Magazyny na Irvin Road, 8 maja 2055
Baron wysłuchał opinii Aniołów bębniąc palcami w metalowy blat stołu, z miną nie wróżącą wiele dobrego, ale też pozbawioną czerwonej barwy wieszczącej rychły wybuch gniewu.
- Gregory i jego ludzie pozwolili nam wiele u siebie zobaczyć - oznajmił po chwili ciszy - To majętna kolonia, a na dodatek kontroluje spore ruiny, z których można wyszabrować mnóstwo towaru. Są samowystarczalni, a nadwyżki chętnie sprzedadzą tym, którym ufają. Kurewski problem w tym, że z rana jeszcze byli gotowi nam na próbę zaufać, a w południe odprawili mnie jak jakiegoś chłystka, bo w mieście zaczęła się cholerna wojna!
- Jeśli opowiemy się po ich stronie, wszystko jeszcze da się uratować - zauważył Tyler, stojący jak zwykle za krzesłem Sutherlanda - Mamy dość ludzi, a przede wszystkim dość broni i amunicji, żeby wykończyć w jednym podejściu tych z zarzecza. Straty będą nieuniknione, ale dochody z późniejszego handlu powinny to z nawiązką skompensować.
Słysząc wzmiankę o stratach pułkownik Fuller skrzywił się nieznacznie, najwidoczniej nie podzielając do końca nonszalanckiego punktu widzenia Tylera.
- Ten człowiek ma rację - odezwał się znienacka hegemon Vasquez, ubiegając chcącego coś powiedzieć barona i wskazując palcem na Wilsona - Rozpierducha w Huntington nie należy do naszych spraw. Ta ekspedycja ma dotrzeć do Lexington, a potem stamtąd wrócić. Im większe straty, tym mniejsze szanse powodzenia. W dupie mam tych gregorianów i ich mutantów zza rzeki. Niech się wyrżną nawzajem. Jak będziemy wracali, sprawdzimy, kto przeżył i wtedy się zdecyduje, czy z nimi handlować czy lepiej dobić resztę i przejąć na własność miasto.
W biurze zapadła dźwięcząca w uszach cisza, przerywana jedynie odgłosami ludzkiej aktywności dobiegającymi z zewnątrz magazynowej hali.
- Jestem za - odezwał się w końcu jeden z niższych rangą najemników Żmii, zerkając z ukosa na Fullera - Załatwmy najpierw Lexington, a potem może tu wrócimy. Nie ma się co pchać na pierwszą linię.
- Nie wiadomo jak ci pieprzeni gregorianie zareagują na naszą zwłokę - potrząsnął głową Tyler - Jak tu wrócimy za dwa, trzy dni, w Huntington mogą już rządzić mutanci.
- W dupie mam, kto tu będzie rządził - powtórzył kąśliwym tonem Vasquez - Baronie, nas interesuje Lexington, czyż nie tak?
Wciąż bębniący palcami w blat stołu Sutherland spojrzał na południowca ponurym wzrokiem, ale wbrew skrytym nadziejom Wilsona nie sięgnął po pistolet w zamiarze zastrzelenia buńczucznego Latynosa.
- Fuller, co masz do powiedzenia? - rzucił oschłym tonem federalistyczny arystokrata.
- Ja wykonuję rozkazy, baronie - dowódca Czarnych Żmii wprawnie wybrnął z pułapki wzruszając przy tym ramionami.
Rozmowa wciąż trwa i cały czas możecie (czyt. powinniście) się w nią angażować forsując własne koncepcje. Generalnie im większa aktywność w dyskusji na dowódczym szczeblu, tym większa szansa, by sobie zaskarbić względy barona (albo mu porządnie podpaść, rzecz jasna).