PBF - Ścigając samego siebie
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Mówi pan, doktorze, że nie mają dwustu ludzi i ja mogę się z tym zgodzić. Niech mają pięćdziesięciu. Och, niech mają choćby i tylko dwudziestu, co wydaje mi się szacunkami lekko zaniżonymi. Ale to dwudziestu Kajdaniarzy. Dwudziestu bezwzględnych bandytów, wprawionych w wyrządzaniu krzywdy wszelakiej bliźniemu swemu. A tutaj są sami poczciwi ludzie, choć miłujący się wzajemnie i chętnie stający w obronie swoich współbraci, to jednak Kajdaniarze w moim odczuciu mają nielichą przewagę. Są uzbrojeni i dowodzeni, a to ważne. I drugi raz nie nabiorą się na sztuczkę z dynamitem. Tym razem musimy przedsięwziąć zupełnie inne kroki, by poradzić sobie z tymi diabłami. Świta mi w głowie pewien plan, ale nie wiem jak dużo są w stanie poświęcić mieszkańcy Goodsprings. Być może będą musieli opuścić miasteczko i poszukać innego domu.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, obok Prospector Saloon
Przykry obowiązek nie sprawił nikomu z osadników radości, bo rozerwane wybuchami ciała Kajdaniarzy poniewierały się na całej długości szosy i wzdłuż jej poboczy, aż po urwaną rękę wiszącą z krawędzi zadaszenia werandy baru. Obwiązawszy usta i nosy chustami osadnicy zaczęli zbierać ludzkie szczątki w jednym miejscu, ładując je na przyciągnięty przez parę krnąbrnych kozłorogów zaprzęg.
- Zabierajcie wszystko, co może się przydać - przypomniała nie wiadomo który raz Trudi, sortująca na werandzie znoszone tam łupy, w większości przypadków zniszczone bądź mocno uszkodzone siłą detonacji.
Stary Pete z ogromną ostrożnością wykopał z ziemi pięć ładunków, które nie eksplodowały, rozbrajając je bez czekania na pomoc albinosa i natychmiast chowając gdzieś odzyskane laski dynamitu.
- Gdzie przewieziecie zwłoki? - zapytał pastor Gottschalk, który przechadzał się pomiędzy trupami Kajdaniarzy zmawiając za duszę każdego z nich krótką modlitwę.
- Za osadę, za domostwo doktora - odpowiedział Chet oglądający uważnie myśliwski karabin z wygiętą mocno lufą - Wrzucimy ich do jakiegoś dołu i zasypiemy kamieniami, żeby gekony ich nie zeżarły.
[/center]
Przykry obowiązek nie sprawił nikomu z osadników radości, bo rozerwane wybuchami ciała Kajdaniarzy poniewierały się na całej długości szosy i wzdłuż jej poboczy, aż po urwaną rękę wiszącą z krawędzi zadaszenia werandy baru. Obwiązawszy usta i nosy chustami osadnicy zaczęli zbierać ludzkie szczątki w jednym miejscu, ładując je na przyciągnięty przez parę krnąbrnych kozłorogów zaprzęg.
- Zabierajcie wszystko, co może się przydać - przypomniała nie wiadomo który raz Trudi, sortująca na werandzie znoszone tam łupy, w większości przypadków zniszczone bądź mocno uszkodzone siłą detonacji.
Stary Pete z ogromną ostrożnością wykopał z ziemi pięć ładunków, które nie eksplodowały, rozbrajając je bez czekania na pomoc albinosa i natychmiast chowając gdzieś odzyskane laski dynamitu.
- Gdzie przewieziecie zwłoki? - zapytał pastor Gottschalk, który przechadzał się pomiędzy trupami Kajdaniarzy zmawiając za duszę każdego z nich krótką modlitwę.
- Za osadę, za domostwo doktora - odpowiedział Chet oglądający uważnie myśliwski karabin z wygiętą mocno lufą - Wrzucimy ich do jakiegoś dołu i zasypiemy kamieniami, żeby gekony ich nie zeżarły.
Info odnośnie łupów - miejscowi zgarnęli całą nieuszkodzoną broń i amunicję Kajdaniarzy z wyjątkiem noży i maczet, ale jeśli chcecie, możecie wszyscy wejść w posiadanie kamizelek kuloodpornych kalifornijskiej służby więziennej zapewniających +2 Punkty Pancerza na torsie (2 kieszenie, 4 sloty) oraz ciężkich butów z +1 PP na nogach.
[center]
[/center]-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, obok Prospector Saloon
Skończywszy żałobny ceremoniał, kaznodzieja podszedł do Trudi i Cheta ze ściągniętym troską obliczem, najwyraźniej intensywnie nad czymś rozmyślając.
- Słyszałem o szacunkach liczebności tych bandytów - oznajmił zwracając na siebie uwagę uniesioną dłonią. Trudi, Chet, Nick, Sam i Ringo spojrzeli na pastora z zainteresowaniem, najwyraźniej darząc jego opinie sporą estymą - Niech mają pięćdziesięciu. Och, niech mają choćby i tylko dwudziestu, co wydaje mi się szacunkami lekko zaniżonymi. Ale to dwudziestu Kajdaniarzy. Dwudziestu bezwzględnych bandytów, wprawionych w wyrządzaniu krzywdy wszelakiej bliźniemu swemu.
Pastor podniósł nieco głos, by usłyszeli go wszyscy uprzątający zdewastowaną szosę osadnicy, obrzucił słuchaczy charyzmatycznym spojrzeniem.
- A tutaj są sami poczciwi ludzie, choć miłujący się wzajemnie i chętnie stający w obronie swoich współbraci, to jednak Kajdaniarze w moim odczuciu mają nielichą przewagę. Są uzbrojeni i dowodzeni, a to ważne. I drugi raz nie nabiorą się na sztuczkę z dynamitem. Tym razem musimy przedsięwziąć zupełnie inne kroki, by poradzić sobie z tymi diabłami. Świta mi w głowie pewien plan, ale nie wiem jak dużo są w stanie poświęcić mieszkańcy Goodsprings. Być może będziecie musieli opuścić miasteczko i poszukać innego domu.
Przez osadników przebiegł cichy pomruk dezaprobaty, wyrażany również potrząsanymi przecząco głowami.
- Mądry z pana człowiek, pastorze - powiedział Nick - Dużo macie racji, ale my nie mamy dokąd pójść. Nie stać nas na przepustki do Nowego Vegs, a w slumsach na przedmieściach gnieździł się nie będę. Mam wracać do Kalifornii?
- Pastor wspominał coś o jakimś planie - wtrąciła pośpiesznie Trudi, zerkając z ukosa na Gottschalka - Co to za plan?
Skończywszy żałobny ceremoniał, kaznodzieja podszedł do Trudi i Cheta ze ściągniętym troską obliczem, najwyraźniej intensywnie nad czymś rozmyślając.
- Słyszałem o szacunkach liczebności tych bandytów - oznajmił zwracając na siebie uwagę uniesioną dłonią. Trudi, Chet, Nick, Sam i Ringo spojrzeli na pastora z zainteresowaniem, najwyraźniej darząc jego opinie sporą estymą - Niech mają pięćdziesięciu. Och, niech mają choćby i tylko dwudziestu, co wydaje mi się szacunkami lekko zaniżonymi. Ale to dwudziestu Kajdaniarzy. Dwudziestu bezwzględnych bandytów, wprawionych w wyrządzaniu krzywdy wszelakiej bliźniemu swemu.
Pastor podniósł nieco głos, by usłyszeli go wszyscy uprzątający zdewastowaną szosę osadnicy, obrzucił słuchaczy charyzmatycznym spojrzeniem.
- A tutaj są sami poczciwi ludzie, choć miłujący się wzajemnie i chętnie stający w obronie swoich współbraci, to jednak Kajdaniarze w moim odczuciu mają nielichą przewagę. Są uzbrojeni i dowodzeni, a to ważne. I drugi raz nie nabiorą się na sztuczkę z dynamitem. Tym razem musimy przedsięwziąć zupełnie inne kroki, by poradzić sobie z tymi diabłami. Świta mi w głowie pewien plan, ale nie wiem jak dużo są w stanie poświęcić mieszkańcy Goodsprings. Być może będziecie musieli opuścić miasteczko i poszukać innego domu.
Przez osadników przebiegł cichy pomruk dezaprobaty, wyrażany również potrząsanymi przecząco głowami.
- Mądry z pana człowiek, pastorze - powiedział Nick - Dużo macie racji, ale my nie mamy dokąd pójść. Nie stać nas na przepustki do Nowego Vegs, a w slumsach na przedmieściach gnieździł się nie będę. Mam wracać do Kalifornii?
- Pastor wspominał coś o jakimś planie - wtrąciła pośpiesznie Trudi, zerkając z ukosa na Gottschalka - Co to za plan?
Założyłem, że Mitchell i albinos są sami, ale nic nie szkodzi, by towarzyszący osadnikom pastor porozmawiał na temat dalszych poczynań bezpośrednio z nimi.
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Plan to chyba za dużo powiedziane. Mam myśl, lecz w desperacji tonący chwyta się brzytwy. Musimy spowodować, żeby mieszkańcy zniknęli. Ukryć ich wszystkich gdzieś, gdzie przeczekają najazd na Goodsprings. Czy są w pobliżu jakieś jaskinie lub kopalnie? Przed odejściem zaminować salon pozostawiwszy w nim dość alkoholu, by skusić najeźdźców. Myślę, że gdy przybędę i nie zastaną mieszkańców, zdrowo się wkurzą. A potem zaczną plądrować. Salon można zabarykadować, żeby musieli go zdobyć. Niech alkohol, i być może jeszcze jakiś inny cenny łup, będą dla nich nagrodą. Niech zgromadzą się w jednym miejscu, żeby cieszyć się tym swoim łupem. Wtedy zwalić salon na ich głowy. Wiem, mówiłem, że nie nabiorą się drugi raz na dynamit. Ale nie mam innego pomysłu. Dodatkowo do alkoholu można dodać środki odurzające lub truciznę. Zapewne doktor Mitchell znajdzie coś w swoich zapasach. Jest tylko jeden szkopuł. Ktoś będzie musiał pozostać, żeby zainicjować zawał. Plan ryzykowny, kosztowny i bez pewności powodzenia. Nie mamy broni, ludzi ani wyszkolenia w wystarczającej ilości, żeby odeprzeć atak. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, obok Prospector Saloon
Propozycja kaznodziei wywarła na mieszkańcach Goodsprings piorunujące wrażenie, na krótką chwilę wręcz odbierając im mowę.
- Jeśli mamy się stąd na chwilę wynieść, musimy zabrać trzodę i cały dobytek - wyjąkał jakiś osadnik, którego imienia pastor jeszcze nie znał - I niby kiedy mamy to zrobić? Przecież Cobb może tu ściągnąć resztę bandy już przed świtem!
Słysząc te słowa wszyscy pozostali wdali się jednocześnie w dyskusję przekrzykując się wzajemnie i tworząc taki harmider, że kaznodzieja przestał rozumieć cokolwiek z wyrzucanych pośpiesznie ciągów słów.
- Bez urazy, pastorze, ale prędzej umrę niż pozwolę zniszczyć ten bar - powiedziała z niezwykłym zacięciem w głosie Trudi, pociągając Gottschalka za rękaw płaszcza - Włożyłam w to miejsce siedem lat życia, odbudowałam je cegła po cegle. Nie chcę zaczynać od nowa.
- Nie mówiłem, że to będzie łatwy wybór - odparł z powagą kaznodzieja - Czasami decyzje są bardzo trudne, ale czyż życie nie jest najważniejsze?
- Zależy czyje! - oznajmił podniesionym głosem ktoś przeciskający się przez grupę dyskutujących ze sobą osadników. Pastor i barmanka spojrzeli na jasnowłosego strzelca, zmierzającego w stronę werandy z kroplami potu na czole.
- Gdzie jest Sunny? - zapytał zabijaka, wodząc jednocześnie wzrokiem po zgromadzonych przy wózku z trupami ludziach - Jeszcze nie wróciła?
- Już poszła - odpowiedziała ponurym tonem Trudi, wskazując dłonią na wzgórze wznoszące się za blaszakiem Sekuritrona - Joe Cobb zdołał uciec, jako jedyny z całej tej bandy. Poszła jego śladem.
- Nie możemy go jakoś dogonić? - jasnowłosy zmarszczył czoło w wyrazie stonowanej frustracji - Motorem albo konno?
- Nie mamy motoru ani konia - odparł Stary Pete - A na kozłorogach nie da się jeździć, dostają od razu ataku szału.
Propozycja kaznodziei wywarła na mieszkańcach Goodsprings piorunujące wrażenie, na krótką chwilę wręcz odbierając im mowę.
- Jeśli mamy się stąd na chwilę wynieść, musimy zabrać trzodę i cały dobytek - wyjąkał jakiś osadnik, którego imienia pastor jeszcze nie znał - I niby kiedy mamy to zrobić? Przecież Cobb może tu ściągnąć resztę bandy już przed świtem!
Słysząc te słowa wszyscy pozostali wdali się jednocześnie w dyskusję przekrzykując się wzajemnie i tworząc taki harmider, że kaznodzieja przestał rozumieć cokolwiek z wyrzucanych pośpiesznie ciągów słów.
- Bez urazy, pastorze, ale prędzej umrę niż pozwolę zniszczyć ten bar - powiedziała z niezwykłym zacięciem w głosie Trudi, pociągając Gottschalka za rękaw płaszcza - Włożyłam w to miejsce siedem lat życia, odbudowałam je cegła po cegle. Nie chcę zaczynać od nowa.
- Nie mówiłem, że to będzie łatwy wybór - odparł z powagą kaznodzieja - Czasami decyzje są bardzo trudne, ale czyż życie nie jest najważniejsze?
- Zależy czyje! - oznajmił podniesionym głosem ktoś przeciskający się przez grupę dyskutujących ze sobą osadników. Pastor i barmanka spojrzeli na jasnowłosego strzelca, zmierzającego w stronę werandy z kroplami potu na czole.
- Gdzie jest Sunny? - zapytał zabijaka, wodząc jednocześnie wzrokiem po zgromadzonych przy wózku z trupami ludziach - Jeszcze nie wróciła?
- Już poszła - odpowiedziała ponurym tonem Trudi, wskazując dłonią na wzgórze wznoszące się za blaszakiem Sekuritrona - Joe Cobb zdołał uciec, jako jedyny z całej tej bandy. Poszła jego śladem.
- Nie możemy go jakoś dogonić? - jasnowłosy zmarszczył czoło w wyrazie stonowanej frustracji - Motorem albo konno?
- Nie mamy motoru ani konia - odparł Stary Pete - A na kozłorogach nie da się jeździć, dostają od razu ataku szału.
BG Aravena powrócił szczęśliwie do osady, załapując się na rozmowę pastora z osadnikami. To dobra okazja, by i on podzielił się opinią na temat zalecanych dalszych poczynań mieszkańców Goodsprings...
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Chudzielec machnął ręką na ożywionego nagle i zupełnie nie wporę Sekuritrona i schwycił leżący na ziemi automat i przeładował broń. Przymknąwszy oczy na ironiczne spojrzenia miejscowychi ignorując oczywiste braki odzieżowe pomknął za dziewczyną. Chyba tylko wracając z trupem Cobba mógł zachować ostatnie resztki godności:
- Cze...czekaj! Sama nie dasz rady!
- Cze...czekaj! Sama nie dasz rady!
-
namakemono
- Reactions:
- Posty: 1552
- Rejestracja: 26 października 2012, 07:18
- Wiem, że to trudna decyzja, ale niezbędna. Powiem więcej: nie łudzę się, że ta banda dzikusów nie będzie chciała dać upustu swej frustracji poprzez bezmyślne niszczenie wszystkiego, co tylko zdołają. Zapewne zapłoną także inne budynki. Ale odbudujecie każdy zniszczony budynek deska po desce i zachowacie swe życia, dla siebie, dla przyjaciół, dla swych dzieci. Pomyślcie także o nich. Przyjdzie czas, by umrzeć, ale nie spieszcie się do tego. Tak, trzeba będzie zabrać dobytek, ale najlepiej tylko tyle, żeby nie opóźniać ucieczki. I pamiętajcie, że ucieczka ma wyglądać wiarygodnie.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Klaryfikacje techniczne
Ponieważ drużyna jest nieco rozproszona po Goodsprings, pozwolę sobie na szybko wyjaśnić kilka kwestii.
Albinos znajduje się w tej chwili w domostwie doktora Mitchella, gdzie jest opatrywany, a jednocześnie pozyskuje informacje na temat statusu politycznego i społecznego Mojave. Odniesione w strzelaninie rany zostają całkowicie wyleczone, kosztem 3 punktów napromieniowania pochodzących od starego oporządzenia zabiegowego.
Chudzielec w kilcie z koszuli i z peemką w dłoni pognał za znajdującą się już spory kawał od osady Sunny.
Jasnowłosy znajduje się razem z pastorem i resztą osadników przy barze, gdzie proceder zbierania zwłok Kajdaniarzy uzupełniony został o żywą dyskusję na temat ewentualnego opuszczenia Goodsprings. Dołączenie do Sunny wymaga ruszenia w pojedynkę jej śladem.
Pomysł zbudowania zaprzęgu dla kozłorogów mija się z sensem z powodu czasu niezbędnego na wykonanie tego projektu, a także terenu, poprzez który ruszył Joe Cobb - tam można się poruszać naprawdę tylko konno albo na piechotę.
Ponieważ drużyna jest nieco rozproszona po Goodsprings, pozwolę sobie na szybko wyjaśnić kilka kwestii.
Albinos znajduje się w tej chwili w domostwie doktora Mitchella, gdzie jest opatrywany, a jednocześnie pozyskuje informacje na temat statusu politycznego i społecznego Mojave. Odniesione w strzelaninie rany zostają całkowicie wyleczone, kosztem 3 punktów napromieniowania pochodzących od starego oporządzenia zabiegowego.
Chudzielec w kilcie z koszuli i z peemką w dłoni pognał za znajdującą się już spory kawał od osady Sunny.
Jasnowłosy znajduje się razem z pastorem i resztą osadników przy barze, gdzie proceder zbierania zwłok Kajdaniarzy uzupełniony został o żywą dyskusję na temat ewentualnego opuszczenia Goodsprings. Dołączenie do Sunny wymaga ruszenia w pojedynkę jej śladem.
Pomysł zbudowania zaprzęgu dla kozłorogów mija się z sensem z powodu czasu niezbędnego na wykonanie tego projektu, a także terenu, poprzez który ruszył Joe Cobb - tam można się poruszać naprawdę tylko konno albo na piechotę.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, dom doktora Mitchella
Lekarz oczyścił krwawiącą ranę na skroni albinosa i przykleił do niej opatrunek, potem zaś podał posykującemu cicho pacjentowi kilka przeciwbólowych tabletek i szklankę wody.
- Chlorowana, możesz pić bez obaw - powiedział doktor, wkładając swe instrumenty do apteczki i siadając na krześle obok łóżka albinosa. Jego mądre stare oczy nie odrywały wzroku od krwistych oczu pacjenta.
- Liczę się ze stratami, jeśli przyjdzie nam odeprzeć drugi atak Kajdaniarzy - westchnął Mitchell pocierając dłonią podbródek - Ale jeśli wciąż chcecie nam pomóc, mam pewien pomysł. Przyczółek Mojave jest zbyt daleko, by szukać tam pomocy, ale Kalifornijczycy mają bliżej położony posterunek, na piętnastce przy zjeździe do Primm.
- Mamy ściągnąć odsiecz? - pojął w mig albinos, sadowiąc się wygodniej na łóżku - Wojsko RNK?
- Tak, jeśli zechcecie nam pomóc - skinął głową Mitchell - Szosą do skrzyżowania z międzystanową piętnastką w Jean, a potem na południe do Primm to niecałe dwadzieścia mil. Na przełaj rzecz jasna znacznie krócej, chociaż dużo bardziej niebezpiecznie. Na pustkowiach żyje wiele groźnych stworzeń, pomijając już grasantów. Więzienie w Jean znajdowało się w jurysdykcji RNK, może ktoś na posterunku poczuje się zobowiązany do pomocy w posprzątaniu tego burdelu.
- Nie wiem, czy inni będą chcieli pomóc - wzruszył ramionami albinos - Primm niekoniecznie musi im być po drodze.
- Chcecie iść do Vegas? - spytał z leciutką nutą rozczarowania doktor - Sądziłem, że spróbujecie wpierw dowiedzieć się czegoś więcej o sobie w filii Mojave Express w Primm. Pamiętasz tę notatkę znalezioną w kieszeni twojego kompana?
Lekarz oczyścił krwawiącą ranę na skroni albinosa i przykleił do niej opatrunek, potem zaś podał posykującemu cicho pacjentowi kilka przeciwbólowych tabletek i szklankę wody.
- Chlorowana, możesz pić bez obaw - powiedział doktor, wkładając swe instrumenty do apteczki i siadając na krześle obok łóżka albinosa. Jego mądre stare oczy nie odrywały wzroku od krwistych oczu pacjenta.
- Liczę się ze stratami, jeśli przyjdzie nam odeprzeć drugi atak Kajdaniarzy - westchnął Mitchell pocierając dłonią podbródek - Ale jeśli wciąż chcecie nam pomóc, mam pewien pomysł. Przyczółek Mojave jest zbyt daleko, by szukać tam pomocy, ale Kalifornijczycy mają bliżej położony posterunek, na piętnastce przy zjeździe do Primm.
- Mamy ściągnąć odsiecz? - pojął w mig albinos, sadowiąc się wygodniej na łóżku - Wojsko RNK?
- Tak, jeśli zechcecie nam pomóc - skinął głową Mitchell - Szosą do skrzyżowania z międzystanową piętnastką w Jean, a potem na południe do Primm to niecałe dwadzieścia mil. Na przełaj rzecz jasna znacznie krócej, chociaż dużo bardziej niebezpiecznie. Na pustkowiach żyje wiele groźnych stworzeń, pomijając już grasantów. Więzienie w Jean znajdowało się w jurysdykcji RNK, może ktoś na posterunku poczuje się zobowiązany do pomocy w posprzątaniu tego burdelu.
- Nie wiem, czy inni będą chcieli pomóc - wzruszył ramionami albinos - Primm niekoniecznie musi im być po drodze.
- Chcecie iść do Vegas? - spytał z leciutką nutą rozczarowania doktor - Sądziłem, że spróbujecie wpierw dowiedzieć się czegoś więcej o sobie w filii Mojave Express w Primm. Pamiętasz tę notatkę znalezioną w kieszeni twojego kompana?
Doktor Mitchell sugeruje próbę pozyskania sojuszników na posterunku armii RNK pod Primm. Co więcej - jeżeli chcecie rzucić nieco światła na własną tożsamość i przeszłość - misja ta może zostać powiązana z wizytą u Johnsona Nasha, właściciela filii ME w Primm i osoby kontaktowej dla kuriera, któremu na cmentarnym wzgórzu w Goodsprings niedoszli mordercy ukradli paczkę z platynowym sztonem...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Okolice Goodsprings
Owinięty w pasie koszulą i prężący z lichym skutkiem swe wątłe nagie bicepsy chudzielec wdarł się co sił w nogach na szczyt wzniesienia, tocząc wokół siebie zdesperowanym wzrokiem. Ujrzał kolejne wzniesienia, przedzielone głębokimi kanionami i skalistymi żlebami, porośnięte tu i ówdzie pożółkłą kolczastą roślinnością. Gdzieś z przodu mignęła mu na ułamek chwili dziewczęca sylwetka, toteż biorąc głęboki oddech popędził w dół wzniesienia zamierzając dopędzić czym prędzej zawziętą dziewczynę.
W połowie stoku poślizgnął się na kawałku skalnego gruzu, wydawszy z siebie cichy wizg opadł na pośladki i zjechał w dół trąc nagim tyłkiem o rozpaloną słonecznym żarem skałę. Peemka wypadła mu z ręki, odbiła się z metalicznym trzaskiem od jakiegoś kamienia. Klnąc na czym świat stoi chudzielec pochwycił z powrotem broń i zerwał się na równe nogi posykując z powodu promieniującego w tyłku bólu.
Sunny zniknęła mu z oczu, a zbocza skalistych wzgórz wyrosły znienacka ponad głowę chudzielca przyprawiając go swą dziką groźną panoramą o zimne dreszcze. Upewniwszy się, że z broni nie wypadł przypadkiem magazynek, mężczyzna zaczął wspinać się na przeciwległe wzniesienie, wytrzeszczając oczy i kręcąc na wszystkie strony głową. Zdobycie szczytu zajęło mu dobre kilka minut i kosztowało tyle wysiłku, że docierając na górę nie potrafił się opędzić od zawrotów głowy. Przykucnął na chwilę w cieniu rzucanym przez wyjątkowo okazały kaktus, oblizując usta i żałując, że nie zabrał ze sobą butelki z wodą.
Sunny wyrosła u jego boku tak nieoczekiwanie, że mimowolnie otworzył usta do krzyku. Smukła, ale silna dłoń dziewczyny zamknęła mu usta, zdusiła okrzyk w zarodku.
- Zamknij się! - zasyczała dziewczyna kucając obok chudzielca i pokazując jednocześnie palcem w dół zbocza. Podążając za jej wzrokiem mężczyzna przełknął bezwiednie ślinę i skulił się przypadając do skalistego gruntu.
Kilka niewielkich, ale zwinnych kształtów podskakiwało u podstawy wzgórza przepychając się między sobą pośród wściekłych posykiwań i skrzeków, walcząc o pierwszeństwo w posiłku. Ich ofiara, broczący krwią z licznych głębokich ran Joe Cobb, leżała na ziemi z rozdartym gardłem, targana na strzępy przez żarłoczne stwory.
- One go jedzą? - wyszeptał niemal bezgłośnie chudzielec, zerkając z ukosa na Sunny.
- Skręcił kostkę, kiedy próbował przed nimi uciekać. To szare gekony, te większe - wyjaśniła szeptem dziewczyna, przyglądając się jednocześnie krwawej uczcie w dole - Trzymają się z dala od osady, bo płoszą je kozłorogi, ale na pustkowiu są śmiertelnie niebezpieczne. Tak czy owak, rozwiązały nasz problem. Cobb już nie zaniesie wieści do więzienia. Wracajmy do Goodsprings, tylko po cichu. I gdzie ty do cholery masz spodnie?
Owinięty w pasie koszulą i prężący z lichym skutkiem swe wątłe nagie bicepsy chudzielec wdarł się co sił w nogach na szczyt wzniesienia, tocząc wokół siebie zdesperowanym wzrokiem. Ujrzał kolejne wzniesienia, przedzielone głębokimi kanionami i skalistymi żlebami, porośnięte tu i ówdzie pożółkłą kolczastą roślinnością. Gdzieś z przodu mignęła mu na ułamek chwili dziewczęca sylwetka, toteż biorąc głęboki oddech popędził w dół wzniesienia zamierzając dopędzić czym prędzej zawziętą dziewczynę.
W połowie stoku poślizgnął się na kawałku skalnego gruzu, wydawszy z siebie cichy wizg opadł na pośladki i zjechał w dół trąc nagim tyłkiem o rozpaloną słonecznym żarem skałę. Peemka wypadła mu z ręki, odbiła się z metalicznym trzaskiem od jakiegoś kamienia. Klnąc na czym świat stoi chudzielec pochwycił z powrotem broń i zerwał się na równe nogi posykując z powodu promieniującego w tyłku bólu.
Sunny zniknęła mu z oczu, a zbocza skalistych wzgórz wyrosły znienacka ponad głowę chudzielca przyprawiając go swą dziką groźną panoramą o zimne dreszcze. Upewniwszy się, że z broni nie wypadł przypadkiem magazynek, mężczyzna zaczął wspinać się na przeciwległe wzniesienie, wytrzeszczając oczy i kręcąc na wszystkie strony głową. Zdobycie szczytu zajęło mu dobre kilka minut i kosztowało tyle wysiłku, że docierając na górę nie potrafił się opędzić od zawrotów głowy. Przykucnął na chwilę w cieniu rzucanym przez wyjątkowo okazały kaktus, oblizując usta i żałując, że nie zabrał ze sobą butelki z wodą.
Sunny wyrosła u jego boku tak nieoczekiwanie, że mimowolnie otworzył usta do krzyku. Smukła, ale silna dłoń dziewczyny zamknęła mu usta, zdusiła okrzyk w zarodku.
- Zamknij się! - zasyczała dziewczyna kucając obok chudzielca i pokazując jednocześnie palcem w dół zbocza. Podążając za jej wzrokiem mężczyzna przełknął bezwiednie ślinę i skulił się przypadając do skalistego gruntu.
Kilka niewielkich, ale zwinnych kształtów podskakiwało u podstawy wzgórza przepychając się między sobą pośród wściekłych posykiwań i skrzeków, walcząc o pierwszeństwo w posiłku. Ich ofiara, broczący krwią z licznych głębokich ran Joe Cobb, leżała na ziemi z rozdartym gardłem, targana na strzępy przez żarłoczne stwory.
- One go jedzą? - wyszeptał niemal bezgłośnie chudzielec, zerkając z ukosa na Sunny.
- Skręcił kostkę, kiedy próbował przed nimi uciekać. To szare gekony, te większe - wyjaśniła szeptem dziewczyna, przyglądając się jednocześnie krwawej uczcie w dole - Trzymają się z dala od osady, bo płoszą je kozłorogi, ale na pustkowiu są śmiertelnie niebezpieczne. Tak czy owak, rozwiązały nasz problem. Cobb już nie zaniesie wieści do więzienia. Wracajmy do Goodsprings, tylko po cichu. I gdzie ty do cholery masz spodnie?
Joe Cobb daleko nie uciekł, jakieś pół mili od osady dopadły go mięsożerne gekony. Tym samym Kajdaniarze w Jean chwilowo nie będą mieli pojęcia, co się stało z ich kumplami!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, obok Prospector Saloon
Tężejące oblicza osadników zdradziły pastorowi, że jego propozycja - chociaż logiczna i rokująca spore szanse na zachowanie życia - nie zostanie przez miejscowych przyjęta.
- Wybacz, pastorze, ale my stąd nie odejdziemy - odpowiedź Trudi dowiodła słuszności podejrzeń Gottschalka - Jeśli Kajdaniarze zniszczą Goodsprings, nie zdołamy go odbudować. Jeszcze parę lat temu był tutaj ruch, byli przejezdni, którzy zostawiali pieniądze i towary. Teraz to miasteczko duchów i nasz jedyny dom. Będziemy się bronić, jeśli przyjdzie taka potrzeba. A teraz wywieźcie stąd te zwłoki i szybko wracajcie.
Kilku mężczyzn odeszło spod baru wraz z zaprzężonym w koźlorogi wózkiem zabierając makabryczny ładunek na miejsce prowizorycznego pochówku. Barmanka napiła się wody i spojrzała na siedzącego na werandzie Ringa.
- Mam nadzieję, że zapamiętasz to, co dla ciebie zrobiliśmy - powiedziała do handlarza Karmazynowej Karawany - Szczęśliwie żaden z nas nie doznał uszczerbku, ale niewiele brakowało.
- Karawana na pewno wam tego nie zapomni - odparł zdecydowanym tonem młodzieniec - Moja w tym głowa, żeby się wam odwdzięczyć. Dyrektor Lafferty o wszystkim się dowie.
- Nick, chodź do mnie - Trudi przywołała do siebie jednego z osadników - Przeliczymy amunicję, rozdzielimy warty. Dzisiejszej nocy trzeba będzie dobrze przypilnować miasteczka.
- Patrzcie tam! - Stary Pete przesłonił dłonią oczy, wskazując jednocześnie drugą ręką w stronę południowych wzgórz na obrzeżach Goodsprings - To Sunny?
Sam podniósł do oczu lornetkę, zlustrował z jej pomocą nadchodzące do miasteczka postacie i skinął twierdząco głową.
- Sunny i ten chudy - oznajmił przywołując na twarz Trudi uśmiech szczerej ulgi.
Tężejące oblicza osadników zdradziły pastorowi, że jego propozycja - chociaż logiczna i rokująca spore szanse na zachowanie życia - nie zostanie przez miejscowych przyjęta.
- Wybacz, pastorze, ale my stąd nie odejdziemy - odpowiedź Trudi dowiodła słuszności podejrzeń Gottschalka - Jeśli Kajdaniarze zniszczą Goodsprings, nie zdołamy go odbudować. Jeszcze parę lat temu był tutaj ruch, byli przejezdni, którzy zostawiali pieniądze i towary. Teraz to miasteczko duchów i nasz jedyny dom. Będziemy się bronić, jeśli przyjdzie taka potrzeba. A teraz wywieźcie stąd te zwłoki i szybko wracajcie.
Kilku mężczyzn odeszło spod baru wraz z zaprzężonym w koźlorogi wózkiem zabierając makabryczny ładunek na miejsce prowizorycznego pochówku. Barmanka napiła się wody i spojrzała na siedzącego na werandzie Ringa.
- Mam nadzieję, że zapamiętasz to, co dla ciebie zrobiliśmy - powiedziała do handlarza Karmazynowej Karawany - Szczęśliwie żaden z nas nie doznał uszczerbku, ale niewiele brakowało.
- Karawana na pewno wam tego nie zapomni - odparł zdecydowanym tonem młodzieniec - Moja w tym głowa, żeby się wam odwdzięczyć. Dyrektor Lafferty o wszystkim się dowie.
- Nick, chodź do mnie - Trudi przywołała do siebie jednego z osadników - Przeliczymy amunicję, rozdzielimy warty. Dzisiejszej nocy trzeba będzie dobrze przypilnować miasteczka.
- Patrzcie tam! - Stary Pete przesłonił dłonią oczy, wskazując jednocześnie drugą ręką w stronę południowych wzgórz na obrzeżach Goodsprings - To Sunny?
Sam podniósł do oczu lornetkę, zlustrował z jej pomocą nadchodzące do miasteczka postacie i skinął twierdząco głową.
- Sunny i ten chudy - oznajmił przywołując na twarz Trudi uśmiech szczerej ulgi.
Osadnicy zdecydowanie odmówili wyprowadzki. Sunny i chudzielec wrócili do Goodsprings, albinos został wyleczony z obrażeń. Zwłoki Kajdaniarzy wywieziono z osady z zamiarem pogrzebania na okolicznych wzgórzach.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Goodsprings, Prospector Saloon
Grupka mężczyzn i kobiet siedziała w barowej części budynku, racząc się pitą z poszczerbionych szklanek whiskey i rozmawiając ze sobą w ożywiony sposób. Sunny, jasnowłosy zabijaka i Chet zajmowali miejsca na barowych stołkach przy kontuarze, albinos, przebrany w pożyczone od Nicka ciuchy chudzielec, Trudi, doktor Mitchell i pastor Gottschalk za sąsiadującymi z barkiem stolikami.
- Po śmierci Cobba zyskaliśmy sporo na czasie - oznajmił z przekonaniem w głosie Chet - Reszta bandy pewnie się najpierw będzie zastanawiać nad przyczyną zniknięcia tej grupy, a dopiero potem zaczną nas sprawdzać. Jak wykorzystamy ten czas?
Doktor Mitchell spojrzał porozumiewawczo na albinosa, po czym uniósł dłoń dając znać, że ma coś ważnego do powiedzenia.
- Rozmawiałem już z tym oto przyjacielem na temat pomocy, której mógłby nam udzielić - wyjawił lekarz - Chodzi o dostarczenie wiadomości do posterunku Kalifornijczyków przy Primm. Może mogliby udzielić nam jakiegoś wsparcia. Zbiegli więźniowie są naszymi wspólnymi wrogami.
- Słuchałeś ostatnich wiadomości w radiu? - odpowiedziała z nutą zwątpienia Trudi - W Primm podobno też panoszy się jakaś banda, a wojsko RNK nic z tym nie robi. Czemu mieliby pomagać właśnie nam?
- Bo chcą dać nauczkę ludziom z Primm za zeszłoroczne referendum - odparł Mitchell - Wszystko to polityka. My mamy czystą kartę, RNK nigdy niczego od nas nie chciało, nigdy z nimi nie zadarliśmy.
- Sama nie wiem - pokręciła głową barmanka - Z jednej strony przydałby się tutaj oddział wojska, z drugiej nie wiadomo, czy nie będą nas chcieli od razu anektować. Chcecie płacić na Kimballa?
- Pan House nas nie ochroni - przytaknął słowom Trudi Chet - Jego interesuje wyłącznie Nowe Vegas, inne rody zresztą również.
- Jeśli Kalifornia zechce nas zaanektować, i tak to prędzej czy później zrobi, za naszą zgodą bądź bez niej - wzruszył ramionami doktor - Jedna prośba o pomoc niczego tu nie zmieni.
- A wy co o tym myślicie? - Trudi przeniosła wzrok na resztę zgromadzonych w barze ludzi, wyraźnie oczekując ich opinii.
Grupka mężczyzn i kobiet siedziała w barowej części budynku, racząc się pitą z poszczerbionych szklanek whiskey i rozmawiając ze sobą w ożywiony sposób. Sunny, jasnowłosy zabijaka i Chet zajmowali miejsca na barowych stołkach przy kontuarze, albinos, przebrany w pożyczone od Nicka ciuchy chudzielec, Trudi, doktor Mitchell i pastor Gottschalk za sąsiadującymi z barkiem stolikami.
- Po śmierci Cobba zyskaliśmy sporo na czasie - oznajmił z przekonaniem w głosie Chet - Reszta bandy pewnie się najpierw będzie zastanawiać nad przyczyną zniknięcia tej grupy, a dopiero potem zaczną nas sprawdzać. Jak wykorzystamy ten czas?
Doktor Mitchell spojrzał porozumiewawczo na albinosa, po czym uniósł dłoń dając znać, że ma coś ważnego do powiedzenia.
- Rozmawiałem już z tym oto przyjacielem na temat pomocy, której mógłby nam udzielić - wyjawił lekarz - Chodzi o dostarczenie wiadomości do posterunku Kalifornijczyków przy Primm. Może mogliby udzielić nam jakiegoś wsparcia. Zbiegli więźniowie są naszymi wspólnymi wrogami.
- Słuchałeś ostatnich wiadomości w radiu? - odpowiedziała z nutą zwątpienia Trudi - W Primm podobno też panoszy się jakaś banda, a wojsko RNK nic z tym nie robi. Czemu mieliby pomagać właśnie nam?
- Bo chcą dać nauczkę ludziom z Primm za zeszłoroczne referendum - odparł Mitchell - Wszystko to polityka. My mamy czystą kartę, RNK nigdy niczego od nas nie chciało, nigdy z nimi nie zadarliśmy.
- Sama nie wiem - pokręciła głową barmanka - Z jednej strony przydałby się tutaj oddział wojska, z drugiej nie wiadomo, czy nie będą nas chcieli od razu anektować. Chcecie płacić na Kimballa?
- Pan House nas nie ochroni - przytaknął słowom Trudi Chet - Jego interesuje wyłącznie Nowe Vegas, inne rody zresztą również.
- Jeśli Kalifornia zechce nas zaanektować, i tak to prędzej czy później zrobi, za naszą zgodą bądź bez niej - wzruszył ramionami doktor - Jedna prośba o pomoc niczego tu nie zmieni.
- A wy co o tym myślicie? - Trudi przeniosła wzrok na resztę zgromadzonych w barze ludzi, wyraźnie oczekując ich opinii.
Trzeba podjąć decyzję, co dalej!