Charleston WV okolice cmentarza Spring Hill 09.08.1993 Po północy
Członkowie koterii opuścili posesję kilkanaście minut po drugiej w nocy. Assamita poinstruował Gavina od której strony najlepiej będzie podjechać do cmentarza, tak aby najmniej rzucać się w oczy. Gdy skończył, pozostali skierowali się w stronę wynajętego samochodu. Namtar wsiadł na motor. Podróż przebiegła spokojnie i na miejscu byli w przeciągu dwudziestu minut. Zaparkowali na jednym z mniej oświetlonych parkingów, mieszczącym się na końcu osiedla domków. Plac w części ocieniony był przez rosnące wkoło platany, o wielkich, trójpalczastych liściach. Spokrewnieni nie ujrzeli w pobliżu niczego niepokojącego. Ta część miasta o tej porze była zdecydowanie mniej uczęszczaną przez ludzi i wydawała się wręcz wyludniona. Z miejsce, w którym się znajdowali dostrzegali jedynie światła odległych budynków mieszkaniowych. W nocnym powietrzu niosło się cichnące ujadanie psa.
Morderca zaparkował swój motor w odległym kącie parkingu, kryjąc go w cieniu za nielicznymi samochodami. Podszedł do jedynej świecącej się latarni, po czym kopnął słup w miejscu, które pozwoliło na przerwanie kabli. Efekt był natychmiastowy - światło zamigotało i zgasło bezpowrotnie. Parking okrył się głębokim cieniem.
Assamita otworzył bagażnik i wyjął plecak. Wydobył z niego kilka metalowych części, z których w ciągu parunastu zaledwie sekund złożył karabin snajperski SWD Dragonuw. Był on jednolicie czarny i sprawiał śmiertelnie poważne wrażenie. Gotową broń przerzucił przez ramię i skierował się do członków koterii.
- Idziemy przez las - odezwał się spokojnym tonem. - Gdy dojdziemy do muru, ja wchodzę na teren cmentarza rozejrzeć się. Jeśli nie będzie mnie po pięciu minutach, znikacie stąd. Nie starajcie się grać bohaterów. -zebrani odnieśli wrażenie, iż ostatnie zdanie skierowane zostało głownie do Horacego.
Spokrewnieni w mig pojęli, że Namtar pomimo panujących ciemności będzie w stanie zdjąć każdego wroga z większej odległości. W ciszy ruszyli przed siebie. Przez chwilę ich wędrówce towarzyszył jedynie szelest rozgarnianych gałęzi, gdy całą grupa zagłębiła się w rosnący przy parkingu lasek. Terry przerwał ciszę:
- Będę chciał odebrać swoje rzeczy, które tutaj zostawił kilka nocy temu, ale oczywiście poczekam aż nasz ochroniarz powróci - rzekł półgłosem.
[center]

[/center]
Las nie był gęsty. Przypominał raczej zaniedbany, zarośnięty wysoką trawą park. Wionęło z niego zapachem zbutwiałego drewna, grzybów i dziwną nutą opuszczenia. Gałęzie pobliskich drzew zwieszały się w dół, ocierając się o twarze i ciała przechodzących, jakby chciały ich objąć w złowieszczym uścisku. Chmury na niebie wisiały nisko, potęgując jedynie dziwne, klaustrofobiczne wrażenie, które ich ogarnęło. Poszarpane kształty obłoków przesłaniały gwiazdy i księżyc, niczym całun utkany z szarości i nostalgii. Cienie pod drzewami wydawały się niepokojąco ciemne, jak gdyby przyczajone w ponurym bezruchu. Wszyscy odruchowo wyostrzyli sobie zmysły, alby dostosować się do trudniejszych warunków. Pod ich stopami szeleściły lekko martwe, zeszłoroczne liście, jednak poza tym ich przemarsz dobywał się właściwie bezgłośnie. Namtar przez chwilę myślał, że będzie musiał wspomagać się mocą Quietus, jednak Niewierni zaskoczyli go, poruszając się niezwykle cicho. Horacy znał to miejsce lepiej niż inni. Odezwał się szeptem, jednak na tyle głośnym by każdy mógł go usłyszeć:
- To miejsce należy do wszystkich nadnaturali w Charleston. Wielu z nich pochowało tutaj swoich przyjaciół i rodziny. Nie pamiętam, by wydarzył się tutaj jakikolwiek akt agresji. Charleston zawdzięcza ten fakt Primogenowi Gangreli, który traktuje to miejsce z szczególną uwagą. Decyzją Księcia nie można tutaj polować, albowiem to mogłoby zaszkodzić polityce Democritusa.
Zabójca skinął głową na znak, że zrozumiał. Mimo to nie chciał rezygnować ze środków bezpieczeństwa. Sytuacja w mieście była ostatnio napięta. Grunt zaczął się wznosić i przez dłuższą chwilę nikt nie odzywał się, koncentrując się na wspinaczce. W końcu koteria dotarła do szczytu wzniesienia Spring Hill.
Przed sobą ujrzeli spękany, ceglany mur, w dużej mierze porośnięty bluszczem. Zwieńczony był ozdobnym wykuszem, który jednak w wielu miejscach wydawał się nadkruszony i pokryty nalotem mchu. W lesie, który przed chwilą opuścili, krzyknął jakiś ptak.
- Czekajcie tutaj - powiedział Morderca, po czym z kocią zwinnością przeskoczył dwumetrową przeszkodę, wkraczając na teren nekropolii.