PBF - Charleston by Night

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 24 kwietnia 2015, 18:05

1. Po skończonych dyskusjach wypożyczam od Namtara dwie magiczne fiolki i idę na górę po krew Lucjana.
2. Na cmentarz jedziemy wynajętym samochodem, we czwórkę. Prowadzi Gavin. Namtar ma motocykl, więc da sobie radę.
3. Zanim ruszymy, przebieram się. Zabieram telefon i fiolki.
4. Zanim ruszymy, proszę Strażnika by miał oko na Lucjana, w razie dziwnych pomysłów.. znów zrobi sobie krzywdę. A Gavina o sprawdzenie zabezpieczeń i zamknięcie domu.
5. Dwójka moich Ghuli po naszym powrocie będzie już w Domenie, przyjadą moim prywatnym samochodem, wraz z niezbędnymi dla siebie rzeczami.


To chyba tyle. Czekam na ekipę przed wyjściem z domu. Nie przedłużając... zacznijmy nową scenę ;)
Ostatnio zmieniony 25 kwietnia 2015, 18:17 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 24 kwietnia 2015, 19:11

Terry grzecznie się melduje przy aucie i nie może się doczekać wizyty na cmentarzu. :/dymek

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 24 kwietnia 2015, 19:14

Do bagażnika samochodu wrzucam czarną sportową torbę i plecak. Po czym pogwizdując Requiem Mozzarta wsiadam na motor i czekam na resztę...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 24 kwietnia 2015, 23:57

Charleston WV okolice cmentarza Spring Hill 09.08.1993 Po północy

Członkowie koterii opuścili posesję kilkanaście minut po drugiej w nocy. Assamita poinstruował Gavina od której strony najlepiej będzie podjechać do cmentarza, tak aby najmniej rzucać się w oczy. Gdy skończył, pozostali skierowali się w stronę wynajętego samochodu. Namtar wsiadł na motor. Podróż przebiegła spokojnie i na miejscu byli w przeciągu dwudziestu minut. Zaparkowali na jednym z mniej oświetlonych parkingów, mieszczącym się na końcu osiedla domków. Plac w części ocieniony był przez rosnące wkoło platany, o wielkich, trójpalczastych liściach. Spokrewnieni nie ujrzeli w pobliżu niczego niepokojącego. Ta część miasta o tej porze była zdecydowanie mniej uczęszczaną przez ludzi i wydawała się wręcz wyludniona. Z miejsce, w którym się znajdowali dostrzegali jedynie światła odległych budynków mieszkaniowych. W nocnym powietrzu niosło się cichnące ujadanie psa.

Morderca zaparkował swój motor w odległym kącie parkingu, kryjąc go w cieniu za nielicznymi samochodami. Podszedł do jedynej świecącej się latarni, po czym kopnął słup w miejscu, które pozwoliło na przerwanie kabli. Efekt był natychmiastowy - światło zamigotało i zgasło bezpowrotnie. Parking okrył się głębokim cieniem.

Assamita otworzył bagażnik i wyjął plecak. Wydobył z niego kilka metalowych części, z których w ciągu parunastu zaledwie sekund złożył karabin snajperski SWD Dragonuw. Był on jednolicie czarny i sprawiał śmiertelnie poważne wrażenie. Gotową broń przerzucił przez ramię i skierował się do członków koterii.

- Idziemy przez las - odezwał się spokojnym tonem. - Gdy dojdziemy do muru, ja wchodzę na teren cmentarza rozejrzeć się. Jeśli nie będzie mnie po pięciu minutach, znikacie stąd. Nie starajcie się grać bohaterów. -zebrani odnieśli wrażenie, iż ostatnie zdanie skierowane zostało głownie do Horacego.

Spokrewnieni w mig pojęli, że Namtar pomimo panujących ciemności będzie w stanie zdjąć każdego wroga z większej odległości. W ciszy ruszyli przed siebie. Przez chwilę ich wędrówce towarzyszył jedynie szelest rozgarnianych gałęzi, gdy całą grupa zagłębiła się w rosnący przy parkingu lasek. Terry przerwał ciszę:

- Będę chciał odebrać swoje rzeczy, które tutaj zostawił kilka nocy temu, ale oczywiście poczekam aż nasz ochroniarz powróci - rzekł półgłosem.

[center]Obrazek[/center]
Las nie był gęsty. Przypominał raczej zaniedbany, zarośnięty wysoką trawą park. Wionęło z niego zapachem zbutwiałego drewna, grzybów i dziwną nutą opuszczenia. Gałęzie pobliskich drzew zwieszały się w dół, ocierając się o twarze i ciała przechodzących, jakby chciały ich objąć w złowieszczym uścisku. Chmury na niebie wisiały nisko, potęgując jedynie dziwne, klaustrofobiczne wrażenie, które ich ogarnęło. Poszarpane kształty obłoków przesłaniały gwiazdy i księżyc, niczym całun utkany z szarości i nostalgii. Cienie pod drzewami wydawały się niepokojąco ciemne, jak gdyby przyczajone w ponurym bezruchu. Wszyscy odruchowo wyostrzyli sobie zmysły, alby dostosować się do trudniejszych warunków. Pod ich stopami szeleściły lekko martwe, zeszłoroczne liście, jednak poza tym ich przemarsz dobywał się właściwie bezgłośnie. Namtar przez chwilę myślał, że będzie musiał wspomagać się mocą Quietus, jednak Niewierni zaskoczyli go, poruszając się niezwykle cicho. Horacy znał to miejsce lepiej niż inni. Odezwał się szeptem, jednak na tyle głośnym by każdy mógł go usłyszeć:

- To miejsce należy do wszystkich nadnaturali w Charleston. Wielu z nich pochowało tutaj swoich przyjaciół i rodziny. Nie pamiętam, by wydarzył się tutaj jakikolwiek akt agresji. Charleston zawdzięcza ten fakt Primogenowi Gangreli, który traktuje to miejsce z szczególną uwagą. Decyzją Księcia nie można tutaj polować, albowiem to mogłoby zaszkodzić polityce Democritusa.

Zabójca skinął głową na znak, że zrozumiał. Mimo to nie chciał rezygnować ze środków bezpieczeństwa. Sytuacja w mieście była ostatnio napięta. Grunt zaczął się wznosić i przez dłuższą chwilę nikt nie odzywał się, koncentrując się na wspinaczce. W końcu koteria dotarła do szczytu wzniesienia Spring Hill.

Przed sobą ujrzeli spękany, ceglany mur, w dużej mierze porośnięty bluszczem. Zwieńczony był ozdobnym wykuszem, który jednak w wielu miejscach wydawał się nadkruszony i pokryty nalotem mchu. W lesie, który przed chwilą opuścili, krzyknął jakiś ptak.

- Czekajcie tutaj - powiedział Morderca, po czym z kocią zwinnością przeskoczył dwumetrową przeszkodę, wkraczając na teren nekropolii.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 25 kwietnia 2015, 00:03

Charleston WV Cmentarz Spring Hill 09.08.1993 Po północy

Cmentarz był cichy i spokojny. Właściwie upiornie cichy. Assamita zeskoczył zręcznie po drugiej stronie muru. Jego wyostrzony węch wyczuł charakterystyczne zapachy: słodkawą woń wosku, zbutwiałych kwiatów i pleśni. Obecność śmierci otaczała go. Uśmiechnął się w ciemności.

Uwielbiał takie miejsca. Chwile, gdy mógł być sam na sam z mrokiem. Pomyślał o kościach, leżących w wilgotnej ziemi. O zębach wyszczerzonych w mroku, palcach wczepionych w korzenie drzew, oczodołach wypełnionych piachem. Obecność tysięcy zmarłych pod stopami była namacalna i kojąca. Choć nową dla niego była świadomość, iż żaden z nich nie zszedł z jego ręki. Cicho jak cień ruszył pomiędzy nagrobkami. Poruszał się swobodnie, w sposób, który przywodził raczej na myśl dzikie zwierzę, przemykające przez noc. Gdzieś z boku doleciał go mdlący zapach kwiatów. Wiedział, że mija świeży grób. Zatrzymał się na moment. Lubił pogrzeby. Były niczym końcowy akt w napisanej przez niego sztuce, która za każdym razem nosiła ten sam tytuł: morderstwo. Tym bardziej więc żałował, iż nie mógł w nich uczestniczyć. Widział kilkakrotnie takie ceremonie na filmie, jednak to nie było to samo. Później zawsze odwiedzał groby, lecz świadomość, iż ten moment umknął mu bezpowrotnie trwała w nim. W zamyśleniu zerwał jeden z więdnących płatków lilii i zmiął go w palcach.

[center]Some flowers
In the first month...
Then just
Earth.*[/center]

Szepnął. Gdzieś w trawie odezwał się świerszcz. Łowca ruszył dalej. Srebrzysta mgła sięgała mu do kolan, osiadając na mogiłach całunem bladych kropel. Po kilku minutach wiedział już, że nie ma tutaj nikogo. Że jest sam w mieście umarłych... Ponure, wykrzywione drzewa i pokryte dziwacznymi rzeźbieniami krypty zapewniały odpowiednią ilość kryjówek. Ich cienie pozwalały mu poruszać się właściwie niezauważenie. Cmentarz był rozległy. Nie miał czasu, na zbadanie całego terenu. Wybrał kilka punktów widokowych i użył lunety snajperskiej, aby zlustrować otoczenie. Było spokojnie. Jedynie pojedyncze płomyki zniczy błyskały z rzadka, pośród mgły. Niczym zrozpaczone robaczki świętojańskie - na próżno próbujące rozświetlić tą monochromatyczną krainę cieni...
Gdy już się upewnię, że nikogo tu nie ma, wracam do Koterii i informuję ich o tym.
Później wybieram sobie jakiś strategiczny punkt obserwacyjny, skąd będę widział teren i koterię, i rozkładam się tam ze snajperką. Preferowałbym pewnie dach jakiejś krypty.
* Cytat pochodzi z utworu Devil Dool Dies Irae
Ostatnio zmieniony 25 kwietnia 2015, 13:39 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40