Ostatnie słowa Starego Malkavianina trafiły celnie, poruszając zapomniane obrazy. Jak ta szmata śmiała porównać Akramaha z Darklakem? Poczuł, jak czarna fala wściekłości i bólu wznosi się w nim, lecz nie chciał przed nią uciekać. To była jego siła. Sięgnął więc ku niej, skupiając ją w zimne ostrze nienawiści. Skoncentrował się na celu. Wszystko inne przestało się liczyć. Teraz był gotowy, by spojrzeć w oczy przeciwnika. Teraz był gotowy, by wymierzyć zemstę.
- Assam alayka* - rzekł i to było wszystko. Nie było nic więcej do dodania. Spiro roześmiał się chrapliwie. Morderca zacisną dłoń na rękojeści sztyletu.
- Ya Shaitan, okmanosho!** - zawył nagle tamten, niesamowitym, przeszywającym głosem. - Zatsraza!***
Niemal natychmiast jego ciało pokryło się szalejącym całunem czarnego ognia. Obłędny śmiech czarownika odbił się echem od wysokich ścian muzeum.
Neik! - Namtar zaklął w myślach, sięgając po broń. Wiedział już z kim ma do czynienia.
Baali, kalb ibnal Shaitan!****
Sięgnął pod kurtkę, po pistolet. Kosztowało go to cenne ułamki sekund, nie mógł jednak użyć noża przeciwko potędze magicznego ognia. Moc Klanu Łowców ukryta w jego krwi zadziałała spowijając parking całunem Śmiertelnej Ciszy. Wyszarpnął Desert Eagle i strzelił trzy razy. Dwa razy w kolana, raz w brzuch.
Pełzaj, robaku! -pomyślał. Nienawiść była teraz jedyną rzeczywistością. Używał pocisków typu 50 AE z wgłębieniem, które z tej odległości powinny praktycznie strzaskać kości ofiary, urywając jej obie nogi. Tak się jednak nie stało. Spiro przyklęknął jedynie, opierając się na lasce. W osłonie szalejących płomieni Namtar widział tylko jego oczy. Wypełnione jadem, żądzą i ciemnością gnijącej duszy. Baali zaczął wstawać powoli. Jego spojrzenie wciąż utkwione było w twarzy Mordercy, tak jakby czarownik nie był świadom bólu, lub też nie dbał o niego. W upiornej ciszy nie rozlegał się żaden odgłos. Assamita strzelił ponownie. Tym razem celował w rękę, później w kolano. Spiro uśmiechnął się. W aureoli czarnego ognia jego twarz ukazywała się tylko chwilami, przypominając obciągniętą skórą czaszkę. Sługa demonów wsparł się ciężko na lasce i wyciągnął dłoń w kierunku przeciwnika.
Mógł odskoczyć, ale nienawiść zatrzymała go w miejscu. Nawet wtedy, gdy z palców czarownika trysnął gejzer czarnego ognia i kula płomieni pomknęła w jego kierunku. Strzelił ponownie, tym razem nie celując. Strzelił w kierunku tej znienawidzonej, przeklętej postaci, która z jakiś przyczyn nie chciała umrzeć i stała tam nadal, uśmiechając się szyderczo. Stała, pomimo tego, iż wedle wszelkich praw fizyki, jej ciało powinno leżeć kilka metrów dalej, rozorane ciężką amunicją. Strzelił i poczuł jak płomień obejmuje go. Przez chwilę, zanim zniszczeniu uległy zakończenia nerwowe, poczuł ból. Bestia szarpnęła się, ale utrzymał ją w miejscu. Nienawiść była silniejsza niż cierpienie. Silniejsza niż strach przed ogniem. Poczuł zapach spalonego mięsa. Płomienie wciąż tańczyły wkoło niego i wiedział, że nie ma dużo czasu. Poprzez ich zasłonę wciąż widział sylwetkę czarnoksiężnika. A jednak czarny płomień nie dawał światła...
Tiamatu, elu! Koru ina!***** - przemknęło mu przez głowę. Ciemność odpowiedziała na jego wezwanie, otaczając go, tłumiąc ogień... Ból przestał być problemem, gdy ciało przyjęło formę cienia. Rzucił się w bok i przemknął pod samochodem dostawczym, tak, by znaleźć się za plecami Spiro. Ujrzał, jak Baali podnosi się z ziemi i staje na nogach. Do jego uszu dobiegł metaliczny dźwięk kul, wypadających z ran i uderzających o asfalt.
Neik! - zaklął. Ponownie przyjął formę fizyczną, moc Tiamat tłumiła ból spalonych tkanek. Strzelił w plecy tamtego, z odległości 5 metrów. Tym razem efekt był powalający. Dosłownie. Siła odrzutu szarpnęła ciałem czarnoksiężnika. Tańczące wkoło niego języki ognia zgasły.
Morderca stał przez kilka sekund bez ruchu, patrząc na leżącego przed nim mężczyznę. Później spojrzał badawczo w kierunku ciemnych okien Muzeum. Nie czuł zagrożenia, a jednak nie ufał Niewiernym. To była ich ziemia. Podniósł ciało i osłaniając je plecami, przeniósł trupa za samochód dostawczy. Uklęknął obok niego. Twarz Spiro wydawała się dziwnie odległa i spokojna. Żałował, że Baali jest nieprzytomny. Chciał ujrzeć strach w jego oczach. Upiorny lęk, nie przed śmiercią, lecz przed rozerwaniem duszy...
Oderwał od ubrania ofiary dwa pasy materiału i zanurzył je w jej krwi. Później spojrzał w niebo. Gdzieś, nad muzeum spadła gwiazda. Uśmiechnął się. Ciemność pomiędzy rozbryzgami konstelacji spoglądała na niego i czuł jej kojącą obecność.
Powoli i delikatnie odchylił głowę Spiro. Nie chciał stracić nic ze świętości tej chwili. Przez moment jeszcze spoglądał w twarz ofiary, a później wbił zęby w jej krtań. Krew czerwoną strugą spłynęła mu do gardła, kojąc ból i zmywając smak spalenizny. Zamknął oczy. W ciemności pod powiekami czuł tylko to - czerwony strumień życia przepływający przez niego, łączący się z nim w mroku... A później rzeka karmazynu stała się rzeką cieni... I wspomnień...
...Odgłos dzwonu, bijącego trzy razy... Czyjeś kroki zbiegające po schodach...Zapach morza i uczucie niepokoju... Gdzieś krzyczy mewa, trzeba się spieszyć... Niezrozumiała pieśń rozlega się w wielkiej sali, wszędzie wiruje dym kadzideł... Wargi dotykające jego ust, palce błądzące po skórze, rozkosz... Śmiech kobiety, później znów krzyk... Woń rozkładającego się ciała, radość...
Emocje i obrazy przepływały przez umysł Łowcy pozwalając mu przez chwilę czuć rzeczy, których nie znał i o których nie mógł wiedzieć. Odczucia tak złożone, że nie potrafił ich nawet nazwać, ani pojąc w pełni... Jednak wszystkie one karmiły pustkę, którą czuł w sobie. Którą był na co dzień. I przez ten jeden moment żar gasnącej duszy pozwolił mu poczuć, jak ta pustka znika. Jak wypełnia się na chwilę faerią odcieni i przemijających kształtów, stanowiących odpryski czyjegoś życia. Klęcząc, oparł czoło o asfalt. Czuł nową moc płynącą w swoich żyłach. Smakował rozkosz wynikłą z zaspokojenia głodu.
- Dhahabaz-zamaa' łabtallatil-'uruuq ła sabatal-adżru. Alhamdu'Haqim.****** - szepnął, choć Śmiertelna Cisza pożarła jego słowa.
Wstał powoli. Z ciała Spiro pozostał tylko pył. Morderca podniósł laskę czarnoksiężnika i skierował się ku wyjściu z parkingu. Wysoko, nad muzeum wiatr wył głosami demonów Iblisa... Słysząc głód dźwięczący w ich zawodzeniu, Assamita uśmiechnął się. Tym razem zdążył przed nimi. Rozproszył całun ciszy i zagwizdał kilka taktów usłyszanej gdzieś piosenki:
[center]
You might be a king or a little street sweeper,
But sooner or later, you dance with the reaper.[/center]
[center]

[/center]
Przeładowuję broń. Zbieram z asfaltu łuski oraz kule, które wypadły z ciała Baali, tak jak i te, które w nim zostały. Zabieram je ze sobą. Zabieram także dwa pasy materiału poplamione krwią Spiro oraz jego laskę. Następnie kieruję się na parking przed Elizjum, tam gdzie zaparkowaliśmy motor i samochód.
* arab. Śmierć tobie
** zaklęcie czarnomagiczne: Szatanie, Umyśle Nieśmiertelnego Płomienia, z którego me własne umysły powstają, umocnij me zaklęcie!
*** zaklęcie czarnomagiczne: Przez tą moc i palące słońce, umrzesz w płomieniach!
**** arab. Baali, pies, syn Szatana!
***** akad. Tiamat powstań! Wspomóż mnie!
****** arab. Odeszło pragnienie, nasycone są już żyły, i potwierdzona została nagroda. Dzięki niech będą Haqimowi.