PBF - Charleston by Night
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993.
Gdy otwierała drzwi nie czuła strachu ani zdenerwowania. Po ostatnim wystąpieniu Goratrixa czuła się w pewien sposób... zdrętwiała. Emocję odpłynęły z niej.. zarówno te dobre jak i te złe. W środku była tylko cisza. Cokolwiek by się miało wydarzyć, działała automatycznie jak dobrze zaprogramowana przez samą siebie latami bywania w środowisku i na salonach. Lekko zdziwiona obecnością samej tylko Furii, bez całej paczki warczących psów Pani szeryf. Nie pokazała jednak tego po sobie nawet najmniejszym drgnięciem powieki. Zaprosiła gościa do środka z pełną wymianą uprzejmości, stosownej do tej okazji. Ciemnofioletowa suknia wampirzycy nie umknęła uwadze Lasombry. Nawet dość zaskoczona musiała sama sobie przyznać, że Furia miała cień gustu w kwestii ubioru. Szybkim spojrzeniem oceniła krój i użyty materiał. Nie było to może coś co sama Viktoria by założyła... ale pasowało do Szeryf.
Wysłuchała spokojnie wypowiedzi gościa... Syn księcia, primogen Ventrue, nie ma odbicia, coś podobnego... fascynujące - pomyślała sama do siebie, próbując ukryć ironiczny uśmiech. Tatuaż, a więc tak to rozwiązali! Ciekawe jakiej techniki użyli. Nie mogła uciec cieniowi próżnej myśli o odzyskaniu swojego odbicia... chociaż na chwilę. Zniknał. Tremerzy... Obraz wykrzywionej w gniewie twarzy Goratrixa mimowolnie stanął jej przed oczami. Wzdrygnęła się.
- Furio, na początku naszej rozmowy, chciałbym zaznaczyć, że jako iż jesteśmy w mojej domenie proszę o nie używanie dyscyplin, szczególnie na członkach koterii. Co do Gavina ... odpowiem krótko. Był poza miastem i nie wiemy jakie cele przywiodły go tu z powrotem. Ani gdzie jest teraz. Co do Richarda i księcia... - westchnęła - Czy mogę Ci zaproponować kieliszek krwi? Jesteś w moim domu, a ja nie chce zaniedbywać moich gości!
Wstała i podeszła do antycznego barku gdzie trzymała fiolki z krwią dla gości. Nie czekając na odpowiedź Szeryf, podała jej kieliszek.
Furia wydawała się wystraszona i przytłumiona. Viktoria wiedziała, że to co zobaczyła, zachwiało jej wizją świata. Miała teraz pewność, że Democritus zaprzągł wiele sił by ukryć swoją prawdziwą tożsamość. Szeryf mogła być cennym źródłem informacji. Trzeba było ją jednak dobrze.. wykorzystać.
- Śmiem twierdzić, że rzeczywiście .. jeśli jest tak jak mówisz, możesz potrzebować schronienia... Za nim przejdziemy do tego etapu... muszę wiedzieć, że książę nie wysłał cię by zdobyć nasze zaufanie i wyciągnąć informację, grając na naszych... emocjach. Czy możesz mi przedstawić jakiś dowód szczerości swoich intencji? Nie mam powodu żeby ci nie wierzyć - rozłożyła ręce w przyjacielskim geście - ale zbyt wielu próbuje nas ostatnio ... zniszczyć... w ten czy inny sposób. Wciąż jednak stoimy - obdarzyła gościa szczerym uśmiechem. Wierzyła w głębi serca Furii. Widziała wyraźnie jej strach. Musiała być jednak pewna.
Gdy otwierała drzwi nie czuła strachu ani zdenerwowania. Po ostatnim wystąpieniu Goratrixa czuła się w pewien sposób... zdrętwiała. Emocję odpłynęły z niej.. zarówno te dobre jak i te złe. W środku była tylko cisza. Cokolwiek by się miało wydarzyć, działała automatycznie jak dobrze zaprogramowana przez samą siebie latami bywania w środowisku i na salonach. Lekko zdziwiona obecnością samej tylko Furii, bez całej paczki warczących psów Pani szeryf. Nie pokazała jednak tego po sobie nawet najmniejszym drgnięciem powieki. Zaprosiła gościa do środka z pełną wymianą uprzejmości, stosownej do tej okazji. Ciemnofioletowa suknia wampirzycy nie umknęła uwadze Lasombry. Nawet dość zaskoczona musiała sama sobie przyznać, że Furia miała cień gustu w kwestii ubioru. Szybkim spojrzeniem oceniła krój i użyty materiał. Nie było to może coś co sama Viktoria by założyła... ale pasowało do Szeryf.
Wysłuchała spokojnie wypowiedzi gościa... Syn księcia, primogen Ventrue, nie ma odbicia, coś podobnego... fascynujące - pomyślała sama do siebie, próbując ukryć ironiczny uśmiech. Tatuaż, a więc tak to rozwiązali! Ciekawe jakiej techniki użyli. Nie mogła uciec cieniowi próżnej myśli o odzyskaniu swojego odbicia... chociaż na chwilę. Zniknał. Tremerzy... Obraz wykrzywionej w gniewie twarzy Goratrixa mimowolnie stanął jej przed oczami. Wzdrygnęła się.
- Furio, na początku naszej rozmowy, chciałbym zaznaczyć, że jako iż jesteśmy w mojej domenie proszę o nie używanie dyscyplin, szczególnie na członkach koterii. Co do Gavina ... odpowiem krótko. Był poza miastem i nie wiemy jakie cele przywiodły go tu z powrotem. Ani gdzie jest teraz. Co do Richarda i księcia... - westchnęła - Czy mogę Ci zaproponować kieliszek krwi? Jesteś w moim domu, a ja nie chce zaniedbywać moich gości!
Wstała i podeszła do antycznego barku gdzie trzymała fiolki z krwią dla gości. Nie czekając na odpowiedź Szeryf, podała jej kieliszek.
Furia wydawała się wystraszona i przytłumiona. Viktoria wiedziała, że to co zobaczyła, zachwiało jej wizją świata. Miała teraz pewność, że Democritus zaprzągł wiele sił by ukryć swoją prawdziwą tożsamość. Szeryf mogła być cennym źródłem informacji. Trzeba było ją jednak dobrze.. wykorzystać.
- Śmiem twierdzić, że rzeczywiście .. jeśli jest tak jak mówisz, możesz potrzebować schronienia... Za nim przejdziemy do tego etapu... muszę wiedzieć, że książę nie wysłał cię by zdobyć nasze zaufanie i wyciągnąć informację, grając na naszych... emocjach. Czy możesz mi przedstawić jakiś dowód szczerości swoich intencji? Nie mam powodu żeby ci nie wierzyć - rozłożyła ręce w przyjacielskim geście - ale zbyt wielu próbuje nas ostatnio ... zniszczyć... w ten czy inny sposób. Wciąż jednak stoimy - obdarzyła gościa szczerym uśmiechem. Wierzyła w głębi serca Furii. Widziała wyraźnie jej strach. Musiała być jednak pewna.
Ostatnio zmieniony 23 maja 2017, 23:58 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993.
Furia sięgnęła po niewielką torebkę i zaczęła ją przeszukiwać. Mimo, iż starała się zachować pozory spokoju, jej ruchy zdradzały tłumione zdenerwowanie. Chwilę później na stole leżały zdjęcia zrobione polaroidem, których widać było zmasakrowanego Richarda leżącego na wielkim łóżku z granatową pościelą. Na dwóch z nich ciało Richarda było półprzezroczyste, a na jednym ledwo widoczne. Pozostałe pokazywały tylko puste łóżko splamione ciemną krwią Primogena.
[center]
[/center]
- Sama je zrobiłam. Tutaj widać na nich tatuaż - szepnęła, stuknąwszy palcem w jedną z fotografii. - Wszystkie moje kryjówki są znane ludziom Democritusa. Lupini szaleją, spragnieni zemsty, co dodatkowo utrudnia przetrwanie każdej nocy, nie mówiąc już o dniu. Połowa moich podwładnych zeszła pod ziemię wczorajszej nocy i nie powróciła. Książę odsunął mnie od najważniejszych informacji, a Rada Primogen jest sparaliżowana. Od Dellona Welsa wiem, że zajęliście się Sidonią. Max Damege zniknął po bitwie pod uniwersytetem. Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby okazało się że przetrzymują go ludzie Justycjariusza. Podobno mają więcej jeńców. O Richardzie już mówiłam. Wild Heart wpadł w szał podczas wczorajszego spotkania z Księciem w Ratuszu i od tego czasu nic o nim nie słyszałam. Lizelotta Viger jest głupią suką, która myśli tylko o sobie. Razem z Ritą Toshev i jej bratem Bradleyem Toshev zniszczyli reputację jedynego faceta jaki miał jaja i wiedział jak utrzymać balans w Chalestone. Mówię o Rustym. Blackwood zdradził swój klan, sprzedając Primogena Nosferatu, który jest aktualnie przetrzymywany w Muzem Sztuki. Ta banda degeneratów zachowuje się jakby nie miała żadnych granic moralnych, ale niewiele mogę z tym zrobić. Democritus mi nie wierzy, bo jak sam powiedział "nawet jeśli to prawda, to w tej chwili jest to nasz najmniejszy problem. Nosfearatu karmili nas kłamstwami przez stulecia i nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że Rusty chce pogrążyć Toraedorów. Oni się po prostu nienawidzą. Poczekamy na kolejne zebranie Rady Primogen i wtedy podejmę decyzję." Trudno mu się dziwić... Sama nie wiem co mam o tym myśleć. Mój kontakt powiedział mi, że wycięli Rustemu język, oczy, ucho, kilka palców, a nawet wyjęli serce. Fanty wystawili na jakiejś aukcji internetowej dostępnej dla innych Toreadorów.
- Arneta Lambert robi wszystko co każe Justycjariusz. Fundacja jest główną noclegownią dla Archontów Karla. Domyślam się, że Książę wie więcej, ale z jakiegoś powodu nie dzieli się ze mną tą wiedzą. Oczywiście to może być rozkaz Karla Schrekta, bo jak dotąd jeszcze go nie spotkałam i nie miałam okazji o to zapytać. Wszystko się... spierdoliło... Rozsypało jak domek z kart... - Furia spojrzała w oczy Victorii, a na jej twarzy malował się strach.
- Wiem, że Schrekt usunął Anarchistów z miasta, a Democritusowi pomaga ktoś z zewnątrz w sprzątaniu domeny. Powiedziałam wystarczająco dużo, byście wiedzieli że nie mam zamiaru was oszukać. Terry - zwróciła się do Malkaviana - Pomożesz mi...? On mnie wzywa... Teraz... - z jej twarzy zniknęły wszystkie emocje. Wyglądała jak posąg wyrzeźbiony w śnieżnobiałym kamieniu, niczym postać zmieniona w głaz przy pomocy legendarnego spojrzenia Meduzy.
Furia sięgnęła po niewielką torebkę i zaczęła ją przeszukiwać. Mimo, iż starała się zachować pozory spokoju, jej ruchy zdradzały tłumione zdenerwowanie. Chwilę później na stole leżały zdjęcia zrobione polaroidem, których widać było zmasakrowanego Richarda leżącego na wielkim łóżku z granatową pościelą. Na dwóch z nich ciało Richarda było półprzezroczyste, a na jednym ledwo widoczne. Pozostałe pokazywały tylko puste łóżko splamione ciemną krwią Primogena.
[center]
[/center]- Sama je zrobiłam. Tutaj widać na nich tatuaż - szepnęła, stuknąwszy palcem w jedną z fotografii. - Wszystkie moje kryjówki są znane ludziom Democritusa. Lupini szaleją, spragnieni zemsty, co dodatkowo utrudnia przetrwanie każdej nocy, nie mówiąc już o dniu. Połowa moich podwładnych zeszła pod ziemię wczorajszej nocy i nie powróciła. Książę odsunął mnie od najważniejszych informacji, a Rada Primogen jest sparaliżowana. Od Dellona Welsa wiem, że zajęliście się Sidonią. Max Damege zniknął po bitwie pod uniwersytetem. Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby okazało się że przetrzymują go ludzie Justycjariusza. Podobno mają więcej jeńców. O Richardzie już mówiłam. Wild Heart wpadł w szał podczas wczorajszego spotkania z Księciem w Ratuszu i od tego czasu nic o nim nie słyszałam. Lizelotta Viger jest głupią suką, która myśli tylko o sobie. Razem z Ritą Toshev i jej bratem Bradleyem Toshev zniszczyli reputację jedynego faceta jaki miał jaja i wiedział jak utrzymać balans w Chalestone. Mówię o Rustym. Blackwood zdradził swój klan, sprzedając Primogena Nosferatu, który jest aktualnie przetrzymywany w Muzem Sztuki. Ta banda degeneratów zachowuje się jakby nie miała żadnych granic moralnych, ale niewiele mogę z tym zrobić. Democritus mi nie wierzy, bo jak sam powiedział "nawet jeśli to prawda, to w tej chwili jest to nasz najmniejszy problem. Nosfearatu karmili nas kłamstwami przez stulecia i nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że Rusty chce pogrążyć Toraedorów. Oni się po prostu nienawidzą. Poczekamy na kolejne zebranie Rady Primogen i wtedy podejmę decyzję." Trudno mu się dziwić... Sama nie wiem co mam o tym myśleć. Mój kontakt powiedział mi, że wycięli Rustemu język, oczy, ucho, kilka palców, a nawet wyjęli serce. Fanty wystawili na jakiejś aukcji internetowej dostępnej dla innych Toreadorów.
- Arneta Lambert robi wszystko co każe Justycjariusz. Fundacja jest główną noclegownią dla Archontów Karla. Domyślam się, że Książę wie więcej, ale z jakiegoś powodu nie dzieli się ze mną tą wiedzą. Oczywiście to może być rozkaz Karla Schrekta, bo jak dotąd jeszcze go nie spotkałam i nie miałam okazji o to zapytać. Wszystko się... spierdoliło... Rozsypało jak domek z kart... - Furia spojrzała w oczy Victorii, a na jej twarzy malował się strach.
- Wiem, że Schrekt usunął Anarchistów z miasta, a Democritusowi pomaga ktoś z zewnątrz w sprzątaniu domeny. Powiedziałam wystarczająco dużo, byście wiedzieli że nie mam zamiaru was oszukać. Terry - zwróciła się do Malkaviana - Pomożesz mi...? On mnie wzywa... Teraz... - z jej twarzy zniknęły wszystkie emocje. Wyglądała jak posąg wyrzeźbiony w śnieżnobiałym kamieniu, niczym postać zmieniona w głaz przy pomocy legendarnego spojrzenia Meduzy.
Furia zamierza za chwilę was upuścić. Coś robicie? Ewentualne wypowiedzi to maksymalnie trzy zdania.
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993.
Terry w pierwszym odruchu nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Wystąpienie Furii nie było w żadnym punkcie takim, jakiego się spodziewał. Wszystkie odpowiedzi, które wcześniej przygotował wraz z Czarną Victorią, układając je w odpowiednich miejscach swojego umysłu, rozsypały się teraz radośnie wokół, zostawiając go jedynie z naręczem niezrozumienia.
Przede wszystkim natłok nowych informacji powodował, że jego oczy rozbiegane po pomieszczeniu nie umiały zatrzymać się w miejscu. Każde kolejne słowo nakreślało coraz bardziej obraz Chaosu jaki trawił Charleston. Do tej pory miał nieprzerwane wrażenie, że to właśnie oni są główną atrakcją przedstawienia, teraz jednak obserwował jak ich wesoła koteria niknie w gąszczu wydarzeń, coraz mniej zwracając uwagę.
- Terry... Pomożesz mi...? On mnie wzywa... Teraz... - głos Furii wyrwał go z zadumy, sprowadzając do brutalnego tu i teraz.
Nie czekał, kiedy jej twarz przybrała barwę śniegu. To właśnie ten kolor planował zetrzeć z jej lica. Wypatrzył skomplikowany wzorzec z lekka prześwitujący spod jej skóry i skupił się na nim. Chwycił go mocno i nie wypuszczał, dopóki nie poczuł jak wiotczeje i zaczyna przelewać mu się przez palce.
Terry w pierwszym odruchu nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Wystąpienie Furii nie było w żadnym punkcie takim, jakiego się spodziewał. Wszystkie odpowiedzi, które wcześniej przygotował wraz z Czarną Victorią, układając je w odpowiednich miejscach swojego umysłu, rozsypały się teraz radośnie wokół, zostawiając go jedynie z naręczem niezrozumienia.
Przede wszystkim natłok nowych informacji powodował, że jego oczy rozbiegane po pomieszczeniu nie umiały zatrzymać się w miejscu. Każde kolejne słowo nakreślało coraz bardziej obraz Chaosu jaki trawił Charleston. Do tej pory miał nieprzerwane wrażenie, że to właśnie oni są główną atrakcją przedstawienia, teraz jednak obserwował jak ich wesoła koteria niknie w gąszczu wydarzeń, coraz mniej zwracając uwagę.
- Terry... Pomożesz mi...? On mnie wzywa... Teraz... - głos Furii wyrwał go z zadumy, sprowadzając do brutalnego tu i teraz.
Nie czekał, kiedy jej twarz przybrała barwę śniegu. To właśnie ten kolor planował zetrzeć z jej lica. Wypatrzył skomplikowany wzorzec z lekka prześwitujący spod jej skóry i skupił się na nim. Chwycił go mocno i nie wypuszczał, dopóki nie poczuł jak wiotczeje i zaczyna przelewać mu się przez palce.
Skupiam się mocno na emocji która chce ją nam zabrać i wygaszam do zera. Jeśli miało by mi nie wyjść, poproszę kogoś o pomoc.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993.
Święta krew... Przeklęta krew, zaczęła płynąc szybciej w żyłach Ojca Terrego pobudzając jego nieżywe od stuleci ciało. Siedział nieruchomo patrząc się w oczy Furii, a w jego sercu, na popiołach martwych wspomnień i zapomnianych opowieści pojawiła się mała iskierka - światło które miało kolor nie znany jeszcze w tym świecie. Poczuł delikatne ukłucie w klatce piersiowej i nagle zdał sobie sprawę, że nie jest sam i nigdy nie był. Ból pomieszał się z ekstazą jaką doznają mnisi w zamkniętych klasztorach, po wielu tygodniach postu i żarliwej modlitwy. Nie pozwolę ci jej zabrać Democritusie - pomyślał, a słowo stało się ciałem.
Dreszcz nadchodzącej ekstazy wypełnił ciało Terrego, poszerzając jego źrenice do granic możliwości. Jego wzrok stał się bardziej przenikliwy, potrafiący przejrzeć każdą iluzję. Żaden kapłan nie byłby w stanie pojąć potęgi Boga, gdyby ten objawił mu się w pełni. Przez chwilę, zdał sobie sprawę, że jego umysł nie jest gotowy na tą inicjację. Na prawdziwą eucharystię z krwi i ciała, które ludzie zakamuflowali pod postacią wina i chleba. Kolejne ziarenko w klepsydrze czasu przesypało się upadając na odwróconą piaszczystą piramidę, uderzając dokładnie w jej wierzchołek.
Zniszcz zaklęcie, pętające twój czas. - odpowiedział niewidzialny i niesłyszalny dla pozostałych w pomieszczeniu męski głos.
Terry odruchowo spojrzał na w stronę skłębionej w kątach pokoju ciemności, obawiając się kolejnej erupcji szaleństwa w wykonaniu Namtara, lecz niczego podejrzanego nie dostrzegł. Cienie zdawały się nieruchome, niemal zwyczajne. Ale jak? - zapytał siebie, a gdy znów ujrzał Furię zobaczył zamiast niej Czarną Madonnę, najświętszą Panienkę w jednej z swych średniowiecznych form.
- Dziękuję za Twoje błogosławieństwo. Ale teraz muszę już iść. Nie lękaj się, teraz jestem pod twoją opieką mój Ojcze - opowiedziała.
- Odpuszczam ci twoje wszystkie grzechy mój Synu. Bierz i jedz Ciało swoje, to jest moja Krew nowego i wiecznego Przymierza, która za ciebie będzie przelana - dodał po chwili głos Boga, którego słyszał tylko Świr.
Wtedy poczuł w ustach smak aksamitnej krwi. W chwili gdy w jego sercu zapłonął boski płomień spalający każdą winę wiernego sługi. Nie widział jej koloru, ale wiedział że jej widok może wprowadzić w obłęd każdego śmiertelnika. Jej siła i potęga wykraczała po za wszelkie bariery. Ciało i krew - pomyślał, a chwilę potem zatopił kły w swojej lewej dłoni.
- Bóg zapłakał nad tobą Ojcze, a ja mogę teraz iść przepełniona twoją siłą - rzuciła zbierają się do wyjścia Czarna Madonna.
- Konsumując siebie, złamiesz klątwę Kaina. Oto moje dziedzictwo i gniew boży zesłany na mych wrogów - głos Najwyższego zawtórował w głowie Terego.
Gdzieś na krańcach świadomości, na zgliszczach człowieczeństwa krzyczała z bólu, ukrzyżowana na krzyżu szaleństwa myśl "kanibalizm jest potępiony, niczym zakazany owoc z Rajskiego Ogrodu." Szkarłat z sinych żył ukrytych pod skórą spłynął do ust mieszając się z ogniem w sercu Malkaviana. "Sztuka auto kanibalizmu jest najwyższą formą oddania i pełnej służby" - powiedział w myślach świadomie Terry sam do siebie, nie zdając sobie sprawy jak ogromną ofiarę zamierzał właśnie złożyć swemu Panu.
Święta krew... Przeklęta krew, zaczęła płynąc szybciej w żyłach Ojca Terrego pobudzając jego nieżywe od stuleci ciało. Siedział nieruchomo patrząc się w oczy Furii, a w jego sercu, na popiołach martwych wspomnień i zapomnianych opowieści pojawiła się mała iskierka - światło które miało kolor nie znany jeszcze w tym świecie. Poczuł delikatne ukłucie w klatce piersiowej i nagle zdał sobie sprawę, że nie jest sam i nigdy nie był. Ból pomieszał się z ekstazą jaką doznają mnisi w zamkniętych klasztorach, po wielu tygodniach postu i żarliwej modlitwy. Nie pozwolę ci jej zabrać Democritusie - pomyślał, a słowo stało się ciałem.
Dreszcz nadchodzącej ekstazy wypełnił ciało Terrego, poszerzając jego źrenice do granic możliwości. Jego wzrok stał się bardziej przenikliwy, potrafiący przejrzeć każdą iluzję. Żaden kapłan nie byłby w stanie pojąć potęgi Boga, gdyby ten objawił mu się w pełni. Przez chwilę, zdał sobie sprawę, że jego umysł nie jest gotowy na tą inicjację. Na prawdziwą eucharystię z krwi i ciała, które ludzie zakamuflowali pod postacią wina i chleba. Kolejne ziarenko w klepsydrze czasu przesypało się upadając na odwróconą piaszczystą piramidę, uderzając dokładnie w jej wierzchołek.
Zniszcz zaklęcie, pętające twój czas. - odpowiedział niewidzialny i niesłyszalny dla pozostałych w pomieszczeniu męski głos.
Terry odruchowo spojrzał na w stronę skłębionej w kątach pokoju ciemności, obawiając się kolejnej erupcji szaleństwa w wykonaniu Namtara, lecz niczego podejrzanego nie dostrzegł. Cienie zdawały się nieruchome, niemal zwyczajne. Ale jak? - zapytał siebie, a gdy znów ujrzał Furię zobaczył zamiast niej Czarną Madonnę, najświętszą Panienkę w jednej z swych średniowiecznych form.
- Dziękuję za Twoje błogosławieństwo. Ale teraz muszę już iść. Nie lękaj się, teraz jestem pod twoją opieką mój Ojcze - opowiedziała.
- Odpuszczam ci twoje wszystkie grzechy mój Synu. Bierz i jedz Ciało swoje, to jest moja Krew nowego i wiecznego Przymierza, która za ciebie będzie przelana - dodał po chwili głos Boga, którego słyszał tylko Świr.
Wtedy poczuł w ustach smak aksamitnej krwi. W chwili gdy w jego sercu zapłonął boski płomień spalający każdą winę wiernego sługi. Nie widział jej koloru, ale wiedział że jej widok może wprowadzić w obłęd każdego śmiertelnika. Jej siła i potęga wykraczała po za wszelkie bariery. Ciało i krew - pomyślał, a chwilę potem zatopił kły w swojej lewej dłoni.
- Bóg zapłakał nad tobą Ojcze, a ja mogę teraz iść przepełniona twoją siłą - rzuciła zbierają się do wyjścia Czarna Madonna.
- Konsumując siebie, złamiesz klątwę Kaina. Oto moje dziedzictwo i gniew boży zesłany na mych wrogów - głos Najwyższego zawtórował w głowie Terego.
Gdzieś na krańcach świadomości, na zgliszczach człowieczeństwa krzyczała z bólu, ukrzyżowana na krzyżu szaleństwa myśl "kanibalizm jest potępiony, niczym zakazany owoc z Rajskiego Ogrodu." Szkarłat z sinych żył ukrytych pod skórą spłynął do ust mieszając się z ogniem w sercu Malkaviana. "Sztuka auto kanibalizmu jest najwyższą formą oddania i pełnej służby" - powiedział w myślach świadomie Terry sam do siebie, nie zdając sobie sprawy jak ogromną ofiarę zamierzał właśnie złożyć swemu Panu.
Dla Namtara i Victorii:
Niczego podejrzanego nie widzicie, ani nie czujecie działania jakiś magicznych sił. Jednak jesteście pewni że Terry użył jakiejś Dyscypliny na Furii. Jej pewność związana z ochroną nie wzięła się przypadkiem. Martwi was jedynie fakt, że Ojczulek wgryzł się w swoją lewą dłoń i pije z niej krew.
Niczego podejrzanego nie widzicie, ani nie czujecie działania jakiś magicznych sił. Jednak jesteście pewni że Terry użył jakiejś Dyscypliny na Furii. Jej pewność związana z ochroną nie wzięła się przypadkiem. Martwi was jedynie fakt, że Ojczulek wgryzł się w swoją lewą dłoń i pije z niej krew.
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
Święta krew. Przeklęta krew. Zbawienna krew. Krew pętająca czas. Oblepiająca podniebienie metaliczną rozkoszą, głęboką tak bardzo, że żadne światło śnie dosięga jego dna. Porwany przez święty taniec autodestrukcji wirował wgryziony w dłoń swego partnera. Tu i teraz odpłynęło zatapiając się w rozproszonym po kątach mroku. Wiedział, że to co właśnie robi jest słuszne i zbawienne. Nie miało znaczenia nic poza poświęceniem na jakie się właśnie decydował. Wyraźnie czuł Obecność Pana, który wspierał jego starania. I Terry wiedział, że czyni słusznie a pan się cieszy, że podołał jego próbie.
Czuł osłabienie, jakie niósł ze sobą jego taniec. Nie zamierzał jednak z powodu takiej błahostki nie podołać Boskiej Próbie. Wciąż czuł na sobie spojrzenie i oddech Najwyższego. Wibracje powietrza wokół delikatnie muskały jego skórę, w jakiś niesamowity sposób potęgując zapach konsumowanej przezeń Vitae. Ten z kolei wdzierał się w jego umysł brutalnie i bezlitośnie, potęgując ekstazę oddania i Świętej Komunii, spożywanej wprost ze źródła. Ten jeden konkretny raz nie krzywdząc niewinnych.
Ta myśl dodała mu otuchy i sił. Zrozumiał, że stoi na progu przełamania klątwy Kaina, i że za chwil parę już udowodni wszystkim zebranym, że nie ma czegoś takiego jak Wieczne potępienie. Poprawił uścisk szczęk na dłoni, kilka szkarłatnych kropel przelało się między palcami i spadło na podłogę. Słychać było jedynie ciche mlaskanie, czasami przerywane delikatnymi cmoknięciami.
Święta krew. Przeklęta krew. Zbawienna krew. Krew pętająca czas. Oblepiająca podniebienie metaliczną rozkoszą, głęboką tak bardzo, że żadne światło śnie dosięga jego dna. Porwany przez święty taniec autodestrukcji wirował wgryziony w dłoń swego partnera. Tu i teraz odpłynęło zatapiając się w rozproszonym po kątach mroku. Wiedział, że to co właśnie robi jest słuszne i zbawienne. Nie miało znaczenia nic poza poświęceniem na jakie się właśnie decydował. Wyraźnie czuł Obecność Pana, który wspierał jego starania. I Terry wiedział, że czyni słusznie a pan się cieszy, że podołał jego próbie.
Czuł osłabienie, jakie niósł ze sobą jego taniec. Nie zamierzał jednak z powodu takiej błahostki nie podołać Boskiej Próbie. Wciąż czuł na sobie spojrzenie i oddech Najwyższego. Wibracje powietrza wokół delikatnie muskały jego skórę, w jakiś niesamowity sposób potęgując zapach konsumowanej przezeń Vitae. Ten z kolei wdzierał się w jego umysł brutalnie i bezlitośnie, potęgując ekstazę oddania i Świętej Komunii, spożywanej wprost ze źródła. Ten jeden konkretny raz nie krzywdząc niewinnych.
Ta myśl dodała mu otuchy i sił. Zrozumiał, że stoi na progu przełamania klątwy Kaina, i że za chwil parę już udowodni wszystkim zebranym, że nie ma czegoś takiego jak Wieczne potępienie. Poprawił uścisk szczęk na dłoni, kilka szkarłatnych kropel przelało się między palcami i spadło na podłogę. Słychać było jedynie ciche mlaskanie, czasami przerywane delikatnymi cmoknięciami.
Terry popadnie w amok i nie wygląda jakby miał przestać. Jest całkowicie oddany swojemu obecnemu działaniu i sprawia wrażenie, jakby zapomniał o Bożym świecie. Nie ma takiej opcji, żeby zareagował na jakiekolwiek słowa czy trącenia. Przyklęknie co najwyżej po chwili, jeśli zacznie brakować mu sił.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 01 lipca 2017, 12:11 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
Lasombra przyjrzała się uważne symbolowi, który był na ciele syna księcia... wydawało jej się.. nie! Była pewna, że jest to symbol demoniczny! Wszystko zaczynało mieć sens. Fakt, że nikt nie rozpoznał ich prawdziwego klanu był sprawka magii wyznawców demonów. No pięknie... pomyślała.
Już otworzyła usta by skomentować znalezisko Furii, gdy twarz kobiety nagle zmieniła wyraz. Bladość zalała jej i tak nieumarłe lico i wkradło się na nie niebyłe przerażenie... które odbiło się także na Viktorii. Nie mogli jej teraz stracić! Democritus! To na pewno on! Zdał sobie sprawę ze zdrady... Nie potrzebował wiele. Musiał nauczyć się jakoś dyscypliny prezencji by ją wezwać...
Nie wiedziała co zrobić w takiej sytuacji. Szczęśliwie Terry wziął sprawy w swoje ręce... a raczej w ręce swojej wiary... Na początku wszystko wydawało się w porządku... Pełen gorliwości Ojczulek widocznie był zajęty wspomaganiem Furii w nieznany wampirzycy sposób. Ufała mu, że wie co robi... jednak gdy Furia, pokrzepiona na duchu wyszła z Domeny, Terry zaczął..Nie.. To się nie dzieje
...
-Terry! - krzyknęła. - Co Ty wyprawiasz!?
Nie było żadnej reakcji.
Podeszła do niego szybkim krokiem i wzięła jego twarz w drżące dłonie by uchwycić jego wzrok... Jego oczy były jednak szczelnie zamknięte. Był całkowicie oddany swojemu szaleństwu.
Spojrzała się intuicyjnie w cienie szukając pomocy u Namtara... Nie, nie mogła pozwolić by Terry znowu usiał przechodzić epizod z kołkiem. Nie chciała go niepotrzebnie krzywdzić... W ostatnich godzinach wycierpiał się już aż nadto. Nie, musiałbyc jakiś sposób, by wyrwać go z szaleństwa kanibalizmu! Przecież to było straszne! Dlaczego sam sobie to robił!
Próbowała złapać jakiś sens ze słów, które czasem bulgotały z jego ust wśród strug krwi zjadanej ręki, jednak nic nie miało sensu.
Musiała czegoś spróbować...
Ujęła jego głowę w silnym uścisku i spróbowała rozszerzyć mu powieki. Musiał się na nią jakoś spojrzeć.
Z trudem udało się jej złapać jego wzrok który mętnie błądził po nieznanych bezdrożach.
- Terry - wypowiedziała jego imię w najsłodszy możliwy sposób. Jej twarz zdawała się być bardzo piękna. Jak twarz dobrego anioła, który niósł dobrą nowinę... chyba zdobyła jego uwagę. Dobrze - pomyślała.
- Kochany - mówiła dalej słodkim głosem. - Już dobrze. Możesz przestać. Nie musisz już pić swojej krwi. Nie jest to więcej potrzebne. Zrób to proszę... dla mnie. - Uśmiechnęła się piękniej od samych cherubinów i archaniołów razem wziętych, których Terry kiedykolwiek widział w swoich wizjach. Jej włosy, choć czarne jak hebany, zdawały się lśnić anielsko i skręcać pięknie, lekko powiewając przy niewidocznym wietrze. Duże, niebieskie jak niebo oczy Lasombry wpatrywały się w Terrego wzrokiem pełnym uroku. Te dwa śliniące jeziora mogły by teraz namówić każdego do czegokolwiek...
Nie była pewna, dlaczego zaczął się zjadać. Starała się więc wypowiadać nieoceniające zdania. Ogólnie. Sprawdzając jego reakcje, obserwując empatyczne wyraz jego twarzy i jej zmiany.
Zdawało się, że jej plan zadziałał...
[center]
[/center]
Lasombra przyjrzała się uważne symbolowi, który był na ciele syna księcia... wydawało jej się.. nie! Była pewna, że jest to symbol demoniczny! Wszystko zaczynało mieć sens. Fakt, że nikt nie rozpoznał ich prawdziwego klanu był sprawka magii wyznawców demonów. No pięknie... pomyślała.
Już otworzyła usta by skomentować znalezisko Furii, gdy twarz kobiety nagle zmieniła wyraz. Bladość zalała jej i tak nieumarłe lico i wkradło się na nie niebyłe przerażenie... które odbiło się także na Viktorii. Nie mogli jej teraz stracić! Democritus! To na pewno on! Zdał sobie sprawę ze zdrady... Nie potrzebował wiele. Musiał nauczyć się jakoś dyscypliny prezencji by ją wezwać...
Nie wiedziała co zrobić w takiej sytuacji. Szczęśliwie Terry wziął sprawy w swoje ręce... a raczej w ręce swojej wiary... Na początku wszystko wydawało się w porządku... Pełen gorliwości Ojczulek widocznie był zajęty wspomaganiem Furii w nieznany wampirzycy sposób. Ufała mu, że wie co robi... jednak gdy Furia, pokrzepiona na duchu wyszła z Domeny, Terry zaczął..Nie.. To się nie dzieje
...
-Terry! - krzyknęła. - Co Ty wyprawiasz!?
Nie było żadnej reakcji.
Podeszła do niego szybkim krokiem i wzięła jego twarz w drżące dłonie by uchwycić jego wzrok... Jego oczy były jednak szczelnie zamknięte. Był całkowicie oddany swojemu szaleństwu.
Spojrzała się intuicyjnie w cienie szukając pomocy u Namtara... Nie, nie mogła pozwolić by Terry znowu usiał przechodzić epizod z kołkiem. Nie chciała go niepotrzebnie krzywdzić... W ostatnich godzinach wycierpiał się już aż nadto. Nie, musiałbyc jakiś sposób, by wyrwać go z szaleństwa kanibalizmu! Przecież to było straszne! Dlaczego sam sobie to robił!
Próbowała złapać jakiś sens ze słów, które czasem bulgotały z jego ust wśród strug krwi zjadanej ręki, jednak nic nie miało sensu.
Musiała czegoś spróbować...
Ujęła jego głowę w silnym uścisku i spróbowała rozszerzyć mu powieki. Musiał się na nią jakoś spojrzeć.
Z trudem udało się jej złapać jego wzrok który mętnie błądził po nieznanych bezdrożach.
- Terry - wypowiedziała jego imię w najsłodszy możliwy sposób. Jej twarz zdawała się być bardzo piękna. Jak twarz dobrego anioła, który niósł dobrą nowinę... chyba zdobyła jego uwagę. Dobrze - pomyślała.
- Kochany - mówiła dalej słodkim głosem. - Już dobrze. Możesz przestać. Nie musisz już pić swojej krwi. Nie jest to więcej potrzebne. Zrób to proszę... dla mnie. - Uśmiechnęła się piękniej od samych cherubinów i archaniołów razem wziętych, których Terry kiedykolwiek widział w swoich wizjach. Jej włosy, choć czarne jak hebany, zdawały się lśnić anielsko i skręcać pięknie, lekko powiewając przy niewidocznym wietrze. Duże, niebieskie jak niebo oczy Lasombry wpatrywały się w Terrego wzrokiem pełnym uroku. Te dwa śliniące jeziora mogły by teraz namówić każdego do czegokolwiek...
Nie była pewna, dlaczego zaczął się zjadać. Starała się więc wypowiadać nieoceniające zdania. Ogólnie. Sprawdzając jego reakcje, obserwując empatyczne wyraz jego twarzy i jej zmiany.
Zdawało się, że jej plan zadziałał...
[center]
[/center]
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 03 lipca 2017, 11:55 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
- Kołek? - zapytał tylko, pojawiając się za plecami Viktorii niczym cień powstający z głębszej jeszcze ciemności.
- Nie, nie sądzę, by to było potrzebne - odpowiedziała Lasombra miękko, nie odwracając się. Nadal pozostawała skupiona na osobie Terrego, starając się utrzymać na sobie jego rozbiegany wzrok.
- Przyjąłem - mruknął Morderca, cofając się pół kroku. Oblizał kły. Obecny w pokoju zapach krwi przenikał jego zmysły karmazynowym dreszczem. - Ale gdybyś zmieniła zdanie...
Nie dokończył. Nie musiał. Obecne w jego głosie oczekiwanie mówiło samo za siebie. Palce musnęły chropowatą powierzchnię skrytego pod kurtką kołka. Ostrożnie cofnął rękę. Ten zapach... Zawsze tak na niego działał... A jednak pamiętał, że to nie krew Malkavianina powinien rozlać tej nocy.
- Jeśli nie jestem potrzebny chciałbym się zając swoim zadaniem - odezwał się, przechodząc w swój zwykły, profesjonalnie beznamiętny tryb komunikacji.
- Kołek? - zapytał tylko, pojawiając się za plecami Viktorii niczym cień powstający z głębszej jeszcze ciemności.
- Nie, nie sądzę, by to było potrzebne - odpowiedziała Lasombra miękko, nie odwracając się. Nadal pozostawała skupiona na osobie Terrego, starając się utrzymać na sobie jego rozbiegany wzrok.
- Przyjąłem - mruknął Morderca, cofając się pół kroku. Oblizał kły. Obecny w pokoju zapach krwi przenikał jego zmysły karmazynowym dreszczem. - Ale gdybyś zmieniła zdanie...
Nie dokończył. Nie musiał. Obecne w jego głosie oczekiwanie mówiło samo za siebie. Palce musnęły chropowatą powierzchnię skrytego pod kurtką kołka. Ostrożnie cofnął rękę. Ten zapach... Zawsze tak na niego działał... A jednak pamiętał, że to nie krew Malkavianina powinien rozlać tej nocy.
- Jeśli nie jestem potrzebny chciałbym się zając swoim zadaniem - odezwał się, przechodząc w swój zwykły, profesjonalnie beznamiętny tryb komunikacji.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
Im dłużej patrzył w oczy Victorii, tym większe spływało na niego zrozumienie, sącząc się eteryczną mgłą z jej świętych oczu. Wcześniej zobaczył raz przebłysk jej prawdziwego spojrzenia, kiedy w myślach nazwał ją Czarną Madonną. Teraz ujrzał w całej okazałości świetlistego wysłannika Pana Niebieskiego, przemyślnie skrytego pod postacią Victorii z klanu LaSombra. Aureola okalająca jej jasną twarz nie pozostawiała wątpliwości co do jej prawdziwego oblicza. Nie bał się już, nie miał wątpliwości. Ufał jej tym bardziej i był tylko z lekka na siebie zły, że nie rozpoznał wcześniej, że ma do czynienia z Aniołem, z niebios zesłanym, aby go prowadził i pokrzepiał w najcięższych chwilach.
A gdzieś w przestrzeni usłyszał głos, z razu cichy, lecz niezaprzeczalnie obecny, gdzieś w czeluściach szaleństwa, lub na jego krańcach. Nie od razu go rozpoznał. Właściwie raczej poczuł, jak oddech na karku. I poznał, że ojciec jego ojców jest z nim, w tym mieście do którego przywiodła go jego wola, a w którym strzec miał jego dziedzictwa.
To nie jest wojna Matuzalemów, a kolejne starcie samych Przedpotopowców i ich armii, zwiastujący nadchodzący czas Gehenny. - usłyszał swój własny głos, odbijający się echem głuchym wewnątrz głowy.
A potem się uśmiechnął. Zrozumienie jakie na niego spłynęło, podniosło nieco jego ramiona i wyprostowało plecy. Pewność siebie i pewnego rodzaju dostojeństwo biło od Malkaviana, gdy z uśmiechem i miłością spoglądał na oblicze Mrocznej Pani.
- Jestem, o Dobra Nowino zesłana przez Pana. Nie lękam się już i dostrzegam prawdę. Wiem o co przybywasz mnie prosić i oczywiście dołożę wszelkich starań, by Twojej Woli stało się zadość. - odezwał się, a jego głos był miękki i delikatny, jednak donośny na tyle, by nikomu z obecnych nie umknęło ani jedno słowo. W jego słowach nie było zwątpienia, a żar z jakim wypowiadał kolejne sylaby mógł z łatwością udzielić się każdemu spośród słuchających.
Porzucił gdzieś żal, jaki miał do Czarnej Victorii za przerwaną komunię, zrozumiał bowiem, że była to część Planu.
Nie bardzo wiedział jeszcze jak zabrać się do realizacji powierzonego mu przez Najwyższego zadania. Zadania ważnego, bowiem wszystko od niego zależało. Zarówno los tak wielu Kainitów obecnych teraz w Charleston, jak i jego samego. Wiedział, jak wielu na nim polega, chociaż sami mogą o tym nie wiedzieć. Nie zamierzał ich zawieść, nie do końca jednak miał pomysł jak się do tego wszystkiego zabrać. Wiedział jedynie, że czasu było coraz mniej.
Im dłużej patrzył w oczy Victorii, tym większe spływało na niego zrozumienie, sącząc się eteryczną mgłą z jej świętych oczu. Wcześniej zobaczył raz przebłysk jej prawdziwego spojrzenia, kiedy w myślach nazwał ją Czarną Madonną. Teraz ujrzał w całej okazałości świetlistego wysłannika Pana Niebieskiego, przemyślnie skrytego pod postacią Victorii z klanu LaSombra. Aureola okalająca jej jasną twarz nie pozostawiała wątpliwości co do jej prawdziwego oblicza. Nie bał się już, nie miał wątpliwości. Ufał jej tym bardziej i był tylko z lekka na siebie zły, że nie rozpoznał wcześniej, że ma do czynienia z Aniołem, z niebios zesłanym, aby go prowadził i pokrzepiał w najcięższych chwilach.
A gdzieś w przestrzeni usłyszał głos, z razu cichy, lecz niezaprzeczalnie obecny, gdzieś w czeluściach szaleństwa, lub na jego krańcach. Nie od razu go rozpoznał. Właściwie raczej poczuł, jak oddech na karku. I poznał, że ojciec jego ojców jest z nim, w tym mieście do którego przywiodła go jego wola, a w którym strzec miał jego dziedzictwa.
To nie jest wojna Matuzalemów, a kolejne starcie samych Przedpotopowców i ich armii, zwiastujący nadchodzący czas Gehenny. - usłyszał swój własny głos, odbijający się echem głuchym wewnątrz głowy.
A potem się uśmiechnął. Zrozumienie jakie na niego spłynęło, podniosło nieco jego ramiona i wyprostowało plecy. Pewność siebie i pewnego rodzaju dostojeństwo biło od Malkaviana, gdy z uśmiechem i miłością spoglądał na oblicze Mrocznej Pani.
- Jestem, o Dobra Nowino zesłana przez Pana. Nie lękam się już i dostrzegam prawdę. Wiem o co przybywasz mnie prosić i oczywiście dołożę wszelkich starań, by Twojej Woli stało się zadość. - odezwał się, a jego głos był miękki i delikatny, jednak donośny na tyle, by nikomu z obecnych nie umknęło ani jedno słowo. W jego słowach nie było zwątpienia, a żar z jakim wypowiadał kolejne sylaby mógł z łatwością udzielić się każdemu spośród słuchających.
Porzucił gdzieś żal, jaki miał do Czarnej Victorii za przerwaną komunię, zrozumiał bowiem, że była to część Planu.
Nie bardzo wiedział jeszcze jak zabrać się do realizacji powierzonego mu przez Najwyższego zadania. Zadania ważnego, bowiem wszystko od niego zależało. Zarówno los tak wielu Kainitów obecnych teraz w Charleston, jak i jego samego. Wiedział, jak wielu na nim polega, chociaż sami mogą o tym nie wiedzieć. Nie zamierzał ich zawieść, nie do końca jednak miał pomysł jak się do tego wszystkiego zabrać. Wiedział jedynie, że czasu było coraz mniej.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
Wiktoria odetchnęła. Terry wrócił do siebie i najwyrazniej wszystko było z nim w porządku. Oczywiście, żar w jego głosie mógłby ją trochę zaniepokoić. Ale zrzuciła to na braki działania dyscypliny. Wydawał się spokojny i w pewien sposób.. radosny. Wiktoria uśięchnęła się dop niego szczeże, pełna ulgi.
- Opowiesz, gdzie byłeś, żeglując w swoich wizjach? - Zapytała. Chciała wiedzieć co się mu przydażyło. Wyglądało to dość niebezpiecznie. Znala także na tyle Terrego, by wiedzieć, że gdy odpływał do Malkaviańskiego świata, często przynosił z niego całkiem mądre słowa... jak na szaleńca...
- Jeśli nie jestem potrzebny chciałbym się zając swoim zadaniem - usłyszała zimny głos ochroniarza. Odwróciła się w jego strone.
- Tak. Idź. - Powiedziała dość powoli, ważąc słowa. - Ufam, że wiesz co i jak uczynić. Tylko uważaj na siebie. - Spojżała Assamicie w oczy - I wróć do nas - dodała po chwili.
Przez chwilę sama czuła uniesienie jak w jakimś objawieni. Jakaś ciepła dobr energia rozchodzą się w mniej od środka. Moc p[rezencji i idąca za nią lekka autosugestja nie przestaje mnie zadziwić - pomyślała w trwodze, zastanawiając się jak długo pozostanie jej wrażenie posiadania świecącej aureoli. Przynajmniej w odczuciu.
Wiktoria odetchnęła. Terry wrócił do siebie i najwyrazniej wszystko było z nim w porządku. Oczywiście, żar w jego głosie mógłby ją trochę zaniepokoić. Ale zrzuciła to na braki działania dyscypliny. Wydawał się spokojny i w pewien sposób.. radosny. Wiktoria uśięchnęła się dop niego szczeże, pełna ulgi.
- Opowiesz, gdzie byłeś, żeglując w swoich wizjach? - Zapytała. Chciała wiedzieć co się mu przydażyło. Wyglądało to dość niebezpiecznie. Znala także na tyle Terrego, by wiedzieć, że gdy odpływał do Malkaviańskiego świata, często przynosił z niego całkiem mądre słowa... jak na szaleńca...
- Jeśli nie jestem potrzebny chciałbym się zając swoim zadaniem - usłyszała zimny głos ochroniarza. Odwróciła się w jego strone.
- Tak. Idź. - Powiedziała dość powoli, ważąc słowa. - Ufam, że wiesz co i jak uczynić. Tylko uważaj na siebie. - Spojżała Assamicie w oczy - I wróć do nas - dodała po chwili.
Przez chwilę sama czuła uniesienie jak w jakimś objawieni. Jakaś ciepła dobr energia rozchodzą się w mniej od środka. Moc p[rezencji i idąca za nią lekka autosugestja nie przestaje mnie zadziwić - pomyślała w trwodze, zastanawiając się jak długo pozostanie jej wrażenie posiadania świecącej aureoli. Przynajmniej w odczuciu.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
- Afham* - odpowiedział po prostu. - Załatwię to szybko. Jako wasz ochroniarz, sugeruję, byście nie opuszczali posesji. W razie zagrożenia schrońcie się w Sanktuarium, usunę problem gdy wrócę. Zwykle nie omijam okazji na dobry posiłek - wyszczerzył zęby. Mimo zwyczajowego chłodu Lasombra potrafiła wychwycić w jego głosie starannie skrywaną ekscytację, która czaiła się gdzieś na dnie słów, zdradzając jak bardzo podniecała go myśl o rozlewie krwi.
Zrobił ruch, jakby miał wyjść, lecz zawahał się na chwilę. Spojrzał ponownie na Terrego i Victorię i odezwał się:
- Jeszcze jedno. Shreckt się nie dowie o tym, co zrobię tej nocy. I nie chcę, by dowiedział się od was. To może sprowadzić problemy. Na was, nie na mnie. Wallah.** Przypilnujcie Szczura. Nayaak ghbar*** paple co mu ślina na język przyniesie. Niech trzyma język za zębami. I nie przejmujcie się. Będę z powrotem nim krew zaschnie na moim ostrzu. Lun aakun mutakhir.****
Biel kłów błysnęła po raz ostatni w półmroku, gdy Morderca odwrócił się, wychodząc szybko na korytarz. Jego oddalające się kroki odbiły się echem w holu. A później usłyszeli jedynie odgłos zamykanych drzwi. Zostali sami. Bez cienia czającego się za plecami w ciemności, bez nieustannej groźby, wyszczerzonych zębów, przypominających o tym, jak cienka linia oddzielała Mordercę od Bestii... I bez ochroniarza, który w razie potrzeby był gotów oddać za nich życie. Zostali sami. W półmroku, pośród niepokojąco pustych cieni...
** arab. - Serio
*** arab. - Pierdolec.
**** arab. - Nie spóźnię się.
- Afham* - odpowiedział po prostu. - Załatwię to szybko. Jako wasz ochroniarz, sugeruję, byście nie opuszczali posesji. W razie zagrożenia schrońcie się w Sanktuarium, usunę problem gdy wrócę. Zwykle nie omijam okazji na dobry posiłek - wyszczerzył zęby. Mimo zwyczajowego chłodu Lasombra potrafiła wychwycić w jego głosie starannie skrywaną ekscytację, która czaiła się gdzieś na dnie słów, zdradzając jak bardzo podniecała go myśl o rozlewie krwi.
Zrobił ruch, jakby miał wyjść, lecz zawahał się na chwilę. Spojrzał ponownie na Terrego i Victorię i odezwał się:
- Jeszcze jedno. Shreckt się nie dowie o tym, co zrobię tej nocy. I nie chcę, by dowiedział się od was. To może sprowadzić problemy. Na was, nie na mnie. Wallah.** Przypilnujcie Szczura. Nayaak ghbar*** paple co mu ślina na język przyniesie. Niech trzyma język za zębami. I nie przejmujcie się. Będę z powrotem nim krew zaschnie na moim ostrzu. Lun aakun mutakhir.****
Biel kłów błysnęła po raz ostatni w półmroku, gdy Morderca odwrócił się, wychodząc szybko na korytarz. Jego oddalające się kroki odbiły się echem w holu. A później usłyszeli jedynie odgłos zamykanych drzwi. Zostali sami. Bez cienia czającego się za plecami w ciemności, bez nieustannej groźby, wyszczerzonych zębów, przypominających o tym, jak cienka linia oddzielała Mordercę od Bestii... I bez ochroniarza, który w razie potrzeby był gotów oddać za nich życie. Zostali sami. W półmroku, pośród niepokojąco pustych cieni...
Biorę motor i udaję się pod wskazany adres. Jeśli da się to zrobić szybko to uzupełniam krew po drodze. Uważam, by nikt mnie nie śledził i staram się streszczać. Gdy dojadę na miejsce, zaparkuję kawałek dalej i zrobię zwiad w formie cienia.
* arab. - Rozumiem.** arab. - Serio
*** arab. - Pierdolec.
**** arab. - Nie spóźnię się.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Brookdale Charleston Gardens, Dom Starców, kryjówka Karla 12.08.1993
Assamita pożywił się po drodze uzupełniając zapasy życiodajnej vitae. Spieszył się, a jednocześnie nie chciał zwracać na siebie zbyt wielkiej uwagi. Zatrzymał się niedaleko adresu podanego przez Goratrixa, a następnie ukrył motor. Resztę drogi pokonał jako cień, sunąc po świeżo zroszonych trawnikach, aż dotarł do celu. Był nim dom starości w Charleston.
Światło lamp nie pozwalało mu na zbliżenie się do głównej drogi i chodników, ale tym się nie przejmował. Tylko główne wejście było dodatkowo oświetlone, a prawy i lewy sektor całego kompleksu spowijał całkowity mroku. Dom starości, dobrze. Będą tu mieli porządny system wentylacji - pomyślał, a następnie zaczął szukać bezpiecznego wejścia do środka.
Miał rację. Budynek został postawiony najdalej kilka lat temu, a sieć korytarzy wentylacyjnych pozwalała na poruszanie się bez żadnych przeszkód po całej nieruchomości. Tej nocy zobaczył wielu starców, śpiących lub próbujących zasnąć oglądając mrugający ekran TV. Nie przejmował się nimi. Szukał tego psa, który sprowadził na siebie zemstę jego Klanu. Zdawał sobie sprawę, że gdzieś tutaj może znajdować się Justycjariusz z klanu Tremere, dlatego był potrójnie ostrożny. Miał w pamięci ich pierwsze spotkanie. Chciał pozostać niezauważony jak na profesjonalistę przystało.
W końcu dotarł do miejsca, gdzie pokoje były puste, jakby nieużywane. Czysta, idealnie złożona pościel. Brak zdjęć, kwiatów i innych drobiazgów zbieranych przez seniorów. Przeczuwał, że Paul gdzieś tutaj jest. W pewnej chwili usłyszał głos. Przypomniał sobie... To był głos Paula. Śmierć cię odnalazła, przeklęty psie! - przemknęło mu przez głowę.
Zbliżył się bardzo ostrożnie na koniec szybu wentylacyjnego i rzucił okiem do środka. W pokoju znajdowały się cztery osoby. Mała lampka z abażurem koloru czerwonego oświetlała niewielkie pomieszczenie. W jej blasku wykładzina z szarego miękkiego materiału i zielone ściany wydawały się o wiele ciemniejsze. Cała scena wyglądała jakby wszyscy na coś czekali. Paul leżał przypięty pasami do wygodnego łóżka i mamrotał ściszonym głosem, chaotycznie słowa które nie miały żadnego sensu. Tuż nad nim stała kobieta o krótkich fioletowych włosach i szczupłej budowie ciała. Ubrana w luźną bluzkę odsłaniającą dekolt i czerwoną spódnicę, zdejmowała z dłoni gumowe rękawiczki. Na stoliku obok leżała walizka z strzykawkami, igłami i dziwnymi ampułkami. W rogu pokoju, między dwoma oknami siedział na fotelu dużych rozmiarów facet po czterdziestce, w czarnej koszulce z białym napisem "Go Fuck yoursefl, or die". Miał zadbaną brodę i długie czarne włosy. Dłubał wojskowym nożem w miejscu przy kolanie, wycinając znany tylko sobie wzór. Trzeci facet stał przy drzwiach. Miał na sobie idealnie dopasowany biały garnitur, białe rękawiczki i świetnie wypastowane odbijające światło buty. Jego zaczesane do tyłu mokre blond włosy opadały lekko na kołnierz marynarki. Trzymał ręce w kieszeni bawiąc się jakimś drobiazgiem w dłoni. Namtar przypomniał sobie, że widział ich wcześniej. Razem z Karlem walczyli przeciwko Anarchistom pod uniwersytetem.
Pogrążony w Czarnym Obłędzie Paul charczał wypluwając z siebie słowa:
- Buty... Buty... Zabierz ją... To... Przyrzeknij, przyrzeknij... Hrrr... Hrrr...
- Nic z tego nie będzie. Bełkocze tak ponad trzy godziny - powiedział zniecierpliwiony brodacz siedzący w rogu pokoju.
- Mam wrażenie, że to robota kogoś z mojego klanu. Ale w jakim celu ktoś chciałby go tak urządzić? To nawet trochę nie jest zabawne - kobieta nachyliła się przyglądając się mlecznym oczom Paula.
- Jeżeli to robota Świrów to trzeba zapytać Primogena tego zadupia. Podobno wolni strzelcy od testamentu wiedzą gdzie ona jest...
- Za wcześnie. Coś jest mocno nie tak... Czuję to... - kontynuowała Malkavianka.
- Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... - wycharczał wstrząsany konwulsjami Paul.
- Magdalenne, ucisz go. Ktoś idzie... - odpowiedział facet stojący pod drzwiami.
Brodacz poderwał się z fotela przesuwając się z szybkością błyskawicy na drugi koniec pokoju. Po chwili dwóch mężczyzn pilnował drzwi, podczas gdy kobieta trzymała rękę na czole bełkoczącego Paula. Kilkanaście sekund później w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Brodacz dał znak blondynowi ręką, po czym delikatnie otworzył drzwi.
- Czegoś potrzeba? - zapytał rosły facet.
- Alastor Izotz. Z polecenia Hardestadta przejmuję świadka... Powiedz temu za drzwiami by się odsunął - powiedział głos zza drzwi.
Wielki facet złożył nóż i schował do kieszeni, po czym otworzył drzwi. Do pokoju wszedł wytatuowany Anarchista Robin.
[center]
[/center]
Spotkali go w domu Red'a. Był razem z innymi Anarchistami, a teraz stał na środku pokoju i zaczął swoje krótkie przemówienie:
- Nie utrudniajcie mojego śledztwa. Robicie dla Karla, ale sprawa którą się zajmuję tyczy się tego Czarodzieja. Jako Archonci macie współpracować, więc zwalniam was z ochrony świadka. Zapewne przydacie się Karlowi, więc żegnam - mówił pewnie i spokojnie.
- Udowodnij - odezwał się blondyn.
Alastor pokazał dziwny tatuaż na ręce. Nikt się nie odezwał. Doskonale wiedzieli co to oznacza i jakie konsekwencje spotkają ich w przypadku braku współpracy. Kobieta spakowała torbę lekarską, po czym cała trójka pospiesznie wyszła z pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Izotz podszedł powoli do mamroczącego Paula:
- Paul... Myślisz, że schowasz się przede mną za fasadą szaleństwa. Myślałeś, że oszukasz mnie i wzbudzisz litość, bo uznam że naprawdę ci odjebało? Karl ci nie pomoże, bo w końcu zostaliśmy sami... - Brujah mówił tonem zimnym niczym lód.
[center]***[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
Victoria i Terry zostali sami. Chwilę po wyjściu Namtara do pokoju weszła Claire razem z Lucasem:
- Jak dobrze cię widzieć pani - powiedziała, po czym upadła na kolana płacząc ze szczęścia. Lucas natychmiast ruszył na pomoc, podnosząc kobietę i sadzając na sofie.
Assamita pożywił się po drodze uzupełniając zapasy życiodajnej vitae. Spieszył się, a jednocześnie nie chciał zwracać na siebie zbyt wielkiej uwagi. Zatrzymał się niedaleko adresu podanego przez Goratrixa, a następnie ukrył motor. Resztę drogi pokonał jako cień, sunąc po świeżo zroszonych trawnikach, aż dotarł do celu. Był nim dom starości w Charleston.
Światło lamp nie pozwalało mu na zbliżenie się do głównej drogi i chodników, ale tym się nie przejmował. Tylko główne wejście było dodatkowo oświetlone, a prawy i lewy sektor całego kompleksu spowijał całkowity mroku. Dom starości, dobrze. Będą tu mieli porządny system wentylacji - pomyślał, a następnie zaczął szukać bezpiecznego wejścia do środka.
Miał rację. Budynek został postawiony najdalej kilka lat temu, a sieć korytarzy wentylacyjnych pozwalała na poruszanie się bez żadnych przeszkód po całej nieruchomości. Tej nocy zobaczył wielu starców, śpiących lub próbujących zasnąć oglądając mrugający ekran TV. Nie przejmował się nimi. Szukał tego psa, który sprowadził na siebie zemstę jego Klanu. Zdawał sobie sprawę, że gdzieś tutaj może znajdować się Justycjariusz z klanu Tremere, dlatego był potrójnie ostrożny. Miał w pamięci ich pierwsze spotkanie. Chciał pozostać niezauważony jak na profesjonalistę przystało.
W końcu dotarł do miejsca, gdzie pokoje były puste, jakby nieużywane. Czysta, idealnie złożona pościel. Brak zdjęć, kwiatów i innych drobiazgów zbieranych przez seniorów. Przeczuwał, że Paul gdzieś tutaj jest. W pewnej chwili usłyszał głos. Przypomniał sobie... To był głos Paula. Śmierć cię odnalazła, przeklęty psie! - przemknęło mu przez głowę.
Zbliżył się bardzo ostrożnie na koniec szybu wentylacyjnego i rzucił okiem do środka. W pokoju znajdowały się cztery osoby. Mała lampka z abażurem koloru czerwonego oświetlała niewielkie pomieszczenie. W jej blasku wykładzina z szarego miękkiego materiału i zielone ściany wydawały się o wiele ciemniejsze. Cała scena wyglądała jakby wszyscy na coś czekali. Paul leżał przypięty pasami do wygodnego łóżka i mamrotał ściszonym głosem, chaotycznie słowa które nie miały żadnego sensu. Tuż nad nim stała kobieta o krótkich fioletowych włosach i szczupłej budowie ciała. Ubrana w luźną bluzkę odsłaniającą dekolt i czerwoną spódnicę, zdejmowała z dłoni gumowe rękawiczki. Na stoliku obok leżała walizka z strzykawkami, igłami i dziwnymi ampułkami. W rogu pokoju, między dwoma oknami siedział na fotelu dużych rozmiarów facet po czterdziestce, w czarnej koszulce z białym napisem "Go Fuck yoursefl, or die". Miał zadbaną brodę i długie czarne włosy. Dłubał wojskowym nożem w miejscu przy kolanie, wycinając znany tylko sobie wzór. Trzeci facet stał przy drzwiach. Miał na sobie idealnie dopasowany biały garnitur, białe rękawiczki i świetnie wypastowane odbijające światło buty. Jego zaczesane do tyłu mokre blond włosy opadały lekko na kołnierz marynarki. Trzymał ręce w kieszeni bawiąc się jakimś drobiazgiem w dłoni. Namtar przypomniał sobie, że widział ich wcześniej. Razem z Karlem walczyli przeciwko Anarchistom pod uniwersytetem.
Pogrążony w Czarnym Obłędzie Paul charczał wypluwając z siebie słowa:
- Buty... Buty... Zabierz ją... To... Przyrzeknij, przyrzeknij... Hrrr... Hrrr...
- Nic z tego nie będzie. Bełkocze tak ponad trzy godziny - powiedział zniecierpliwiony brodacz siedzący w rogu pokoju.
- Mam wrażenie, że to robota kogoś z mojego klanu. Ale w jakim celu ktoś chciałby go tak urządzić? To nawet trochę nie jest zabawne - kobieta nachyliła się przyglądając się mlecznym oczom Paula.
- Jeżeli to robota Świrów to trzeba zapytać Primogena tego zadupia. Podobno wolni strzelcy od testamentu wiedzą gdzie ona jest...
- Za wcześnie. Coś jest mocno nie tak... Czuję to... - kontynuowała Malkavianka.
- Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... Darklake... Izotz... - wycharczał wstrząsany konwulsjami Paul.
- Magdalenne, ucisz go. Ktoś idzie... - odpowiedział facet stojący pod drzwiami.
Brodacz poderwał się z fotela przesuwając się z szybkością błyskawicy na drugi koniec pokoju. Po chwili dwóch mężczyzn pilnował drzwi, podczas gdy kobieta trzymała rękę na czole bełkoczącego Paula. Kilkanaście sekund później w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Brodacz dał znak blondynowi ręką, po czym delikatnie otworzył drzwi.
- Czegoś potrzeba? - zapytał rosły facet.
- Alastor Izotz. Z polecenia Hardestadta przejmuję świadka... Powiedz temu za drzwiami by się odsunął - powiedział głos zza drzwi.
Wielki facet złożył nóż i schował do kieszeni, po czym otworzył drzwi. Do pokoju wszedł wytatuowany Anarchista Robin.
[center]
[/center]Spotkali go w domu Red'a. Był razem z innymi Anarchistami, a teraz stał na środku pokoju i zaczął swoje krótkie przemówienie:
- Nie utrudniajcie mojego śledztwa. Robicie dla Karla, ale sprawa którą się zajmuję tyczy się tego Czarodzieja. Jako Archonci macie współpracować, więc zwalniam was z ochrony świadka. Zapewne przydacie się Karlowi, więc żegnam - mówił pewnie i spokojnie.
- Udowodnij - odezwał się blondyn.
Alastor pokazał dziwny tatuaż na ręce. Nikt się nie odezwał. Doskonale wiedzieli co to oznacza i jakie konsekwencje spotkają ich w przypadku braku współpracy. Kobieta spakowała torbę lekarską, po czym cała trójka pospiesznie wyszła z pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Izotz podszedł powoli do mamroczącego Paula:
- Paul... Myślisz, że schowasz się przede mną za fasadą szaleństwa. Myślałeś, że oszukasz mnie i wzbudzisz litość, bo uznam że naprawdę ci odjebało? Karl ci nie pomoże, bo w końcu zostaliśmy sami... - Brujah mówił tonem zimnym niczym lód.
[center]***[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993
Victoria i Terry zostali sami. Chwilę po wyjściu Namtara do pokoju weszła Claire razem z Lucasem:
- Jak dobrze cię widzieć pani - powiedziała, po czym upadła na kolana płacząc ze szczęścia. Lucas natychmiast ruszył na pomoc, podnosząc kobietę i sadzając na sofie.
Horacy i Bernard skończyli operację w Sanktuarium i mogą dołączyć do ekipy na dole.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993.
Nastało sześćdziesiąt osiem sekund niezręcznej ciszy. Być może Horacy trawił hipotezy jakie przedstawił mu Bernard, a być może wciąż mógł znajdować się pod wpływem szoku. Pacjent ubierał sie pośpiesznie, co Brujah odczytywał jako oznakę całkowicie niezrozumiałego dla lekarza wstydu. Przez ten czas zaczął niespeszony ciszą z pietyzmem czyścił swój fartuch. Przerwał jednak tę czynność trawiony niepokojem o stan zdrowia Nosferatu. Podszedł do Szczura i grzecznie poprosił:
- Pokaż oczy Horacy. Hmmmm. Źrenice w normie tak jak i stan ogólny, ale bechawioryka budząca zastrzeżenia. - powiedział oschle, dodając po chwili: - Mimo wszystko stwierdzam, że nie jesteś w stanie pooperacyjnego szoku.
Zostawił Nosferatu i wrócił do pedantycznego, wykonywanego niemal rytualnymi ruchami czyszczenia. Cisza nie przeszkadzała Brujahowi. W zasadzie lubił ją. Czasem rozmowy przynosiły więcej szkody niż pożytku, choć najczęściej były nieodzowne. Bernard potrafił sobie wyobrazić pietrzące się trudności, gdyby na ten przykład musiał zdiagnozować pacjenta bez wcześniej przeprowadzonego wywiadu. Nie miał oczywiście w myślach podręcznikowych przypadków, tylko casusy choćby medycyny estetycznej czy neurologii. Teraz jednak wolał ciszę.
Zmęczył mnie zabieg, napewno jednak Pocałunek Lachesis był lepszym rozwiązaniem niźli tradycjny zabieg neurochirurgiczny. Zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu i mimo wszystko energii. To było też interesujące doświadczenie empiryczne. Zauważ jak jesteś podekscytowany po użyciu dyscypliny. To porównywalne z dożylnym podaniem trzech mikrogramów dopaminy i fenyloamfetaminy zdrowemu osiemdziesięciotrzy kilogramowemu mężczyźnie. Zdumiewające.
Bernard skupił się na fartuchu. Bał się, że jego niewątpliwa ekscytacja jaką czył w duchu, może się fizycznie udzielić, dowodząc braku profesjonalizmu lub infantylnego zachowania, nieprzystającego szanującemu się Brujah. Przebrał się szybko, chrząknął znacząco do Horacego i stwierdził:
- Spodziewałem się, że zgodnie z moją sugestią, koteria dołaczy do nas w Sanktuarium, gdzie dysponujemy dziesięciokrotnie większym zapasem czasu. Na zewnątrz minęło już osiemnaście minut i czterdzieści pięć sekund. Według moich kalkulacji wysłannicy Księcia powinni już opuscić posiadłość, ale upewnijmy się...
- Pulhu Imelu, czy koteria została już sama?
- Tak. - odpowiedział krótko duch.
- Zatem nie pozostaje nic innego jak dołączyć do nich na górze. - uprzejmie wskazał szczurowi wrota Sanktuarium.
Nastało sześćdziesiąt osiem sekund niezręcznej ciszy. Być może Horacy trawił hipotezy jakie przedstawił mu Bernard, a być może wciąż mógł znajdować się pod wpływem szoku. Pacjent ubierał sie pośpiesznie, co Brujah odczytywał jako oznakę całkowicie niezrozumiałego dla lekarza wstydu. Przez ten czas zaczął niespeszony ciszą z pietyzmem czyścił swój fartuch. Przerwał jednak tę czynność trawiony niepokojem o stan zdrowia Nosferatu. Podszedł do Szczura i grzecznie poprosił:
- Pokaż oczy Horacy. Hmmmm. Źrenice w normie tak jak i stan ogólny, ale bechawioryka budząca zastrzeżenia. - powiedział oschle, dodając po chwili: - Mimo wszystko stwierdzam, że nie jesteś w stanie pooperacyjnego szoku.
Zostawił Nosferatu i wrócił do pedantycznego, wykonywanego niemal rytualnymi ruchami czyszczenia. Cisza nie przeszkadzała Brujahowi. W zasadzie lubił ją. Czasem rozmowy przynosiły więcej szkody niż pożytku, choć najczęściej były nieodzowne. Bernard potrafił sobie wyobrazić pietrzące się trudności, gdyby na ten przykład musiał zdiagnozować pacjenta bez wcześniej przeprowadzonego wywiadu. Nie miał oczywiście w myślach podręcznikowych przypadków, tylko casusy choćby medycyny estetycznej czy neurologii. Teraz jednak wolał ciszę.
Zmęczył mnie zabieg, napewno jednak Pocałunek Lachesis był lepszym rozwiązaniem niźli tradycjny zabieg neurochirurgiczny. Zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu i mimo wszystko energii. To było też interesujące doświadczenie empiryczne. Zauważ jak jesteś podekscytowany po użyciu dyscypliny. To porównywalne z dożylnym podaniem trzech mikrogramów dopaminy i fenyloamfetaminy zdrowemu osiemdziesięciotrzy kilogramowemu mężczyźnie. Zdumiewające.
Bernard skupił się na fartuchu. Bał się, że jego niewątpliwa ekscytacja jaką czył w duchu, może się fizycznie udzielić, dowodząc braku profesjonalizmu lub infantylnego zachowania, nieprzystającego szanującemu się Brujah. Przebrał się szybko, chrząknął znacząco do Horacego i stwierdził:
- Spodziewałem się, że zgodnie z moją sugestią, koteria dołaczy do nas w Sanktuarium, gdzie dysponujemy dziesięciokrotnie większym zapasem czasu. Na zewnątrz minęło już osiemnaście minut i czterdzieści pięć sekund. Według moich kalkulacji wysłannicy Księcia powinni już opuscić posiadłość, ale upewnijmy się...
- Pulhu Imelu, czy koteria została już sama?
- Tak. - odpowiedział krótko duch.
- Zatem nie pozostaje nic innego jak dołączyć do nich na górze. - uprzejmie wskazał szczurowi wrota Sanktuarium.
Charleston WV Brookdale Charleston Gardens, Dom Starców, kryjówka Karla 12.08.1993
Strzęp żywego mroku spłynął na ziemię za plecami Alastora, przemykając po ścianie pomieszczenia, znajdując schronienie się wśród innych cieni. Krew Czarodzieja była tak blisko... Niemal czuł jej zapach... Ten mężczyzna tuta... Izotz z klanu Brujah, czy jak to tam szło... Neik, imiona nie miały znaczenia... W każdym razie, wracając do tematu, ten bękart Khayyna nie mógł go powstrzymać i jego obecność nie znaczyła wiele dla Wybrańca, który wypełniał Wolę Haqima, święte dzieło zemsty, do którego wykonania został przygotowany, niczym ostrze wykute w mroku poprzez wolę i czerń. Poprzez Czerń i Wolę... Krew czarodzieja wzywała go. Wiedział, że nie pozwoli, by Niewierny sięgnął po to, co należało się synowi Skorpiona. Tak, krew wzywała go. I czuł, że wszystko, o co modlił się kiedykolwiek było blisko, tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki...
- On jest mój - powiedziała Ciemność, przyjmując postać Mordercy. - Ja jestem jego śmiercią.
Izotz zmrużył oczy i spojrzał na stojącego u wezgłowia łóżka Namtara. Nie cofnął się jednak.
- My się już spotkaliśmy... Czy nie powinieneś ochraniać powierników testamentu?
- Nie. Wykonuję wolę Klanu. Jestem narzędziem Zemsty. Zamierzasz stanąć mi na drodze? - Łowca mówił spokojnie, niemal przyjaźnie, nie kryjąc nuty lekkiego zainteresowania, która jednocześnie zdawała się dziwnie bezosobowa. Jakby nie mówił tego sam, jakby przemawiało coś innego, co było poza nim, a przecież także i w nim. Para martwych oczu obserwowała reakcje tego drugiego, spoza ciemnych szkieł okularów przeciwsłonecznych.
- Paul jest mój. Chcesz go wykupić? - zapytał powoli Alastor, najwyraźniej rozważając sytuację.
- W takim razie będziemy walczyć - zwyczajnie stwierdził Assamita. Jego ręka opadła na rękojeść khanjar, obejmując ją czule i nieubłaganie, niczym kochanek, dążący do zjednoczenia, lub męczennik pragnący wbić ostrze we własną pierś.
Jebana banda ćpunów i złodziei - przemknęło przez głowę Brujaha - Ukradli krew mojego Ojca i potrafią mówić tylko o piciu vitae. Pieprzone szakale ukrywające swój głód za maską honoru. A ten tutaj jest przykładem ich barbarzyńskiego, aroganckiego sposobu myślenia. Wydaje mu się, że może wejść w swych arabskich butach do każdego domu, bo tak mu powiedzieli jego Starsi. Nic się nie zmienili - zakończył przemyślenia, nie dając Assamicie żadnego powodu do ataku.
- Szybko przechodzisz od słów do czynów. Niech będzie... Paul jest twój, ale... to będzie mieć konsekwencje. Jak dowiem się, że ty lub ktokolwiek z koterii chlapnie cokolwiek na mój temat, to klan Brujah zetrze was na proch. Rozumiemy się Zabójco?
Twarz Assamity była doskonale nieruchoma, niczym grobowa maska:
- Nie dbam o politykę Niewiernych, ani o wasze ścieżki. Liczy się dla mnie zemsta i krew. Zachowam milczenie, jeśli ty je zachowasz. Ale nie próbuj mi grozić Kafir, bo to ja jestem strachem.
Brujah nawet nie drgnął. Jego spokojne i pełne powagi spojrzenie pokazywało, że niespecjalnie się przejął rewelacjami wygłoszonymi właśnie przez Namtara.
Strachem? To widzę... Jak na robotę Lasombrytów przystało, masz być psychopatycznym mordercą. Oni lubią tworzyć tego rodzaju koszmary. Potwór na łańcuchu... Jebany degenerat, gorszy od Lupinów. Ci przynajmniej są zwierzętami, a ten tutaj... Psychol z nożem gadający w kółko o ciemności i krwi. Jeśli mu powiem, że jest jak typowy Sabatnik, rzuci się na mnie bez mrugnięcia okiem - rozmyślał, patrząc na Namtara.
- Jak na żołnierza przystało nie interesują cię polityczne przyczyny rozkazów. I tutaj się różnimy, bo ty jesteś tylko szeregowym, a ja myślę nieco szerzej. Co się tak napaliłeś na Paula? Co on zrobił?
- To nie ma nic wspólnego z waszą polityką. Ten plugawy pies brał udział w eksperymentach Darklakea - szepnęła ciemność ustami Mordercy - Zbezcześcił krew mojego Klanu. Dlatego to właśnie ja zostałem wysłany, by posłać jego duszę w mrok. To powinno ci wystarczyć, Kafir. Więcej nie musisz wiedzieć.
A więc oprócz kontraktów wykonują dodatkowe zadania. Szalony bydlak. Jest tak zaślepiony przez ideologię swych Starszych, że nie widzi prostego faktu... To co właśnie robi to czyta polityka, której się przed chwilą wyparł. Pieprzeni hipokryci, opętani żądzą upicia się krwią innych członków Rodziny - pomyślał Alastor, nie dając poznać po sobie targających nim emocji:
- A więc Paul jest podwójnym głupcem, bo naraził się dwóm klanom. Z uwagi na czasy w których współpracowaliśmy razem, pozwolę ci go zabić. To wychodzi wam najlepiej - odpowiedział spokojnie.
Bo w tym jesteście dobrzy... I tylko w tym. Cała reszta was przekracza, a ten tutaj wydaje się być typowym pisklęciem przeistoczonym w współczesnych czasach - pomyślał, kontynuując wypowiedź:
- Powiedziałeś właśnie bardzo ciekawą rzecz, a tak się składa że pracując dla Camarilli, trafiłem na informację o tym eksperymencie. Podzielę się nią z tobą jak tylko dopilnujesz, by do czasu rozwiązania zagadki śmierci Red'a, nikt z twoich podopiecznych nic na mój temat nie gadał. Nie zamierzam cię oszukać, bo nie jestem tak głupi jak Paul. Znam twój klan lepiej niż przypuszczasz. Na zachętę dodam, że w Charleston jest ktoś, kto miał z tym coś wspólnego. I ma się całkiem dobrze. To uczciwa oferta i szczerze mówiąc, popieram twoją zemstę. Też mam do wyrównania trochę rachunków. Jak to mówią oko za oko... Co ty na to? - pytanie zawisło w powietrzu.
Jego aura mówi o nim wszystko czego teraz potrzebuję. Zobaczymy czy ten pijak, chwyci po darmową butelkę whisky, którą mu podsunąłem. Nie mogę dopuścić do sytuacji, w której Starsi w Charleston dowiedzą się o mojej dezercji - pomyślał.
- Tak. To dobra oferta. Zrobię tyle, ile będę w stanie. Zresztą, ja też mam informację, którą możesz uznać za interesującą - lekkie skrzywienie ust Mordercy najwyraźniej było imitacją uśmiechu.
- Daj mi wskazówkę, bym nie dowiedział się czegoś co już wiem.
- Nie wiesz tego, to stało się nim tu wszedłeś - Łowca przekrzywił lekko głowę, spoglądając na Alastora niczym murena obliczająca tor ataku. - Ten pies, Paul, mówił twoje imię. Wielokrotnie. Przy ludziach Shreckta. Na pewno to skojarzyli. To tyle. Sam oceń ile warta jest ta informacja.
- To zrozumiałe. Paul symuluje swój stan - wzruszył ramionami Brujah.
- Nie, nie masz racji... - Morderca roześmiał się cicho. - Ciemność porwała jego iskrę, rozbiła lustra. Nie znajdziesz w niej tego, którego szukasz... I tak, też tego żałuję. Chciałbym spojrzeć mu w oczy, gdy będę spijał jego duszę. Ale widać los chciał inaczej. Mektub. Nie ma sensu walczyć z przeznaczeniem.
Kurwa, ma rację... Ci pieprzeni Lasombryci dolali za dużo swojej krwi do tego dziwacznego blodline'u. Nie chcę nawet wiedzieć, co on ma we łbie... - pomyślał Izotz z niesmakiem, obserwując postać Łowcy. Odezwał się jednak w te słowa:
- Trudno nie przyznać ci racji... Ale wiem, że Paul potrafił szeptać słowa które pozwoliły mu wyjść cało z opresji nawet gdy był w letargu. To przebiegły Tremere, wyuczył nasze przyjście. To nic nowego dla mnie.
- W takim razie żałuję, że nie mam więcej czasu. Może zdołałby odnaleźć drogę. Z ciemności w głębszą jeszcze ciemność - wydawało się, iż ta myśl nieco rozbawiła Łowcę. - Ale moje potrzeby nie mają znaczenia. Jestem tu by wykonać wyrok. Zrobić to, co ma być uczynione.
- Miejscowy Sabat maczał w tym swe macki. Szukaj odpowiedzi na południu od Charleson. Smacznego - powiedział Alastor, po czym wyszedł, pospiesznie zamykając za sobą drzwi przy użyciu Akceleracji...
Strzęp żywego mroku spłynął na ziemię za plecami Alastora, przemykając po ścianie pomieszczenia, znajdując schronienie się wśród innych cieni. Krew Czarodzieja była tak blisko... Niemal czuł jej zapach... Ten mężczyzna tuta... Izotz z klanu Brujah, czy jak to tam szło... Neik, imiona nie miały znaczenia... W każdym razie, wracając do tematu, ten bękart Khayyna nie mógł go powstrzymać i jego obecność nie znaczyła wiele dla Wybrańca, który wypełniał Wolę Haqima, święte dzieło zemsty, do którego wykonania został przygotowany, niczym ostrze wykute w mroku poprzez wolę i czerń. Poprzez Czerń i Wolę... Krew czarodzieja wzywała go. Wiedział, że nie pozwoli, by Niewierny sięgnął po to, co należało się synowi Skorpiona. Tak, krew wzywała go. I czuł, że wszystko, o co modlił się kiedykolwiek było blisko, tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki...
- On jest mój - powiedziała Ciemność, przyjmując postać Mordercy. - Ja jestem jego śmiercią.
Izotz zmrużył oczy i spojrzał na stojącego u wezgłowia łóżka Namtara. Nie cofnął się jednak.
- My się już spotkaliśmy... Czy nie powinieneś ochraniać powierników testamentu?
- Nie. Wykonuję wolę Klanu. Jestem narzędziem Zemsty. Zamierzasz stanąć mi na drodze? - Łowca mówił spokojnie, niemal przyjaźnie, nie kryjąc nuty lekkiego zainteresowania, która jednocześnie zdawała się dziwnie bezosobowa. Jakby nie mówił tego sam, jakby przemawiało coś innego, co było poza nim, a przecież także i w nim. Para martwych oczu obserwowała reakcje tego drugiego, spoza ciemnych szkieł okularów przeciwsłonecznych.
- Paul jest mój. Chcesz go wykupić? - zapytał powoli Alastor, najwyraźniej rozważając sytuację.
- W takim razie będziemy walczyć - zwyczajnie stwierdził Assamita. Jego ręka opadła na rękojeść khanjar, obejmując ją czule i nieubłaganie, niczym kochanek, dążący do zjednoczenia, lub męczennik pragnący wbić ostrze we własną pierś.
Jebana banda ćpunów i złodziei - przemknęło przez głowę Brujaha - Ukradli krew mojego Ojca i potrafią mówić tylko o piciu vitae. Pieprzone szakale ukrywające swój głód za maską honoru. A ten tutaj jest przykładem ich barbarzyńskiego, aroganckiego sposobu myślenia. Wydaje mu się, że może wejść w swych arabskich butach do każdego domu, bo tak mu powiedzieli jego Starsi. Nic się nie zmienili - zakończył przemyślenia, nie dając Assamicie żadnego powodu do ataku.
- Szybko przechodzisz od słów do czynów. Niech będzie... Paul jest twój, ale... to będzie mieć konsekwencje. Jak dowiem się, że ty lub ktokolwiek z koterii chlapnie cokolwiek na mój temat, to klan Brujah zetrze was na proch. Rozumiemy się Zabójco?
Twarz Assamity była doskonale nieruchoma, niczym grobowa maska:
- Nie dbam o politykę Niewiernych, ani o wasze ścieżki. Liczy się dla mnie zemsta i krew. Zachowam milczenie, jeśli ty je zachowasz. Ale nie próbuj mi grozić Kafir, bo to ja jestem strachem.
Brujah nawet nie drgnął. Jego spokojne i pełne powagi spojrzenie pokazywało, że niespecjalnie się przejął rewelacjami wygłoszonymi właśnie przez Namtara.
Strachem? To widzę... Jak na robotę Lasombrytów przystało, masz być psychopatycznym mordercą. Oni lubią tworzyć tego rodzaju koszmary. Potwór na łańcuchu... Jebany degenerat, gorszy od Lupinów. Ci przynajmniej są zwierzętami, a ten tutaj... Psychol z nożem gadający w kółko o ciemności i krwi. Jeśli mu powiem, że jest jak typowy Sabatnik, rzuci się na mnie bez mrugnięcia okiem - rozmyślał, patrząc na Namtara.
- Jak na żołnierza przystało nie interesują cię polityczne przyczyny rozkazów. I tutaj się różnimy, bo ty jesteś tylko szeregowym, a ja myślę nieco szerzej. Co się tak napaliłeś na Paula? Co on zrobił?
- To nie ma nic wspólnego z waszą polityką. Ten plugawy pies brał udział w eksperymentach Darklakea - szepnęła ciemność ustami Mordercy - Zbezcześcił krew mojego Klanu. Dlatego to właśnie ja zostałem wysłany, by posłać jego duszę w mrok. To powinno ci wystarczyć, Kafir. Więcej nie musisz wiedzieć.
A więc oprócz kontraktów wykonują dodatkowe zadania. Szalony bydlak. Jest tak zaślepiony przez ideologię swych Starszych, że nie widzi prostego faktu... To co właśnie robi to czyta polityka, której się przed chwilą wyparł. Pieprzeni hipokryci, opętani żądzą upicia się krwią innych członków Rodziny - pomyślał Alastor, nie dając poznać po sobie targających nim emocji:
- A więc Paul jest podwójnym głupcem, bo naraził się dwóm klanom. Z uwagi na czasy w których współpracowaliśmy razem, pozwolę ci go zabić. To wychodzi wam najlepiej - odpowiedział spokojnie.
Bo w tym jesteście dobrzy... I tylko w tym. Cała reszta was przekracza, a ten tutaj wydaje się być typowym pisklęciem przeistoczonym w współczesnych czasach - pomyślał, kontynuując wypowiedź:
- Powiedziałeś właśnie bardzo ciekawą rzecz, a tak się składa że pracując dla Camarilli, trafiłem na informację o tym eksperymencie. Podzielę się nią z tobą jak tylko dopilnujesz, by do czasu rozwiązania zagadki śmierci Red'a, nikt z twoich podopiecznych nic na mój temat nie gadał. Nie zamierzam cię oszukać, bo nie jestem tak głupi jak Paul. Znam twój klan lepiej niż przypuszczasz. Na zachętę dodam, że w Charleston jest ktoś, kto miał z tym coś wspólnego. I ma się całkiem dobrze. To uczciwa oferta i szczerze mówiąc, popieram twoją zemstę. Też mam do wyrównania trochę rachunków. Jak to mówią oko za oko... Co ty na to? - pytanie zawisło w powietrzu.
Jego aura mówi o nim wszystko czego teraz potrzebuję. Zobaczymy czy ten pijak, chwyci po darmową butelkę whisky, którą mu podsunąłem. Nie mogę dopuścić do sytuacji, w której Starsi w Charleston dowiedzą się o mojej dezercji - pomyślał.
- Tak. To dobra oferta. Zrobię tyle, ile będę w stanie. Zresztą, ja też mam informację, którą możesz uznać za interesującą - lekkie skrzywienie ust Mordercy najwyraźniej było imitacją uśmiechu.
- Daj mi wskazówkę, bym nie dowiedział się czegoś co już wiem.
- Nie wiesz tego, to stało się nim tu wszedłeś - Łowca przekrzywił lekko głowę, spoglądając na Alastora niczym murena obliczająca tor ataku. - Ten pies, Paul, mówił twoje imię. Wielokrotnie. Przy ludziach Shreckta. Na pewno to skojarzyli. To tyle. Sam oceń ile warta jest ta informacja.
- To zrozumiałe. Paul symuluje swój stan - wzruszył ramionami Brujah.
- Nie, nie masz racji... - Morderca roześmiał się cicho. - Ciemność porwała jego iskrę, rozbiła lustra. Nie znajdziesz w niej tego, którego szukasz... I tak, też tego żałuję. Chciałbym spojrzeć mu w oczy, gdy będę spijał jego duszę. Ale widać los chciał inaczej. Mektub. Nie ma sensu walczyć z przeznaczeniem.
Kurwa, ma rację... Ci pieprzeni Lasombryci dolali za dużo swojej krwi do tego dziwacznego blodline'u. Nie chcę nawet wiedzieć, co on ma we łbie... - pomyślał Izotz z niesmakiem, obserwując postać Łowcy. Odezwał się jednak w te słowa:
- Trudno nie przyznać ci racji... Ale wiem, że Paul potrafił szeptać słowa które pozwoliły mu wyjść cało z opresji nawet gdy był w letargu. To przebiegły Tremere, wyuczył nasze przyjście. To nic nowego dla mnie.
- W takim razie żałuję, że nie mam więcej czasu. Może zdołałby odnaleźć drogę. Z ciemności w głębszą jeszcze ciemność - wydawało się, iż ta myśl nieco rozbawiła Łowcę. - Ale moje potrzeby nie mają znaczenia. Jestem tu by wykonać wyrok. Zrobić to, co ma być uczynione.
- Miejscowy Sabat maczał w tym swe macki. Szukaj odpowiedzi na południu od Charleson. Smacznego - powiedział Alastor, po czym wyszedł, pospiesznie zamykając za sobą drzwi przy użyciu Akceleracji...
Post pisany wraz z naszym M.G.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993.
Ciche kroki Assamity oddalały sie na korytarzu. Zostali sami. Jedynym kompanem była teraz cisza. Viktoria poczuła dziwną mieszanke emocji. Przez chwile mieli spokój. Nie musiała się przejmować, że różnice miedzy nimi, a tym popieprzonym arabem znowu wzbudzą jakieś niesnaski. Powodowało to uczucie ulgi. Ale za chwilę i strachu. Byli sami... Każdy mógł ich teraz dopaść, a oni nie mieli zbyt wiele, by się bronić. Oczywiście umieli na swój sposób. Mieli też strażnika w domenie. Ale miała swiadomość, że ich wrogowie.. no cóż...
Już miała przemówić do Terrego, gdy ciszę przerwał spazmatyczny szloch Cleo, wraz z niesamowitym rumorem, gdy ta padła przed swą panią na kolana, zwalając wszystko co było na stoliku nie opodal. Chwiała się jakdyby wypiła conajmniej pół barku w jadalni.
- Jak dobrze cię widzieć, pani !
Viktoria odetchnęła z ulgą, widząc swojego Ghula przy zdrowych zmysłach. Miała nadzieje, że była teraz w stanie wyjaśnić swój stan i obecność obrazu, kóry przywiozła.Oczywiście wspołczuła jej i napewno cokolwiek przezyła wpłynęło na jej stan emocjonalny... ale ich misja była .. wżniejsza. Poza tym daltego wybrała Cleo. Był twarda.
- Dobrze cie widzeć znowu w pełni sił. Jak się czujesz? - starała się mówić miłym ciepłym głosem, który przejawiałby toskę. Czy potrzebujesz mojej krwi? - zapytała łagodnie. Ważne było by Cleo poczuła się bezpieczna. Uspokoiła emocje. Zaczęła logicznie myśleć. To było im teraz potrzebne.
Gdy szlochająca Cleo z wybitnie nieodpowiednim image ghula Lasobry pośpiesznie potaknęła głową, Viktoria dała jej się napić z nadgarstka. Dziewczyna wyraźnie uspokoiła się. Spazmy rzucały nią o wile żadziej i wydawało się, że dochodiz do siebie.
- Czy możesz mi teraz powiedizeć co się stąło w Baltimoore? - spytała Lasombra. Jej głos brzmiał słodko i łagodnie, zachęcając ghula do rozmowy.
Ciche kroki Assamity oddalały sie na korytarzu. Zostali sami. Jedynym kompanem była teraz cisza. Viktoria poczuła dziwną mieszanke emocji. Przez chwile mieli spokój. Nie musiała się przejmować, że różnice miedzy nimi, a tym popieprzonym arabem znowu wzbudzą jakieś niesnaski. Powodowało to uczucie ulgi. Ale za chwilę i strachu. Byli sami... Każdy mógł ich teraz dopaść, a oni nie mieli zbyt wiele, by się bronić. Oczywiście umieli na swój sposób. Mieli też strażnika w domenie. Ale miała swiadomość, że ich wrogowie.. no cóż...
Już miała przemówić do Terrego, gdy ciszę przerwał spazmatyczny szloch Cleo, wraz z niesamowitym rumorem, gdy ta padła przed swą panią na kolana, zwalając wszystko co było na stoliku nie opodal. Chwiała się jakdyby wypiła conajmniej pół barku w jadalni.
- Jak dobrze cię widzieć, pani !
Viktoria odetchnęła z ulgą, widząc swojego Ghula przy zdrowych zmysłach. Miała nadzieje, że była teraz w stanie wyjaśnić swój stan i obecność obrazu, kóry przywiozła.Oczywiście wspołczuła jej i napewno cokolwiek przezyła wpłynęło na jej stan emocjonalny... ale ich misja była .. wżniejsza. Poza tym daltego wybrała Cleo. Był twarda.
- Dobrze cie widzeć znowu w pełni sił. Jak się czujesz? - starała się mówić miłym ciepłym głosem, który przejawiałby toskę. Czy potrzebujesz mojej krwi? - zapytała łagodnie. Ważne było by Cleo poczuła się bezpieczna. Uspokoiła emocje. Zaczęła logicznie myśleć. To było im teraz potrzebne.
Gdy szlochająca Cleo z wybitnie nieodpowiednim image ghula Lasobry pośpiesznie potaknęła głową, Viktoria dała jej się napić z nadgarstka. Dziewczyna wyraźnie uspokoiła się. Spazmy rzucały nią o wile żadziej i wydawało się, że dochodiz do siebie.
- Czy możesz mi teraz powiedizeć co się stąło w Baltimoore? - spytała Lasombra. Jej głos brzmiał słodko i łagodnie, zachęcając ghula do rozmowy.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 12.08.1993.
- ...Nie potrafię ustalić na tę chwilę jakie znaczenie mogłoby mieć odciągnięcie koterii od Camarilli i zbliżenie z Sabatem, ale możliwe, że taki może być cel Goratrixa.
Na samo wspomnienie imienia tego piekielnika dreszcz przebiegł po ciele Horacego. W jakiś niezrozumiały sposób czarownik zostawił w sercu Szczura jakby zimną igłę, która kuła boleśnie na samo wspomnienie. Horacy postarał się jednak by nie było to widoczne. Z raczej miernym skutkiem. Przez chwilę szamotał się z ubraniem czując krępująca nagość. Zawsze tak się czuł kiedy nie używał Maski Tysiąca Twarzy. Z drugiej strony czasem tak jak teraz, miewał kaprys stworzenia Maski bardziej wyszukanej i póki jej nie odnalazł zwlekał i wahał się. Artystyczna dusza wymagała od niego znacznie więcej starań niż to czym zwykle zadowalali się jego klanowi ziomkowie.
Nagle szelest. Subtelny. Coś jakby wiatr szemrający miedzy nagrobkami w pełnię nocy. Niezupełnie był to podmuch, raczej wiatr grozy. Niósł słowa które Pulhu Imel zaczął cicho mu szeptać do włochatego szpiczastego ucha. Jedno z nich drgnęło jakby nagle zaczęło żyć własnym życiem. Prawdopodobnie był to efekt wysoko rozwiniętej Nadwrażliwości. Stosujący ją od dziesiątek lat Horacy już nie był już zresztą sam pewien czy bay nie było na odwrót. Nie miało to znaczenia, chłonął wszystko co mówił do niego duch z trudem nawiązując kontakt z rzeczywistością w koło.
- Pokaż oczy Horacy....
Mechanicznie wykonał polecenie wsłuchując się bardziej w szeptane do ucha słowa. Strażnik Sanktuarium właśnie powtarzał mu wszystko co się działo na spotkaniu z Furią. Słowo po słowie, niczego nie pominął. Tak jak poprosił go Horacy jeszcze przed wejściem do sanktuarium. Czas płynął aż przekaz się skończył.
- Zatem nie pozostaje nic innego jak dołączyć do nich na górze. - BJ uprzejmie wskazał szczurowi wrota Sanktuarium.
Horac zamrugał oczami zaskoczony.
- Że jak? Przepraszam ale się coś niecoś wyłączyłem na moment. Czy powiedziałeś żeby wyjść na zewnątrz? Na pewno nie. Przecież to jasne jak księżyc, że ta suka celowo wywabiła Namtara. No chyba że ja stałem się jakimś paranoikiem przez te ostatnie zajścia ale udziel mi rady czy źle kalkuluję... Zapewne grywasz w te całe szachy, powiedz zatem co się robi z figurą której już nic innego nie kryje? Bije się czy zostawia by swobodnie działała dalej. Moim zdaniem odsłonięto nas, oni nie powinni być tam teraz na dole. To zbyteczne ryzyko. Może nie sanktuarium nie jest najbezpieczniejszym miejscem ale pod wieloma względami jest lepsze niż to tam. Rób co chcesz potomku Wisdoma ale ja się stad nie ruszam póki psychol nie wróci albo póki nie upewnię się że jego prochy rozwiał wiatr.
Horacy obrócił się na pięcie zwracając do Ducha.
- Szlachetny Strażniku tego miejsca przekaż proszę cię uprzejmie pozostałym poza sanktuarium członkom koterii by niezwłocznie i jak najszybciej przybyli do sanktuarium. A jak będą oponować to... to powiedz, że urządzamy globalny akt kanibalizmu, że się będziemy czesać wspólnie przed lustrem albo że pobawimy się razem słoikami grając "w butelkę". Nie wiem, wymyśl coś proszę by zachęcić bądź zmusić ich do niezwłocznego przyjścia. - Eksplodował poirytowany Horacy. I zaraz poczuł tę dziwną pustkę kiedy gwałtownie wyemituje się na zewnątrz wszelkie złe emocje. To go nieco uspokoiło. Przelanie lęków. Jednak chwilę później znów powróciło uczucie upokarzającej nagości do której nie był przyzwyczajony. Cóż kwestia Maski powróciła lecz nie dzisiaj zupełnie nie miał weny po temu.
- ...Nie potrafię ustalić na tę chwilę jakie znaczenie mogłoby mieć odciągnięcie koterii od Camarilli i zbliżenie z Sabatem, ale możliwe, że taki może być cel Goratrixa.
Na samo wspomnienie imienia tego piekielnika dreszcz przebiegł po ciele Horacego. W jakiś niezrozumiały sposób czarownik zostawił w sercu Szczura jakby zimną igłę, która kuła boleśnie na samo wspomnienie. Horacy postarał się jednak by nie było to widoczne. Z raczej miernym skutkiem. Przez chwilę szamotał się z ubraniem czując krępująca nagość. Zawsze tak się czuł kiedy nie używał Maski Tysiąca Twarzy. Z drugiej strony czasem tak jak teraz, miewał kaprys stworzenia Maski bardziej wyszukanej i póki jej nie odnalazł zwlekał i wahał się. Artystyczna dusza wymagała od niego znacznie więcej starań niż to czym zwykle zadowalali się jego klanowi ziomkowie.
Nagle szelest. Subtelny. Coś jakby wiatr szemrający miedzy nagrobkami w pełnię nocy. Niezupełnie był to podmuch, raczej wiatr grozy. Niósł słowa które Pulhu Imel zaczął cicho mu szeptać do włochatego szpiczastego ucha. Jedno z nich drgnęło jakby nagle zaczęło żyć własnym życiem. Prawdopodobnie był to efekt wysoko rozwiniętej Nadwrażliwości. Stosujący ją od dziesiątek lat Horacy już nie był już zresztą sam pewien czy bay nie było na odwrót. Nie miało to znaczenia, chłonął wszystko co mówił do niego duch z trudem nawiązując kontakt z rzeczywistością w koło.
- Pokaż oczy Horacy....
Mechanicznie wykonał polecenie wsłuchując się bardziej w szeptane do ucha słowa. Strażnik Sanktuarium właśnie powtarzał mu wszystko co się działo na spotkaniu z Furią. Słowo po słowie, niczego nie pominął. Tak jak poprosił go Horacy jeszcze przed wejściem do sanktuarium. Czas płynął aż przekaz się skończył.
- Zatem nie pozostaje nic innego jak dołączyć do nich na górze. - BJ uprzejmie wskazał szczurowi wrota Sanktuarium.
Horac zamrugał oczami zaskoczony.
- Że jak? Przepraszam ale się coś niecoś wyłączyłem na moment. Czy powiedziałeś żeby wyjść na zewnątrz? Na pewno nie. Przecież to jasne jak księżyc, że ta suka celowo wywabiła Namtara. No chyba że ja stałem się jakimś paranoikiem przez te ostatnie zajścia ale udziel mi rady czy źle kalkuluję... Zapewne grywasz w te całe szachy, powiedz zatem co się robi z figurą której już nic innego nie kryje? Bije się czy zostawia by swobodnie działała dalej. Moim zdaniem odsłonięto nas, oni nie powinni być tam teraz na dole. To zbyteczne ryzyko. Może nie sanktuarium nie jest najbezpieczniejszym miejscem ale pod wieloma względami jest lepsze niż to tam. Rób co chcesz potomku Wisdoma ale ja się stad nie ruszam póki psychol nie wróci albo póki nie upewnię się że jego prochy rozwiał wiatr.
Horacy obrócił się na pięcie zwracając do Ducha.
- Szlachetny Strażniku tego miejsca przekaż proszę cię uprzejmie pozostałym poza sanktuarium członkom koterii by niezwłocznie i jak najszybciej przybyli do sanktuarium. A jak będą oponować to... to powiedz, że urządzamy globalny akt kanibalizmu, że się będziemy czesać wspólnie przed lustrem albo że pobawimy się razem słoikami grając "w butelkę". Nie wiem, wymyśl coś proszę by zachęcić bądź zmusić ich do niezwłocznego przyjścia. - Eksplodował poirytowany Horacy. I zaraz poczuł tę dziwną pustkę kiedy gwałtownie wyemituje się na zewnątrz wszelkie złe emocje. To go nieco uspokoiło. Przelanie lęków. Jednak chwilę później znów powróciło uczucie upokarzającej nagości do której nie był przyzwyczajony. Cóż kwestia Maski powróciła lecz nie dzisiaj zupełnie nie miał weny po temu.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein