Charakteryzacja na mieszkańców zatoki trwała jeszcze dobrą chwilę. Słońce już niemal zrównało się z horyzontem, tworząc ognistą kulę wpadającą do morza. Garro mimo chęci nie dostrzegł więcej bander, aniżeli z sąsiednich królestw oraz tajemniczej Stygii. Piracka drużyna w końcu zebrała manele i po krótkiej chwili weszła na udeptany szlak prowadzący do miasta.
Gwar miasta był coraz głośniejszy, zaś jego zapach... Cóż, ten to za bardzo nie różnił się od kordawskiego posmaku życia.
Pierwszy napotkany budynek był drewnianym, jednoizbowym domem z niewielką zagrodą z kurami. Aktualnie wszystkie kurki były już w kurniku, zaś w chacie zapaliły się pierwsze świece.
Zaraz obok stało jeszcze kilka podobnych chat o zbliżonych, lub większych rozmiarach. Wszystkie zaś - co do jednej - miały z tyłu kurniki oraz porządnie - o dziwo - zrobione ogrodzenie.
Ścieżka powoli zamieniała się w brukowaną ulicę, a drużyna wciąż nie przyciągała niczyich ciekawskich spojrzeń. Budynki zaczęły przypominać porządne domy rodem z cywilizowanych stolic - były nawet szklane okna z drewnianymi okiennicami zamykanymi na noc, zaś na ulicach pojawiali się pierwsi latarnicy z drabinami, odpalający pochodnie rozświetlające brudny od błota i piasku bruk.
Na ulicach było tłoczno od ludzi, którzy widocznie wracali na swoje kwatery albo do tawern: cała ich mieszanina - od czarnych jak atrament murzynów, po jasnoskórych barbarzyńców z północy. Istny tygiel ludzki, zaś każdy rozmawiał w swoim języku, co potęgowało uczucie zmieszania. Choć języki zingarski i argossański dominowały, to Galvat, Garro i Nehaher bez trudu rozpoznali dialekt akwiloński, czy dziwną mowę ophirskich kupców. Z kolei tutejsze tawerny miały swoje stoliki nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz budynku: głównie były to zadaszone drewniane tarasy. W zasadzie dało się zauważyć, że lwią część budynków stanowiły domy handlowe, magazyny i karczmy tudzież oberże i tawerny, zresztą w większości połączone z szulerniami i zamtuzami. Widać nielegalny interes kwitł tu na dobre. Kurtyzany i inne panie lekkich obyczajów, które zalotnie się uśmiechały w stronę nowo przybyłych, oczyma duszy dobierając się do ich sakiewek.
Adothowi zaburczało głośno w brzuchu i przystanął na chwilę. Słońce schowało się za horyzontem, gwar miasta jakby przycichł, zaś niektórzy mężczyźni z zaciekawieniem spoglądali na dziwną piątkę awanturników. Jak Galvat wspominał: w przystani nikt nie zauważył dzieci ani starców. Co prawda niektóre kurtyzany wydawały się nieco za młode, ale efekt taki osiągały prawdopodobnie dzięki dziwnym specyfikom nakładanym na twarz, znanym w Akwilonii wśród arystokracji jako
makijaż.
- Może wstąpisz do mnie, przystojniaczku? - Garro odwrócił się niemal przestraszony, gdy jedna z kobiet niespodziewanie go zagaiła, zalotnie się uśmiechając.
Stoicie pod karczmą "Trzy czaszki". Nie wygląda na to, że ktokolwiek przejął się waszą obecnością w mieście.
Garro: gromadzisz informacje na temat portu. Na razie zapamiętałeś układ miasta, kilka flagowych okrętów i przybliżoną liczbę mieszkańców i nacji, jakie reprezentują.