Strona 9 z 88
: 05 marca 2015, 20:55
autor: lightstorm
Koteria stała przed szerokim wejściem do sali rytualnej. Wszyscy zastanawiali się co dalej uczynić. Namtar stanął w przejściu nie pozwalając przejść żadnej z osób. Kontrakt bowiem zobowiązywał. Nosferatu zatrzymał się najdalej z wszystkich obserwując uważnie całe zajście. Frater Terry ruszył w stronę pokoju, ale silna ręka Łowcy zatrzymała go:
- Nie wejdziesz tam - syknął krótko Morderca.
- W mojej ocenie tam wcale nie jest niebezpiecznie - opowiedział ksiądz - nie rozumiem dlaczego...
- Ale w mojej jest. Nie wchodzisz! - przerwał mu Łowca, kładąc nacisk na ostatnie zdanie.
Terry miał dość szarpania się tej nocy z Assamitą. Nie chciał więcej prowokować Sługi Ciemności.
- Widzisz coś? Co oznacza ten napis? - zapytał Namtar.
Terry skupił się i przełączył na widzenie magicznych aur, przedmiotów i wszystkiego, co mogłoby wydać się dziwne i podejrzane. Nadal jednak nie widział niczego, co zwracałoby jego uwagę.
- Oczywiście, ta zacna sentencja tyczy się Mężów Świętych. Skromność jest strażnikiem wszystkich cnót... - odezwał się po chwili.
Victoria stała razem z Horacym, tuż za dwójką rozmawiającą przed wejściem. Gavin w tym czasie poszedł po gaśnicę. Znalazł ją dość szybko, na parterze pod schodami.
Lasombra odezwała się miękko podchodząc do drzwi:
- Panowie, odsuńcie się. Postaram się odwrócić ciało tak, byśmy zobaczyli jego twarz korzystając z mocy Sfery Mroku. Jedna macka z ciemności powinna wystarczyć, by to uczynić.
Frater Terry i Namtar przesunęli się tak, by Victoria widziała lepiej wnętrze sali, oświetlone światłem lamp z korytarza. Z mnogich cieni, zaczajonych w kątach pomieszczenia wypełzła macka z żywiej ciemności. Drgający i zwijający się kształt podpełzł do wyrytego na posadzce kręgu i oplótł ciało nieznajomego. Po chwili, bez oporu macka przesunęła leżącego, ukazując twarz romskiego mężczyzny po trzydziestce.
Nagle w pomieszczeniu nastąpiła niewidzialna acz wyraźna zmiana. Macka z ciemności zniknęła, rozpraszając się w opar wirującej mgły. Victoria ze zdumieniem obserwowała ten widok, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Nagle jakaś niematerialna siła uderzyła ją w plecy, rzucając do środka sali. Assamita zorientował się w porę i zagrodził ręką wejście łapiąc się za masywną futrynę. Niestety moc niewidocznego napastnika była zbyt duża i Łowca nie zdołał utrzymać się na nogach. Ciało Victorii uderzyło w stojącego w przejściu Namtara i oboje wpadli do środka sali. Lasombra przeleciała ponad cztery metry, uderzając z nieludzką siłą w piedestał. Ból eksplodował w jej ręce, przez chwilę wypełniając cały wszechświat. Zebrani usłyszeli nieprzyjemny trzask łamanych kości. Łowca poradził sobie dużo lepiej. Jego wyszkolenie w walce, połączone z niezwykłym refleksem pozwoliło mu upaść na bark, dwa metry przed wejściem do środka. Błyskawicznie wstał na równe nogi, po czym zachwiał się i padł nieprzytomny. Obserwujący tą scenę nieumarli zdawali sobie sprawę z faktu, że gdyby nie interwencja Assamity, Victoria uderzyłaby w piedestał z o wiele większą siłą. Horacy i Terry stali przez chwilę w milczeniu, przerażeni tym, czego byli świadkami. Gavin wszedł właśnie po schodach, niedbale bujając trzymaną w ręku gaśnicą. Patrząc na ich oniemiałe miny, zapytał:
- Ominęło mnie coś?
Zajrzał ciekawie do środka i syknął nagle, gdy jego spojrzenie padło na leżącego na ziemi mężczyznę. Na jego twarzy pojawił się wyraz rozpoznania, który przeszedł w szok i niedowierzanie.
Mechanikę walki i działń opisuję w spojlerach, żeby nie zaśmiecać wpisu. Każdy może sobie ją przeczytać.
: 05 marca 2015, 21:26
autor: Rooster
Ból w ramieniu Victorii obezwładnił jej ciało, a złamana kość wbijała się w zesztywniałe z szoku mięśnie. Mimo fizycznych obrażeń, jej świadomość i siła woli oparły się niewidzialnej sile, która próbowała pochwycić jej ducha... Zbyt wolnym według niej ruchem zmusiła się, by podnieść ciało, przyciskając połamane ramię do boku i rzuciła się w stronę wyjścia. Nie rozumiała tego co się tu stało, jednak widok leżącego Namtara zmusił ją do błyskawicznej reakcji...
- Zabierzcie go... stąd... zanim to... wyrwie nas... z ciała... - urywanym i chrapliwym głosem rzuciła w kierunku pary stojącej w drzwiach.
: 05 marca 2015, 22:14
autor: Suriel
: 05 marca 2015, 23:45
autor: lightstorm
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Bliska Umbra, 09.08.1993 03:05
[center]

[/center]
Namtar nie mógł się ruszać. Jego duch był jakby sparaliżowany, wszelkie bodźce zdawały się dochodzić z daleka. Powoli otworzył oczy uświadamiając sobie, co właściwie się stało. Całe pomieszczenie było spowite srebrnymi nićmi pajęczyny, wszystkie ściany, podłogę i sufit zaścielały klejącymi się, zdradliwe nici. Na samym środku stał piedestał dokładnie taki sam jaki w pokoju rytualnym, emanował z niego widmowy blask, podobny do księżycowego światła. Zdążył zauważyć, że w prawym dolnym rogu jest małe okrągłe wyjście. Tuż obok wisiał przyklejony do sieci mężczyzna, którego widział wcześniej. Rom odezwał się pierwszy:
- O kurwa! Stary nie słuchaj go, to pierdolony potwór z moich największych koszmarów! Nie pozwól, by... - nagle przerwał wypowiedź.
Łowca dostrzegł, iż z czoła tego mężczyzny wychodzi bardzo cienka srebrna nić, zupełnie inna niż te, które oplatały wszystko wokół. Była dużo jaśniejsza i błyszczała w przestrzeni. Podążył wzrokiem za nią i ujrzał pojawiającą się z nicości kościstą postać. Spostrzegł, iż szkielet trzyma w trupiej dłoni nić nie tylko bladego człowieka, ale i jego własną.
Pewnie dlatego nie mogę się ruszyć - pomyślał, a może powiedział to na głos? Nie był pewien. W tym Umbralnym świecie wszystko zdawało się zlewać.
Szkielet odezwał się w języku staroperskim:
- Rozumiesz, co mówię? - głos trupa był suchy niczym piasek w klepsydrze czasu.
- Oczywiście. Jestem synem Tiamat. - odparł nie bez wysiłku.
- A więc jesteś starszym. Po co wszedłeś do tego domu?
- Mektub. Żeby wykonywać swoją pracę.
- W takim razie, powiedz dla kogo pracujesz?
- Dla Atrahasisa syna Gitmalu zwanego Mędrcem w Czerwieni.
Namtar poczuł, że wraca mu władza nad ciałem astralnym. Stojący trup nie wypuścił jednak z dłoni żadnej z nici.
: 05 marca 2015, 23:48
autor: Sigil
Poczuł, jak trzymające go nici wiotczeją i słabną. Szybkim szarpnięciem uwolnił się, zrywając ich resztki. Jego duch nadal jednak był osłabiony i Łowca upadł na kolana. Mumu Tiamat, elu, maru nisme* - wyszeptał w myślach. Czul się tak, jakby jego żyły wypełniał popiół i ostre kawałki szkła. A jednak nie chciał umierać klęcząc. Wciąż był synem Haqima i ta świadomość wystarczała by walczyć z niemocą, która pętała jego wolę. Zmusił się, żeby wstać.
- Xshnaothra ahraman, nemase te daeva.** - wycharczał. Gardło miał suche niczym piaski pustyni. -Jestem Skorpionem, synem Skorpiona, krew Ciemności płynie w mych żyłach. Na ziemi zwą mnie Namtar Sharur, bowiem jestem ostrzem Tego, Który Otwiera Bramy i jego cieniem. A ty, o daevo, czy jesteś Strażnikiem tego miejsca?
- Tak. Jestem strażnikiem. - głos ducha zaszeleścił w przestrzeni, niczym upiorne skrzydła, zmumifikowane, martwe od wielu stuleci. - Pulhu-Imel, jest jednym z mych imion.
- Jestem tu z woli Atra-hasisa, którego duch opuścił świat śmiertelnych. - mówił powoli, smakując narodziny i śmierć każdego słowa. Powoli odzyskiwał kontrolę nad głosem i ciałem astralnym. - Kroczę ścieżką zemsty, by zgładzić jego morderców. Zabijesz mnie teraz, czy pozwolisz mi wykonywać moje zadanie?
Nie czuł strachu. Tak naprawdę wiedział, że to co się teraz stanie zostało już ustalone. Mektub. Teraz los musiał się tylko dokonać. Głęboko w jego sercu płonął czarny kwiat wiary. I całkowitego zaufania. Śmierć na Ścieżce, zgodna z wyrokami losu i z Wolą Haqima była jedynie wyzwoleniem z klątwy. ...fera ve rahi haqim yasnemca vahmemca fera manangha fera vacangha fera shyaothana fera anghuya fera tanvascit hvah'ya ushtanem. staomi ahraman***.... Ze spokojem czekał więc na decyzję Strażnika. Jakakolwiek bowiem by nie była wskazywała dalszą drogę, którą należało podążyć. Uśmiechnął się lekko patrząc w ciemność, zwiniętą w jego oczodołach i upiorne, nieziemskie światło, które zdawało się w niej wzrastać, i które nie miało nic wspólnego z jasnością dnia....
* sumer. Matko Tiamat, powstań, wysłuchaj swego syna.
** s.pers. Z pozdrowieniem Arymana, oddaję ci cześć, o potężny duchu.
*** s.pers. Oddaję tobie, Haqimie, modlitwę i ofiarę, myśl, słowo, czyn, mą istotę i życie mego ciała. Wychwalam Ahrymana...
: 06 marca 2015, 14:23
autor: Frater_Terry
Terry biegł, rozglądając się nerwowo za czymkolwiek co będzie mu pomocne w zaistniałej sytuacji. Potrzebny był mu jakikolwiek przedmiot, długi i wytrzymały na tyle by móc nim wytargać nieprzytomnych członków koterii z tej przeklętej sali. Wszystko stało się tak szybko. Żywa, pełzająca ciemność. Latająca LaSombra i nieprzytomny Łowca. I niezrozumienie.
Jak to jest możliwe? Przecież sprawdzałem to pomieszczenie. Nie mogło być mowy o żadnej pułapce, niebezpieczeństwie czy nawet pomyłce. Pan zawsze mnie ostrzegał w takich chwilach, nigdy nie miałem problemu z wyczuciem nadchodzącego Zła. Co było inaczej tym razem? Czyżbym zgrzeszył śmiertelnie łącząc siły z Wysłannikiem Piekieł? Czy Łaska Pańska opuściła mnie bo zbłądziłem? Czy nie jestem już godzien być jego sługą?
Im dłużej myślał o tym co zaszło, tym większy lęk mroził jego serce. Żył długo, i nigdy wcześniej nie zdążyło mu się znaleźć w sytuacji która zmusiła by go do zajęcia miejsca w tym samym szeregu co Demony Otchłani. Czyżby Czerwony Mędrzec się pomylił?
Jego rozmyślania przerwał widok średniowiecznej zbroi, do rękawicy której przytwierdzona była halabarda. Niewiele myśląc, zdecydowanym gestem wyszarpnął broń z ekspozycji, sprawiając przy tym że całość owej konstrukcji rozsypała się u jego stóp, czyniąc przy tym nieopisany hałas. Skrzywił się, lecz nie mając chwili do stracenia ruszył z powrotem na górę.
Coraz bardziej przerażony przed oczyma miał leżących w tym dziwnym pomieszczeniu towarzyszy. Właściwie to leżącą Mroczną Panią i Mrocznego Jedi... I wtedy zrozumiał. Olśnienie sprawiło że zatrzymał się na chwilkę, analizując wszystko po kolei.
Nic złego się tu nie stało. Żaden z jego instynktów nie zawiódł. Pan wcale go nie opuścił a Mędrzec wcale nie był głupcem. Nie czuł zagrożenia, bo nic mu nie groziło. Leżąca tam dwójka zaprzedała swe dusze Ciemności. Dlatego leżeli nieprzytomni, porażeni Światłością Pana. Dlatego ohydna i lepka macka Viktorii rozproszyła się w tej sali. Dlatego Darth Namtar wpadł tam razem z nią. I jeszcze ten napis. Skromność jest strażnikiem wszystkich cnót. To ostatecznie go upewniło. Nic z tego nie było przypadkiem. Nawet ta sentencja.
A on był Sługą Światła, niosącym jego Słowo. I halabardę. Był też tym, który mógł im pomóc. Zdobytą broń dzierżył mocno w dłoniach. Ruszył biegiem dalej, udając się do towarzyszy.
: 06 marca 2015, 15:50
autor: lightstorm
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 03:05
Victoria kuśtykała w stronę wyjścia w stronę wyjścia. Każdy krok sprawiał, iż ból w jej ręce eksplodował z nową siła. Zza zaciśniętych zębów Lasombry dobywał się ciszy szloch cierpienia. W tym samym czasie Frater Terry ruszył na dół po halabardę, którą widział przy jednej z średniowiecznych zbroi, w pokoju muzycznym. Podobnie myślący Gavin rzucił się w kierunku kominka, znajdującego się na parterze, po znajdujący się tam pogrzebacz. Tylko Horacy przykleił się plecami do ściany, tak by nie można było go zobaczyć z wnętrza sali rytualnej. Po chwili, był już niewidoczny i pełen determinacji wbiegł do środka.
Victoria stękając z bólu minęła go właśnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Horacy zwinnym ruchem złapał ciało Łowcy, uważając przy tym, by nie przekroczyć lśniących złowrogo linii magicznego kręgu. Lasombra odetchnęła, gdy przekroczyła próg sali. Z ulgą oparła się o ścianę. Zaskoczona kompletnie spostrzegła, że tuż obok niej stał Horacy, układający ciało Assamity na podłodze.
Pomimo cierpienia, jej bystre oko antykwariusza natychmiast dostrzegło jak Nosferatu obchodzi się z ciałem. Jego ruch przypominały układanie dziecka do snu i była w tym troska oraz coś niesamowicie delikatnego, co zdawało się przeczyć szpetnej aparycji Nosferatu. Horacy spojrzał w do środka patrząc na ciało roma, zastanawiał się czy zaryzykować kolejny raz, dla tego obcego przecież mężczyzny.Trup leżał bowiem wewnątrz kręgu. Gavin i Terry niosąc w rękach znalezione przedmioty zaczęli wbiegać po schodach na górę.
Dla Horacego i Victorii: Nie czujecie, by działał na was jakikolwiek wrogi efekt. Lasombra powoli i bez przeszkód wychodzi z pokoju, a Nosferatu wynosi cało Namtara do holu.
Gavin i Terry są na schodach i zaraz wbiegną na piętro. Wszyscy wcześniej usłyszeli hałas na dole (zbroja).
Assamita jest dalej nieprzytomny.
Co dalej? Możecie pisać normalnie, ale proszę o deklaracje na PW, bym ewentualnie odpisał, że coś się wydarzyło przy okazji waszych poczynań.
: 06 marca 2015, 19:18
autor: Rellon
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 Późna noc.
Po dostrzeżeniu że pozostali członkowie koterii zostali wyciągnięci, Ravnos wszedł do komnaty i wziąwszy na ręce swojego kuzyna, wyniósł go z pomieszczenia. Miał uczucie jakby właśnie obrabował Fort Knox z całych jego bogactw.
- Lucjan żył... Nie wiedział jak ale żył, po 20 latach znowu się spotykają, chociaż okoliczności nie są za ciekawe jednak Gavin nie mógł oprzeć się radości, która systematycznie zalewała jego serce.
- On żył, na wszystkie wiatry świata, żyje! .
Dwadzieścia lat temu, w Stockton pożegnał się z nim na zawsze, niosąc poczucie winy i straty. Teraz niósł go na rekach, czując jakby wykradł go samym demonom z piekła. Nic się nie zmienił, chociaż jego postać wydawała się być jakby utkana ze snu. Ravnos obawiał się że jeżeli będzie mówić zbyt głośno, sen ten ulegnie rozproszeniu.
Gavin oparł Lucjana o ścianę, próbując go cucić.
- Lucek, obudź się, obudź się stary draniu... - Mówił Gavin jak dawniej, jakby ostatnie 2 dekady nic nie znaczyły, jakby była to to kolejna noc w której idą czynić cuda. - Obudź się, będzie tak jak dawniej, Ja i Ty kontra jakiś nadziany frajer. Jak wtedy gdy nakryliśmy podczas włamu burmistrza zdradzającego swoją żonę. Pamiętasz nicponiu? Nagraliśmy go na jego własnej kamerze, a potem podesłaliśmy do jego biura w kopercie z adnotacją "Prezentacja na XXI zjazd partii Republikan" z adnotacją "wysłać natychmiast". Pamiętasz jaka była draka? - On pamiętał, była to jedna z wielu takich przygód. Gavin wspominał to jako złote lata, okres gdy fortuna była dla nich aż zbytnio łaskawa.
Więc Ravnos mówił, jak mówi się do kogoś kogo nie było przez wieki, a za kim się tęskni. Kogoś kto kiedyś był bliski, a potem zniknął pozostawiając po sobie koszmarne rany. Ton głosu i emocje wyrażały troskę pomieszaną z ciekawością i oczywiście radość. Bardzo dużo radości. Gdyby ktoś go wtedy zapytał co czuje, powiedziałby że czuł jakby wielka czarna dziura wypełniona rozpaczą, nagle została rozproszona. Jej miejsce natomiast zajęło coś o czym prawie zapomniał: nadzieja...
Jeśli Lucjan odzyska przytomność, mówię do niego z uśmiechem jakim obdarza się krewnego. Ujmuje jego głowę w moje dłonie, tak by nasze oczy się spotkały, po czym mówię głosem spokojnym i życzliwym:
- Skoncentruj się teraz bracie, jesteś w Charleston, w domu Adrahasis'a. Jest rok 1993. Jak się tu znalazłeś i co robiłeś. Potrzebuje abyś przypomniał sobie jak najwięcej danych. Skoncentruj sie, to bardzo ważne.
Mówię do niego w języku cyganów, jakoże jest to jedyny język w którym Ravnos powinien mówić do Ravnosa.
: 07 marca 2015, 18:40
autor: Suriel
Nosferatu położył dziecinnie lekkie ciało zabójcy na posadzce i szybkim rzutem oka starał się ocenić jego stan zdrowia. Potem rozejrzał się bacznie dookoła czy aby Coś nie wyszło za nimi z pokoju. Nie dostrzegając jednak niebezpieczeństwa wrócił do swojego podopiecznego. Pozostali członkowie koterii czuli się lepiej lub gorzej ale wyglądali na bezpiecznych. Teraz Horacy miał swoje złote pięć sekund by przyjrzeć się dokładnej, zarówno Assamicie jak i jego niepospolitemu wyposażeniu. Właśnie przyglądał się jego osobliwemu ostrzu gdy nagle poczuł w sobie przemożną chęć zrobić coś więcej dla tego biedaka.
Można by było dać mu teraz w twarz. Nie znam się co prawda za bardzo na tym całym magicznym sru-tu-tu ale wcześniej na wariata podziałało. Kurde gdyby nie to, że pewnie by mnie za to zaraz zabił to bym tak zrobił. Nie jednak nie warto ryzykować. Adrahasisie mój stary przyjacielu cóżeś ty sprowadził na tą biedną ziemię. Czym jest ta istota i czy oby to nie ona stała się przyczyną Twej zagłady.
Spojrzał na sąsiednią parę Ravnosów i niemal od razu odniósł silne wrażenie, że owa czułość jaką jeden okazywał drugiemu była oznaką czegoś więcej niż tylko zwykłej przyjaźni. Nie chciał przerywać tej wyjątkowej chwili i przez moment notował każdy szczegół z tej wyjątkowej sceny, wiedział że musi ich wyrzeźbić. Przez ułamek sekundy zamarł porażony pięknem ich póz. Potem przemożna siła ciekawości, płynąca w żyłach Nosferata wraz z przekleństwem brzydoty, wzięła jednak górę.
- Nie wygląda mi znajomo. Czy to jest ten cały Blue Crane? - spytał wskazując głową w stronę nieznajomego.
Jak cała ta zadyma się dzisiejszej nocy już skończy będę nasiał najpóźniej jutro z samego wieczora odleźć Flyna jeśli ktoś może nam pomóc z tymi małymi posłańcami to tylko on. Zabrać ich ze sobą czy spotkać się nim samemu...
Rozważał w myślach każde rozwiązanie patrząc na leżącego Assamitę.
Slap! Głośne plaśnięcie w policzek rozlało się dźwiękiem w ciemnej przestrzeni.
Jednak nie mogłem się oprzeć. Taki stary a taki głupi. A jednak, jakkolwiek się to nie skończy, chłopaki z kanałów będą mieli o czym długo mówić.
Na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech.
: 07 marca 2015, 18:54
autor: lightstorm
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Bliska Umbra, 09.08.1993 03:08
Groteskowy duch kontynuował wymianę zdań:
- Wyczuwam w Tobie gniew, pragnienie zemsty i Prawdę - odezwał się w martwej ciszy. - Skoro wypełniasz Wolę Artahasisa nie mogę Cię zabić. Czy ci którzy przyszli z Tobą też ją wypełniają? - zadał pytanie wskazując kościanym palcem na roma. - Odpowiedz, albowiem nie chcę popełnić błędu zabijając ich.
- On nie. Jednak wstrzymaj się, o daevo, bowiem może okazać się potrzebny - odparł szybko Morderca. - Są ze mną jednak inni, postępujący tutaj zgodnie z wolą Mędrca.
- Wypuszczę Cię, ale powiesz im, że chce z nimi pomówić. Mają wejść do kręgu. Masz moje słowo, że nie uczynię im krzywdy.
- Uczynię to, jeśli przysięgniesz na Tiamat i Absu, że będzie tak, jak mi obiecujesz.
Nieumarły zachrzęścił kośćmi wydając z siebie nieprzyjemny rechot:
- Nie muszę na nich przyrzekać, nie taka moja natura - rechot przeszedł w suchy śmiech.
- W takim razie nie uczynię tego, czego pragniesz. Jeśli chcesz, możesz mnie teraz zabić, ale to będzie oznaczało, że złamiesz własne prawa - Namtar uśmiechnął się nieprzyjemnie. Wiedział, że dużo ryzykuje, lecz w obecnej sytuacji nie miało to znaczenia...
- Więc sam z nimi się spotkam, lecz jeśli okłamałeś mnie - Pozostaniesz tutaj na wielki...
Ostatnie zdanie zabrzmiało jak obietnica.
- ba nâm i âhraman*, nie znajdziesz kłamstwa w mych słowach, daevo - obruszył się Łowca. - Wiedz jednak, że jeśli uczynisz komuś z nich krzywdę moja klątwa będzie cię ścigać w każdym ze światów i ześle cię âthrô i fra sama ahraman puthra. Nie lekceważ tego. Wspomnij, iż był w E'nesh pewien głupiec, który zlekceważył nienawiść śmiertelnika. A z niej zrodziły się orły i skorpiony, i ziemia spłynęła krwią. Ja zaś nie jestem śmiertelny i moja klątwa także będzie nieśmiertelna. Zważ jednak, że nie przychodzę do ciebie jako wróg. I jedyne o co proszę to dowód na prawdziwość twych słów.
- Nie jesteś kimś kto może mi rozkazywać - Truposz zacisnął lekko nić miedzy palcami, po czym kontynuował. - Jeśli jednak się upierasz, przysięgam na Ereshkigal, że mówię prawdę, Cieniu Ahrymana. Nierozważnie jest targować się w mej domenie. Tutaj zawsze ja wygrywam...
Śmiech ducha rozszedł się wkoło klekotem spadających w otchłań kości. Po chwili Namtar poczuł, że znów nie ma władzy nad ciałem astralnym. Duch, pajęczyny i wizja zniknęły roztapiając się w mroku. Podniósł swe martwe powieki i ujrzał z bliska paskudną twarz Nosferatu.
*W imię Arymana
** W wielki, czarny ogień, który jest synem Ahrymana.
: 07 marca 2015, 19:06
autor: Rooster
Kiedy Victoria wyszła z sali rytualnej, złote zdobienia w podłodze zdawały się emanować dziwnym światłem. Każdy, kto zajmował się wiedzą tajemną i okultyzmem miał do dyspozycji pomieszczenie, takie jak to. Dlaczego była tak nieostrożna? Jeszcze więcej niepokoju wzbudził w niej fakt, że siła, która próbowała ich pochwycić, przestała napierać swoją wolą na jej umysł. Przygotowywała się na psychiczną walkę, a ta jednak nie nadeszła. Ból w ramieniu wciąż pulsował i nasilał się z każdym krokiem, a nawet najmniejszy ruch wywoływał cierpienie. Delikatnie i powoli zaczęła badać swoje ramię. Kość była złamana, nie ulegało wątpliwości, że sama jej nie nastawi...
Nagłe pojawienie się Horacego układającego obok niej ciało Assamity wyrwało ją na chwilę z ponurych myśli, znaczonych bólem. Jego ruchy były spokojne i wyważone, niczym starego skryby, który z wielkim taktem i dbałością zajmuje się bardzo starą i bardzo wartościową księgą, której zniszczone upływem czasu pergaminowe karty rozsypują się w kontakcie z rzeczywistością.
Skrywasz wiele tajemnic szczurze, ale nie jesteś tak obojętny i gburowaty jak chciałeś to pokazać wszystkim na samym początku. Czego zatem się boisz i czego tak bardzo nie chciałbyś stracić? Ciało Namtara leżało obok, spokojne i nieruchome i Voctoria wiedziała, że nie ma w nim duszy... Usiadła obok, kładąc delikatnie dłoń na ramieniu Mordercy...
Dziękuję. Nigdy nie przypuszczała, że w całym swoim nieżyciu będzie zawdzięczać cokolwiek Łowcom. A jednak...
Sprawdziła jeszcze raz swoje ramię. Czarny błyszczący żakiet był podarty, a na boku i lewej skroni czuła już zbierającą się opuchliznę i imponujące siniaki. Zmusiła się by zdjąć z siebie zniszczone ubranie, mocując się z rękawem. Mimowolnie zaciskała z bólu zęby, nie chcąc okazać słabości, jednak syk i warczenie wydobywały się z jej ust mimo woli.
- Czy ktoś z was zna się na medycynie? - zapytała, ale Terry był już przy niej, klęcząc obok i badając jej rękę.
- Pozwól, Mroczna Pani, że ci pomogę... Kość jest złamana, będę musiał ją nastawić... - ze spokojem spojrzał w oczy Victorii, czekając na jej reakcję.
- Rób co trzeba. Nie mamy czasu... - zaciskając zęby, Lasombra przygotowała się na kolejną dawkę bólu tej nocy, a ojciec zaczął, przytrzymując jej bark i nadgarstek:
- Przyjdź, Duchu Święty, który jesteś Bożą pieczęcią na moim sercu. Zobacz, jak cierpi służebnica Twoja. Uwolnij ją od tych obciążających doświadczeń. Uzdrów jej ciało. Wzmocnij jej wolę. Wlej w jej serce nadzieję. Pomóż jej jak najczęściej karmić się słowem Bożym i Eucharystią. Amen. - Wypowiedziawszy ostatnie słowo, Terry szarpnął ramię. Fala bólu znów zalała jej ciało, a głośnie chrupnięcie eksplodowało tysiącem małych, ognistych igieł, odbierając na moment świadomość.
Zduszony szloch wyrwał się z jej piersi. Nie spodziewała się takiej reakcji, ale kiedy ostatni raz była tak poważnie ranna? Nie potrafiła sobie przypomnieć. Kiedy kości znalazły się na swoim miejscu, zaczęła palić krew, uzdrawiając strzaskane tkanki i mięśnie... Skupiając się na uzdrawianiu swojego zmaltretowanego ciała, jedynie kątem oka dostrzegła Ravnosa, wynoszącego z sali ciało tamtego mężczyzny. Jak przez mgłę słyszała słowa, które wypowiadał do nieprzytomnego, niczym kochanek, który próbuje zbudzić z wiecznego snu swoją dawno utraconą część nieżycia... Nie słyszała słów, jednak emocje płynące od Gavina były ciepłe i niosły ze sobą światło, które w jakiś sposób dodawały jej sił i ułatwiały leczenie...
: 07 marca 2015, 19:36
autor: Sigil
Rozejrzał się, lustrując wzrokiem otoczenie. Zanotował, że nieco boli go szczęka. Od uderzenia. Wisząca nad nim twarz Nosferatu nie martwiła go zbytnio. Martwiło go coś innego, mianowicie fakt, że znajdował się w korytarzu:
- Co ja tu robię? - zapytał cicho, patrząc na Szczura.
- Wyciągnąłem cię...
- Neik -zaklął. Czuł gniew. Nie na Nosferatu, na siebie. - Nie rób tego więcej, jasne?
Horacy spojrzał na niego z zaskoczeniem. Namtar wstał, wspierając się o ścianę. Własne ciało wydawało mu się dziwnie ciężkie i obce. Korytarz przez chwilę miał tendencje do falowania, ale uspokajał się powoli.
- Jeśli coś ci się stanie z mojego powodu okryje mnie to hańbą -wyjaśnił chłodno. - Moim zadaniem, jest zapewnić ci bezpieczeństwo, a nie pozwalać na to, byś narażał się z mego powodu. Uszanuj to. W przeciwnym wypadku, zmusisz mnie do popełnienia honorowego samobójstwa, w każdej sytuacji, w której będę w potrzebie. Chciałbym tego uniknąć.
Nosferatu nadal spoglądał na niego bez zrozumienia. Morderca jednak pozostawił na razie ten temat. W tej chwili miał ważniejsze sprawy do przekazania wszystkim Kuffrom.
- W tym pokoju przebywa potężny duch, wysłannik śmierci - odezwał się, nieco chrapliwym tonem. - Jest Strażnikiem tego miejsca i chwyta dusze osób, które weszły do kręgu. Jego także - wskazał leżącego roma. Dopiero teraz zauważył wyraz twarzy Gavina. A więc go znasz - pomyślał. Znasz go dobrze i jest ci bliski...
- Wierzę, iż duch służy Artahasisowi. Pragnie z wami rozmawiać. Obiecałem, że przekażę wam jego żądanie. Zrozumiem jednak, jeśli odmówicie. Duch pragnie, abyście weszli do kręgu i zaklina się na Panią Podziemi, że nie uczyni wam krzywdy. Ostrzegam jednak, że w swej domenie ma władzę nad życiem i śmiercią innych istot. Nie będę w stanie nic na to poradzić...
Przerwał na chwilę spoglądając na Victorię i jej zeszklone bólem oczy. Zimny płomień gniewu, który czuł wewnątrz, wzniósł się ponownie. Wiedział, że nie wypełnił obowiązku, jaki nakładał na niego Kontrakt. Pozwolił, aby ktoś kogo chroni, został ranny, a także na to, aby ktoś inny narażał swoje życie. Przez chwilę miał ochotę strzelić sobie w twarz o wiele mocniej niż zrobił to Nosferatu. Opanował się jednak. Ten nocy wiele jeszcze mogło się zdarzyć i musiał się skupić na tym, co istotne. I nie popełnić więcej żadnego błędu. Hak w kieszeni mógł poczekać na bardziej spokojną chwilę...
- Wybacz moją niekompetencję - odezwał się ponuro do kobiety. - To się więcej nie powtórzy... Jaka jest wasza decyzja?
: 08 marca 2015, 11:20
autor: Frater_Terry
Terry uśmiechnął się z satysfakcją. I poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Lubił pomagać innym. Szczególnie w chwilach kiedy mógł przy okazji przemycić Błogosławieństwo Ducha Świętego. Wiedział że Mroczna Pani potrzebowała takiego wsparcia, jak i wiedział że sama nigdy o nie nie poprosi ani się do tego nie przyzna.
Przypomniał sobie słowa Łowcy. W pokoju obok rezydował potężny duch, strażnik miejsca. Wysłannik śmierci, co oznaczało że jest wysłannikiem Archanioła Gabriela. Na usługach Artahasisa. Czerwony Mędrzec, jak się okazywało, był pełen niespodzianek.
Problem jednak polegał na tym, że ów duch, będąc faktycznie wysłannikiem jednego z Aniołów Pańskich, nie powinien zaklinać się na Panią Podziemi. Coś tu się nie zgadzało, tylko co? Terry zajrzał do pomieszczenia na środku którego widniał magiczny krąg. Niezrozumiałe było dla niego, dlaczego wysłannik Pański potrzebuje tego typu akcesoria by móc z nimi rozmawiać.
Skup się Terry, co ci umyka?
Kiedy w skupieniu obserwował wnętrze pokoju, naszło go jedno z tych dziwnych przeczuć które tak często miewał. Przeczucie z nazwy, bowiem on wiedział że to natchnienie Najwyższego. Momentalnie uświadomił sobie że nie tylko Archanioł Gabriel nazywany jest Aniołem Śmierci. To samo miano nieraz było przypisywane jego upadłemu kuzynowi. Zrozumiał że duch zastosował sprytną grę słów, by wprowadzić ich w błąd. I że w istocie, był wysłannikiem anielskim, lecz anioł którego był heroldem, nosił imię Szatan.
Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Najchętniej zakazał by wchodzić tam komukolwiek z towarzyszy. Lecz objawienie które na niego spłynęło, pozwoliło mu zrozumieć że jeśli uczynią coś głupiego, Książę Demonów zyska władze nad ich nieżyciem, a co za tym idzie posiądzie ich dusze.
Wiedząc co ma do przekazania zebranym, jeszcze bardziej ucieszył się że mógł pomóc Victorii. Co prawda krótka modlitwa którą ją uraczył, miała na celu jedynie pomoc w uleczeniu złamanej ręki, lecz wiedział że w tym co ma nastąpić, najmniejsza nawet dawka Światła Pańskiego będzie jej niezwykle pomocna. Niechętnie lecz zdecydowanie zwrócił się do koterii.
- Nie ma potrzeby byśmy wchodzili tam wszyscy. Wiem że duch ten chce rozmawiać z następcą Mędrca w Czerwieni. W tym przypadku z tobą, Mroczna pani, ty bowiem jesteś jego formalnym spadkobiercą - spojrzał w oczy Victorii - Nierozsądnym było by gdybyśmy weszli tam wszyscy, ale równie nierozsądnym będzie całkowite zignorowanie jego prośby. Chociaż nie ukrywam iż podług mnie, strażnik ów jest Szatańskim tworem i najlepiej było by go odesłać w czeluści z których przybył.
Wypowiadając ostatnie słowa, posłał podejrzliwe spojrzenie w kierunku Assamity, jednak niezbyt długie, by nie zdradzić przypadkiem że wie skąd Mroczny Jedi pochodzi.
W co ty się wpakowałeś, przyjacielu? Czy Mocom Nieczystym udało się zwieść cię z taką łatwością? Nie wiem jeszcze o co tu chodzi, lecz będę się modlił za ciebie. - obiecał w myślach Atrahasisowi.
OD MG: Test Intuicji ST:7 + 2 = 9. 5 Sukcesów. Dobrze opisałeś wynik tego rzutu.
: 08 marca 2015, 15:59
autor: Rellon
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 Późna noc.
Ravnos miał dość magii na jedna noc, jeżeli nie na kilka lat. Od wypadku z Blue Crane nie brał zleceń na magiczne artefakty i niezbyt tego żałował. Wolał inne rodzaje fachu, takie gdzie w grę wchodziły pasje i emocje, a nie magia i miecz.
- Z strażnikiem można negocjować. - podsumował krótko informacje o zainteresowanym nimi strażniku.
- Też chciałbym rozmówić się z tym duchem. - Zadeklarował Ravnos, podchodząc bliżej do zebranych, po czym zwrócił się do Lasombry - Jako że jesteś głową koterii, będziesz prawdopodobnie mówiła za nas wszystkich. Chciałbym więc byś w swojej wypowiedzi napomknęła o mojej chęci wykupienia tamtego Ravnosa - wskazał na ciało leżące pod ścianą - Z kazamatu w jakim obecnie przebywa. Ma na imię Lucjan i kiedyś należeliśmy do koterii w obrębie mego klanu. Bardzo zależy mi na jego uwolnieniu, wiele razy wyciągnął mnie z naprawdę niezłego bagna i jestem mu to winien.
: 08 marca 2015, 21:50
autor: Suriel
"... Moim zadaniem, jest zapewnić ci bezpieczeństwo, a nie pozwalać na to, byś narażał się z mego powodu. Uszanuj to. W przeciwnym wypadku, zmusisz mnie do popełnienia honorowego samobójstwa, w każdej sytuacji, w której będę w potrzebie. Chciałbym tego uniknąć."
- A kto opiekuje się Tobą?
Honorowe samobójstwo? Ciekawe. Nawet bardzo. Nigdy nie miałem okazji poznać Asamity, przynajmniej nie w taki sposób. Tylko raz, podczas najazdu sabatu i to jedynie prawdopodobnie, miałem wątpliwą przyjemność spotkać jednego z nich. Ale z żenująco niskiego pokolenia. Niestety wtedy bardzo się spieszyłem i nie miałem czasu na tego typu dyskusje. A on równie mocno zajęty był spieszeniem za mną. To chyba wyjaśnia dlaczego w relacji kojot i struś pędziwiatr nigdy nie ma dialogów.
Swoją drogą zaczyna mi się klarować wasz obraz zabójców. Pełni honoru, kodeksowych zasad bez szemrania wykonują to co im nakazano. Wirtuozi w zabijaniu swoich. A tak naprawdę to jedynie ostrza ścinające rodzinę, proste w budowie niczym wirujące ostrze do kosiarki. A jak się ostrze stępi to strzec pchający tę maszynę ostrzy je lub wymienia... Kto się wiec tobą opiekuje Asamito, tak naprawdę? Obłudny starzec, który wycina trawę a chwast, który go wezwał zostawia bez uszczerbku? Jak chory i pokrętny umysł musiał ubrać takie działania w płaszczyk świętej wojny, dla ozdoby podszyty od spodu pogardą dla niewiernych w kolorze karmazynu. Jak wielu młodych i głupich na tym świecie w takie płaszcze ubrano. Co się z nimi stanie później kiedy nie będą potrzebni, to już nie istotne byleby teraz kosili, kosili...
Przy czym pewnie starzec gdyby tylko mógł, najchętniej opierdoliłby cały trawnik od razu do zera. Ale to już inna sprawa.
- Zanim podejmę decyzję chciałbym znać również Twoją opinię Dziecię Pustyni. Jak bardzo jest to ryzykowne w końcu jesteś naszym specjalistą od opieki?
Pytam choć decyzja podjęta. Ja mam dla kogo trwać. Nie potrzebne mi targi o uwolnienie czegoś co oświecony mędrzec celowo spętał.