Wyspy Baracha, Tortuga, zaułek uliczny
Idąc tak ulicą i przyglądając się ciekawskim piratom, którzy wyleźli by zobaczyć, co się stało, Stygjczyk poczuł nagle, jak czyjaś silna ręka zacisnęła się na jego gardle gardle. Jednocześnie druga dłoń nieznanego napastnika zatkała mu usta usta - tak, że nie zdołał wydusić z siebie głosu. Ręce nieznajomego były wielkie niczym konary drzew i miały siłę i sprężystość stali. Napastnik zaciągnął opierającego się nieskutecznie czarownika w ciemny zaułek, oddzielony od ulicy krzywym węgłem jednego z budynków.
- Nie krzycz. To ja, czarowniku - syknął mu do ucha znajomy głos. Nehaher próbował odetchnąć z ulgą, choć było to w tym układzie praktycznie niemożliwe. Uścisk jednakże poluzował się prawie natychmiast i Stygijczyk spojrzał w ogorzała twarz kapitana Conana.
- Zaiste, rad jestem, że cię widzę, Conanie - rzekł Stygijczyk szybko, rozmasowując przy tym zbolałe gardło. - Widać nie łatwo was zgładzić. Starałem się was odnaleźć, ale nasz kontakt był dziwnie utrudniony... Nie wiem, co jest tego przyczyną. Rzeknijcie mi jednak co się tutaj dzieje? Ścigają nas jakieś rezuny w maskach. Wiedzieli gdzie się zatrzymaliśmy i chcieli nas ubić. Mam dziwne wrażenie, że to wszystko: wasze i nasze sprawy jakoś łączą się w całość. Więc czy możesz mi wyjaśnić o co tu chodzi?
Conan spojrzał na czarownika z miną człowieka, który zobaczył właśnie wybitnie dużego robala. Jednakże ten tu, konkretny robal był mu potrzebny i Nehaher doskonale o tym wiedział. Uśmiechnął się przyjaźnie zachęcając wielkiego barbarzyńcę do kontynuowania rozmowy.
- Ten pies, Menkara, najął aesirów do wybicia niedobitków z "Szelmy" - warknął Cymeryjczyk. - Na Croma! Już drugi dzień kryje się po tawernach i karczmach! Myślałem, że i was spotkał ten sam los co resztę na plaży, ale widzę, że macie więcej szczęścia, niż rozumu. W dodatku Belith niedawno wypłynęła na otwarte morze i zdaje się, że ktoś tu próbuje dokonać przewrotu na wyspie. Nuże, zbierz swoich towarzyszy i spotkajmy się w "Albatrosie" - to moja zaufana tawerna, wysunięta najbardziej na południe portu. Tam nikt nam nie będzie przeszkadzał. I uważajcie na ogon.
- Masz rację - przytaknął mu skwapliwie Nehaher. - Menkara to pies plugawy i czas by rozstał się z tym światem. Poza tym ma konszachty z demonami i para się takimi rzeczami, które mnie i wielu uczciwych czarowników napełniają obrzydzeniem - westchnął, wznosząc oczy do nieba. - A jednak nie czyni niczego bez potrzeby. Czy wiesz więc dlaczego tak się na nas uwziął? Może przewoziłeś na statku coś istotnego dla niego? Lub też chodzi o informacje? - przerwał i rozejrzał się podejrzliwie.
- Jeśli nie chcesz rozmawiać tutaj, co w istocie jest niezwykle rozumnym posunięciem, zrozumiem to. Może więc lepiej pójdę już, by odnaleźć towarzyszy - dodał po chwili ściszonym głosem. - Przemyśl jednak te sprawy. Spotkamy się jak najszybciej tam gdzie rzekłeś, albowiem czuję, że nie mamy zbyt wiele czasu.
- Tak, to zły czas i miejsce - syknął Conan, mierząc Stygijczyka kolejnym podejrzliwym spojrzeniem. - Spotkajmy się tam najszybciej, jak się da.
- Racja - kiwnął głową czarownik. - Do zobaczenia w "Albatrosie" więc.
Conan nie czekał dłużej, lecz cofnął się cicho niczym tygrys, który skrywa się w wysokiej trawie by zmylić tropiących, za czym wtopił się w cień i zniknął z oczu czarownika. Nehaher wyjrzał zza węgła, szukając wzrokiem swych kompanów. Ujrzał ich stojących niedaleko. Nie byli jednak sami. Jakaś tajemnicza, zakapturzona postać szła w ich stronę i Stygijczyk postanowił jeszcze chwilę poczekać, zanim odkryje swą obecność.
Obserwuję na razie i słucham. Z cieni wyjdę gdy dowiem się o co chodzi.