[center]Dziedziniec przed Sorte Kirke, po zmierzchu, 14 maj 1996[/center]
Nikt nie był dostatecznie przygotowany na to co miało dopiero nadejść. Już na samym początku tajemnicze i jak się przed chwilą okazało - także nad wyraz niebezpieczne miejsce, postanowiło sprawdzić przygotowanie swych gości. Księżyc w pełni wisiał nad dziedzińcem, przyglądając się dzieciom Kaina wkraczającym w prawdziwy świat mroku. Sotre Kirke otworzyło swe podwoje, a samotny wrzask Gustavo, stał się już tylko cieniem w umysłach i sercach nieumarłych. Wszyscy bez wyjątku zaczęli czuć bliskość śmierci. Powietrze zdawało się gęstnieć i nawet wiatr, wstrzymał swój oddech. Trzecie uderzenie dzwonu sprawiło, że zapach świeżej grobowej ziemi wypełnił nozdrza Spokrewnionych.
Po chwili zaskoczenia, Kainici rozbiegli się po dziedzińcu niczym spłoszone kolorowe ptaki. Morten złapał Isabel i z łatwością przerzucił ją przez prawe ramię. Gangrel pchnął czarownika ku najbliższej osłonie, rozglądając się w poszukiwaniu zagrożenia. Bradley podał Karen zmywacz zapachu, lecz ta nie użyła go od razu. Również była czujna i gotowa na wszystko. Kapitan Galaktyka zaczął iść w kierunku Kościoła, jak gdyby nic się nie stało. Głowę trzymał jednak nisko, robiąc wszystko, aby trzymać się jak najdalej od Scypiona.
Algol obserwował świat duchowy, którego widok zdawał się całkiem pochłaniać uwagę czarownika, jednakże odpowiednia argumentacja, w postaci Clausa, skutecznie odwiodła go od wejścia. Pozostała dwójka Giovanni, również zrobiła kilka kroków w tył oddalając się od drzwi Sorte Kirke. Michelle wypowiedziała jakieś dziwnie brzmiące słowo, którego znaczenia nie domyślał się nikt wokoło. Cezar natomiast opierał swe plecy o ścianę, również uważnie obserwując okolicę i zabierając się za realizację swoich planów.
[center]
Muzyka: You All Going To Die Down Here[/center]
Tan chaos w ciągu kilku sekund przerodził się jednak w koszmar. Gęste powietrze przyjęło nagle postać mlecznobiałej mgły, która ograniczyła widoczność do dwóch metrów. Nie wiadomo skąd, rozległy się przerażające krzyki i zawodzenia cierpiących, oraz dźwięki wleczonych po bruku łańcuchów. Słuchawka będąca w uchu Mortena, Isabelli i Klausa wydała świdrujący pisk, sprawiając że cała trójka złapała się za ucho, a następnie zerwała urządzenie rzucając je na ziemię. Wtem Scypione podniósł swego casulla, wycelował w plecy ogłuszonego Brujaha i wypalił. Gdyby nie kamizelka kuloodporna, metalowiec znalazłby się w poważnych kłopotach. Miękki srebrny pocisk rozpłaszczył się jednak na pancerzu. Wszakże sama siła broni była potężna. Uderzenie złamało żebro Kainity i zmiażdżyło tkankę dookoła niego.
Zaskoczony Claus próbował zareagować na to, co robi Giovanni, gdy wtem coś niewidzialnego uderzyło go prosto w twarz. Uderzenie było tak potężne, iż z łatwością powaliłoby każdego na ziemię. Każdego, ale nie Clausa. Gangrel przyjął cios, odchylając się jedynie lekko i zachowując równowagę. Warcząc, otarł krew z rozbitego nosa. Nagle jednak latarka, którą miał przy pasie, wybuchła niczym petarda. Algol z niewiadomych przyczyn stracił przytomność i upadł bezwładnie na bruk, niczym marionetka, której ktoś odciął sznurki.
- Merda!* Spektry! - krzyknął Oscar Giovanni, wskazując ręką całą okolicę.
Scypione zaklął coś pod nosem, gdy nagle jakaś niewidzialna siła podcięła mu nogi, skutecznie pozbawiając stabilności. Włoch upadł na ziemię uderzając prawym bokiem twarzy o bruk.
- Sti cazza!** Zrób coś!- jęknął.
- Za dużo! - zawołał Oscar machając rękami. Po chwili jednak skupił się, wykonując jakieś nieco bardziej zborne gesty i mamrocząc coś pospiesznie.
[center]

[/center]
Kapitan Galaktyka próbował podejść bliżej wejścia, gdy nagle coś niewidzialnego porwało go w powietrze i rzuciło niczym szmacianą lalką w stronę najbliższych krzewów. Pech chciał, że pośród kęp młodej pokrzywy i bylicy znajdowały się resztki metalowego ogrodzenia, oddzielającego ongiś cmentarz od pozostałej części dziedzińca. Malkavian poczuł rozdzierający ból, gdy metalowe pręty przeszyły jego brzuch i klatkę piersiową. Krew trysnęła z rany Świra, upadając na przeklętą ziemię, gdy ten zawisł na pordzewiałym płocie niecałe dwa metry nad ziemią. Szarpiąc się, niczym nabita na harpun ryba, zawył z bólu, nie do końca właściwie wiedząc, co się stało.
Bradley był przerażony, instynkt przetrwania działał jednak u niego bez zarzutu. Szczur padł więc na ziemię, gdy tylko usłyszał kolejny strzał. Dźwięk łańcuchów stawał się nie do zniesienia, a cała okolica zaczęła przypominać sceny z najgorszego koszmaru. Zorientował się, że nie jest w stanie odróżnić, które z wrzasków pochodzą z zaświatów, które zaś od pozostałych nieumarłych. Zresztą, nie zastanawiał się nad tym zbyt długo, gdyż i jego dopadło. Coś rzuciło nim w powietrze, kilka metrów w górę, pozwalając mu odkryć, że gęsta mgła znajduje się nawet na dużej wysokości. Upadek trwał jednak o wiele dłużej, niż Bradley by sobie tego życzył. Gęsty, biały opar, który rozciągał się wokoło sprawiał, iż nie mógł się oprzeć wrażeniu, że spada w jakąś bezdenną otchłań. Po kilku sekundach jednak jego ciało uderzyło ciężko o bruk dziedzińca.
Karen ponownie poczuła przeszywający ból, który sprawił, że osunęła się na kolana. Rana na jej ramieniu trysnęła krwią, a z jej wnętrza wychylił się płaski łeb węgorza. Stworzenie miało zęby ostre, jak brzytwy. Mimo bólu i zaskoczenia dziewczyna podjęła walkę z przeciwnikiem, starając się chwycić go pod skrzelami i wydostać z ciała. Ten jednakże wił się z zadziwiającą zwinnością, unikając prób schwytania. Nie miał oczu. Na jego skórze Brujah mogła dostrzec rozbryzgi własnej krwi i fragmenty tkanki.
Isabela wydała z siebie wysoki krzyk, widząc co dzieje się z Clausem. Oczy Torreadorki zrobiły się wielkie niczym szklane kule.
Przerażenie wypełniało je bez reszty. Nagle jednak poczuła straszliwy ból, który sprawił, iż upadła na kamienie dziedzińca. Cierpienie wypełniło jej zmysły na kilka chwil, przysłaniając wzrok czerwoną mgłą bólu. Wijąc się, próbowała uciec od niego, jednak bezskutecznie. Dopiero po chwili zrozumiała, iż coś pełza pod jej skórą, próbując przebić się na zewnątrz. Czuła wyraźnie wijący się, obrzydliwy ruch, który nie tylko przysparzał jej bólu, lecz także wywoływał u niej mdłości. Ze zgrozą spojrzała na własne ciało. Falujący ruch widoczny był nawet przez materiał ubrania. Nagle z jej ciała trysnęła krew. Degeneratka załkała spazmatycznie, widząc, jak z otwartych na jej ciele ran wypełzają olbrzymie czerwie. Ich żuwaczki poruszały się bezmyślnie, gdy robactwo przegryzało się przez skórę i odzienie, próbując się uwolnić.
Cezar w tym momencie wyjrzał zza węgła odkrywając, że mgła skutecznie ogranicza widoczność. Nagle Malkavian poczuł ostry ból, spowodowany niewielkimi wyładowaniami elektrycznymi jakie uderzyły w jego ciało. Ich siła skutecznie sparaliżowała mięśnie ograniczając możliwości mobilne. Jednak to nie było największym problemem. Tuż nad jego głową coś huknęło potężnie. Ogromny kawał starego muru oderwał się od reszty budynku i spadł prosto na Spokrewnionego. Ważące około ćwierć tony kamienie posypały się, miażdżąc go niczym plastelinowego ludzika. Głuchy jęk przez ułamek sekundy dobył się spod gruzów, a następnie całkiem zamilkł.
Na razie MG nie poinformuje Was jakie odnieśliście rany, ale prosi o wczucie się w postacie i opisanie odegranych scen. Sigil też dowie się wtedy, co dzieje się z jego postacią. Reszta na razie nie widzi żadnych przeciwników, najwyżej cienie we mgle, które znikają po chwili.
Informacje techniczne (obrażenia etc.) podam w kolejnym poście.
Obecni: Karen, Kapitan Galaktyka, Michelle, Bradley, Algol, Claus, Morten, Isabela, dwóch Giovani, Cezar
* wł. Gówno!
** wł. Jebać to!