Zgliszcza, 40 dzień kepon-ranu, przed świtem
Barthur zawahał się chwilę stojąc przy płocie po czym przeszedł na jego drugą stronę. Tuż zanim ruszył Bazookh.
Ruszyli przez pokrzywy i osty, aby dotrzeć do wejścia do świątyni. Z drewnianych drzwi pozostały zaledwie nadtopione zawiasy, dalej ciągnął się korytarz pokryty fragmentami murów i niedopalonymi belkami zawalonego sufitu.
W zasnuwającym podłogę popiele Barthur dostrzegł ślady stóp prowadzące zarówno na zewnątrz jak i w głąb budynku. Podążał wzdłuż nich omijając przeszkody, aż dotarł do, usytuowanych za kamiennym ołtarzem, na wpół zasypanych małych metalowych drzwi ukrytych za zwęglonym arrasem. Ślady prowadziły do ich wnętrza.
Wewnątrz panował mrok, którego wzrok ogromnego goblina nie mógł przeniknąć.
Zza pleców wróżbity wysunął się Bazook, który zajrzał do środka. Małe pomieszczenie ocalało niemal nietknięte przez pożar. Co prawda metalowe drzwi były powyginane od żaru, a stojąca przy nich szafa czerniała, ale nie było innych śladów zniszczeń. W kamiennej podłodze wyryto figurę prezentującą czaszkę opisaną w okrąg, a rowki zalano połyskującym szarym metalem, być może ołowiem.
Jedną z najbardziej zastanawiających rzeczy był brak ściganego półelfa, którego ślady znikały w centrum figury oraz wypełniająca pomieszczenie, rozrzedzająca się mgła.
Uwagę Bazookha zwrócił błyszczący przedmiot leżący w oku figury czaszki. Niewątpliwie był to misternie rzeźbiony sztylet, zaopatrzony w szerokie krzemienne ostrze oraz złotą głownię w kształcie czaszki z oczami wysadzanymi rubinami. Przyjrzawszy się bliżej bronie, krasnolud zauważył, że w ostrze po jednej stronie wprawiono szarawo błyszczący metal. Taki zabieg wymagał ogromnego kunsztu i zdolności zbrojmistrza.
Gobliński łowca czekając co powie Bazookh, dokładniej przyjrzał się śladom na ziemi. Były ich dwie ścieżki. Oceniając ich kształt można było powiedzieć, że coś wyszło z pomieszczenia i ruszyło na zewnątrz budynku, a następnie wróciło. Ślady poczęły ginąć w kłębach nisko zawieszonej na poziomie buta mgle.
Stojący nadal przy wejściu do karczmy Gusłek, dojrzał w rozwiewającej się chmurze, dwie powstające z ziemi postacie. Fizjonomie obu z nich były pobladłe, a mięśnie ich twarzy drgały po doznaniu nieznośnego, niewyobrażalnego wręcz bólu. Był to Balin i Orofar.
Huskun starając się zorganizować pomoc wyleciał jak wystrzelony z procy pocisk i pognał do stojącej kilka domów dalej karczmy, gdzie ponoć mieszkali paladyni.
Drayaharus otworzył oczy i zobaczył zatroskane twarze, pochylających się nad nim nadobnych elfek. W pierwszej chwili pomyślał, że jego życie dobiegło końca, a on trafił do piannickiego nieba, ale siarczysty policzek dostany od chwyconej za pierś elfki przywrócił go do rzeczywistości.
Wątek techniczny:
Udane rzuty uwalniają Orofara i Balina od boleści.