: 10 sierpnia 2017, 15:57
Charleston WV Brookdale Charleston Gardens, Dom Starców, kryjówka Karla 12.08.1993
Drzwi trzasnęły o framugę oznajmiając początek ostatniego aktu w teatrze agonii. Stojąca na szafce lampka zamigotała i zgasła, kryjąc scenę nadchodzącej śmierci w całkowitej niemal ciemności. Morderca powolnym ruchem zdjął okulary przeciwsłoneczne i schował jedno kieszeni kurtki. Nie spiesząc się jedną ręką ujął nieprzytomnego Czarodzieja pod brodę, przyglądając mu się w zamyśleniu.
- Żałuję, że nie jesteś tu ze mną. Mógłbyś w pełni docenić to, co mam dla ciebie - szepnął.
Powieki Tremera zatrzepotały nagle, niczym spłoszone ćmy, a z jego ust dobiegł cichy jęk.
- Tak - szepnął Łowca wpatrując się z uwagą w twarz ofiary. Głód płonący w jego oczach stał się namacalny, niemal widoczny jako czarne, gorączkowe lśnienie nie mające nic współnego z jasnością dnia. - Mumu Salamu nisme me!* Tiamatu, wysłuchaj mych modłów, uwolnij duszę tego psa i pozwól jej powrócić, by mogła zakosztować Zemsty Skorpiona! Kima Parsi Labiruti!**
Tremere krzyknłą zduszonym głosem, a jego oczy rozwarły się nagle szeroko. Spłoszone spojrzenie Czarodzieja zatonęło w czerni, na próżno starając się rozpoznać jakikolwiek znany kształt. Chude palce zacisnęły się na pościeli niczym ptasie szpony.
- Apo Panthos Kakodaimonos!*** Poprzez Hermesa Trismegistosa! - zarzęził. - Zlituj się! Nie chciałem! Nie miałem wyboru! Zmusili mnie... On mnie zmusił! To jego chcesz zabić!
- Lubię słuchać twego skamlenia - odpowiedziała ciemność. - Szkoda, że nie mam więcej czasu. Chętnie spędziłbym tu cała noc patrząc jak dławisz się krwią i swoimi kłamstwami... - błysk w mroku aż nadto przypominał biel wyszczerzonych kłów.
- Krew! Chcesz krwi, prawda?! - niemal zaszlochał Tremere. - Dam ci krwi. Mam dużo krwi. Potężnej, starej krwi, przysięgam! Powiem ci gdzie ona jest, powiem ci wszystko co wiem, tylko proszę, zlituj się. Jeśli to kwestia ceny, to zapłacę więcej... Znam tajemnice klanu o jakich ci się nie śniło...
- Nie, to nie jest kwestia ceny - stwierdził spokojnie Morderca, pochylając się nad łóżkiem.
Jego dotknięcie nabrało nagle siły stali, z łatwością odchylając głowę Paula i wciskając ją głębiej w poduszkę.
- Pro... Proszę... - próbował wyrzęzić Czarodziej - Ja... Bła...
- Los był dla ciebie łaskawy, psie - głos mordercy był zimny, niczym stal. - Więc nie żebraj o więcej. Podziękuj mu za to, że będzie to trwało tak krótko. Ja sam miałem inne plany wobec ciebie...
Kły bez oporu przebiły skórę na jego gardle, otwierając arterie. A później...
Czerwień. Rzeka czerwieni. Emocje wirują w niej niczym liście, porwane przez rwący nurt. Strach, nadzieja, dezorientacja... Głębiej, ach, głębiej... Obrazy przeszłości rozkwitają przez chwilę w mroku pod powiekami i gasną. Tym razem na zawsze. Wspomnienia, zachowane w każdej kropli krwi, niczym owady zastygłe w bryle bursztynu... Kobiecy śpiew... Tętent kopyt... Słodycz oczekiwania. List trzymany w dłoni... Pełnia księżyca nad dachami wielkiego miasta... Płomień świec tańczący na wietrze... Słowa łacińskiej inkantacji, a może to greka...? Zapach starego papieru i woń kadzidła... Tak, wszędzie woń kadzidła... W jego sinych kłębach ginie krzyk konającej duszy, a wspomnienia rozsypują się niczym paciorki z zerwanego naszyjnika... Lecz on, który jest Ciemnością, zbiera je z troską, z uporem, z cierpliwością wysłannika Śmierci, którym jest i którym staje się poprzez to misterium. Szkarłatne i czarne misterium Amarantu...
Otworzył oczy. Był sam. Cienie na ścianie przesunęły się jedynie o kilka milimetrów, informując go, że czas, który został mu dany dobiegł końca.
- Dokonało się. - powiedział tylko. I uśmiechnął się.
A później zanurzył się w noc, cień, pośród wielu cieni...
** Sumer - Uczyń zgodnie z starożytnym rytuałem.
*** Grec. Odejdź zły duchu!
Drzwi trzasnęły o framugę oznajmiając początek ostatniego aktu w teatrze agonii. Stojąca na szafce lampka zamigotała i zgasła, kryjąc scenę nadchodzącej śmierci w całkowitej niemal ciemności. Morderca powolnym ruchem zdjął okulary przeciwsłoneczne i schował jedno kieszeni kurtki. Nie spiesząc się jedną ręką ujął nieprzytomnego Czarodzieja pod brodę, przyglądając mu się w zamyśleniu.
- Żałuję, że nie jesteś tu ze mną. Mógłbyś w pełni docenić to, co mam dla ciebie - szepnął.
Powieki Tremera zatrzepotały nagle, niczym spłoszone ćmy, a z jego ust dobiegł cichy jęk.
- Tak - szepnął Łowca wpatrując się z uwagą w twarz ofiary. Głód płonący w jego oczach stał się namacalny, niemal widoczny jako czarne, gorączkowe lśnienie nie mające nic współnego z jasnością dnia. - Mumu Salamu nisme me!* Tiamatu, wysłuchaj mych modłów, uwolnij duszę tego psa i pozwól jej powrócić, by mogła zakosztować Zemsty Skorpiona! Kima Parsi Labiruti!**
Tremere krzyknłą zduszonym głosem, a jego oczy rozwarły się nagle szeroko. Spłoszone spojrzenie Czarodzieja zatonęło w czerni, na próżno starając się rozpoznać jakikolwiek znany kształt. Chude palce zacisnęły się na pościeli niczym ptasie szpony.
- Apo Panthos Kakodaimonos!*** Poprzez Hermesa Trismegistosa! - zarzęził. - Zlituj się! Nie chciałem! Nie miałem wyboru! Zmusili mnie... On mnie zmusił! To jego chcesz zabić!
- Lubię słuchać twego skamlenia - odpowiedziała ciemność. - Szkoda, że nie mam więcej czasu. Chętnie spędziłbym tu cała noc patrząc jak dławisz się krwią i swoimi kłamstwami... - błysk w mroku aż nadto przypominał biel wyszczerzonych kłów.
- Krew! Chcesz krwi, prawda?! - niemal zaszlochał Tremere. - Dam ci krwi. Mam dużo krwi. Potężnej, starej krwi, przysięgam! Powiem ci gdzie ona jest, powiem ci wszystko co wiem, tylko proszę, zlituj się. Jeśli to kwestia ceny, to zapłacę więcej... Znam tajemnice klanu o jakich ci się nie śniło...
- Nie, to nie jest kwestia ceny - stwierdził spokojnie Morderca, pochylając się nad łóżkiem.
Jego dotknięcie nabrało nagle siły stali, z łatwością odchylając głowę Paula i wciskając ją głębiej w poduszkę.
- Pro... Proszę... - próbował wyrzęzić Czarodziej - Ja... Bła...
- Los był dla ciebie łaskawy, psie - głos mordercy był zimny, niczym stal. - Więc nie żebraj o więcej. Podziękuj mu za to, że będzie to trwało tak krótko. Ja sam miałem inne plany wobec ciebie...
Kły bez oporu przebiły skórę na jego gardle, otwierając arterie. A później...
Czerwień. Rzeka czerwieni. Emocje wirują w niej niczym liście, porwane przez rwący nurt. Strach, nadzieja, dezorientacja... Głębiej, ach, głębiej... Obrazy przeszłości rozkwitają przez chwilę w mroku pod powiekami i gasną. Tym razem na zawsze. Wspomnienia, zachowane w każdej kropli krwi, niczym owady zastygłe w bryle bursztynu... Kobiecy śpiew... Tętent kopyt... Słodycz oczekiwania. List trzymany w dłoni... Pełnia księżyca nad dachami wielkiego miasta... Płomień świec tańczący na wietrze... Słowa łacińskiej inkantacji, a może to greka...? Zapach starego papieru i woń kadzidła... Tak, wszędzie woń kadzidła... W jego sinych kłębach ginie krzyk konającej duszy, a wspomnienia rozsypują się niczym paciorki z zerwanego naszyjnika... Lecz on, który jest Ciemnością, zbiera je z troską, z uporem, z cierpliwością wysłannika Śmierci, którym jest i którym staje się poprzez to misterium. Szkarłatne i czarne misterium Amarantu...
Otworzył oczy. Był sam. Cienie na ścianie przesunęły się jedynie o kilka milimetrów, informując go, że czas, który został mu dany dobiegł końca.
- Dokonało się. - powiedział tylko. I uśmiechnął się.
A później zanurzył się w noc, cień, pośród wielu cieni...
Diabolizuję. Zmieniam się w cień. Wynoszę się z tej lokacji. Wsiadam na motor i wracam do Domeny.
* Sumer. - Matko Tiamat wysłuchaj mnie!** Sumer - Uczyń zgodnie z starożytnym rytuałem.
*** Grec. Odejdź zły duchu!
[/center]
[/center]
[/center]