PBF - Charleston by Night
- Pojąłem - rzekł w odpowiedzi na propozycję Victorii. Rozluźnił się i ponownie oparł o ścianę. Przysłuchując się wypowiedziom pozostałych Kuffrów, wyjął z kieszeni oksydowany nóż wojskowy i zaczął się nim bawić. Chód stali i ciężar broni w ręku uspokajały go. Pomagały ponownie zebrać myśli...
- Nie potrzebujemy pomocy. Im mniej osób wie, tym lepiej - wtrącił się, odpowiadając na propozycję Nosferatu. - Potrzebujemy krwi z Animalizmem. A to da się załatwić.
Uśmiechnął się lekko, obserwując refleksy tańczące na ciemnym ostrzu. Imiona tych, którzy spoczywają w starożytnych kryptach... Tak, to mu się podobało. Bardzo podobało... Bowiem Krypty zwykle skrywały cenną (krew) zawartość...
- Jest w mieście Sabat, są Anarchiści. A to oznacza że zdobędę krew... Tak, też uważam, że najpierw powinniśmy załatwić sprawę w miastach Camarilli. Później zdecydujemy co dalej.
- A jeśli chodzi o twoje pytanie - powiedział zimno, spoglądając na Ravnosa. - Jedynym narzędziem śmierci jakim dysponujecie, jestem ja. Więc jak sądzę imię oznacza cel. I nie martw się. Nie planuję przenosić walki na niczyj teren. Zniszczenie zabójcy klienta jest moim zadaniem. Nie zamierzam dawać Sabatowi możliwości skorzystania z sytuacji przede mną...
Nóż lśnił. A w mrocznym odbiciu na jego ostrzu, Morderca widział błysk swych zębów, wyszczerzonych w uśmiechu. I wiedział, że już niedługo popłynie krew...
- Nie potrzebujemy pomocy. Im mniej osób wie, tym lepiej - wtrącił się, odpowiadając na propozycję Nosferatu. - Potrzebujemy krwi z Animalizmem. A to da się załatwić.
Uśmiechnął się lekko, obserwując refleksy tańczące na ciemnym ostrzu. Imiona tych, którzy spoczywają w starożytnych kryptach... Tak, to mu się podobało. Bardzo podobało... Bowiem Krypty zwykle skrywały cenną (krew) zawartość...
- Jest w mieście Sabat, są Anarchiści. A to oznacza że zdobędę krew... Tak, też uważam, że najpierw powinniśmy załatwić sprawę w miastach Camarilli. Później zdecydujemy co dalej.
- A jeśli chodzi o twoje pytanie - powiedział zimno, spoglądając na Ravnosa. - Jedynym narzędziem śmierci jakim dysponujecie, jestem ja. Więc jak sądzę imię oznacza cel. I nie martw się. Nie planuję przenosić walki na niczyj teren. Zniszczenie zabójcy klienta jest moim zadaniem. Nie zamierzam dawać Sabatowi możliwości skorzystania z sytuacji przede mną...
Nóż lśnił. A w mrocznym odbiciu na jego ostrzu, Morderca widział błysk swych zębów, wyszczerzonych w uśmiechu. I wiedział, że już niedługo popłynie krew...
Ostatnio zmieniony 17 marca 2015, 14:25 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
- Animalizm to ta droga wolniejsza o ktorej mówiłem. Nie da sie wezwać wszystkich krukow z można jedynie te w zasiegu głosu. Chodzic i wołać po miescie kruki i prosic zeby odkazaly jednego z nich. No nie wiem, ale to chyba malo subtelne.Nie tylko kruki będą slyszaly wezwanie. Wydaje mi się, że znacznie szybciej byloby poprosić o pomoc Coraxa a tak się sklada że znam jednego. Jak to mówią kruk krukowi oka nie wykole. Nawet jeśli nie pomoże odnaleźć podpowie gdzie szukac kolegów. Decyzja jest wspólna jeśli nie ma aklamacji, głosujemy.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
- Spokojnie panowie... - Victoria odezwała się łagodnym już w tej chwili głosem. Kiedy emocje ją opuściły, poczuła się dużo lepiej i swobodniej.
- Zanim zaczniemy analizować te mapy i planować kolejne posunięcia, byłabym jednak za tym, by wrócić do tematu starca i tego, co każde z was o nim wiedziało lub wie. - Zwróciła się do Horacego, podchodząc bliżej i przyglądając mu się z zainteresowaniem. - Zatem wybacz, że przerwę wam te radosne plany, które tak skwapliwie chcecie opracowywać z Gavinem już w tej chwili, ale na to będzie jeszcze czas. Mamy go tutaj dużo, a chyba nie tylko ja chciałabym wysłuchać waszych historii.
- Sam mówiłeś, że nikomu z nas nie ufasz. Zrozumiałe, że na to potrzeba czasu. Dla nas wszystkich. Weź jednak pod uwagę fakt, iż my nie wiemy praktycznie nic o Tobie, poza tym, że Charlestone to miejsce, które nazywasz domem. A jeszcze dziwniejszym wydaje się fakt, iż mając świadomość, że Atrahasis wyraźnie przestrzegał, by nie ufać NIKOMU poza naszą piątką, proponujesz wyjawienie naszych działań jakiemuś ...zmiennokształtnemu?
Lasombra powstrzymała się od dalszych pytań, cisnących się na jej usta, pozwalając by nawet niewypowiedziane, pomknęły i dotarły do świadomości rozmówców. Na chwilę się zamyśliła, po czym dodała:
- Poza tym uważam, że wyjawianie komukolwiek naszych poczynań jest bardzo złym pomysłem i sprowadzi na nas niebezpieczeństwo. Jeśli niewiele więcej wścibskich oczu, które i tak skrupulatnie będą patrzeć nam na ręce...
- Ale wracając do dyskusji, którą chciałabym wznowić... O Namtarze wiecie już sporo. Ja również wyjaśniłam, co mnie ze starcem łączyło i dlaczego tutaj jestem. Zatem proszę was o to samo, drodzy panowie. Wierzę, że informacje te mogą skrywać tajemnice, których nie widać na pierwszy rzut oka. A wspólnie możemy dojść do czegoś sensownego. Jak powiedziałam, czasu mamy sporo... Zatem słuchamy...
- Kto chce zacząć?
- Zanim zaczniemy analizować te mapy i planować kolejne posunięcia, byłabym jednak za tym, by wrócić do tematu starca i tego, co każde z was o nim wiedziało lub wie. - Zwróciła się do Horacego, podchodząc bliżej i przyglądając mu się z zainteresowaniem. - Zatem wybacz, że przerwę wam te radosne plany, które tak skwapliwie chcecie opracowywać z Gavinem już w tej chwili, ale na to będzie jeszcze czas. Mamy go tutaj dużo, a chyba nie tylko ja chciałabym wysłuchać waszych historii.
- Sam mówiłeś, że nikomu z nas nie ufasz. Zrozumiałe, że na to potrzeba czasu. Dla nas wszystkich. Weź jednak pod uwagę fakt, iż my nie wiemy praktycznie nic o Tobie, poza tym, że Charlestone to miejsce, które nazywasz domem. A jeszcze dziwniejszym wydaje się fakt, iż mając świadomość, że Atrahasis wyraźnie przestrzegał, by nie ufać NIKOMU poza naszą piątką, proponujesz wyjawienie naszych działań jakiemuś ...zmiennokształtnemu?
Lasombra powstrzymała się od dalszych pytań, cisnących się na jej usta, pozwalając by nawet niewypowiedziane, pomknęły i dotarły do świadomości rozmówców. Na chwilę się zamyśliła, po czym dodała:
- Poza tym uważam, że wyjawianie komukolwiek naszych poczynań jest bardzo złym pomysłem i sprowadzi na nas niebezpieczeństwo. Jeśli niewiele więcej wścibskich oczu, które i tak skrupulatnie będą patrzeć nam na ręce...
- Ale wracając do dyskusji, którą chciałabym wznowić... O Namtarze wiecie już sporo. Ja również wyjaśniłam, co mnie ze starcem łączyło i dlaczego tutaj jestem. Zatem proszę was o to samo, drodzy panowie. Wierzę, że informacje te mogą skrywać tajemnice, których nie widać na pierwszy rzut oka. A wspólnie możemy dojść do czegoś sensownego. Jak powiedziałam, czasu mamy sporo... Zatem słuchamy...
- Kto chce zacząć?
Ostatnio zmieniony 17 marca 2015, 15:43 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry zrobił kilka kroków w przód, wysuwając się przed resztę koterii, tak by każdy mógł go wyraźnie widzieć i słyszeć.
- To może ja. Jeszcze za swojego śmiertelnego życia zrobiłem coś, co strasznie rozgniewało mojego Stwórcę. W ramach zemsty przemienił mnie, by móc torturować mnie "aż po dzień Sądu Ostatecznego", jak to zdarzyło mu się ująć. Wiele swych pierwszych lat jako spokrewniony, spędziłem w ciemnych lochach, gdzie ten który mnie przemienił zapoznawał mnie konsekwentnie z nowymi wymiarami bólu. Niechętnie wracam do tych wspomnień, jednak mówię o tym byście zrozumieli ogrom wdzięczności jaki czuję do Mędrca w Czerwieni, jako że to właśnie on pomógł mi się wydostać z tego koszmaru. Uwolnił mnie i pomógł uciec. Przysiągłem mu wtedy pomoc, kiedy tylko będzie jej potrzebował. Kilka razy na przestrzeni lat zdarzało nam się krzyżować ścieżki. To nie jest tak, że znaliśmy się jakoś wybitnie, ale od momentu śmierci nie miałem nikogo, kto byłby w moich oczach bliżej definicji przyjaźni. Dlatego też kiedy mnie wezwał, to nie była to nawet kwestia wyboru. Jestem tu, bo nie ma możliwości by było inaczej.
Zacisnął szczęki na wspomnienie dawnych wydarzeń. Miał szczerą nadzieję że jego wypowiedź okaże się w pełni dla wszystkich satysfakcjonującą, i nie będzie już musiał cofać się do tych mrocznych nocy swej egzystencji. Po chwili zadumy coś mu się przypomniało.
- I nie wiem czy to ma znaczenie, ale mój Stwórca właśnie jest osobą odpowiedzialną za wcześniejszy atak magiczny. Możliwym jest, że atak był wykierowany właśnie we mnie, a Gavin czy Klaus byli przypadkowymi ofiarami. - spojrzał w kierunku Ravnosa - Jeśli tak jest w istocie, przepraszam Cię że swoją obecnością cię naraziłem na niebezpieczeństwo. - następnie podniósł palec wskazujący ku górze i zaczął przechadzać się między zebranymi - Ale możliwym jest też, że po odczytaniu testamentu, jakiś jego bystrzejszy sługa wyniósł Księgę kondolencyjną zawierającą podpisy części z nas. Wystarczające by mieć do nas dostęp poprzez Czarnomagiczne praktyki. I niezwykle wygodne jeśli ktoś chce ukryć szczegóły śmierci Atrahasisa - pozbyć się części osób które są tymi szczegółami zainteresowane...
Urwał swą wypowiedź. Zatrzymał się i opuścił rękę. Zapatrzony w dal, pogrążył się w świecie swych rozmyślań.
- To może ja. Jeszcze za swojego śmiertelnego życia zrobiłem coś, co strasznie rozgniewało mojego Stwórcę. W ramach zemsty przemienił mnie, by móc torturować mnie "aż po dzień Sądu Ostatecznego", jak to zdarzyło mu się ująć. Wiele swych pierwszych lat jako spokrewniony, spędziłem w ciemnych lochach, gdzie ten który mnie przemienił zapoznawał mnie konsekwentnie z nowymi wymiarami bólu. Niechętnie wracam do tych wspomnień, jednak mówię o tym byście zrozumieli ogrom wdzięczności jaki czuję do Mędrca w Czerwieni, jako że to właśnie on pomógł mi się wydostać z tego koszmaru. Uwolnił mnie i pomógł uciec. Przysiągłem mu wtedy pomoc, kiedy tylko będzie jej potrzebował. Kilka razy na przestrzeni lat zdarzało nam się krzyżować ścieżki. To nie jest tak, że znaliśmy się jakoś wybitnie, ale od momentu śmierci nie miałem nikogo, kto byłby w moich oczach bliżej definicji przyjaźni. Dlatego też kiedy mnie wezwał, to nie była to nawet kwestia wyboru. Jestem tu, bo nie ma możliwości by było inaczej.
Zacisnął szczęki na wspomnienie dawnych wydarzeń. Miał szczerą nadzieję że jego wypowiedź okaże się w pełni dla wszystkich satysfakcjonującą, i nie będzie już musiał cofać się do tych mrocznych nocy swej egzystencji. Po chwili zadumy coś mu się przypomniało.
- I nie wiem czy to ma znaczenie, ale mój Stwórca właśnie jest osobą odpowiedzialną za wcześniejszy atak magiczny. Możliwym jest, że atak był wykierowany właśnie we mnie, a Gavin czy Klaus byli przypadkowymi ofiarami. - spojrzał w kierunku Ravnosa - Jeśli tak jest w istocie, przepraszam Cię że swoją obecnością cię naraziłem na niebezpieczeństwo. - następnie podniósł palec wskazujący ku górze i zaczął przechadzać się między zebranymi - Ale możliwym jest też, że po odczytaniu testamentu, jakiś jego bystrzejszy sługa wyniósł Księgę kondolencyjną zawierającą podpisy części z nas. Wystarczające by mieć do nas dostęp poprzez Czarnomagiczne praktyki. I niezwykle wygodne jeśli ktoś chce ukryć szczegóły śmierci Atrahasisa - pozbyć się części osób które są tymi szczegółami zainteresowane...
Urwał swą wypowiedź. Zatrzymał się i opuścił rękę. Zapatrzony w dal, pogrążył się w świecie swych rozmyślań.
Ostatnio zmieniony 17 marca 2015, 17:20 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Nosferatu nabrał powietrza ale wstrzelił mu się Ojczulo. Horacy nie mógł uwierzyć w to co powiedziała Victoria zszokowało go to i zabolało, dlatego słuchał malkaviana kątem ucha nie mogąc pogodzić się z tym co usłyszał.
Jak można handlować takimi wyjątkowymi przedmiotami? Jak można w ogóle pomyśleć, by się ich pozbyć? Przecież są takie piękne...
Frater Terry w końcu skończył, a w Horacym na tyle opadły emocje że postanowił pominąć cały swój wstęp składający się właściwie wyłącznie z ekscentrycznych epitetów.
- Żeby było jasne. Nie mam zamiaru ufać komuś z zewnątrz, przed czym przestrzegał starzec. Nie do końca ufam nawet Wam. Moje stanowisko w tej sprawie jest klarowne od początku. Naiwnie uwierzyłem jednak w to do czego zachęcałaś madam, żeby dzielić się tym co się wie bo być może ktoś z koterii będzie potrafił to efektywnie wykorzystać. Powiedziałem o Coraxie bo miałem nadzieję że na przykład Ty zrobisz z tego użytek. Ale Zawiodłaś Victorio. Miałem nadzieję, że potrafisz zmusić go dominacją do odnalezienia kruków a potem użyć tej samej dyscypliny co w przypadku sabatnika. Ale nie chcesz lub nie potrafisz tego zrobić... przykre. Gavin ojciec kłamstwa mógłby go oszukać i podać inny powód poszukiwań bo przecież Corax go nie zna. Ojczulo Terry namieszać mu w głowie...
- Mniejsza z tym. - machnął ręką - Trzeba się jednak już teraz zastanowić nad jedną rzeczą, żeby nie było nieporozumień. Część z tego co będziemy robić być może będzie wymagała pomocy kogoś z zewnątrz. Najlepiej od razu nad tym się zastanowić, czy jest to w ogóle myśl z którą można się pogodzić tak by bez stresu położyć się z nią do sarkofagu. Choć mam wrażenie, że nie będziecie mieli nawet ochoty spróbować załatwić sobie poprzez kogoś wejściówki na imprezy, które będą na terenach magów i lupinów. A będą huczne. Nie ukrywam, przyprawia mnie to o ciarki. Mam tu na myśli takie buńczuczne pomysły wejścia na pałę, na obcy teren, w nadziei że się uda. Jak ktoś myśli że jest taki zajebisty że nic nie musi to powiem jedno. Stary był wiekowy, a go sklepali na proszek. My natomiast nie wiemy nawet z kim gramy. Pomoc będzie potrzebna, tak samo jak jasne zasady na jakich ta ewentualna współpraca by funkcjonowała. Masz jednak rację madam, że trzeba zachować ostrożność, co do tego co i komu się mówi. Dlatego od tej pory, będę cedził wypuszczane tutaj informacje.
Spojrzał z dystansem po czym ciągnął dalej.
- Co do Starca, to ja nie spłacam swojego długu jak Wy. Choć taki już był, że ciągle pomagał i kilku moich barci z klanu również miało długi względem niego. Kiedy jednak przyszła jego godzina nikt nie zdążył pomóc jemu. Nikt z dłużników i przyjaciół, więc zdechł sam jak opuszczony pies!
Horacy naprężył się, wściekły na wszystkich w tym siebie, ale po chwili zmiarkował i się uspokoił.
- Mieszkaliśmy w jednym mieście i mimo jego podróży oraz licznych innych zainteresowań udawało nam się znaleźć czas by pogadać o ty i owym. Dla większości to mało dla innych bardzo dużo... Zaczęło się od rozmowy na temat deklaracji prezydenta James Monroe zakazującej Europejczykom wtrącania się w sprawy krajowe. Choć na początku myślałem, że to kolejny frajer który przyszedł żebym mu pomógł z biznesem do Rusty-ego ale boi się zejść sam na dół. Z czasem nasza znajomość się rozwinęła w przyjaźń która, trwała aż do tego fatalnego dnia kiedy go zabili. Ten skurwiel, który mu to załatwił, powinien za to drogo zapłacić! - Horacy poczuł głęboki gniew, aura zafalowała głęboką czerwienią.
- Wybaczcie ale nie chce mi się dalej pierdolić smutów o moich prywatnych sprawach z osobami które znam jedną noc, więc tutaj sobie spasuję. Najchętniej wziąłbym się już za poszukiwania i skończył wspominki które jak na razie nic do nich nie wnoszą.
Jak można handlować takimi wyjątkowymi przedmiotami? Jak można w ogóle pomyśleć, by się ich pozbyć? Przecież są takie piękne...
Frater Terry w końcu skończył, a w Horacym na tyle opadły emocje że postanowił pominąć cały swój wstęp składający się właściwie wyłącznie z ekscentrycznych epitetów.
- Żeby było jasne. Nie mam zamiaru ufać komuś z zewnątrz, przed czym przestrzegał starzec. Nie do końca ufam nawet Wam. Moje stanowisko w tej sprawie jest klarowne od początku. Naiwnie uwierzyłem jednak w to do czego zachęcałaś madam, żeby dzielić się tym co się wie bo być może ktoś z koterii będzie potrafił to efektywnie wykorzystać. Powiedziałem o Coraxie bo miałem nadzieję że na przykład Ty zrobisz z tego użytek. Ale Zawiodłaś Victorio. Miałem nadzieję, że potrafisz zmusić go dominacją do odnalezienia kruków a potem użyć tej samej dyscypliny co w przypadku sabatnika. Ale nie chcesz lub nie potrafisz tego zrobić... przykre. Gavin ojciec kłamstwa mógłby go oszukać i podać inny powód poszukiwań bo przecież Corax go nie zna. Ojczulo Terry namieszać mu w głowie...
- Mniejsza z tym. - machnął ręką - Trzeba się jednak już teraz zastanowić nad jedną rzeczą, żeby nie było nieporozumień. Część z tego co będziemy robić być może będzie wymagała pomocy kogoś z zewnątrz. Najlepiej od razu nad tym się zastanowić, czy jest to w ogóle myśl z którą można się pogodzić tak by bez stresu położyć się z nią do sarkofagu. Choć mam wrażenie, że nie będziecie mieli nawet ochoty spróbować załatwić sobie poprzez kogoś wejściówki na imprezy, które będą na terenach magów i lupinów. A będą huczne. Nie ukrywam, przyprawia mnie to o ciarki. Mam tu na myśli takie buńczuczne pomysły wejścia na pałę, na obcy teren, w nadziei że się uda. Jak ktoś myśli że jest taki zajebisty że nic nie musi to powiem jedno. Stary był wiekowy, a go sklepali na proszek. My natomiast nie wiemy nawet z kim gramy. Pomoc będzie potrzebna, tak samo jak jasne zasady na jakich ta ewentualna współpraca by funkcjonowała. Masz jednak rację madam, że trzeba zachować ostrożność, co do tego co i komu się mówi. Dlatego od tej pory, będę cedził wypuszczane tutaj informacje.
Spojrzał z dystansem po czym ciągnął dalej.
- Co do Starca, to ja nie spłacam swojego długu jak Wy. Choć taki już był, że ciągle pomagał i kilku moich barci z klanu również miało długi względem niego. Kiedy jednak przyszła jego godzina nikt nie zdążył pomóc jemu. Nikt z dłużników i przyjaciół, więc zdechł sam jak opuszczony pies!
Horacy naprężył się, wściekły na wszystkich w tym siebie, ale po chwili zmiarkował i się uspokoił.
- Mieszkaliśmy w jednym mieście i mimo jego podróży oraz licznych innych zainteresowań udawało nam się znaleźć czas by pogadać o ty i owym. Dla większości to mało dla innych bardzo dużo... Zaczęło się od rozmowy na temat deklaracji prezydenta James Monroe zakazującej Europejczykom wtrącania się w sprawy krajowe. Choć na początku myślałem, że to kolejny frajer który przyszedł żebym mu pomógł z biznesem do Rusty-ego ale boi się zejść sam na dół. Z czasem nasza znajomość się rozwinęła w przyjaźń która, trwała aż do tego fatalnego dnia kiedy go zabili. Ten skurwiel, który mu to załatwił, powinien za to drogo zapłacić! - Horacy poczuł głęboki gniew, aura zafalowała głęboką czerwienią.
- Wybaczcie ale nie chce mi się dalej pierdolić smutów o moich prywatnych sprawach z osobami które znam jedną noc, więc tutaj sobie spasuję. Najchętniej wziąłbym się już za poszukiwania i skończył wspominki które jak na razie nic do nich nie wnoszą.
Ostatnio zmieniony 17 marca 2015, 23:30 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Oj mylisz się bardzo... Mylisz się Horacy, jeśli zakładasz, że tego rodzaju "wspominki" jak to sam określasz niczego nie wnoszą... - Victoria z zamyśleniem spoglądała na bardzo emocjonalny wywód Nosferatu. Jego gniew i frustracja były zrozumiałe, więc gdy skończył, zabrała głos.
- Rozumiem Horacy Twój punkt widzenia i bardzo się cieszę, że tak otwarcie wyrażasz swoje poglądy... - zaczęła spokojnym tonem, by ostudzić nieco atmosferę. - To nie jest tak, że ta rozmowa nic nie wnosi. Jeśli się lepiej poznamy, to będziemy po pierwsze znali swoje motywacje, a po drugie możliwości. A to pozwoli na lepszą współpracę i szybciej zbuduje zaufanie w grupie. Warto chyba byłoby zwrócić na to uwagę. Tak sądzę...
- Poza tym... - kontynuowała dalej Victoria - mam świadomość, że z pewnymi sprawami będziemy musieli zwrócić się do osób z zewnątrz. Zanim jednak to zrobimy, chciałabym byśmy wspólnie zebrali jak najwięcej informacji i danych. Wiedza zawsze jest kluczem i podstawą do planowania wszelkich działań, a sam słusznie zauważyłeś, że nie wiemy nawet z czym tak naprawdę mamy do czynienia.
Na chwilę zamyśliła się, spoglądając Nosferatu prosto w oczy. Mimo, że ton głosu był spokojny, przez jej twarz przebiegł cień smutku, jakby przez chwilę walczyła sama ze sobą, bądź swoimi myślami.
- Sprawę Coraxa zostawmy otwartą, jak najbardziej... Jednak zważ Horacy na fakt, iż jest zmiennokształtnym. Nie sądzę, bym w tej chwili zawiodła kogokolwiek, kierując się rozsądkiem i planując, miast pochopnie podejmować decyzje. Ja... nie posiadam wiedzy o ich możliwościach. Nie wiem, czy i w jaki sposób dyscypliny mogą na nich wpływać. Ale jeśli założyłeś, że tak mogłoby być, to z pewnością warte jest to rozważenia i chętnie o tym posłucham. Używałeś na nim czegoś wcześniej?
Victoria rozejrzała się po wszystkich zebranych, czekając na odpowiedź Horacego.
- Rozumiem Horacy Twój punkt widzenia i bardzo się cieszę, że tak otwarcie wyrażasz swoje poglądy... - zaczęła spokojnym tonem, by ostudzić nieco atmosferę. - To nie jest tak, że ta rozmowa nic nie wnosi. Jeśli się lepiej poznamy, to będziemy po pierwsze znali swoje motywacje, a po drugie możliwości. A to pozwoli na lepszą współpracę i szybciej zbuduje zaufanie w grupie. Warto chyba byłoby zwrócić na to uwagę. Tak sądzę...
- Poza tym... - kontynuowała dalej Victoria - mam świadomość, że z pewnymi sprawami będziemy musieli zwrócić się do osób z zewnątrz. Zanim jednak to zrobimy, chciałabym byśmy wspólnie zebrali jak najwięcej informacji i danych. Wiedza zawsze jest kluczem i podstawą do planowania wszelkich działań, a sam słusznie zauważyłeś, że nie wiemy nawet z czym tak naprawdę mamy do czynienia.
Na chwilę zamyśliła się, spoglądając Nosferatu prosto w oczy. Mimo, że ton głosu był spokojny, przez jej twarz przebiegł cień smutku, jakby przez chwilę walczyła sama ze sobą, bądź swoimi myślami.
- Sprawę Coraxa zostawmy otwartą, jak najbardziej... Jednak zważ Horacy na fakt, iż jest zmiennokształtnym. Nie sądzę, bym w tej chwili zawiodła kogokolwiek, kierując się rozsądkiem i planując, miast pochopnie podejmować decyzje. Ja... nie posiadam wiedzy o ich możliwościach. Nie wiem, czy i w jaki sposób dyscypliny mogą na nich wpływać. Ale jeśli założyłeś, że tak mogłoby być, to z pewnością warte jest to rozważenia i chętnie o tym posłucham. Używałeś na nim czegoś wcześniej?
Victoria rozejrzała się po wszystkich zebranych, czekając na odpowiedź Horacego.
Ostatnio zmieniony 18 marca 2015, 20:05 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Po słowach Victorii napięcie w Horacym wyraźnie opadło.
- Róbcie jak uważacie dla mnie to sprawy osobiste i wolę je pozostawić. Ale chętnie posłucham o wszelkich perypetiach - uśmiechnął się w dziwnie przebiegły sposób. - Wracając do animalizmu to szukanie na pewno nie przejdzie bez echa. Mówiąc o niepowołanych uszach miałem na myśli Corax którzy są w mieście. A trochę ich tu jest więc następnej nocy jak tak zrobimy pół miasta będzie wiedziało.
Przerwał na chwilę jakby zastanawiając się czy może podzielić się taką informacją, w dodatku za darmo.
- Mają tu swój caern co moim zdaniem jest ewenementem już samym w sobie. Pewnie wszystkie ich caerny w całych stanach można by policzyć na jednej ręce drwala. Caern znajduje się na wieży Kościołą św. Jana w Charleston. Sam teren Caernu jest raczej niewielki, ograniczony do wieży kościoła. Znam to miejsce i okolice czasem tam bywałem szukając jednego z tych zmiennokształtnych z którym się nieźle znam.

- To najbezpieczniejsze miejsce dla kruka którego poszukujemy i szczerze mówiąc to gdybym miał dziób i skrzydła tam właśnie bym się udał. Mam ochotę nawet się założyć o Twoją cnotę madam, że tak właśnie jest, co ty na to? - uśmiechnął się w ten sam szelmowski sposób jak poprzednio.
- Róbcie jak uważacie dla mnie to sprawy osobiste i wolę je pozostawić. Ale chętnie posłucham o wszelkich perypetiach - uśmiechnął się w dziwnie przebiegły sposób. - Wracając do animalizmu to szukanie na pewno nie przejdzie bez echa. Mówiąc o niepowołanych uszach miałem na myśli Corax którzy są w mieście. A trochę ich tu jest więc następnej nocy jak tak zrobimy pół miasta będzie wiedziało.
Przerwał na chwilę jakby zastanawiając się czy może podzielić się taką informacją, w dodatku za darmo.
- Mają tu swój caern co moim zdaniem jest ewenementem już samym w sobie. Pewnie wszystkie ich caerny w całych stanach można by policzyć na jednej ręce drwala. Caern znajduje się na wieży Kościołą św. Jana w Charleston. Sam teren Caernu jest raczej niewielki, ograniczony do wieży kościoła. Znam to miejsce i okolice czasem tam bywałem szukając jednego z tych zmiennokształtnych z którym się nieźle znam.

- To najbezpieczniejsze miejsce dla kruka którego poszukujemy i szczerze mówiąc to gdybym miał dziób i skrzydła tam właśnie bym się udał. Mam ochotę nawet się założyć o Twoją cnotę madam, że tak właśnie jest, co ty na to? - uśmiechnął się w ten sam szelmowski sposób jak poprzednio.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Lasombra spojrzała na niego unosząc brew. Nie mogła zapanować nad tą reakcją... trwała o kilka sekund za długo. Potem w niepohamowanym geście pokręciła głową na boki odwróciła się i odeszła kawałek, zastanawiając się nad głębokim podejściem niektórych istot.
- Myślę, że to miejsce możemy sprawdzić. - przyznała rację Horacemu. Odwróciła się i wolnym krokiem podeszła do Nosferatu, zatrzymując się tuż przed nim i pochylając w jego stronę. Spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała:
- Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. O dyscyplinach.
- Myślę, że to miejsce możemy sprawdzić. - przyznała rację Horacemu. Odwróciła się i wolnym krokiem podeszła do Nosferatu, zatrzymując się tuż przed nim i pochylając w jego stronę. Spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała:
- Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. O dyscyplinach.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
- Nie musiałem, subtelna szczerość przyjaciołom wystarcza w pełni. Przyznam, że na początku choć korciło, nie śmiałem tego robić by go nie spłoszyć ani mu się nie narazić. A potem nie było to już konieczne, jego wystarczyło posłuchać i od czasu do czasu sprzedać mu nieistotne ciekawostki. Obaj lubimy zbierać informację więc powiedzmy że trafił swój na swego i ta wymiana była satysfakcjonująca dla nas obu. Wbrew pozorom każda informacja jest na nic jeśli nie ma zainteresowanych do jej wysłuchania. Ja je sprzedaję on rozdaje za darmo, tylko taka różnica między nami . Ale czyżbyś chciała mi powiedzieć że dyscypliny na nich nie działają?
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry całkowicie pogrążył się w świecie wewnątrz swojej głowy. Z fascynacją przetrawiał informacje na temat Mrocznego Jedi, które zdradziła im Victoria. Zgadywał że reszta może po tej przemowie spojrzeć na Assamitę jeszcze mniej ufnie.
"Linia skupia tylko psychopatycznych morderców i ma bardzo złą opinię..." To raczej nie mogło pomóc. Chciała nas ostrzec czy przestraszyć? - spojrzał w kierunku Dartha Namtara. Siedział na swoim sarkofagu w niezmiennej pozie. Wyglądał jakby z zainteresowaniem ich słuchał. Albo jakby nie słuchał ich wcale, jakby byli tylko przedmiotami kontraktu i całkowicie by go nie obchodzili jako osoby. - Stawiałbym na drugą opcję. Krew Malkavian, kto by pomyślał? Jesteś przeklęty w ten sam sposób co ja. Przynajmniej w pewnej części. Tylko ja miałem to szczęście, że w chwili śmierci Pan przemówił do mnie. Co zaś przemówiło wtedy do ciebie? Jakim Demonom się zaprzedałeś biedaku? Z jednej strony, przez to czym jesteś, nie chcę mieć z tobą zbyt wiele wspólnego. Z drugiej strony zaś głęboko ci współczuję i naprawdę mam potrzebę ci pomóc. Tylko czy zechcesz tę pomoc przyjąć?
Terry spostrzegł że właściwie gapi się na Łowcę. Kiedy tylko ta świadomość zimnym dreszczem dotknęła jego karku, natychmiast odwrócił się do reszty zebranych. Pełen nadziei że Darth Namtar niczego nie spostrzegł. - Te jego cholerne okulary. Zawału można przez nie dostać, zobaczył to czy jednak nie? Nie, chyba nie. Lepiej żeby nie. Może jednak nie... - przeniósł spojrzenie na Horacego, skupiając się na jego słowach. Cokolwiek, byle w miarę naturalnie wyjść z tej sytuacji. - Na pewno zobaczył...
- Działają. Dyscypliny. Na zmiennokształtnych. Dominacja przynajmniej. - powiedział drżącym głosem, chcąc rozwiać wątpliwości LaSombra i Nosferatu.
"Linia skupia tylko psychopatycznych morderców i ma bardzo złą opinię..." To raczej nie mogło pomóc. Chciała nas ostrzec czy przestraszyć? - spojrzał w kierunku Dartha Namtara. Siedział na swoim sarkofagu w niezmiennej pozie. Wyglądał jakby z zainteresowaniem ich słuchał. Albo jakby nie słuchał ich wcale, jakby byli tylko przedmiotami kontraktu i całkowicie by go nie obchodzili jako osoby. - Stawiałbym na drugą opcję. Krew Malkavian, kto by pomyślał? Jesteś przeklęty w ten sam sposób co ja. Przynajmniej w pewnej części. Tylko ja miałem to szczęście, że w chwili śmierci Pan przemówił do mnie. Co zaś przemówiło wtedy do ciebie? Jakim Demonom się zaprzedałeś biedaku? Z jednej strony, przez to czym jesteś, nie chcę mieć z tobą zbyt wiele wspólnego. Z drugiej strony zaś głęboko ci współczuję i naprawdę mam potrzebę ci pomóc. Tylko czy zechcesz tę pomoc przyjąć?
Terry spostrzegł że właściwie gapi się na Łowcę. Kiedy tylko ta świadomość zimnym dreszczem dotknęła jego karku, natychmiast odwrócił się do reszty zebranych. Pełen nadziei że Darth Namtar niczego nie spostrzegł. - Te jego cholerne okulary. Zawału można przez nie dostać, zobaczył to czy jednak nie? Nie, chyba nie. Lepiej żeby nie. Może jednak nie... - przeniósł spojrzenie na Horacego, skupiając się na jego słowach. Cokolwiek, byle w miarę naturalnie wyjść z tej sytuacji. - Na pewno zobaczył...
- Działają. Dyscypliny. Na zmiennokształtnych. Dominacja przynajmniej. - powiedział drżącym głosem, chcąc rozwiać wątpliwości LaSombra i Nosferatu.
Ostatnio zmieniony 18 marca 2015, 23:18 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
- Po co dzielić się osobistymi historiami? To dość proste. Byle kto mógłby pod postacią niewidoczności czy iluzji przybrać postać jednego z nas i wywieść całą koterie na manowce, albo co lepsze ku zgubie - mówił Ravnos - Niemniej znając pewne osobiste "kruczki", możemy łatwiej wychwycić takie próby manipulacji. I nie bądźcie naiwni, nie zawsze będziemy wszyscy razem w bezpiecznym sanktuarium. Sam czasami przybieram postać "znajomego" ofiary by na przykład skierować go gdzieś gdzie nie będzie mi przeszkadzał. Łatwiej obrobić dom kiedy nie ma w nim gospodarza.
- Moja historia jest prosta i najprawdopodobniej będzie dla was zupełnie niezrozumiała. Ravnosi, złodzieje, cygani, włóczędzy, zwodziciele - wymieniał beznamiętnie tytuły które słyszał przez całe swoje życie - wszystkie te przydomki określają mój klan i każdy jest ich świadom. Rodzina jednak rzadko mówi o naszym stosunku do tych których uważamy za Braci Adrahasis jest pośród mego ludu uważany za Brata, a sam fakt skrzywdzenia go sprawia ze klan Ravnos jest bardzo zainteresowany sprawą wyrównania rachunków. Żyć będzie w naszych opowieściach a jego śmierć nie kończy naszego szacunku do Mędrca. Nie będzie mnie dziwić jeżeli nie zrozumiecie. - tu uśmiechnął się w sposób który wyrażał dokładnie to co zawarł w ostatnim zdaniu. Był świadom że kroczy własną ścieżką, w pełni rozumianą przez innych Ravnosów. Ścieżką wyznaczoną przez kruchą linię między snem i jawą.
- Czy możesz nam coś więcej powiedzieć o Twoim ojczulku Ojcze? - zwrócił się do Malkava. Gavin powoli zaczynał się zastanawiać czy wystarczy drzew w okolicy na zakołkowanie całej tej hałastry z Charleston. Rokowania kilku ostatnich godzin zakładały nadzwyczajne zapotrzebowanie na ten luksusowy towar.
- Szczególnie interesowałyby mnie informacje na temat tego dlaczego on... (się wpierdala) postanowił interweniować w tak brutalny sposób? Czy wiesz może coś więcej o miejscu jego (doczesnego) pobytu?
- Moja historia jest prosta i najprawdopodobniej będzie dla was zupełnie niezrozumiała. Ravnosi, złodzieje, cygani, włóczędzy, zwodziciele - wymieniał beznamiętnie tytuły które słyszał przez całe swoje życie - wszystkie te przydomki określają mój klan i każdy jest ich świadom. Rodzina jednak rzadko mówi o naszym stosunku do tych których uważamy za Braci Adrahasis jest pośród mego ludu uważany za Brata, a sam fakt skrzywdzenia go sprawia ze klan Ravnos jest bardzo zainteresowany sprawą wyrównania rachunków. Żyć będzie w naszych opowieściach a jego śmierć nie kończy naszego szacunku do Mędrca. Nie będzie mnie dziwić jeżeli nie zrozumiecie. - tu uśmiechnął się w sposób który wyrażał dokładnie to co zawarł w ostatnim zdaniu. Był świadom że kroczy własną ścieżką, w pełni rozumianą przez innych Ravnosów. Ścieżką wyznaczoną przez kruchą linię między snem i jawą.
- Czy możesz nam coś więcej powiedzieć o Twoim ojczulku Ojcze? - zwrócił się do Malkava. Gavin powoli zaczynał się zastanawiać czy wystarczy drzew w okolicy na zakołkowanie całej tej hałastry z Charleston. Rokowania kilku ostatnich godzin zakładały nadzwyczajne zapotrzebowanie na ten luksusowy towar.
- Szczególnie interesowałyby mnie informacje na temat tego dlaczego on... (się wpierdala) postanowił interweniować w tak brutalny sposób? Czy wiesz może coś więcej o miejscu jego (doczesnego) pobytu?
Informacje w nawiasach pojawiają się w głowie Ravnosa, naznaczone są agresją.
- Dziękuje Horacy za te cenne informacje. Chciałbym z mojego miejsca dodać że nie winię Cię za brak zaufania. Jest on nawet nad wyraz rozsądny. Niemniej życie to nie seria partii szachów które możesz bezpiecznie rozgrywać w swym umyśle. Czasem musisz zagrać z losem, dać więcej niż jest to warte by zyskać więcej niż sobie wyobrażasz. - mówił cygan tonem kogoś kto nie raz przegrał ale i nie raz wygrał w grze z losem. - Poza tym drogi Nosferku, co to za przyjemność żyć bez odrobiny ryzyka? Budzisz się, jesz, obserwujesz ulubione szczury i powoli zatracasz to co odgradza Cie od Bestii. Egzystujesz ale nie żyjesz! Kiedy ostatni raz obdarowałeś kogoś czymś innym niż smutkiem, żalem czy nienawiścią? Kiedy ostatni raz rozmawiałeś z kimś bez strachu ze wykorzysta to przeciwko Tobie? Do dzisiejszego dnia, do tej chwili w której Ojciec Los skrzyżował nasze ścieżki , czym żyłeś? - prychnął rozbawiony, widząc jak nieprzystosowany jest Nosfer do tak intymnych rozmów. Patrzył się z rozbawieniem starszego brata, wysłuchującego zwierzeń młodszego kuzyna na temat emocjonalnej burzy związanej z pierwszym pocałunkiem. Bo czy może być coś bardziej emocjonującego? - Świat jest znacznie szerszy, głębszy i bardziej namiętny niż Twoje kanały. Nie bój się wyjść z norki - prowokował Gavin.
Gavin uznaje zasadność wymiany informacji. Rozumie że koteria, jak każdy dobry mechanizm musi się dotrzeć i naoliwić. W chwilach gdy jej członkowie zostanął podparci do muru, musi istnieć jakiś rodzaj zabezpieczenia, który pozwoli im utrzymać pozycje i nie zostać złamanym. Dlatego też swoje wypowiedzi prowadzi swobodnie, nieco zaczepnie, nieco obraźliwie. Próbuje wybadać temperamenty i skłonności innych członków koterii. Dotyczy to zarówno stron mocnych jak i słabych. Jest świadom jak wiele będzie od tego zależało, a przynajmniej tak uważa
.
Będe szturchał i zaczepiał prawdopodobnie każdego członka koterii, poza Assamitą. Nikt nie lubi grać w rosyjską ruletkę przy użyciu broni automatycznej
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 19 marca 2015, 04:47 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
Zapewne Frater Terry poczułby ulgę, wiedząc, że myśli Łowcy zajmowały w tym czasie sprawy zupełnie odległe od jego osoby, on sam zaś był skupiony na ciemności pod powiekami. Niestety jednak Malkavianin nie mógł tego jednoznacznie stwierdzić, tak więc jego napięcie nie zelżało, pomimo braku reakcji Mordercy.
Namtar siedział właściwie bez ruchu. Jedną ręką wciąż machinalnie obracając między palcami nóż. Część jego uwagi śledziła rozmowę Bękartów Khayyina, oddzielając informacje operacyjne od całego natłoku innych spraw, nie wartych uwagi Assamity. Ojciec Terrego zna Taumaturgię... Musi mieć VII generację... in sza' Haqim*... Corax... Kościół św. Jana... Ryzyko nie powinno być duże... Ravnos spłaca dług klanu... Współpraca... Będą jej potrzebować...
Wszystkie te myśli i słowa wirowały w pustce, niczym popiół na wietrze. Pojawiały się i przemijały, podczas gdy Ciemność trwała nie zmieniona. Chłonął jej obecność, zaczajoną pod powiekami, w żyłach i we własnym sercu, które dawno już zapomniało o tym, że kiedyś należało do człowieka...
Chłonął ją, wiedząc, iż ona też go obserwuje. Nie musiała nic mówić. Po prostu to wiedział. Istnienia Niewiernych były w niej jak spadające gwiazdy. Lśniły, skrywały własne wszechświaty i gasły bezpowrotnie. A ich śmierć była tak piękna jak ich trwanie - za każdym razem niszcząc coś niepowtarzalnego. Lubił patrzyć na ten proces, uwielbiał być jego przyczyną...
Tak wiele emocji, wzorów i myśli, spraw na których im zależało, masek, w które wierzyli... Okłamując się codziennie. Bowiem byli martwi. A wszystko to, czym próbowali się oszukać, cała ta namiastka ludzkiego życia potrzebna im była tylko po to, by nie musieli spoglądać głębiej. W to, czym stali się przyjmując klątwę. By mogli czymś zająć umysł, uśpić bestię... Lecz głód... Głodu nie dało się oszukać tak łatwo...
Wiedział o tym. O tak, wiedział o tym doskonale. Tak jak i wiedział, że boją się go tylko dlatego, że jako jedyny z nich nie udawał, że jest czymś innym. Patrząc na niego, widzieli siebie. To, czym mogli się stać, to co skrywały zakamarki ich umysłu, to co czekało w najgłębszych studniach snów i polowało na nich w koszmarach... Ich strach był ich słabością. Strach przed Prawdą, która była w nim. Strach przed Prawdą...
Tak, jeśli będą chcieli przeżyć muszą nauczyć się współpracować. A jednak wciąż - strach będzie ich największym wrogiem. Osłabiając duszę i umysł, tworząc nieprzyjaciół tam, gdzie ich nie ma... Czy naprawdę sądzili, że to on jest obłąkany? Zabawne... Byli bardziej szaleni, niż mogliby przypuszczać. Budując iluzje, wierząc w iluzje i pozwalając by władzę nad nimi przejmowały iluzje, i to najgorszego rodzaju: pragnienie władzy, paranoja, zawiść, chciwość...
Nie umiał im współczuć. Zgadzali się przecież na taki los. Jednak mógł im pomóc. Nie teraz. Teraz miał pracę do wykonania. Lecz może kiedyś, później... Tak... Może kiedyś...
[center]
[/center]
* arab. Jeśli Haqim pozwoli (fraza uzależniająca wykonanie czynności w przyszłości od woli Haqima).
Namtar siedział właściwie bez ruchu. Jedną ręką wciąż machinalnie obracając między palcami nóż. Część jego uwagi śledziła rozmowę Bękartów Khayyina, oddzielając informacje operacyjne od całego natłoku innych spraw, nie wartych uwagi Assamity. Ojciec Terrego zna Taumaturgię... Musi mieć VII generację... in sza' Haqim*... Corax... Kościół św. Jana... Ryzyko nie powinno być duże... Ravnos spłaca dług klanu... Współpraca... Będą jej potrzebować...
Wszystkie te myśli i słowa wirowały w pustce, niczym popiół na wietrze. Pojawiały się i przemijały, podczas gdy Ciemność trwała nie zmieniona. Chłonął jej obecność, zaczajoną pod powiekami, w żyłach i we własnym sercu, które dawno już zapomniało o tym, że kiedyś należało do człowieka...
Chłonął ją, wiedząc, iż ona też go obserwuje. Nie musiała nic mówić. Po prostu to wiedział. Istnienia Niewiernych były w niej jak spadające gwiazdy. Lśniły, skrywały własne wszechświaty i gasły bezpowrotnie. A ich śmierć była tak piękna jak ich trwanie - za każdym razem niszcząc coś niepowtarzalnego. Lubił patrzyć na ten proces, uwielbiał być jego przyczyną...
Tak wiele emocji, wzorów i myśli, spraw na których im zależało, masek, w które wierzyli... Okłamując się codziennie. Bowiem byli martwi. A wszystko to, czym próbowali się oszukać, cała ta namiastka ludzkiego życia potrzebna im była tylko po to, by nie musieli spoglądać głębiej. W to, czym stali się przyjmując klątwę. By mogli czymś zająć umysł, uśpić bestię... Lecz głód... Głodu nie dało się oszukać tak łatwo...
Wiedział o tym. O tak, wiedział o tym doskonale. Tak jak i wiedział, że boją się go tylko dlatego, że jako jedyny z nich nie udawał, że jest czymś innym. Patrząc na niego, widzieli siebie. To, czym mogli się stać, to co skrywały zakamarki ich umysłu, to co czekało w najgłębszych studniach snów i polowało na nich w koszmarach... Ich strach był ich słabością. Strach przed Prawdą, która była w nim. Strach przed Prawdą...
Tak, jeśli będą chcieli przeżyć muszą nauczyć się współpracować. A jednak wciąż - strach będzie ich największym wrogiem. Osłabiając duszę i umysł, tworząc nieprzyjaciół tam, gdzie ich nie ma... Czy naprawdę sądzili, że to on jest obłąkany? Zabawne... Byli bardziej szaleni, niż mogliby przypuszczać. Budując iluzje, wierząc w iluzje i pozwalając by władzę nad nimi przejmowały iluzje, i to najgorszego rodzaju: pragnienie władzy, paranoja, zawiść, chciwość...
Nie umiał im współczuć. Zgadzali się przecież na taki los. Jednak mógł im pomóc. Nie teraz. Teraz miał pracę do wykonania. Lecz może kiedyś, później... Tak... Może kiedyś...
[center]
[/center]* arab. Jeśli Haqim pozwoli (fraza uzależniająca wykonanie czynności w przyszłości od woli Haqima).
Ostatnio zmieniony 02 listopada 2015, 23:15 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Horacemu coś tu nie pasowało. Był za stary by zagłuszyć wątpliwość jaka zaczęła mu się plątać po głowie.
Z jednej strony ten Ravnos zachęca wszystkich do opowieści, a z drugiej o sobie mówi zdawkowo i po łebkach "bo nie zrozumiecie". Jakoś, to mi się nie klei do kupy.
...Sam czasami przybieram postać "znajomego" ofiary by na przykład skierować go gdzieś gdzie nie będzie mi przeszkadzał. Łatwiej obrobić dom kiedy nie ma w nim gospodarza.
Może i jestem zbyt podejrzliwy ale jeszcze łatwiej obrobić dom gdy się gospodarza dobrze udaje. Ale do tego... do tego trzeba najpierw dobrze gospodarza poznać. Złodziej zawsze zostanie złodziejem. Dzisiaj jest z Tobą, a jutro jest u ciebie. Po to co miałeś najcenniejszego.
- Mam w głowie taki magiczny dzwoneczek, który dzwoni jak cos jest nie tak. - zaczął z rozbawieniem - I jak nie będę pewny czy to ty Gavin, to być może zapytam Cie jak się nazywa pięć szczurów które szukamy, albo jak się nazywa różowa wróżka co pilnuje cały czas sanktuarium.
Horacy przestał się uśmiechać.
- Ale najprawdopodobniej, o nic nie zapytam tylko od razu wjebie ci kołek w serce, chłopcze.
A potem pojrzał takim wzrokiem, że "uśmiech starszego brata" momentalnie zastygł Ravnosowi na twarzy.

Z jednej strony ten Ravnos zachęca wszystkich do opowieści, a z drugiej o sobie mówi zdawkowo i po łebkach "bo nie zrozumiecie". Jakoś, to mi się nie klei do kupy.
...Sam czasami przybieram postać "znajomego" ofiary by na przykład skierować go gdzieś gdzie nie będzie mi przeszkadzał. Łatwiej obrobić dom kiedy nie ma w nim gospodarza.
Może i jestem zbyt podejrzliwy ale jeszcze łatwiej obrobić dom gdy się gospodarza dobrze udaje. Ale do tego... do tego trzeba najpierw dobrze gospodarza poznać. Złodziej zawsze zostanie złodziejem. Dzisiaj jest z Tobą, a jutro jest u ciebie. Po to co miałeś najcenniejszego.
- Mam w głowie taki magiczny dzwoneczek, który dzwoni jak cos jest nie tak. - zaczął z rozbawieniem - I jak nie będę pewny czy to ty Gavin, to być może zapytam Cie jak się nazywa pięć szczurów które szukamy, albo jak się nazywa różowa wróżka co pilnuje cały czas sanktuarium.
Horacy przestał się uśmiechać.
- Ale najprawdopodobniej, o nic nie zapytam tylko od razu wjebie ci kołek w serce, chłopcze.
A potem pojrzał takim wzrokiem, że "uśmiech starszego brata" momentalnie zastygł Ravnosowi na twarzy.

Powyżej jedna z ulubionych twarzy (maska tysiąca twarzy) Horacego.
Ostatnio zmieniony 19 marca 2015, 21:44 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
[center]*[/center]
- Czy możesz nam coś więcej powiedzieć o Twoim ojczulku Ojcze? - zwrócił się do Malkava. Gavin powoli zaczynał się zastanawiać czy wystarczy drzew w okolicy na zakołkowanie całej tej hałastry z Charleston. Rokowania kilku ostatnich godzin zakładały nadzwyczajne zapotrzebowanie na ten luksusowy towar.
- Nie. Z dwóch powodów. Bo jest to cholernie bolesne, i bo niewiele wiem na jego temat.
- Szczególnie interesowałyby mnie informacje na temat tego dlaczego on... (się wpierdala) postanowił interweniować w tak brutalny sposób? Czy wiesz może coś więcej o miejscu jego (doczesnego) pobytu?
- Co do informacji "dlaczego", już powiedziałem. Podejrzewam że w jakiś sposób mnie namierzył i jesteś ofiarą wliczoną w koszta. Albo że jest zamieszany w śmierć Czerwonego Mędrca. Nie mam innych pomysłów. I nie wiem gdzie przebywa. Widziałem go jak robił rytuał z tą feralną księgą, i widziałem że korzystał z pomocy dwójki przebudzonych. To całość mojej wiedzy na ten temat. Nie wypytuj mnie więcej o tą osobę, proszę.
Ravnos zrozumiał że na obecną chwile nie jest w stanie taktownie wyciągnąć więcej informacji. Niemniej wyglądało na to, że ciepło więzi rodzinnych u Ojczulka przybiera odcień ofiarnego stosu. Nie do końca wiedział jednak kto go pali a kto jest na nim palony.
[center]*[/center]
(...)A potem spojrzał takim wzrokiem, że "uśmiech starszego brata" momentalnie zastygł Ravnosowi na twarzy. Oczy mu rozbłysły i do uszu zebranych zaczął dobiegać nasilający się dźwięk pikania, dochodzący gdzieś spod ubrania nosferatu.
- Chyba magiczny dzwoneczek Ci się rozregulował kuzynie - szczerzył się Ravnos jakby nigdy nic - Widzisz Horacy, bezsensowne tworzenie uprzedzeń jest jak aktywowana bomba. Pika ale nie wiesz gdzie, przeczuwasz jedynie nadchodzącą eksplozje. Nie rób sobie krzywdy, nikomu z nas nie zależy na Twojej krzywdzie, a ustawiając się do nas rzycią... cóż... krzywdzisz nas i siebie. Pomoc nie zawsze przychodzi na czas. Jeśli masz jakieś wątpliwości to nie lękaj się i pytaj! Musi to być dla Ciebie niebywały szok, ale naprawdę udzielę Ci szczerej odpowiedzi z głębi serca. - Co do pogróżek kuzynie, chcesz coś zrobić to zrób to lub okaż tyle szacunku by nie marnować czasu. Musisz przecież zdawać sobie sprawę że są osoby które życzą Ci źle. Po co usilnie próbujesz poszerzyć ich grono? - Ravnos puścił mu łobuzerskie oko.
- Czy możesz nam coś więcej powiedzieć o Twoim ojczulku Ojcze? - zwrócił się do Malkava. Gavin powoli zaczynał się zastanawiać czy wystarczy drzew w okolicy na zakołkowanie całej tej hałastry z Charleston. Rokowania kilku ostatnich godzin zakładały nadzwyczajne zapotrzebowanie na ten luksusowy towar.
- Nie. Z dwóch powodów. Bo jest to cholernie bolesne, i bo niewiele wiem na jego temat.
- Szczególnie interesowałyby mnie informacje na temat tego dlaczego on... (się wpierdala) postanowił interweniować w tak brutalny sposób? Czy wiesz może coś więcej o miejscu jego (doczesnego) pobytu?
- Co do informacji "dlaczego", już powiedziałem. Podejrzewam że w jakiś sposób mnie namierzył i jesteś ofiarą wliczoną w koszta. Albo że jest zamieszany w śmierć Czerwonego Mędrca. Nie mam innych pomysłów. I nie wiem gdzie przebywa. Widziałem go jak robił rytuał z tą feralną księgą, i widziałem że korzystał z pomocy dwójki przebudzonych. To całość mojej wiedzy na ten temat. Nie wypytuj mnie więcej o tą osobę, proszę.
Ravnos zrozumiał że na obecną chwile nie jest w stanie taktownie wyciągnąć więcej informacji. Niemniej wyglądało na to, że ciepło więzi rodzinnych u Ojczulka przybiera odcień ofiarnego stosu. Nie do końca wiedział jednak kto go pali a kto jest na nim palony.
[center]*[/center]
(...)A potem spojrzał takim wzrokiem, że "uśmiech starszego brata" momentalnie zastygł Ravnosowi na twarzy. Oczy mu rozbłysły i do uszu zebranych zaczął dobiegać nasilający się dźwięk pikania, dochodzący gdzieś spod ubrania nosferatu.
- Chyba magiczny dzwoneczek Ci się rozregulował kuzynie - szczerzył się Ravnos jakby nigdy nic - Widzisz Horacy, bezsensowne tworzenie uprzedzeń jest jak aktywowana bomba. Pika ale nie wiesz gdzie, przeczuwasz jedynie nadchodzącą eksplozje. Nie rób sobie krzywdy, nikomu z nas nie zależy na Twojej krzywdzie, a ustawiając się do nas rzycią... cóż... krzywdzisz nas i siebie. Pomoc nie zawsze przychodzi na czas. Jeśli masz jakieś wątpliwości to nie lękaj się i pytaj! Musi to być dla Ciebie niebywały szok, ale naprawdę udzielę Ci szczerej odpowiedzi z głębi serca. - Co do pogróżek kuzynie, chcesz coś zrobić to zrób to lub okaż tyle szacunku by nie marnować czasu. Musisz przecież zdawać sobie sprawę że są osoby które życzą Ci źle. Po co usilnie próbujesz poszerzyć ich grono? - Ravnos puścił mu łobuzerskie oko.
Ravnos niezbyt rozumiał dlaczego Nosfer zareagował tak opieszale i nierozważnie. Przecież każdą walkę fizyczną wewnątrz koterii wygra Assamita. Cygan przypuszcza że Horacy miał lub ma jakieś problemy z bestią i ogólną akceptacją siebie. Być może tak długo odmawiał sobie zaakceptowania własnej wartości że każdą dowcipną zaczepkę traktuje jako atak? Przypominało to Gavinovi tych ludzi o niskiej samoocenie, jeżeli ktoś zaśmiał się w ich okolicy, uważali ze ta osoba śmieje się z nich.
Ravnos nie czuje się zagrożony, nie w obecnej sytuacji. Kolejne wypowiedzi nosferatu zadecydują czy wybieg Horacego uzna za słabość charakteru czy też próbę ukrycia własnych blizn.
Ostatnio zmieniony 19 marca 2015, 23:22 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
Gdy Nosferatu wspomniał o kołku, Łowca uśmiechnął się lekko. A więc spodobało ci się - pomyślał i ta myśl sprawiła mu przyjemność. Tak, to się może podobać. Zwłaszcza dźwięk pękającego mostka. Uzależnia... Wstał płynnie z sarkofagu, chowając nóż.
- Nie groź nikomu w tej grupie, Horacy. - jego głos był cichy i spokojny. Raczej ostrzeżenie niż groźba. - Nie będę tolerował ataku na kogoś w koterii. Żadnego. Nawet kołkiem i nawet jeśli wykona go ktoś z was...
Przeciągnął się lekko, niczym bardzo duży i zadowolony z siebie kot.
- Lepiej powiedz mi, czy mam poinformować moich przełożonych o Twojej propozycji Kontraktu?
- Jeśli pozwolisz wrócimy do tej rozmowy nieco później, Dziecię Pustyni - odparł Nosferatu, odrywając się na chwilę od rozmowy z Gavinem - kiedy będziemy sami którejś z nocy. Wtedy zapytam Cię jeszcze o inne ważne rzeczy. Jeśli moi współtowarzysze nie przekonają mnie do tej pory o swoich zamiarach, wykonasz wyroki.
- Przyjąłem - Morderca skinął głową. Umiał być cierpliwy.
- Jeśli nie jestem dłużej potrzebny - zwrócił się do Victorii - chciałbym się zająć moimi obowiązkami.
Lasombra oderwała się od kontemplacji Gavina i Horacego, których od pewnego czasu mierzyła zamyślonym wzrokiem. Skinęła głową wyrażając zgodę. Nie potrzebował więcej. Wszedł do kręgu, opuszczając Sanktuarium. Gdy znalazł się w świecie rzeczywistym zaczął pogwizdywać.
- Nie groź nikomu w tej grupie, Horacy. - jego głos był cichy i spokojny. Raczej ostrzeżenie niż groźba. - Nie będę tolerował ataku na kogoś w koterii. Żadnego. Nawet kołkiem i nawet jeśli wykona go ktoś z was...
Przeciągnął się lekko, niczym bardzo duży i zadowolony z siebie kot.
- Lepiej powiedz mi, czy mam poinformować moich przełożonych o Twojej propozycji Kontraktu?
- Jeśli pozwolisz wrócimy do tej rozmowy nieco później, Dziecię Pustyni - odparł Nosferatu, odrywając się na chwilę od rozmowy z Gavinem - kiedy będziemy sami którejś z nocy. Wtedy zapytam Cię jeszcze o inne ważne rzeczy. Jeśli moi współtowarzysze nie przekonają mnie do tej pory o swoich zamiarach, wykonasz wyroki.
- Przyjąłem - Morderca skinął głową. Umiał być cierpliwy.
- Jeśli nie jestem dłużej potrzebny - zwrócił się do Victorii - chciałbym się zająć moimi obowiązkami.
Lasombra oderwała się od kontemplacji Gavina i Horacego, których od pewnego czasu mierzyła zamyślonym wzrokiem. Skinęła głową wyrażając zgodę. Nie potrzebował więcej. Wszedł do kręgu, opuszczając Sanktuarium. Gdy znalazł się w świecie rzeczywistym zaczął pogwizdywać.
Idąc na obchód, plecak z bronią długą (i innymi klamotami), zostawiam w Sanktuarium, w trumnie.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 21 marca 2015, 17:15 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]