Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium; 12.08.1993.
Przez kilkanaście sekund po prostu gapił się na nich w milczeniu, rozważając to, co właśnie usłyszał. Terry miał rację. I Viktoria także miała rację, nawet pomimo tego, że była kobietą. Nie mógł ignorować faktu, iż temat przeszłości powracał ostatnio natrętnie. Cała ta sprawa była z tym powiązana i chociaż chciał wierzyć, że jest to tylko przypadek, to przecież, gdzieś wewnątrz
wiedział, że to ma znaczenie. Poza tym przecież nie wierzył w przypadki...
Wiedział, że powinien im powiedzieć. Był to winny Terremu. Poza tym pamiętał smak ich krwi... Nie sądził jednak, by zdołali zrozumieć. Nie sądził, by próbowali. Byli Kuffr. Podejrzewał, że wykorzystają tą wiedzę przeciwko niemu, aby manipulować i kontrolować... Nie, by miało im się udać, ale... To wszystko tylko zwiększy ból... I sprawi, że będzie mu coraz trudniej panować nad głodem i ciemnością... Z drugiej strony jednak... Nie, nie było drugiej strony. Nie chciał, by sądzili, że jest słaby. To byłoby hańbą nie tylko dla niego, ale i dla Klanu. Powoli odstawił torbę z bronią na podłogę i odruchowo sięgnął do kieszeni, szukając rzeźnickiego haka. Jego palce ześlizgnęły się jednak ze stalowej krzywizny, trafiając na małe, złote serduszko, oplątane zerwanym łańcuszkiem. W jednej chwili wróciły wspomnienia. Krzyk, zapach krwi, kobiecego ciała, pasty do mebli i rozlanej, owocowej herbaty... Melodia, sącząca się z głośnika. Co to było?
Strawberry Fields, Beatelsów... Ponownie usłyszał słowa:
[center]
It's getting hard to be someone.
But it all works out,
It doesn't matter much to me.[/center]
Złapał się na tym, że świszcze tą melodie cicho, przez zęby i umilkł. Nie chciał, by myśleli, że ich ignoruje. Nie w tej chwili.
Właściwie - pomyślał -
Czym ja się kurwa przejmuję? Oni nawet nie są realni... Wiedział jednak, że ta świadomość nie zmniejszy bólu. Lecz to nie miało znaczenia. Ból był czymś co rozumiał. Ból był przynajmniej prawdziwy.
- Mashy - odezwał się niespodziewanie. - Powiem wam.
Usiadł na sarkofagu, opierając się o ścianę, ręce złożył na kolanach. Czuł się niepewnie, nie mając w nich broni, ale wiedział, że zabawa nożem nie była aktualnie najlepszym pomysłem. Spojrzał przelotnie na twarze zebranych w pokoju... To było tak cholernie dziwne i nierealne... Sama idea rozmowy z nimi wszystkimi na ten temat. Jednak właściwie nie miał wyboru. I wolał mieć to już za sobą.
- Nie sądzę, by cokolwiek z tego co pamiętam, mogło pomóc. Nie kojarzę niczego, co wiązałoby się ze sprawą. Nie wiedziałem nawet o Paulu, zanim Belshatzzar nie wspomniał o tym psie, wallah - zaczął spokojnie. Pomyślał, że jeśli uda mu się utrzymać ten obojętny, zimny ton, to najprawdopodobniej jakoś przez to przebrnie. A oni nie zdołają dostrzec piekła, skrytego za zasłoną.
- Nie wiem jak to jest być człowiekiem. Nie pamiętam, jak to jest żyć. I nigdy nie widziałem słońca... Ocknąłem się na stole operacyjnym. Pamiętam ogień w żyłach i głód. Przemiana. Każdy z was to zna - wzruszył ramionami. - Później było światło. I ból. Sytuacje, których nie rozumiałem. Skalpele, lampy, więcej bólu...
[center]

[/center]
Przerwał na chwilę. Wbił wzrok gdzieś w ścianę, ponad ich głowami. To trochę pomagało. Mógł poczuć się tak, jakby był tutaj sam. Kiedy odezwał się ponownie jego głos był chłodny i beznamiętny. Tak, jakby mówił o czymś, co właściwie nie miało znaczenia. Co przydarzyło się komuś innemu. Gdzieś, kiedyś, w innym czasie i innej przestrzeni.
- Darklake interesowało usuwanie wspomnień, co miało być kluczem do modyfikacji osobowości. Pierwszym obiektem na którym testował swoje pomysły byłem ja. Duża część tego, co mi zrobiono opiera się na fizycznych uszkodzeniach. Nie da się tego zrekonstruować za pomocą Dominacji. Ani innych sztuczek. Interesował go mózg i układ nerwowy. Nie bawił się w stosowanie znieczulenia. Kołek wystarczył. To prawda, że mózg nie czuje bólu. Ale nerwy... - uśmiechnął się zimno. - Wiecie, z nerwami nie jest już tak różowo.
[center]

[/center]
- Kiedy kończył zostawałem sam, w ciemności. W celi. Nie bardzo rozumiałem wtedy o co chodzi, ani dlaczego jest jak jest. Do dziś tego nie wiem. Jedyne co wiem, to to, że współczucie jest tylko słowem, którym lubią posługiwać się ci, którzy nie mają pojęcia o tym, jak wygląda fashkh* rzeczywistość... W każdym razie światło zwykle oznaczało więcej bólu i dalszy ciąg "badań". Darklakea interesowało wiele rzeczy. Na przykład sposób, w jaki się regenerowaliśmy. Miał na tym punkcie obsesję... Ogień, laser, ostrza, kwas... Przeszedłem chyba wszystko co się da wymyślić. W sumie w tamtym czasie najczęściej słyszałem wrzask. Swój własny. Nawet w cień nauczyłem się zmieniać tylko po to by uciec. Przed bólem...
- W jakiś sposób byłem odporny na jego Dominację. Co oczywiście interesowało go, ale też tworzyło problemy - Morderca uśmiechnął się krzywo - No wiecie... Nie słuchałem poleceń. Więc czasami zostawiał mi światło w celi. Przez wiele godzin. W efekcie kilka razy wydrapałem sobie oczy... Paznokciami.
Spojrzał na swoje dłonie po czym poruszył lekko głową, starając się odprężyć mięśnie ramion. Nie chciał by widzieli, jak bardzo jest spięty. Ale wspomnienia powracały teraz, rozdzierając całun czasu. Wszystkie te lata, gdy próbował o tym zapomnieć, zdawały się tylko snem. Cienką warstwą ziemi na zbyt płytkim grobie, z którego wypełzały koszmary przeszłości, szczerząc spróchniałe zęby w obłąkańczym uśmiechu.
- Nienawidziłem go. A jednocześnie podziwiałem. Robił mi rzeczy, które chciałem zrobić jemu. Metnakah.** Rozumiecie? Mógł je robić, podczas gdy ja mogłem tylko wyć z bólu. Neik... Często myślałem o zmianie ról - potrząsnął głową. - Nie wiem, ile to trwało. Mówili mi, że około roku. Wtedy, to było jak wieczność. Wiecie, nie miałem pojęcia o tym, że istnieje jakieś "gdzieś indziej". Że można egzystować inaczej, poza piekłem i że ciało nie jest jedynie pułapką, z której nie umiem uciec. Myślałem, że to normalne... Nikt nie wyjaśnił mi znaczenia słowa litość, więc niespecjalnie litowałem się nad sobą. W sumie nie zastanawiałem się też, dlaczego. Jedyne co pozostawało to cierpienie, nienawiść, chęć zemsty i to przeklęte wrażenie... Że nie możesz nic zrobić. No i Ciemność. Ciemność pozwoliła mi przetrwać. Stać się czymś... Innym. A kiedy to zrobiłem, dużo się zmieniło...Poczułem ją. Wewnątrz. I przestałem się bać - wyszczerzył zęby. - Zacząłem... Często myśleć o tym, co mógłbym mu zrobić... I pozostałym... Do dziś żałuję, że nie zdołałem zrealizować tych wszystkich planów...
- Bo widzicie, mój Klan, Klan Łowców dowiedział się w końcu. Jeden z mych braci zabił Darklakea. Dał nam możliwość wyrwania się... Z której skorzystaliśmy. Pożerając wszystkich tych, którzy byli tam wtedy... I tym razem to ja byłem tym, który rozlewał krew. I słuchał wrzasków i błagania o litość - uśmiech Assamity przestał przypominać cokolwiek ludzkiego, przywodząc na myśl rzeczy, o których zapominamy, budząc się z koszmarnego snu. I które na zawsze powinny pozostać w ciemności...
- Klan dał mi wybór. I dał mi Ścieżkę. Bez niego byłbym nikim. Bestią w ciemności. Wy tego nie zrozumiecie. Nie liczę na to. Nie wiecie, jak to jest, żyć w piekle nie znając nawet swojego imienia, nie mając żadnego wyobrażenia o tym, że istnieje coś innego. Więc kiedy mówicie do mnie o tych wszystkich głupich, próżnych i pustych sprawach, którymi zajmuje się Camarilla. Kiedy plujecie na honor, jedyną rzecz, która oddziela mnie od Bestii... Kiedy mówicie o własnym bólu a nie widzicie bólu innych istot... Usprawiedliwiacie śmierć, która jest w waszym interesie, lecz potępiacie mnie, bo zabijam dla przyjemności... W czym wasze cele są lepsze? Morderstwo zawsze pozostaje morderstwem... Shem et Duat!*** Bo kiedy mówicie o tym... Wiem, po prostu wiem, że nie macie pojęcia o czym tak naprawdę gadacie... Darujcie mi więc na przyszłość, te cholerne kazania. Aire fe mabda'ak**** Ja widziałem prawdę. A prawda jest taka, że nie ma winy, ani przebaczenia. Jest tylko ból, głód i zemsta. Ten, kto może ranić innych ma po prostu więcej szczęścia, niż reszta tego cholernego świata. I nie stoi za tym żadna pieprzona filozofia, ani żadne wartości. Ten świat jest piekłem. Tylko, że tym razem to ja jestem demonem, który pożera dusze tych, co nie mieli farta...
Potrząsnął głową i zamilkł gwałtownie orientując się, że powiedział za dużo. Powoli uświadomił sobie, że jest coś, co przywróciło go do rzeczywistości. Ostry, pulsujący ból w lewej ręce... Spojrzał na swoje dłonie. W prawej ściskał nóź bojowy. Nie pamiętał kiedy go wyjął. Lewa zaciśnięta była na ostrzu, które musiało przeciąć ciało, zatrzymując się na kościach śródręcza. Powoli rozluźnił palce, zdejmując je z klingi. Ciemne krople spłynęły na płytę sarkofagu, naznaczając ją nierównym ściegiem. Assamita spojrzał na nie, a później podniósł dłoń i zlizał kapiącą z niej krew.
[center]

[/center]
Regeneruję to 1 obrażenie, które sam sobie pewnie zadałem (-1) PK.
Assamita stara się ukrywać emocje i mówić spokojnie, ale nie najlepiej mu to wychodzi. W środku przeżywa to wszystko dość mocno, co chwilami sprawia, że traci kontrolę nad swoją maską społeczną.
* arab. Pierdolona
** arab. Skurwiel
*** arab. Idźcie do diabła!
**** arab. Chuj z waszymi zasadami.