[center]
Beckely WV, Okolice starej kopalni, Miasto Sabatu, Po pólnocy 13.08.1993[/center]
- Nie jestem twoim psem, abym miał szczekać na zawołanie - odciął się Assamita. - Pozwoliłem ci przemówić pierwszemu, z uwagi na szacunek jaki żywię do ciebie. Z tego co zrozumiałem, to twoja ziemia. Lecz to jak witasz na niej nieznajomych, nie przynosi ci chwały.
Mimo, że mówił cicho i spokojnie, jego głos był chłodny, a twarz nieprzenikniona. Przesadny arabski akcent, z którym zwracał się zwykle do Niewiernych, ulotnił się gdzieś, pozostawiając jedynie swój cień w postaci lekko przeciągniętych samogłosek. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu - choć Namtar wiedział, że Lupin może obejrzeć jedynie swoje odbicie w gładkiej powierzchni okularów przeciwsłonecznych Mordercy.
[center]

[/center]
- Jestem Athro Krew na Twarzy, Ahron Wendigo ze Szczepu Ciernistej Nocy, Pijawko! I mam prawo witać sługusów Żmija jak zechcę - warknął lupin - Jesteś częścią zła które zniszczyło mój lud, a pogarda dla was przynosi mi chwałę! Uszanuj zwyczaje które panują na tej ziemi i zważ gdzie stawiasz kroki, albowiem stąpasz po kościach moich przodków. Jeśli uchybisz duchom, twoja krew wsiąknie w grunt pod mymi stopami. Brak wiedzy nie zwalnia z odpowiedzialności. Przedstaw się, chyba, że wstydzisz się swego imienia...
- Jestem Rafiq Namtar Sharur z Klanu Łowców, Cień Nar Mataru, Upiór Bułgarii, Czarne Ostrze Turcji - wyrecytował spokojnie Morderca - Nie wstydzę się żadnego z mych imion, bowiem każde zdobyłem przelewając krew Niewiernych. W ciągu ostatnich nocy moja klinga przyniosła śmierć wielu wrogom Wendigo, a nim stąd odejdę, wielu kolejnych padnie z mej ręki. Nie uchybiłem ni twemu plemieniu, ni przodkom, nie stawiaj mnie więc na równi z Niewiernymi psami, bo tego nie zdzierżę. Zwykle zabijam za mniejsze zniewagi. Ale nie ma wojny między nami. i przelanie krwi Wendigo nie przyniesie mi chwały. Nie mówi mi jednak, komu służę. Nie wiesz tego.
- A więc jesteś wojownikiem? - Krew na Twarzy zmrużył lekko oczy mierząc Assamitę wzrokiem - A przynajmniej brzmisz jakbyś był. To dobrze. Jakaś odmiana, po tym skamleniu, które serwują mi zwykle inni z twego rodzaju...
- Potwierdzam co powiedział Namtar. Wielu wrogów Wendigo padło pod ciosem jego ostrza - wtrącił się Wild Heart.
- Dobrze! Dzisiejszej nocy w walce przyda się każda pomoc. Zobaczymy na co was stać - Lupin powiedział pewnie i zrobił krok do przodu. - Jesteście tutaj dłużej, a ja chce Democritusa. Nawet jeżeli miałyby być to popioły to chce je mieć! Co tutaj się dzieje? - zapytał najwyraźniej oczekując natychmiastowej odpowiedzi.
- Democritus wisiał tu jakiś czas temu, spętany przez moc tego lilitu - Morderca kolejno wskazał na przewrócone krzyże i kłębiąca się nieopodal ciemność. - Później się uwolnił. Lilitu zabił pułkownika Kennetha, łowcę. Nie wiem, co było dalej, nie miałem czasu by się przyglądać. Walczyłem z pomiotem Democritusa. Wciąż jeszcze czuję smak jego krwi - uśmiechnął się lekko, samym kącikiem ust. - Mówisz, że chcesz popioły tego Lasombryckiego psa? To dobrze. Ja chcę jego krwi i duszy! Może więc się dogadamy? - wyszczerzył zęby - Mogę zapewnić mu najpotworniejszą śmierć, jaka może spotkać Kainitę. Co ty na to?
- Mój gniew nie jest niczym dziki mustang. Nie da się okiełznać obietnicami i nie słucha rozwagi - odrzekł Wendigo dumnie - Gdy ujrzę Democritusa wpadnę w furię, a wtedy nic mnie nie zatrzyma. Wyrwę mu serce z nikczemnej piersi zanim zdążysz cokolwiek zrobić. Nie mogę nic więcej obiecać i radzę być w innym miejscu, gdy go spotkam. Bestia nie wybiera... - przerwał na chwilę spoglądając na posąg Marconiusa.
- Co to jest? - zapytał przyglądając się nieruchomej postaci.
- Kolejny zdradziecki kundel, z krwi Lasombra - w głosie Mordercy pojawił się ton bezgranicznej pogardy. - Jego też chciałbym posłać w Niebyt. Znieważył mój Klan swoimi plugawymi gierkami i nie zapomnę mu tego. Przysiągłem mu śmierć. Lecz ten czerw użył silnych zaklęć, które chronią go przed mymi kłami. Neik! - jego rysy stwardniały, gdy zacisnął zęby, starając się opanować wściekłość. - Jego władza nad Ciemnością skończyła się tej nocy. Nauczę go bać się cieni... - warknął.
- Jeśli idzie o Democritusa, to wiedz, że ja także mam prawo do zemsty na Lasombrytach - kontynuował po chwili. - Ból jaki bym mu zadał, przewyższyłby wszystko, co możesz sobie wyobrazić. Niech będzie jednak tak, jak wybrałeś. Z Bestią nie można dyskutować. Jeśli jednak los zechce mnie wesprzeć i dopadnę go pierwszy, oddam popioły w twoje ręce.
- Widzę, że i przez ciebie przemawia zemsta, Namtarze. To dobrze... Rzadko słyszę takie słowa z ust twego rodzaju. Wild Hearcie - zwrócił się do Gangrela - Democritus podeptał prawo, złamał zasady i splunął duchom w twarz. Wszystkie pijawki które wejdą mi w drogę czeka śmierć. Zniszczenie przyjdzie po nich wszystkich niebawem, a najbliższe noce to prawdziwy koszmar. Ostrzegałem waszego władcę, co się stanie gdy złamie przysięgę. Nie ucieknie przed klątwą, a pradawna moc ukryta w ziemi pożre wasz rodzaj! - ostatnie zdania wręcz wykrzyczał przepełniony dumą, gniewem i poczuciem powinności jaką spełnia w tej chwili. Stało się jasne, że Wendigo stał się egzekutorem i zamierza wymierzyć sprawiedliwość.
- Popioły przyjmę, ale jeśli okażesz się szybszy w ich zdobyciu... I unikniesz mych szponów. - zwrócił się po chwili do Assamity. - Dlaczego nie zniszczyłeś go, nie widzę by się ruszał?
- Wypełniam wolę Atrahasisa - wyjaśnił Łowca po prostu - Co nakłada na mnie obowiązek ochrony jego spadkobierców. Z tego powodu jeszcze kilka chwil temu miałem pełne ręce roboty. Dopiero teraz mam wolną chwilę. A tego sukinsyna chroni potężna magia. Czuję to, jest w nim i wokoło... Ale masz rację, gadanie jeszcze nikogo nie zabiło...
Nie czekając na odpowiedź Lupina odwrócił się i płynnym ruchem wyciągnął spod kurtki broń. Desert Eagle trzykrotnie splunął ogniem w rękach Mordercy. Jednak kule z gwizdem zrykoszetowały jedynie po krzywiznach kamiennego posągu.
- Sukinsyn - powtórzył ponuro Assamita, w jego głosie nie słychać jednak było zaskoczenia. Spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie spiesząc się opuścił broń i sięgnął po granat.
Nikt nie zareagował na wyjęcie broni tego kalibru, jedynie każdy odsunął się jak najdalej od miejsca gdzie stał Marconius. Kilka sekund później potężna eksplozja przerwała ciszę nocy, bryzgając deszczem piachu i asfaltu. W lesie krzyknęły spłoszone ptaki. Lecz, gdy kurz opadł, ujrzeli, iż posag stoi niewzruszony w miejscu. Jedynie ziemia wokół niego spękała, osmalona wybuchem granatu.
- Jebany psychol! Skąd kurwa wziąłeś te metody?! - Nie wytrzymał Gangrel.
- Z domu - wyszczerzył zęby Assamita. Nie spuszczając badawczego wzroku z figury Marconiusa począł przeładowywać broń.
Stojący wokoło lupini przyglądali się całemu zajściu z niemal kamiennym spokojem. Tylko Krew na Twarzy uśmiechnął się lekko.
Ładuję do givery święty pocisk z Alamut i strzelam jeszcze raz.