nosferatu skłonił się lekko.

- Co zaś do się tyczy naszego zacnego ochroniarza, to muszę raz jeszcze otwarcie podkreślić, że jest to osoba honorowa i żyjąca, jeśli można tak powiedzieć, zgodnie z zasadami swego zacnego klanu*. Ojczulek ostatnio popadłbył w podejrzenia z naszej strony z powodu osoby, która mówi do niego w jego myślach. Wyjaśnił jednak kwestię i myślę...
Spoiler!
* Proszę Ducha by zablokował możliwość oddziaływania dyscyplinami, bądź jakąkolwiek inna mocą, Terrego oraz tego który w nim jest, na wszystkie osoby w pokoju. Ma też od razu poinformować w myślach wszystkich, za wyjątkiem Terrego, o takiej próbie.
** patrzę się na Terrego obserwując jego aurę, choć unikam jak mogę patrzenia mu w oczy.
Spoiler!
Strażnik nie spełni Twej prośby, mówiąc że nie jest w stanie tego zrobić. To po za jego możliwościami. Oczywiście jak coś zacznie się dziać dziwnego, Strażnik poinformuje koterię o tym fakcie.
Test Widzenia Aury ST:8 = 2 sukcesy. Aura bardzo silna, posiada wszystkie kolory tęczy a ich barwa jest porażająco intensywna.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 18 lutego 2017, 15:03

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Niewielka część jego uwagi rejestrowała poruszenie za plecami. Nawet nie patrząc, wiedział, gdzie i w jakiej odległości znajdują się pozostali Niewierni. Nikt nie próbował podchodzić. To dobrze. Nie ręczył w tym momencie za siebie... Słyszał, że Horacy coś mówi, ale nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia. Liczyła się jedynie zemsta... Liczył się ból i strach, które widział w oczach Świra...

- Wstrzymaj swe ostrze, Duchu z Otchłani! - wychrypiał Terry, wpatrzony w swoje wykrzywione odbicie w ciemnych szkłach, kryjących spojrzenie Łowcy.- Nie ukrywam go przed tobą! Powiedziałem prawdę. Balshetzzar umarł Śmiercią Ostateczną...

Pozwolił, by wściekłość przepłynęła przez niego czarną, ożywczą falą. Pozwolił, by zamieniła się w ekscytację, rozchodząc się mrowieniem wzdłuż kręgosłupa i docierając do podstawy czaszki. Uwielbiał to uczucie. Było... Inspirujące... Cholernie inspirujące... Wciąż zaciskał dłoń na chłodnej rękojeści khanjar. Wiedział, że wystarczy lekko pchnąć i pociągnąć ostrze w górę...

- Ayre feek.* Nie wierzę ci - odparł cicho. Był teraz całkowicie spokojny. Uśmiechnął się, myśląc o perspektywach, które otwierają się przed nim... O wszystkich pomysłach, które będzie mógł zrealizować... Już za chwilę.

- Pamiętam co ci obiecałem! Nie staram się wywieść cię w pole! Jedyne co po nim pozostało, to świadomość krążąca w Sieci Szaleństwa... - zacharczał Malkavianin, próbując rozpaczliwie dotrzeć do Mordercy. Czuł, jak ostrze znajdujące się przy jego brzuchu powoli zaczyna wbijać się w skórę.

- Bawisz mnie, naqal Bali** - odpowiedział Łowca, przekrzywiając lekko głowę. - Dlatego zapytam cię jeszcze ten ostatni raz: Gdzie. On. Jest.

Terry poruszył ustami, jednak kolejne słowa Horacego zagłuszyły jego szept. Morderca spojrzał w jego oczy. Coś było nie tak. Spojrzenie Świra było utkwione ponad jego ramieniem.

- Gdzie on jest? - wycedził przez zęby.

- Za tobą... - wychrypiał Terry.

Dłoń Assamity drgnęła i przez chwilę życie Malkavianina ważyło się na wąskiej krawędzi arabskiej klingi. A później Łowca dostrzegł w oku Świra odbicie postaci, stojącej za jego plecami. Postaci, której nie miało prawa tam być... Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Horacy zamilkł.

Opuścił rękę, rozluźniając chwyt i pozwalając Terremu upaść na kolana. Wciąż ściskając w dłoni khanjar odwrócił się płynnie, niczym atakujący drapieżnik. I zamarł. Bowiem zaledwie kilka metrów przed nim, na środku pokoju unosiła się zjawa, nie będąca częścią tego świata...
Post pisany wraz z Terrym.

* arab. - Pierdol się.
** arab. - Bękarcie Baali.
Ostatnio zmieniony 18 lutego 2017, 21:05 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 18 lutego 2017, 15:33

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu

Niespodziewanie temperatura w salonie spadła. Viktoria poczuła jak przebiega ją dziwny dreszcz, zwiastujący pojawienie się czegoś nadnaturalnego. Bernard zmarszczył nagle brwi, a Horacy urwał wpół zdania. Cała trójka ujrzała jak na środku pomieszczenia pojawiło się widmowe lśnienie, które po chwili przyjęło postać członka pierwszej koterii Red'a - Belshatzzar'a.

[center]Obrazek[/center]

Widmo z dwiema złączonymi ze sobą czaszkami, trzymało jasne światło w jednej z czterech dłoni. Półprzezroczysty wyglądający przerażająco Malkavian przypominał zlepek wielu przeróżnych idei jakie mieli na jego temat członkowie Rodziny. Assamita odwrócił się, ściskając obnażony sztylet. Lecz nim zdołał zrobić coś więcej, obok zjawy zamanifestował się równie upiorny Pulhu Imel.

- Belshatzzarze, gdzie podziewałeś się przez te wszystkie lata? - zapytał z błyskiem świadomości w głębi mrocznych oczodołów.

- Musiałem odejść - odpowiedział nowo przybyły.

- Jestem tam, cały czas... - szepnął Pulhu Imel - Wciąż czekam na was... w ciemności... - ostatnie jego słowa zdały się tylko echem, konającym długim, ciemnym tunelu. Iskra płonąca w głębi jego czaszki poczęła zapadać się w sobie i gasnąć...

- Muszę wracać do Sanktuarium... - Powiedział Strażnik, głosem odległym i pustym. Po chwili jego postać rozwiałą się w powietrzu, pozostawiając koterię z upiorną postacią Belshatzzar'a.
Co robicie?
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

ODPOWIEDZ