Cedar Creek Commons, drugi dzień
Przeraźliwie zmęczony lejącym się z nieba skwarem, zakutany po nasadę nosa albinos pokonał chwiejnym krokiem zakurzone gwarne uliczki blaszanych slumsów, odrzucając pod drodze wszystkie oferty kupna grillowanej szarańczy i podrabianych papierosów, propozycje odkupienia płaszcza oraz błyskawicznych usług seksualnych świadczonych przez przeżarte chorobami wenerycznymi prostytutki z Commonsów.
Duch myślał tylko o jednym: zapuszczeniu się w zbawczy chłód swej cienistej kryjówki pod warsztatem. Jego klienci znali zwyczaje mechanika i nigdy nie przychodzili do niego w godzinach nasilonego skwaru, szanując dziwactwa albinosa.
Tym większe było zatem zdumienie Indianina, kiedy jego ukryty w szczelinie chusty i kapelusza wzrok padł na postać siedzącego przed warsztatem człowieka w dobrze skrojonym ubraniu, wachlującego się trzymaną w ręku grubą księgą i spoglądającego na świat ciekawymi żywymi oczami ukrytymi za szkłem rogowych okularów.
- Pochwalony Jezus Chrystus - powiedział donośnie obcy dostrzegając kątem oka Ducha, który przystanął opodal warsztatu zastanawiając się, czy przypadkiem profilaktycznie nie czmychnąć. Wyjątkowo nie przystająca do slumsów aparycja przybysza przydawała mu niepokojącego wyglądu poborcy podatków, a z tymi łotrami w majestacie prawa albinos wolał unikać kontaktu.
Przyłapany na zbyt długiej chwili wahania, mechanik podniósł niemrawo rękę w wieloznacznym geście mogącym oznaczać praktycznie wszystko, w tym również powitanie.
Wsadzając pod pachę składane turystyczne krzesełko, posiadacz rogowych okularów podszedł żwawym krokiem do Indianina i jął go bacznie lustrować spojrzeniem.
- Cieszę się ze sposobności spotkania, mój czerwonoskóry bracie w Chrystusie - wsadzając pod tę samą pachę co krzesełko Biblię, posiadacz okularów, a także nieskazitelnie białej koloratki wyciągnął do albinosa prawicę - Jestem pastor Goodwill, Anthony Goodwill.
- Duchownemu mogę dać zniżkę - zgodził się od razu Duch, nieco skonsternowany wylewnością pastora - Co się zepsuło?
- Ależ mnie wcale nie idzie o naprawy, mój bracie - roześmiał się duchowny - Jestem naukowcem, bardzo znanym w kręgach akademickich. Prowadzę badania teologiczne... aczkolwiek widzę po twej minie, bracie, że jest to dla ciebie abstrakcyjna dziedzina wiedzy. Nic nie szkodzi, wszystko ci zaraz objaśnię. Nie masz nic przeciwko, byśmy zeszli z tego słońca? Chwilami mam wrażenie, że sam szatan nas podpieka jeszcze za życia, bośmy wszyscy grzesznikami, jedni większymi, inni mniejszymi. Zechcesz łaskawie poświęcić mi parę chwil w zaciszu twego... lokalu?
Duch się nie zna na wielkomiejskich pastorach i nic mu ten cały Goodwill nie mówi, ale czuje się nieco zaintrygowany niecodzienną wizytą. Może poczęstować gościa skórką węża? Albo wypalić z nim zioło?