PBF - Memento mori

Awatar użytkownika
Rikandur
Reactions:
Posty: 392
Rejestracja: 06 lipca 2013, 21:40
Has thanked: 36 times
Been thanked: 3 times

Post autor: Rikandur » 28 lipca 2014, 19:07

Alfonso zadbał by braciszkowie przywykli wpierw do młodzików, idąc nawet tak daleko by smarkaczy uwagę odwrócić opowieściami z Krucjaty. Tak jakoś wyszło że Saraceni byli wilkom podobni w tych opowieściach. Jak spotkali podróżnych w tym właściciela wyglądającego na majętnego, Alfonso delikatnie zainteresował się nimi. Lekko marszcząc brwi, co nie zapowiadało nic miłego, przepytał dokładnie sługę o jego pana. Jak usłyszał że jest to medyk, co więcej samego króla, zaproponował
rycerzowi Von Feuchtwangen by dołączyć cyrulika do wyprawy. Bo wprawdzie modlitwa i wiara są najważniejsze, ale oczekiwanie że Bóg cudownie uzdrowi rannych to grzech pychy. A tak to przynajmniej ranni rycerze się od razu dowiedzą czy to czas się spowiadać i przygotować do Sądu u stóp Bożego Tronu.
Dobro, tak wyglądam zupełnie inaczej niż Buonafiori Ci znany. :P

Koszalu, czy któryś z braciszków lub Alfonso poczuł zapach krwi ? Jako weterani powinni go znać.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 28 lipca 2014, 23:58

Rikandur- czy dobro o to pytał? Tym bardziej, że imię tam żadne nie padło, gdy się mijaliście. Mikulas słyszał wymieniane nazwisko, ale raczej nie okazywał uwagi.
Podkreślam też, że von Feuchtwangen jedzie daleko przed wami, nie towarzysząc wam za dnia.
W kwestii krwi- jednak Mikulas ma największe doświadczenie, zarazem on i jego słudzy nocują gdzie indziej, niż orszak w którym jadą Konrad, Alfonso i Erchardt.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 29 lipca 2014, 08:14

Mięsiwo zaiste przyrządzone było jak po książęcy stół, a nie a nie pod proste żołnierskie gardła. Rundstedt z
największym trudem odmówił mięsa musząc zadowolić się chlebem, solonym pstrągiem z własnego prowiantu i wodą. Pościł od dwóch tygodni, jakoż Pan Bóg i kościół przykazał przed Świętym Jerzym, dziwiąc się, że zakonne rycerstwo nic sobie nie robi z postów. Ale ani chybi templariusze musieli mieć odpust papieski za udział w krucjacie.

Gdzieś w oddali doszedł ich skowyt wilka, choć może było zniekształcone przez las pohukiwanie sowy. Rundstedt uśmiechnął się do siebie. Gdy podróżował ze swoimi w dawnych czasach, pamiętał jak zaraz lud prosty podnosił larum, że to pewnie leszy, dziad borowy, wilkołak tudzież wąpierz. Erchard dobrze wiedział, że to wszystko było tylko chłopskie gadanie, bo przecież w Piśmie Świętym nie stało nic o takich wynaturzeniach. Toteż zawsze kazał karać tych, którzy takie głupoty po próżnicy pletli i nakazywał takiemu całonocną wartę, bo ani chybi podszeptów Szatana słuchać musiał.

Całe zło czynili ludzie, ku Szatana uciesze. A Rundstedt wiele tego zła widział. Kiedyś w zapadłym uroczysku znaleźli na wpół dzikiego chłopa, który namiętnie oddawał się na przednówku kanibalizmowi. Erchard kazał go miłosiernie trzystoma batami potraktować, ale nędznik nie dożył nawet drugiej setki. Innym razem rodzinny zamek nawiedził ojczulek, któren to Rundsteda do wyzbycia się majątku namawiał i życiu w w biedzie, co jeszcze przez wzgląd na dobre zwyczaje Erchard zdzierżył i jeno pobłażliwym uśmieszkiem kwitował, ale gdy zaczął prawić o komunii przyjmowaniu w sodomii postaci, to bluźnierstwu takiemu mus było coś przeciw uczynić. Obiwszy braciszkowi rzyć do krwi, solą natrzeć kazał i do Wrocławia odstawić coby tamtejszy biskup i Święta Inkwizycja nauczyły heretyka jak Pana Jezusa miłować należy.

Rundstedt ułożył się blisko ognia podkładając siodło pod głowę. Doskwierały mu korzonki, a rozmyślania o całym źle jakie pleniło się po świecie zmęczyły go bardzo.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 29 lipca 2014, 09:03

Wilki na jesieni, dziwne, u nas na Mazowszu takoż o watahy nietrudno, ale na jesieni ich nie uświadczysz, jeno w zimie.
Mijaliśmy jakowychś podróżnych po drodze, niewielki orszak, może by ich ku naszemu obozowi zaprosić? Jako zacny Alfonso sugerował, wypytamy od razu kim są.

W kupie bezpieczniej, a jak ta wataha jest taka duża jak gadają i ludzi napada, mogą mieć problemy, za mało u nich zbrojnych.
Mogę po nich skoczyć z kilkoma ludźmi i bratem Alfonso, co myślicie?

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 30 lipca 2014, 12:53

Ogromne, trójgłowe bestie łypały czerwonymi ślepiami spomiędzy drzew. Obserwujący to Mikulas zaczął się zalewać zimnym potem, a nogi zdawały się być z brązu. Przeraźliwe wycie dobiegło do uszu medyka, co spowodowało u niego niepohamowaną chęć ucieczki. Natychmiastowo zgiął lekko nogi i ruszył nadludzkim sprintem wzdłuż gościńca, biegnąc na oślep w kierunku w którym miał podjąć drogę z rana, co rusz oglądając się za siebie. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że zaczął wrzeszczeć jak opętany. Nie wiedział, dokąd biegnie. Widział tylko wielkie, trójgłowe bestie, które gdzieś czyhają, ukryte pomiędzy drzewami, wyjąc przeraźliwie i kłapiąc szczękami, niemogacymi doczekać się posiłku.

Posiłku z biednego Mikulasa Tichego.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 30 lipca 2014, 13:55

Von Feuchtwangen stał pośrodku obozowiska niczym marmurowy pomnik. Wzrok miał utkwiony gdzieś pośród zmroczniałymi, splecionymi niczym wychudzone ręce diabolicznych bestii gałęziami gęsto rosnących drzew. Uniósł jeno dłoń w górę, a gwar rozmów umilkł.
Szybkim ruchem odwrócił się ku Konradowi.

Dwóch moich rycerzy wyruszy z Tobą! Pędźcie na pomoc nieszczęśnikowi co o pomoc woła!

Reszta strzec karocy!


Wskazał ręką kierunek, z którego przybyli. Chwilę później usłyszeli stamtąd upiorne wycie zdziczałych gardzieli. Von Rundstedt spostrzegł, że rycerze zygfrydowi miast do koni ruszyć, by czym prędzej je gotowić za karocę pobiegli, szukając czegoś w skrzyni bagażowej. Dyskretnie wyjrzał za nimi..

Gdzieś pośród nocy niósł się ku nim krzyk przeraźliwy, pełen trwogi.

Ratunku! Na Boga! -Alfonso wpatrywał się w mrok, dobywszy broni. Księżyc w kolorze krwi na moment wynurzył się spomiędzy chmur spowijając swym złowróżbnym blaskiem pełni okolicę.

Postać samotnego człeka zamajaczyła na gościńcu. Rozfalowane gałęzie groteskowo powyginanych koron szalały ponad nim po obu stronach drogi. Wiatr zerwał się gwałtowny i zimny.

Złe moce czychały w tym miejscu.


Spoiler!
Rycerze wyciągnęli ze skrzyni kryształowe flakony z czerwoną cieczą w środku i opróżnili łapczywie ich zawartość.
Konrad gotowi konia? Czy biegnie pieszo? Może bez siodła jedzie? To jakieś 800 metrów. Reszta rusza na pomoc, czy zostaje bronić karocy?
Ofiara, która ucieka, krzyczy po czesku.
Ostatnio zmieniony 30 lipca 2014, 14:01 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 30 lipca 2014, 14:31

Stary rycerz zdziwił się srodze, widząc co von Fauchtwange'owi przyboczni czynią. Azaliż krew pili, czy jakąś zdrowotną miksturę? Krew to raczej być nie mogła, bo Erchard czytał w jednej z uczonych ksiąg, że picie takowej pożytku żadnego nie przynosi, a jedynie wbrew naturze stoi, choć spożywana w kaszance czyraki i wrzody na ramionach leczyć potrafi. Raczej prędzej by się spodziewał aby rycerze krwi sobie upuścili, co powszechną i udokumentowaną jako zdrowa praktyką była. Postanowił później zapytać o to samego von Fauchtwangena. Może to jakowaś mikstura zamorska była i jego wnukom na ich dolegliwości mogłaby pomóc?

Ech, nie czas teraz było się zastanwaiać. Zaliż sfora wilców ku pocztowi się zbliżała. Rundstedt sięgnął po przytroczroczoną do siodła krótką włócznie, która wydawała mu się najodpowiedniejsza na zwierza. Przy boku miał wciąż miecz, gdyby zbrakło drzewca. Przywiązał jeszcze konia lepiej do drzewa, mając nadzieję, że się nie zerwie wystraszon i nie ujdzie w las.

Ścisnąwszy w zbolałych dłoniach włócznie, modlić się począł do Świętego Huberta, patrona myśliwych o zmiłowanie. Podszedł i stanął obok rycerzy, gotowy powalić tyle basiorów ile będzie trzeba.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 30 lipca 2014, 15:21

Ruszam konno bez siodła, skoro dwaj inni takoż na koniach jadą.
Ale walczył będę pieszo. Mój koń do walki szkolony, może nie ucieknie.

Awatar użytkownika
Rikandur
Reactions:
Posty: 392
Rejestracja: 06 lipca 2013, 21:40
Has thanked: 36 times
Been thanked: 3 times

Post autor: Rikandur » 30 lipca 2014, 16:25

Zakładam że zerkał, Koszalu. Mój Alfonso wygląda bardziej niczym ksiądz-psychopata. Znaczy, oczy mu pałają wiarą od nadmiaru ascezy. ;)
"Braciszkowie, tchórza zeżrą wilcy. Trumny zmarłych solidne ... na zwierzęta, włócznie jak rycerz Rundstedt, co o pobożnej modlitwie pamięta. I postów przestrzega."

Spojrzenie Alfonso obiecywało że pokuta za złamanie postu będzie surowa. Kapelan Templariuszy zaintonował pobożną pieśń oddającą dusze wiernych opiece Pańskiej w czasie gdy bracia zakonni stanęli w ordynku, mierząc ostrzami w ciemność a plecami w ognisko. W końcu zwierzęta ognia się boją. Nawet bojowe rumaki. Alfonso wziął w jedną dłoń swój ulubiony buzydgan co zgruchotał czaszki osiemnastu saraceńskich wrogów od czasu jak go otrzymał w darze. W drugą dłoń wziął płonącą żagiew by odganiać wilki od braciszków. Pamiętał żeby w ognisko się nie wpatrywać i kontynuował hymn, wspominając dobre czasy gdy niewierni padali pod mieczami Bożych wojowników a ich plugawa posoka tryskała na wszystkie strony. Uśmiechnął się do wspomnień.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 31 lipca 2014, 18:29

Pędził na oślep nawołując o protekcję wszystkich znanych mu świętych. Łzy napłynęły mu do oczu. Czuł na karku gorący oddech diabolicznych bestii. Kłapały swoimi szczękami tuż nad jego uchem, biegły jego tempem sadystycznie napawając się bezbronną zdobyczą. Czuł to. Czuł się jak zaganiany ku krwiożerczym szczękom potworów nocy łakomy kąsek.

Nie wiedział, dokąd biegnie. Widział tylko wielkie, trójgłowe bestie, które gdzieś czyhają, ukryte pomiędzy drzewami, wyjąc przeraźliwie i kłapiąc szczękami, niemogacymi doczekać się posiłku.

Posiłku z biednego Mikulasa Tichego.

Rundstedt zacisnął obie dłonie na krótkim drzewcu. Zadziwiony spostrzegł, że Zygfrydowi miast w szyku stosownym się ustawić, na karocy stanęli rozglądając się we wszystkich kierunkach.

Walczcie choćby do śmierci! Trumien jako świętych brońcie! - templariusze, jako i rycerze towarzysze spojrzeli po sobie, nie rozumiejąc po co dzikim bestiom miałoby dobieranie się do mięs nieświeżych ponad krwistą zwierzynę na pomyślunek przychodzić.

Alfonso takoż jak i jego poplecznicy pojąć tego nie mógł, lecz wzrok jak i głos Feuchtwangena grzmiał niczym papieskie posłannictwo i nie sposób było mu się oprzeć woli szlachetnego męża.

Kiwnął głową swoim, by posłusznie rozkaz wykonali. Coś zaszeleściło pośród konarów. Dużego jako sam niedźwiedź. Zlękniony pomruk przetoczył się przez usta obrońców. Czający się w mroku zwierz niechybnie miał rozmiary wołu.
Nadto wiele podobnych pojawiło się wokół nich diablich ślepi łypiących nań ze stron różnych. Mężowie dzielni, co niejedną śmierć widzieli skupili się przy sobie, lecz serca ich z wolna przepełniać zaczęła trwoga.

Zły pośród knieji poznał się najwidoczniej na ich sercach wydobywszy ze swej gardzieli skowyt tak przeraźliwy i zatrważający, że rzucił brat Rotgier oręż swój i na kolana się rzucił w modlitwie szukając ocalenia. Stanął tuż nad nim Alfonso i choć zganić chciał srogo towarzysza słabość, czuł że wolę swą całą na rozkazie zygfrydowym skupić mu należy.

Wszelako bestie piekielne nie atakowały, lękiem się syciwszy.
Chłodny głos Feuchtwangena uspokajał ich nieco, choć treść słów straszną im była.

Oto wilcy plugawe, co z człeka w noc bezbożną w potwory przemienione. Wejrzyjcie w serca Wasze przed ostatnią walką. W imię swego boga. Walczcie!

Ruszyli ku sobie niemal równocześnie, w straszliwym zwarłwszy się boju. Bestie atakowały zajadle. Czarne smoliście cienie tańczyły wokół oczu i pysków złowrogich, w których odbijały się ognia piekielnego rozbłyski.
Moi drodzy. Chcę byście sami opisali starcie. Każdy w spoilerze otrzyma techniczne wytyczne jak mu poszło. Wataha potwornych wilków, a może wilkołaków, demonów, skąd możecie wiedzieć? Wszystko to i tak diabelskie pomioty. Nikt rońców wozu z w panice nie uciekł o dziwo.
Spoiler!
Mimo, że byłeś przygotowany, przeośniete bydle okazało się bezbożnie szybkie. Dopadło Cię i kąsało. Przewróciło. Poszarpało zbroję (zakładam, że miałeś średnią/ mieszaną) jakby to była księga. Bodłeś krókim drzewcem, ale musiałeś je puścić w zwarciu, wbijałeś sztylet raz za razem, ale jakby nie robiło to na bestii wrażenia. Wreszcie po ciężkiej walce gotów byłeś ustąpić. Rany na poziomie -4. Ktoś Ci pomógł zrywajac z Ciebie bestię. Nie wiesz kto, lecz nie miałęś już sił się podnieść. Ockniesz się po walce.
Spoiler!
Gdyby nie zbroja (ciężka i solidna) koszmarny wilk roszarpałby Cię pierwszym ugryzieniem potężnych i twardych jak kowadło szczęk. Próbowałeś nadziać bestię, lecz broń po prostu wypadła Ci z rąk, jakby napotkała na kamień
Rany na poziomie -3.
Jeden z Twoich ludzi nie żyje.
Drugi- Brat Rotgier, który cały czas się głośno modlił nie odniósł uszczerbku!
Jednego nie ma. Nie ma ciała.
Jeden jest w dość dobrej formie, jak na tak ciężką walkę, ma jedynie lekką ranę. Pozbawił głowy tego wilka, który niechybnie by Cię pożarł i wówczas ten rozwiał się w proch.
Nie wiedzieć czemu bestie nagle uciekły, choć walka wydawała się beznadziejna.
.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 31 lipca 2014, 18:29

Konrad podążał galopem ku nieszczęśnikowi, wypatrując w czeluściach nocy dzikich bestii. Jechał środkiem mając po obu stronach zygfrydowych towarzyszy. Wtem, gdy pod prastarym konarem przejeżdżał impuls dziwny włos mu na karku zjeżył, coś jakby szept lodowaty przemknęło mu koło ucha; w ciemnościach tuż nad nim zło czychało wyklęte.
W ostatniej chwili obrócił konia. Cienisty kształt skoczył nań z gęstniejącego wbrew naturze mroku. Coś uderzyło go w przelocie drąc ostrymi pazurami po zadzie wierzchowca. Zwierz spłoszył się jako inne, lecz utrzymał się Konrad na grzbiecie. W przerażeniu zrozumiał, że tylko intuicja, czy opatrzność pańska raczej zachowałą go przy życiu. Koń zbrojnego, co obok gonił zarżał przejmująco, po czym wraz z jeźdźcem runął o prastary konar nieziemską siłą ciśnięty. Trzeci z jeźdźców zapanować nad spłoszonym swym wierzchowcem próbował, gdy wielki, czarny cień opadł na niego z diabelską furią. Za nogę szczękami ułapił zrywając z konia lekko niby niewiastę. Wykorzystał to Konrad, by cios zamaszysty zadać i żywota diabła dokonać.
Bestia zaryczała, lecz Nałęcz z trwogą pojął, że był to jedynie ryk do wściekłości przywiedzionej, rozjuszonej bestii. Przemógł lęk w sobie uderzywszy całą mocą. Stwór jakby czekał na to, poprzez groteskow, ponury warkot zaśmiewając się tylko.
Konrad wiedział, że owej nocy na gościńcu kres jego żywot napotka.
Wtem! Coś jak gwizd posłyszał i rękę oddałby, że pośród mroku zamajaczyła jakaś postać. Wojownikiem jakimś barbarzyńskim mu się wydała. Wysoka na dwa metry, gęstym porośnięta futrem, szalona. Nim zdołał coś uczynić w puszczę zbiegła ciągnąc swym dzikim zewem bestię, co niemal pozbawiła Konrada ostatniego tchnienia.
Obrócił się ku swoim. Walka tam na dobre trwała. Wspomniał na nieszczęśnika, co kroków może z 20 dalej kwilił niczym dziecko porzucone na drodze.
Konrad leci na pomoc, czy zbiera z drogi podróżnika? Coś tu wciąż siedzi w krzakach, jest pewien, ale tam dalej giną ludzie.
Mikulas leży na drodze w nieświezym zapachu zakrywszy twarz w ramionach.
Ostatnio zmieniony 31 lipca 2014, 18:57 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 31 lipca 2014, 18:56

Rundstedt niemal zaprzestał się modlić widząc bestię z piekła rodem. Basior wielki jak wół skoczył na niego. Szlachcic zaparłwszy się skierował stalowy grot włóczni ku wilkowi. Nie pierwszy raz walczył przeciw wilkom, toteż wiedział co zrobić. Zwierz zawył, a Erchard poczuł jak ostrze wbija się w cielsko. Trzask grubego drzewca a potem uderzenie, jakby wpadł pod cwałującego konia. Nie zemdlał, myślał, że to już koniec, że trzewia basiora, przebite stalą padną. Nie padły. Fetor zwierza, tryskająca posoka, wbijające się w zbroje wielkie kły rwiące, szarpiące do krwi członki Rundsteda i coraz cięższy ciężar zwierza na piersi. Odrzucił trzonek włóczni, i sięgnął po sztylet. i zaczął niczym w szale wbijać sztych gdzie tylko mógł, ale był zbyt wolny. Zaczynało brakować tchu, w przyciśniętej wilkiem piersi Rundsteda. Ręka władająca skrwawionym sztyletem kłuła coraz woniej, a wilk kąsał coraz szybciej jakby w ogóle nie imało się go Rundstedowe ostrze. Już tylko panicznie chronił swego gardła słabnącą lewicą już niemal rozerwaną w strzępy przez zębiska basiora.

- Amen - stęknął tylko tracąc przytomność i ofiarowując swoją duszę w opiekę wszystkim świętym. A ci chyba usłyszeli żarliwą modlitwę Niemca. Dosłyszał przedśmiertne wycie wilka, prawica nadal zbrojna w sztylet powoli przesunęła się do kolejnego pchnięcia, ale trafiła w pustkę. Potem wszystko zasnuł całun nocy.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 31 lipca 2014, 19:02

Konrad wierzył w Boga, niebo i piekło, ale widok cienia jaki mógł być jeno demonem, wstrząsnął nim mocno, ale cień odszedł za dwunożnym wilkiem, niby wierzył, że istnieją ale zobaczyć coś takiego, było czymś co trudno było pojąć. Ale bestie się oddaliły, a dalej walczono, tam też skierował się Konrad, sprawdziwszy wcześniej co z człekiem jaki leżał na trakcie.

Sprawdzam co z leżącym, jeśli nie jest ciężko ranny, każę mu ruszać za sobą i wspieram walczących.
[offtopic]Żadnych przemyśleń? Wrażeń? Obaw? Słyszałeś i wierzysz jako człowiek wieków średnich w czarty, strzygi, duchy i wilkołaki, ale przed chwilą stanąłeś oko w oko z jednym z nich, a może i z samym diabłem? A 30 lat już jest na karku.
Coś więcej niż techniczny poproszę. I coś więcej niż fabularne deklaracje technicznych zachowań. Chcę wiedzieć co się dzieje w głowach.[/offtopic]

[offtopic]Araven: Wpis był tylko techniczny, bo sądziłem, że walka to mnie dopiero czeka i mam dać opis tejże walki, jak inni po dostaniu Info o jej wyniku w spoilerze. Tedy dążąc do walki, zadeklarowałem tylko technicznie.[/offtopic]
Ostatnio zmieniony 04 sierpnia 2014, 10:59 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Rikandur
Reactions:
Posty: 392
Rejestracja: 06 lipca 2013, 21:40
Has thanked: 36 times
Been thanked: 3 times

Post autor: Rikandur » 31 lipca 2014, 23:50

Bestie spadły na nich jak jacyś piekielnicy ! Wyjąc obłednie jeden z wilków, wielki niczym kuc, rzucił się na Alfonso który błysnął bestii w oczy płonącą żagwią nim grzmotnął ją w łeb buzydganem ! Broń brzdęknęła a ramię mu zdrętwiało, jakby w kamienny mur uderzył a nie w futrzastą bestię. Gdy bestia przewróciła go niczym małe dziecko jeszcze kilka razy bezskutecznie uderzał ją słabnącymi rękami w czasie gdy potężne szczęki rozdzierały mu bok. Bardziej rozwścieczony niż przerażony atakiem piekielnej bestii przeklął plugawie w ojczystej mowie.
"Figilio de la puttana Satanica !"
Już miał żegnać się z żywotem marnym gdy jeden z braci zakonnych odzielił plugawy łeb od karku potężnym cięciem, które ledwie pół karku przecięło ... a brat Sigwald był znany z tego że raz przeciął Saracena razem z wielbłądem ! I nagle potwór zmienił się w proch ! Włoski Templariusz powstał widząc scenę rzezi. Jeden brat się modli, jeden już nie potrzebuje pomocy i stoi u Tronu Pana. Do tego bestie znikły jakby ich nie było.
"Plugastwo wypełzło z mroku i porwało brata Alaina. Jakie straty ?"
Alfonso przyciskał krwawiący bok, ale udawał że nic mu nie jest jak zadawał ważne pytania i udzielał ostatniego namaszczenia zmarłym. Jego twarz była wykrzywiona w gniewie. Jak śmieli ... pachołcy Szatana podnieść plugawe łapy na Boże Sługi ?!

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 04 sierpnia 2014, 10:45

Mikulas leżał pośrodku gościńca rozpaczając nad swoim losem. Wzywał pomocy u wszystkich znanych mu świętych w obawie, by usłyszanym nie zostać szeptem wypowiadając ich imiona. Słyszał ryk potworów i szczęk broni, lecz nie ważył się podnieść wzroku.
Mroźny wiatr, niby w w zimowe kleszcze zacisnął jego serce tłumiąc oddech. Gdzieś pośród chaosu usłyszał ludzki głos. Spokojny ton męża, ledwie kilkanaście krokó od niego. Rozczapierzył palce zerknąwszy okiem pomiędzy nimi. Oto rycerz na wzór wschodni ubrany z mieczem obnażonym pochylał się nad drugim zbrojnym wzywając go po niemiecku.
W nich dostrzegł Mikulas swoje wybawienie. Cud przez swą gorliwą modlitwę spowodowany. Czuwającą opatrzność.

Noga zygfrydowego rycerza okrutnie okaleczona biel kości ukazywała, jakby w kłusownika żeleźce wpadła. Konrad szybko ocenił, że niewiele mu pomóc obecnie zdoła, spojrzał ponad mrocznymi cieniami rzucanymi na trakt w bladym świetle pełni księżyca. Leniwie sunąca przy ziemi mgła spowiła jego nogi unosząc się ku kolanom, w górę.
Wówczas, w ostatniej chwili poczuł ową obecność złowrogą, ohydny, krwawy oddech głodnego demona.

Lata spędzone nad opasłymi księgami, lata poszukiwań i zgłębiania wiedzy w ciągu jednego tchnienia stały się niczym. Wątłym pyłem w bezmiarze wieczności.
Mikulas dostrzegł na własne oczy diabła, który uwił się w żywym ciele spośród mglistych cieni. Zjawił się tuż za jego wybawicielem. Chciał krzyknąć, by go ostrzec, lecz lęk sparaliżował jego język i serce trwogą niezmierzoną zmroził.

Rycerz spod Ciechanowa znalazł w sobie dość woli, by stawić czoła piekielnej istocie. Odskoczył ciął na odlew natrafiając w pustkę. Usłyszał śmiech mroczny, pomieszany z warknięciem jakoby. Nim spostrzegł bestia znalazła się przy nim rękę jego silną wykręcając w tył. Oprzeć się nie zdołał, spojrzawszy w ponure, czerwone ślepia demona.
Ból. Potworny, nieludzki uścisk. Ostre kły zakosztowały jego szyi wpijając się głęboko.

Coraz głębiej.

Sięgnęły duszy Konrada i wciąż wpychały się dalej. Nie mógł oprzeć się nieznośnej myśli. Myśli dręczącej i haniebnej.
Uświadomił sobie bowiem, że diabelski pocałunek zaczyna sprawiać mu przyjemność. Błogie uniesienie, przy którym zbladły uroki małżeńskiego łoża.
I któremu haniebnie, lecz posłusznie chciał się oddawać.

Chciał krzyczeć w proteście, gdy demon porzucił swe sodomickie praktyki cisnąwszy go brutalnie pomiędzy drzewa. Zbyt słaby był jednak, by protestować, ledwie trzymawszy się resztek uchodzącego zeń żywota.

Gasnącym spojrzeniem dostrzegł Rycerza Światłego, Zygfryda von Feuchtwangen jak na diabła natarł swą prawicą niemalże pozbawiając go upiornego łba. Zadrżało powietrze od siły ciosu owego, lecz potwór wciąż rześkwo trzymał się na nogach. Zwarli się w starciu, zatańczyli na wietrze, zafalowali.. chmury przesłoniły księżyc, a gdy ciało odmówiło Nałęczowi służby, świat Konrada spoczął w ciemnościach.

[center]***[/center]

Spojrzał Alfonso po towarzyszach, gdy rozum jego powoli pojął rzecz, której wciąż nie dawał wiary. Postąpił krok ku Zygfrydowi, który chwilę ledwie wcześniej, przed walki końcem oderwał jednemu z wilków łeb rękami gołymi. Niejeden cud Buonafiori na wyprawach widział, niejeden męstwa przejaw to jednak poza możliwości prawego człeka występowało.
To nie koniec. Nie traćcie ducha! Karocy strzeżcie! -krókie spojrzenie i słowa proste przeogromny zachwyt nad osobą Feuchtwangena w templariuszach wzbudziły. Rozstąpili się nieco zadziwieni z jak wielką mocą do nich przemówił. Niechybnie człek ten samemu bogu był miły.
Pobiegł ów tajemniczy mąż, boga powiernik i wysłannik niechybny z odsieczą kamratom swym i Konradowi. Wielki odczuł Alfonso smutek, że Zygfryd nakazał pozostać mu przy wozie miast pozwolić za sobą na odsiecz ruszyć.

Wtem wrzask nieludzki, trwożny, w dziczy rosnący przywrócił mu chłodny, bitewny osąd. Spojrzeli po sobie z Sigwaldem rozpoznawszy krzyki brata Alaina, co męki straszliwej niechybnie zaznawał. Z głębi lasu owe cierpiętnicze nawoływanie dochodziło, wydawać by się mogło, że nigdy się nie skończy, gdy krzyk urwał się gwałtownie.

Konary pobliskich drzew zatrzeszczały odwracając ku rycerzom swe powykręcane gałęzie. Wszędy naraz dało się wyczuć odór przeklęty, jakoby wyziew nagromadzonych z biegiem pokoleń trupów. Ciemność spowiła oczy obrońców, a piersi ich wypełniło zwątpienie, gdy najlichsze nawet światło wbrew naturze poczęło wygasać pośród narastającego mroku. Alfonso szaleńczo zamajaczył pochodnią z topniejącą ulgą zatapiając wzrok w jej płomieniu.

Nie sposób orzec, jak długo to trwało, gdy dudnienie mocarne posłyszeli od strony karocy dobiegające.
Coś waliło ze środka w ciężkie, okute żelazem drzwi. Tuż przed Alfonsem zamajaczył rycerz zygfrydowy, którego zaskoczony templariusz niemalże ostrzem nie potraktował.
Pomóż.. szybko! Nim powrócą. Inaczej nasi .... - nim skończył głowa jego w potężnych szczęk utonęła uścisku.
...drzwiii... otwórzcie...- przerażony mąż przez moment jedynie zdołał powtsrzymać nadludzko silne ociekające śliną i krwią kły wpijające się w jego skronie. Twarz rycerza zniknęła z trzaskiem pękających kości czaszki ochlapując Alfonsa krwistą fontanną.
Konrad- z wolna umiera.
Mikulas- przerażony, sparaliżowany.
Erchardt- bez przytomności.
Alfonso- otwierasz drzwi, czy stawiasz czoła bestii?
Sigwald i jeden zbrojny Zygfrydowy wciąż na nogach.
Prócz nich nie wiadomo co się stało ze służbą Mikulasa i zwiadowcą von Feuchtwangena.

Araven- czy Hlava podróżował wraz z Tobą?
[offtopic]Araven:
Tak, Hlava podróżuje wraz ze mną, ale został w naszym obozie, do walki ruszyłem obok 2 ludzi Zygfryda.[/offtopic]
Ostatnio zmieniony 04 sierpnia 2014, 11:05 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ