: 04 lutego 2015, 09:15
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:45
[center]
[/center]
Zamykając za sobą drzwi wejściowe, Terry niespokojnym wzrokiem omiótł pomieszczenie, jednocześnie wygładzając rękawy swej sutanny. Nie był to jego typowy strój, lecz chciał by żadna ze spotkanych tu osób nie miała wątpliwości z kim ma do czynienia. Każdemu spośród zebranych poświęcając mniej więcej tę samą ilość czasu próbował się domyślić kto jest kim. Kiedy jego spojrzenie padło na postać siedzącą za biurkiem, szybkim krokiem ruszył w tym kierunku. Zatrzymał się tuż przed ciemnym meblem, skłonił się lekko, z zainteresowaniem spoglądając na kota.
-Jam jest Frater Terry, z krwi Malkava, sługa Pana naszego Wszechmogącego, Jezusa Chrystusa i Ojca Jego i Ducha Świętego, a także przyjacielem Mędrca w Czerwieni na którego wezwanie przybywam, a który w pył się obrócił jako jest napisane że z każdym się stanie - powiedział szybko i przenosząc spojrzenie z kota na księcia dodał - i proszę o udzielenie mi gościny w Twym mieście.
-Możesz pozostać w moim mieście tak długo jak to będzie konieczne - odpowiedział Democritus grobowym głosem i bez emocji na twarzy.
Malkavian mrugnął razy kilka po czym odwrócił się w stronę sali. Z jej zacienionego kąta dobiegł go cichy płacz. Kiedy spojrzał w tę stronę, dojrzał pochlipujący z cicha stolik do kawy, dla którego nie znalazł czasu przy ostatniej wizycie. Zbliżył się do niego dyskretnie i położył na nim dłoń, wsłuchując się w słowa przerywane co rusz cichymi pociągnięciami zapłakanego nosa. Z uwagą wysłuchał żalu niewielkiego mebla, który źle się czuł odstawiony w kąt, tylko dlatego że nie pasował do charakteru spotkania. Wyszeptał parę słów pocieszenia, składając jednocześnie obietnicę znalezienia mu miejsca które bardziej wyeksponuje jego skromne piękno.
Następnie podszedł do księgi, w której bez chwili wahania napisał "Niech tak się stanie", traktując to jako obietnicę wypełnienia woli przyjaciela za którą uznał ostatnie słowa które od niego usłyszał, miast podpisu umieszczając kroplę swej krwi.
Odchodząc od stołu ponownie przyjrzał się zebranym. Miał niejasne wrażenie że atmosfera spotkania dość szybko ulegnie zmianie. Ilekroć wcześniej miał to uczucie natychmiast oddalał się z danego miejsca. I teraz przeszła mu przez głowę ta myśl, ale obejrzał się na karty księgi kondolencyjnej na których jego krew zaczęła już zasychać i zastygł na chwilę w bezruchu, zaciskając pięści. Westchnął ciężko i ruszył w stronę postaci przy gramofonie. Podchodząc, z zaciekawieniem zaczął przyglądać się działaniom mamroczącej osoby.
[center]
[/center]Zamykając za sobą drzwi wejściowe, Terry niespokojnym wzrokiem omiótł pomieszczenie, jednocześnie wygładzając rękawy swej sutanny. Nie był to jego typowy strój, lecz chciał by żadna ze spotkanych tu osób nie miała wątpliwości z kim ma do czynienia. Każdemu spośród zebranych poświęcając mniej więcej tę samą ilość czasu próbował się domyślić kto jest kim. Kiedy jego spojrzenie padło na postać siedzącą za biurkiem, szybkim krokiem ruszył w tym kierunku. Zatrzymał się tuż przed ciemnym meblem, skłonił się lekko, z zainteresowaniem spoglądając na kota.
-Jam jest Frater Terry, z krwi Malkava, sługa Pana naszego Wszechmogącego, Jezusa Chrystusa i Ojca Jego i Ducha Świętego, a także przyjacielem Mędrca w Czerwieni na którego wezwanie przybywam, a który w pył się obrócił jako jest napisane że z każdym się stanie - powiedział szybko i przenosząc spojrzenie z kota na księcia dodał - i proszę o udzielenie mi gościny w Twym mieście.
-Możesz pozostać w moim mieście tak długo jak to będzie konieczne - odpowiedział Democritus grobowym głosem i bez emocji na twarzy.
Malkavian mrugnął razy kilka po czym odwrócił się w stronę sali. Z jej zacienionego kąta dobiegł go cichy płacz. Kiedy spojrzał w tę stronę, dojrzał pochlipujący z cicha stolik do kawy, dla którego nie znalazł czasu przy ostatniej wizycie. Zbliżył się do niego dyskretnie i położył na nim dłoń, wsłuchując się w słowa przerywane co rusz cichymi pociągnięciami zapłakanego nosa. Z uwagą wysłuchał żalu niewielkiego mebla, który źle się czuł odstawiony w kąt, tylko dlatego że nie pasował do charakteru spotkania. Wyszeptał parę słów pocieszenia, składając jednocześnie obietnicę znalezienia mu miejsca które bardziej wyeksponuje jego skromne piękno.
Następnie podszedł do księgi, w której bez chwili wahania napisał "Niech tak się stanie", traktując to jako obietnicę wypełnienia woli przyjaciela za którą uznał ostatnie słowa które od niego usłyszał, miast podpisu umieszczając kroplę swej krwi.
Odchodząc od stołu ponownie przyjrzał się zebranym. Miał niejasne wrażenie że atmosfera spotkania dość szybko ulegnie zmianie. Ilekroć wcześniej miał to uczucie natychmiast oddalał się z danego miejsca. I teraz przeszła mu przez głowę ta myśl, ale obejrzał się na karty księgi kondolencyjnej na których jego krew zaczęła już zasychać i zastygł na chwilę w bezruchu, zaciskając pięści. Westchnął ciężko i ruszył w stronę postaci przy gramofonie. Podchodząc, z zaciekawieniem zaczął przyglądać się działaniom mamroczącej osoby.
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]