Strona 22 z 88

: 24 kwietnia 2015, 18:05
autor: Rooster
1. Po skończonych dyskusjach wypożyczam od Namtara dwie magiczne fiolki i idę na górę po krew Lucjana.
2. Na cmentarz jedziemy wynajętym samochodem, we czwórkę. Prowadzi Gavin. Namtar ma motocykl, więc da sobie radę.
3. Zanim ruszymy, przebieram się. Zabieram telefon i fiolki.
4. Zanim ruszymy, proszę Strażnika by miał oko na Lucjana, w razie dziwnych pomysłów.. znów zrobi sobie krzywdę. A Gavina o sprawdzenie zabezpieczeń i zamknięcie domu.
5. Dwójka moich Ghuli po naszym powrocie będzie już w Domenie, przyjadą moim prywatnym samochodem, wraz z niezbędnymi dla siebie rzeczami.


To chyba tyle. Czekam na ekipę przed wyjściem z domu. Nie przedłużając... zacznijmy nową scenę ;)

: 24 kwietnia 2015, 19:11
autor: Frater_Terry
Terry grzecznie się melduje przy aucie i nie może się doczekać wizyty na cmentarzu. :/dymek

: 24 kwietnia 2015, 19:14
autor: Sigil
Do bagażnika samochodu wrzucam czarną sportową torbę i plecak. Po czym pogwizdując Requiem Mozzarta wsiadam na motor i czekam na resztę...

: 24 kwietnia 2015, 23:57
autor: lightstorm
Charleston WV okolice cmentarza Spring Hill 09.08.1993 Po północy

Członkowie koterii opuścili posesję kilkanaście minut po drugiej w nocy. Assamita poinstruował Gavina od której strony najlepiej będzie podjechać do cmentarza, tak aby najmniej rzucać się w oczy. Gdy skończył, pozostali skierowali się w stronę wynajętego samochodu. Namtar wsiadł na motor. Podróż przebiegła spokojnie i na miejscu byli w przeciągu dwudziestu minut. Zaparkowali na jednym z mniej oświetlonych parkingów, mieszczącym się na końcu osiedla domków. Plac w części ocieniony był przez rosnące wkoło platany, o wielkich, trójpalczastych liściach. Spokrewnieni nie ujrzeli w pobliżu niczego niepokojącego. Ta część miasta o tej porze była zdecydowanie mniej uczęszczaną przez ludzi i wydawała się wręcz wyludniona. Z miejsce, w którym się znajdowali dostrzegali jedynie światła odległych budynków mieszkaniowych. W nocnym powietrzu niosło się cichnące ujadanie psa.

Morderca zaparkował swój motor w odległym kącie parkingu, kryjąc go w cieniu za nielicznymi samochodami. Podszedł do jedynej świecącej się latarni, po czym kopnął słup w miejscu, które pozwoliło na przerwanie kabli. Efekt był natychmiastowy - światło zamigotało i zgasło bezpowrotnie. Parking okrył się głębokim cieniem.

Assamita otworzył bagażnik i wyjął plecak. Wydobył z niego kilka metalowych części, z których w ciągu parunastu zaledwie sekund złożył karabin snajperski SWD Dragonuw. Był on jednolicie czarny i sprawiał śmiertelnie poważne wrażenie. Gotową broń przerzucił przez ramię i skierował się do członków koterii.

- Idziemy przez las - odezwał się spokojnym tonem. - Gdy dojdziemy do muru, ja wchodzę na teren cmentarza rozejrzeć się. Jeśli nie będzie mnie po pięciu minutach, znikacie stąd. Nie starajcie się grać bohaterów. -zebrani odnieśli wrażenie, iż ostatnie zdanie skierowane zostało głownie do Horacego.

Spokrewnieni w mig pojęli, że Namtar pomimo panujących ciemności będzie w stanie zdjąć każdego wroga z większej odległości. W ciszy ruszyli przed siebie. Przez chwilę ich wędrówce towarzyszył jedynie szelest rozgarnianych gałęzi, gdy całą grupa zagłębiła się w rosnący przy parkingu lasek. Terry przerwał ciszę:

- Będę chciał odebrać swoje rzeczy, które tutaj zostawił kilka nocy temu, ale oczywiście poczekam aż nasz ochroniarz powróci - rzekł półgłosem.

[center]Obrazek[/center]
Las nie był gęsty. Przypominał raczej zaniedbany, zarośnięty wysoką trawą park. Wionęło z niego zapachem zbutwiałego drewna, grzybów i dziwną nutą opuszczenia. Gałęzie pobliskich drzew zwieszały się w dół, ocierając się o twarze i ciała przechodzących, jakby chciały ich objąć w złowieszczym uścisku. Chmury na niebie wisiały nisko, potęgując jedynie dziwne, klaustrofobiczne wrażenie, które ich ogarnęło. Poszarpane kształty obłoków przesłaniały gwiazdy i księżyc, niczym całun utkany z szarości i nostalgii. Cienie pod drzewami wydawały się niepokojąco ciemne, jak gdyby przyczajone w ponurym bezruchu. Wszyscy odruchowo wyostrzyli sobie zmysły, alby dostosować się do trudniejszych warunków. Pod ich stopami szeleściły lekko martwe, zeszłoroczne liście, jednak poza tym ich przemarsz dobywał się właściwie bezgłośnie. Namtar przez chwilę myślał, że będzie musiał wspomagać się mocą Quietus, jednak Niewierni zaskoczyli go, poruszając się niezwykle cicho. Horacy znał to miejsce lepiej niż inni. Odezwał się szeptem, jednak na tyle głośnym by każdy mógł go usłyszeć:

- To miejsce należy do wszystkich nadnaturali w Charleston. Wielu z nich pochowało tutaj swoich przyjaciół i rodziny. Nie pamiętam, by wydarzył się tutaj jakikolwiek akt agresji. Charleston zawdzięcza ten fakt Primogenowi Gangreli, który traktuje to miejsce z szczególną uwagą. Decyzją Księcia nie można tutaj polować, albowiem to mogłoby zaszkodzić polityce Democritusa.

Zabójca skinął głową na znak, że zrozumiał. Mimo to nie chciał rezygnować ze środków bezpieczeństwa. Sytuacja w mieście była ostatnio napięta. Grunt zaczął się wznosić i przez dłuższą chwilę nikt nie odzywał się, koncentrując się na wspinaczce. W końcu koteria dotarła do szczytu wzniesienia Spring Hill.

Przed sobą ujrzeli spękany, ceglany mur, w dużej mierze porośnięty bluszczem. Zwieńczony był ozdobnym wykuszem, który jednak w wielu miejscach wydawał się nadkruszony i pokryty nalotem mchu. W lesie, który przed chwilą opuścili, krzyknął jakiś ptak.

- Czekajcie tutaj - powiedział Morderca, po czym z kocią zwinnością przeskoczył dwumetrową przeszkodę, wkraczając na teren nekropolii.

: 25 kwietnia 2015, 00:03
autor: Sigil
Charleston WV Cmentarz Spring Hill 09.08.1993 Po północy

Cmentarz był cichy i spokojny. Właściwie upiornie cichy. Assamita zeskoczył zręcznie po drugiej stronie muru. Jego wyostrzony węch wyczuł charakterystyczne zapachy: słodkawą woń wosku, zbutwiałych kwiatów i pleśni. Obecność śmierci otaczała go. Uśmiechnął się w ciemności.

Uwielbiał takie miejsca. Chwile, gdy mógł być sam na sam z mrokiem. Pomyślał o kościach, leżących w wilgotnej ziemi. O zębach wyszczerzonych w mroku, palcach wczepionych w korzenie drzew, oczodołach wypełnionych piachem. Obecność tysięcy zmarłych pod stopami była namacalna i kojąca. Choć nową dla niego była świadomość, iż żaden z nich nie zszedł z jego ręki. Cicho jak cień ruszył pomiędzy nagrobkami. Poruszał się swobodnie, w sposób, który przywodził raczej na myśl dzikie zwierzę, przemykające przez noc. Gdzieś z boku doleciał go mdlący zapach kwiatów. Wiedział, że mija świeży grób. Zatrzymał się na moment. Lubił pogrzeby. Były niczym końcowy akt w napisanej przez niego sztuce, która za każdym razem nosiła ten sam tytuł: morderstwo. Tym bardziej więc żałował, iż nie mógł w nich uczestniczyć. Widział kilkakrotnie takie ceremonie na filmie, jednak to nie było to samo. Później zawsze odwiedzał groby, lecz świadomość, iż ten moment umknął mu bezpowrotnie trwała w nim. W zamyśleniu zerwał jeden z więdnących płatków lilii i zmiął go w palcach.

[center]Some flowers
In the first month...
Then just
Earth.*[/center]

Szepnął. Gdzieś w trawie odezwał się świerszcz. Łowca ruszył dalej. Srebrzysta mgła sięgała mu do kolan, osiadając na mogiłach całunem bladych kropel. Po kilku minutach wiedział już, że nie ma tutaj nikogo. Że jest sam w mieście umarłych... Ponure, wykrzywione drzewa i pokryte dziwacznymi rzeźbieniami krypty zapewniały odpowiednią ilość kryjówek. Ich cienie pozwalały mu poruszać się właściwie niezauważenie. Cmentarz był rozległy. Nie miał czasu, na zbadanie całego terenu. Wybrał kilka punktów widokowych i użył lunety snajperskiej, aby zlustrować otoczenie. Było spokojnie. Jedynie pojedyncze płomyki zniczy błyskały z rzadka, pośród mgły. Niczym zrozpaczone robaczki świętojańskie - na próżno próbujące rozświetlić tą monochromatyczną krainę cieni...
Gdy już się upewnię, że nikogo tu nie ma, wracam do Koterii i informuję ich o tym.
Później wybieram sobie jakiś strategiczny punkt obserwacyjny, skąd będę widział teren i koterię, i rozkładam się tam ze snajperką. Preferowałbym pewnie dach jakiejś krypty.
* Cytat pochodzi z utworu Devil Dool Dies Irae

: 25 kwietnia 2015, 01:07
autor: lightstorm
Charleston WV Cmentarz Spring Hill 09.08.1993 Po północy

Namtar pojawił się na szczycie muru. Przykucnął, starając się, aby jego sylwetka zniknęła w cieniu okolicznych drzew.

- Czysto - syknął do pozostałych. - Możecie wchodzić. Będę w okolicy. Powiedziawszy to zniknął im z oczu.

Członkowie koterii pomagając sobie nawzajem rozpoczęli przeprawę przez mur. Terry pokonał przeszkodę z łatwością, podobnie jak Horacy. Gavin miał pecha i osunął się na ziemię wraz ze zgrzytem osypujących się cegieł. Wstał, otrzepał się i zaklął cicho. Za drugim razem jednak wspiął się już bez problemu. Horacy siedząc na szczycie muru pomógł Victorii, podciągając ją. Zdecydowanie, tego typu aktywność fizyczna nie była mocną stroną Lasombry, która nie poradziłaby sobie sama.

[center]Obrazek[/center]
Zeskoczyli na ziemię. Wilgotna trawa po drugiej stronie wytłumiła wszelkie odgłosy. Członkowie koterii zatrzymali się na chwilę, uważnie lustrując otoczenie. Ich oczom ukazał się rozległy cmentarz, najeżony płytami nagrobków i widmami upiornie chudych krzyży. Gdzieniegdzie, pod drzewami dostrzec mogli opasły kształt krypty, której fasada szczerzyła się do nich spomiędzy oplatającego ją bluszczu, niczym oblicze trędowatego - pokryte plamami wilgoci i rozkładu. W trawie pełzała mgła, unosząca się miejscami niczym jakieś upiorne, trupiobiałe morze, pożerając zarysy mogił i ścieżek. Obraz tchnął niepokojem i niewysłowionym smutkiem, przypominającym o rozpaczy tych, którzy skazani byli na śmierć. Lecz czy w istocie, życie wieczne stanowiło lepszą opcję? Wieczność trosk i samotności, bez nadziei na ukojenie. I mimo iż należeli do rodu Nieumarłych niewypowiedziana odpowiedź, zawarta w tym miejscu sprawiła, iż poczuli lęk. Dawne obawy powróciły, napierając na ściany świadomości. Czy istotnie byli wolni od strachu przed śmiercią? Czy też próbując zachować swą nędzną egzystencję stawali się nań bardziej podatni? Cóż posiadali by mu się przeciwstawić? Wyblakłe wspomnienia? Stracone sny? Porzucone nadzieje?

Terry spoglądał w mgłę, podobnie jak inni. I oto nagle ujrzał jak przybiera ona upiorny kształt trupiej czaszki, o pustych, ciemnych oczodołach. Wiedział jednak, iż jest ona znakiem, dlatego nie zląkł się i patrzył dalej, zanurzając się w zesłaną mu przez Pana wizję.

[center]Obrazek[/center]
Po chwili ujrzał jak mgła zaczyna zabarwiać się na czerwono, by przekształcić się w szkarłatny płyn, który pokrył cały teren cmentarza. Przypominał on teraz falujące morze krwi. Obraz czerepu zniknął, tonąc w karmazynowej cieczy. Coś poruszyło się w głębi powodując fale, które przekształciły się w rzęsisty deszcz. Drwiąc z grawitacji zaczął on padać w stronę nieba. Terry ujrzał, jak czerwony deszcz nagle zapłonął tysiącem maleńkich iskier. Każda kropla rozświetliła okolicę całkowicie oślepiając Malkaviana, który padł na kolana. Trzymając w rękach laskę Aurina Spiro udało mu się utrzymać równowagę i nie potknąć o któryś z pobliskich nagrobków. W głowie znów usłyszał zapętlony kawałek piosenki z płyty, którą uruchomił w domu Red'a
[center]...Red sky at night
Red sky at night
Danger...
[/center]
Gavin stał najbliżej Malkaviana. Zareagował natychmiast, odruchowo łapiąc Terrego za ramię:

- Nic ci nie jest? - zapytał z nutą troski.

Terry otworzył oczy i ucieszył się, że odzyskał wzrok. Okolica wyglądała znów normalnie. Przynajmniej na tyle na ile była w stanie. Wyprostował się i odezwał:

- Wszystko w porządku, ruszajmy dalej - jego głos z początku nie brzmiał pewnie, jednak udało mu się nad nim zapanować.
Jesteście na cmentarzu. Czekam na opis waszych dalszych działań.

: 25 kwietnia 2015, 18:19
autor: Rellon
Cmentarz nie był miejscem stojącym szczególnie wysoko w rankingu ulubionych miejscówek Ravnosa. Za każdym razem gdy na jakiś trafiał, miał wrażenie jakby było na nim coś więcej. Czasem nawet wydawało mu się, że słyszy jak ciemność patrzy na niego. Nie było to miłe uczucie, jakby nie patrzeć stanowił zaprzeczenie praw tego miejsca, był ohydnym bluźnierstwem na odwiecznym cyklu życia. Nie lubił by cokolwiek mu o tym przypominało.

Przez chwile poczuł niemiły chłód na karku. Spojrzał w stronę Malkava. Ten patrzył we mgłę, cały zesztywniały, szklanymi oczyma, które spoglądały poza nią, cmentarz i być może ten świat. Kurczowo ściskał laskę należącą do Aurina, jakby ten przeklęty artefakt był jedyną kotwicą trzymającą go w tym świecie. Nagle zachwiał się... Gavin był już przy nim.

- Nic ci nie jest? - zapytał z nutą troski.

Terry otworzył oczy. Ravnos nie wiedział gdzie znajdował się Ojczulek przez kilka ostatnich sekund. Teraz jednak postanowił do nich wrócić.

- Wszystko w porządku, ruszajmy dalej. - Głos Ojczulka przypominał z początku stan osoby wyrwanej z snu. Ravnos postanowił nie drążyć tematu. Nie tu, nie teraz. wolał wrócić do sprawy w cieniu bezpiecznego schronienia.

Pochód nieumarłych, prowadzony przez Horacego, zbliżał się do pierwszego wzniesienia. Wybranego tak by głos wzywającego niósł się możliwie daleko. Tam Gavin przyjął od LaSombry krew Lucjana, którą wypił jednym haustem. Efekt podobny do wypicia mocnego drinka. Percepcja Ravnosa przez chwile przyzwyczajała się do nowych możliwości, aktywowanych przez vitae. Po chwilowym szoku rozpoczął wezwanie, kracząc najmelodyjniej jak potrafił w tej chwili:

- Fiachra, powierniku Atra-hasis'a, syna Gitmalu z krwi Brujah. Usłysz me wezwanie i przybądź wezwany mym głosem. Wybrańcy Red Wisdom'a oczekują Twego przyjścia!

Powtórzył wezwanie trzykrotnie.W ciszy, która nastała oczekiwał odpowiedzi...
Jeżeli nie będzie odpowiedzi, zmieniamy miejscówkę na kolejne wzgórze z dogodnymi warunkami.
Wydaje punkt siły woli na każde miejsce w którym czynimy wezwanie.

: 25 kwietnia 2015, 18:33
autor: Suriel
Horacy znał to zwykle spokojne i ciche miejsce lecz kiedy przekroczyli mur od początku coś mu mówiło że dzisiaj nie będzie tak jak zwykle. Jakiś podszept mówił mu że może zdarzyć się coś nieprzyjemnego. Nagle ojczulek potknął się i byłby upadał gdyby nie Gavin.

- Ostrożniej, zapomniałem was ostrzec że tu bywa ślisko, sam nieraz się wypierdoliłem w te liście, to przez wilgoć z mgły.

Nie, to nie przed tym ostrzegał mnie instynkt. Jest w powietrzu jeszcze, coś bardzo nieuchwytnego.
Horacy ogląda cmentarz dosyć uważnie, zwraca uwagę na szczegóły które mu nie pasują lub są nowe w stosunku do stanu z jego ostatniej wizyty w tym miejscu.
Spoiler!
Patrze po aurach ale tez nieco naprawdę nie za dużo podkręcam sobie słuch, mocniej wzrok i zapach. Z której strony wiatru idziemy?

: 25 kwietnia 2015, 18:51
autor: Rooster
Victoria uwielbiała cmentarze. Zwłaszcza tak stare i pełne rozkładających się w czasie kamiennych mogił. Miasta umarłych, jak nazywała je w myślach, pozwalały jej zatopić się w Ciemność i Otchłań, która była jej domem. Choć w zupełnie inny sposób niż głębia wód. Te bowiem skrywały tajemnice, których umysł niejednokrotnie nie był w stanie pojąć, rozpuszczając się w czarnych wodach. Cmentarze jednak... Te stanowiły dla Lasombry oazę spokoju i ciszy. I choć nie potrafiła dostrzec cieni mieszkających w tym miejscu, wyczuwała ich obecność. Pełzająca mgła nadawała całej okolicy złowieszczego i mrocznego klimatu. Nostalgia i smutek kamiennych rzeźb przywoływał stare, zapomniane obrazy i melancholia na chwilę wlały się w serce Victorii. Jednak miała świadomość, że wszystko przemija. Każde życie i nieżycie. To co pozostawało wieczne i niezgłębione, to Ciemność w każdym przejawie jednego i drugiego. To był moment, w którym przypominała sobie stare i mistyczne nauki swego ojca.

Otchłań jest w każdej rzeczy. Jest ponad życiem i ponad śmiercią. I przez nią możesz dotrzeć do wszystkiego, jeśli porzucisz strach i zwątpienie. Kiedyś zrozumiesz o czym mówię moja droga. A teraz skup się... nie, nie tak. Krąg musi być większy... Spójrz...

Wezwanie Gavina wyrwało Lasombrę z zadumy, choć w dalszym ciągu bardziej skupiona była na pochłanianiu atmosfery tego miejsca i cieniach, które zbierały się wokół. Koiły ją i w dziwny sposób przenosiły percepcję na zupełnie nowy poziom. Nierealny i piękny w jej odczuciu pejzaż, łączący w sobie śmierć i rozkład, obecny w każdym zakątku cmentarza, był piękną metaforą dla istnienia, które wiedli wszyscy. Choć kurczowo trzymali się swoich małych spraw, w obliczu śmierci i tak każdy kiedyś zgaśnie. Potęga śmierci ją przerażała. Choć z drugiej strony, w pewien sposób jej oczekiwała. Jak ostatecznego aktu łaski... i uwolnienia z materii...

: 25 kwietnia 2015, 19:33
autor: lightstorm
Charleston WV Cmentarz Spring Hill 09.08.1993 Po północy

Pierwsze wezwanie pozostało bez odpowiedzi. Kłębiąca się wkoło mgła pozostawała milcząca i obojętna na starania Ravnosa. Było bardzo cicho, żadnego podmuchu wiatru. Słyszeli tylko odległy szum samochodów, docierający od strony miasta, który tutaj wydawał się wręcz nierealny - niczym fenomen z innego świata. Stojąc w wilgotnej trawie, w otoczeniu ciemnych, mogilnych brył, czuli się całkowicie wyobcowani i odseparowani od codziennej rzeczywistości. Gavin postanowił zakrakać jeszcze raz. Tym razem jednak na efekt nie musieli długo czekać, albowiem już po chwili, na wykrzywionym dębię, rosnącym kilkanaście metrów obok, usiadł wielki czarny kruk.

[center]Obrazek[/center]
Ptak spojrzał na nich paciorkowatymi oczyma, w których odbijały się lśnieniem odległe znicze:

- Skąd znasz to imię? - odezwał się do Gavina.

- Zostało mi to przekazane przez Atrahasisa. - odkrakał mu Ravnos - Jestem jedną z tych osób, które działają z woli Red Wisdoma. Czy jesteś tym krukiem?

- Jasne, że jestem tym krukiem, a nie na przykład tamtym. Uczył cię ktoś synku logicznego zadawania pytań? Jak tak, to chyba spierdolił akcję - zaśmiał się kruk, po czym łopocząc skrzydłami przeleciał na głowę kamiennego anioła, wyłaniającego się z mgły obok członków koterii.

- Tak, to ja Fichara - powiedział perfekcyjną angielszczyzną. - Jest was czterech, a gdzie piąty? Umiem jeszcze liczyć do pięciu, nie? - zakrakał nerwowo. - No i co się tak gapicie? Gadającego kruka nie widzieli? Edgara Alana Poe nie czytali? No, to ja wam na to nic nie poradzę, robaczki. Więc gdzie ten piąty?

- Piąty nas osłania - wykrztusił zaskoczony Gavin, patrząc z zdziwieniem na wygadane ptaszysko.

- Dobra to wy, poznaję Victorię i jej niezmienną figurę - powiedział przechylając głowię w lewą stronę, jakby chciał zajrzeć pod suknię Lasombra. - Żartowałem! Żartowałem! Dobra, słuchajcie uważnie, bo nie będę się powtarzał. A później już nie znajdziecie mnie, nie ma opcji. Pozostali bracia mogą to tylko uczynić. Jednak wiedzcie, że dalej będę w mieście, więc bez nerwacji. Kocham tą dziurę, normalnie.

- Znam fragment imienia, ale powiem go tylko gdy będą z wami moi bracia. Żaden z nich nie ujawni wam tego sekretu, albowiem Red ostrzegł, że to bardzo niebezpieczne. Kruki zebrane razem przekażą wam imię w bezpieczny sposób - tak kazał powiedzieć, więc mówię, nie? Każdy z nas posiada także inne cenne informacje, których nikt w mieście nie zna i tak powinno pozostać. Dobra, więc teraz mordy na kłódkę, bo to co wam powiem nie jest bajką na dobranoc.

Kruk nie musiał powtarzać dwa razy. Członkowie koterii i tak milczeli zaskoczeni oratorskimi zdolnościami ptaka.

- W najbliższym czasie dość blisko planety będzie przelatywać jeden z większych meteorytów, który ominie ziemię - kruk napuszył pióra, przyjmując kształt pierzastej kuli. - Jednakże wrogowie Red'a zamierzają zmienić jego trajektorię, by wszedł w atmosferę i spadł dokładnie w środek stanu Wirginia Zachodnia. Rząd Stanów Zjednoczonych i NASA nie zdążą zareagować, bo stanie się to szybciej niż zdążycie splunąć. Nikt z ludzi nie będzie w stanie tego wytłumaczyć, ale rozpierdol będzie taki, że wykurwicie z kapci. Kapujecie? Zniszczenia będą ogromne, jak od jakiejś pieprzonej atomówki. Nie wiem dokładnie, kiedy to się stanie, ale macie niecały miesiąc. Szukajcie moich braci wołając ich imię. To się zjawią zaraz, tak jak ja, normalnie. A teraz uszanowanko i miłej nocy życzę. Narka. - powiedział skłoniwszy głowę w parodii ukłonu, po czym wzbił się w powietrze i zniknął na tle ciemnego nieba.
Dla Namtara: Używając Nadwrażliwości (w celu poprawienia słuchu) jesteś w stanie słyszeć cała tą rozmowę.
Spoiler!
Kruk ma aurę jak zwykły kruk. Opis otoczenia w poście, czyli nie ma wiatru, nic podejrzanego nie słyszysz.

: 26 kwietnia 2015, 10:50
autor: Frater_Terry
Terry stał osłupiały, na próżno wypatrując w ciemności kruka, który zdążył już zniknąć w mroku. Czuł się trochę jak dziecko, któremu czytano bajkę i przerwano w połowie. Miał szczere nadzieje na konkretną, dłuższą rozmowę z pyskatym ptakiem. Jednak teraz, gdy ten już odleciał, sam nie był pewien czego oczekiwał.

- I to wszystko? - zapytał niepewnie, bardziej siebie, niż kogokolwiek z zebranych.

Zrezygnowany machnął ręką. Dość szybko zatopił się w swym wewnętrznym świecie, przestając zwracać uwagę na pozostałych. W głowie odtwarzał sobie krwawą wizję, która nawiedziła go, nie tak dawno temu. Chłonął jej każdy szczegół, przewijał całość i fragmentami, oglądał od początku i od końca, wciąż wyszukując czy nie umknął mu jakiś szczegół. Po chwili przeżegnał się podziękował Panu w krótkiej modlitwie.
[center]
Ojcze mój, dziękuję Ci za to, że w księdze Twojej zapisany jest
każdy teraz nadchodzący dzień i każdy następny.
Twoja miłość ukazała mi to, co ma mi przynieść,
i dlatego nigdy nie jest mi za ciężko. Każdego dnia mi pomagasz.
[/center]

Inna rzecz to informacje, które przekazał im Fichara. W połączeniu z jego wizją, oraz zapisanym w Księdze Objawienia opisem nie mogły wróżyć nic dobrego. Odezwał się po chwili, cytując fragment Pisma.

- I zatrąbił piąty anioł; i widziałem gwiazdę, która spadła z nieba na ziemię; i dano jej klucz od studni otchłani. I otwarła studnię otchłani. I wzbił się ze studni dym jakby dym z wielkiego pieca, a słońce i powietrze zaćmiły się od dymu ze studni. A z tego dymu wyszły na ziemię szarańcze, którym dana została moc skorpionów na ziemi. I powiedziano im, aby nie wyrządzały szkody trawie, ziemi ani żadnym ziołom, ani żadnemu drzewu, a tylko ludziom, którzy nie mają pieczęci Bożej na czołach. - zakończył, teatralnie odwracając się do członków Koterii.

Nie wiedział tylko jeszcze jak powinien to interpretować. Miał nadzieję, że pieczęć Boża na czołach odnosić się będzie również do jego osoby. I że symbolizuje wiarę, a nie na przykład życie. Bo będąc umarłym, niewiele mógłby na to poradzić.

Nie przejął się tym jednak tak bardzo, jak być może powinien. Był przyzwyczajony do wiecznej świadomości Zła czyhającego na niego za każdym rogiem. więc Zło czające się nad jego głową, na tę chwilę nie robiło mu większej różnicy. Wierzył, że tak jak wcześniej niezliczone razy udawało mu się cało wychodzić z różnego rodzaju opresji, tak i teraz Łaska Pańska pozwoli mu podjąć słuszne decyzje, i w krytycznym momencie znaleźć się w bezpiecznym miejscu. W ostateczności, zawsze mógł chwycić spadający na nich głaz, i uwięzić go w jednym z jego Sekretnych Pojemników na Zło Wcielone.

Co przypomniało mu, że ma tu do załatwienia jeszcze jedną, niezwykle ważną sprawę. Jak oparzony wyrwał przed siebie, przez ramię krzycząc do zdziwionych towarzyszy, że wróci za chwilę.
Spoiler!
Udaję się do krypty w której spędziłem swój pierwszy dzień w Charleston. Zabieram swój wór, pobieżnie sprawdzając czy niczego nie brakuje, po czym wracam do reszty.
Spoiler!
Jeśli ktoś ma jakieś szczególne pragnienie reagowania w chwili kiedy biegnę wgłąb cmentarza, proszę o PM a poczynię odpowiednie zmiany w poście. Jednak i tak będę chciał iść, bo muszę zebrać swoje rzeczy, więc to proszę też mieć na względzie.

: 26 kwietnia 2015, 16:47
autor: Sigil
Znalazł odpowiednie miejsce na dachu jednej z krypt, wśród dziwacznych rzeźbień i wszechobecnego bluszczu. Zsunął snajperkę z ramienia i ustawił ją, opierając lufę broni między potrzaskanymi skrzydłami bezgłowego anioła. Zdjął ciemne okulary i schował je do wewnętrznej kieszeni kurtki. Spojrzał przez lunetę. Miał stąd znakomity widok na okolicę. Ponadto kształty kamiennych ozdób, w które obfitował grobowiec, a także cienie rosnących w pobliżu rozległych wiązów zapewniały mu skuteczną osłonę.

Ze swojego punktu obserwacyjnego doskonale widział przemarsz członków koterii, których sylwetki w tych warunkach przypominały rozmazane cienie. Sprzęt i Dyscypliny działały jednak poprawnie, w efekcie więc widział ich na tyle wyraźnie, by być w stanie policzyć pojedyncze krople wilgoci osiadające na ich ubraniach. Dla rozrywki przycelował w głowę każdego z nich. Uśmiechnął się. Wiedział, że mógłby wyeliminować ich wszystkich w ciągu zaledwie kilkunastu sekund. Wystarczył jeden ruch palca na spuście... Nie mieliby nawet cienia szansy...

Z cichym westchnieniem oderwał się od zabawy i zlustrował okolicę. W głowie rozbrzmiały mu słowa Silsila: W pracy skup się na celach, Marzenia zostaw na czas wolny. Posłuchał, tak jak słuchał zawsze. Skoncentrował się na obowiązkach. Koteria Atra-hasisa poniżej rozmawiała z krukiem i Morderca słyszał każde słowo. Nie robiło to na nim większego wrażenia. Przywykł już do życia w stanie ciągłego zagrożenia. Właściwie nie umiał chyba egzystować w inny sposób. Poza tym, to była ziemia Niewiernych, cóż więc mogła go obchodzić? Przelotnie zastanowił się, czy gdyby zginął w wyniku uderzenia meteorytu, zostałby uznany za męczennika? Przyjął, że raczej tak. Poniósłby śmierć wypełniając Kontrakt. In sza' Haqim*. W sumie więc wszystko było w najlepszym porządku... Mektub.



* arab. Zgodnie z wolą Haqima

: 26 kwietnia 2015, 16:54
autor: lightstorm
Charleston WV Cmentarz Spring Hill 09.08.1993 Po północy

Malkavian oddalił się od członków koterii, zagłębiając się w mrok cmentarza. Po chwili znikł całkowicie z zasięgu widzenia towarzyszy. Tylko Namtar, dzięki widzeniu w ciemnościach, był w stanie obserwować Terrego. Malkavian biegnąc między nagrobkami starał się nie potknąć, wszakże nie było to łatwym zadaniem. Mimo to, jego zmysły, wyczulone dzięki mocy Nadwrażliwości, pozwoliły mu bezpiecznie przebiec całą drogę, aż do wrót krypty. To właśnie tutaj pozostawił swoje prywatne rzeczy. Rozejrzał się, upewniwszy się, iż nikogo nie ma w pobliżu, po czym wszedł do środka.

No świetnie - pomyślał Morderca, widząc, jak sylwetka Świra znika w mrocznym wejściu do krypty. Daję ci trzy cholernie minuty. Później wchodzę.

Zlustrował okolicę, starając się wykryć jakiś ruch. Zniknięcie Terrego nieco działało mu na nerwy, niemniej nie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie. Cmentarz, jak dotąd, wydawał się cichy i spokojny. Już miał powrócić do obserwacji grobowca, gdy zauważył postać, przeskakującą mur, który otaczał nekropolię od południowej strony. Po chwili na terenie cmentarza pojawiło się jeszcze cztery inne cienie, zręcznie przeskakując przez ceglane ogrodzenie. Skierował lunetę w tamtą stronę, by się lepiej przyjrzeć. Nie widział dokładnie twarzy, napastnicy bowiem nosili głębokie kaptury i chusty. Był jednak pewien, że jedna z tych osób była kobietą. Zdradzał ją sposób poruszania się. Trójka miała w rękach łopaty, oraz zwinięte płachty materiału. Blade aury zdradzały prawdziwą naturę niespodziewanych gości. Łowca uśmiechnął się powoli i przycelował w głowę idącego z przodu. W tej samej jednak chwili, chwili mgła dziwnym sposobem wzniosła się, osłaniając grupę wampirów, swą widmową kurtyną. Morderca zaklął bezgłośnie. Teraz widział tylko niewyraźne zarys postaci. Strzał w tych warunkach był mocno niepewny. Przybysze poruszali się nadnaturalnie cicho, kierując w stronę centralnej części cmentarza. Assamita zorientował się, że za niecałą minutę natkną się na członków koterii. Z uwagi na warunki musiał zrezygnować z użycia karabinu snajperskiego. Świst lecących kul mógłby zaalarmować intruzów, którzy prawdopodobnie rozpierzchliby się we mgle. W efekcie kilku może zdołałoby uciec... W tej sytuacji wiedział, że musi zadziałać inaczej.

W tym czasie Terry znalazł swój tobołek dokładnie tam, gdzie go zostawił. Po pierwszych oględzinach był pewien, że nikt go nie dotykał. Postanowił równie szybko wrócić do członków koterii, tak więc biegiem ruszył do wyjścia. Jednakże zaraz po wyjściu z krypty, ujrzał iż mgła znów wyczynia jakieś dziwne harce. Tym razem jednak, był przekonany, iż nie jest to wizja, zesłana przez Pana. Jakieś niecałe trzydzieści metrów, po jego lewej stronie, opar burzył się i w nienaturalny sposób zwiększał swą objętość. Poczuł wewnętrzny niepokój, a głos Pana ostrzegł go: Stój! Nie idź tam, synu. Przyklęknął, skrywając się za marmurowym nagrobkiem, z którego twarz Jezusa Chrystusa spoglądała nań z mieszanką boleści i zadumy. Wysilił wzrok, by lepiej przyjrzeć się dziwnemu zjawisku i skonstatował, iż, w kierunku jego towarzyszy zbliża się grupa cienistych postaci. Ich wygląd oraz nagłe pojawienie się zdecydowanie mu się nie podobało i Makavianin czuł, iż zbliżają się kłopoty. Widział, że jest za późno by ostrzec resztę. Pewną pociechę przynosiła mu myśl, iż obcy nie spostrzegli go jeszcze... Lecz co z innymi? I gdzie jest Namtar?
Dla Terrego:
Test Wysportowania ST: 8 = 3 sukcesy. Nie przewrócisz się w biegu o nagrobek.
Test Skradania ST:9 = 1 sukces. Udało ci się nie narobić hałasu np. tłukąc wypalony znicz stojący obok nagrobka. Jednak słychać kroki twojego biegu.
Test Percepcji ST: 8 = 4 sukcesy. Zauważasz gęstą mgłę oraz po chwili cienie poruszające się w niej.
Test Intuicji ST:7 = 5 sukcesów. Panowie w mgle nie mają dla ciebie nic dobrego do zaoferowania. Coś z nimi jest nie tak i na pewno ominęła ich Łaska Pana. Coś ci podpowiada, że to członkowie Sabatu.

Dla Namtara:
Test Percepcji ST: 6 = 4 sukcesy. Zauważasz wszystko, co rusza się na terenie cmentarza.
Test wyczucia niebezpieczeństwa ST:8 = 2 sukcesy. Zagrożenie, coś ci podpowiada że to laspy z Sabatu...

Dla Gavina:
Test Percepcji ST:10 = 1 sukces. Usłyszałeś jakiś odgłos z południowej strony, ale mogło to być cokolwiek.

Dla Victorii i Horacego:
Testy Percepcji ST:10, nieudane. Niczego podejrzanego nie słyszycie.

: 26 kwietnia 2015, 18:42
autor: Frater_Terry
Skulony, z przerażeniem na twarzy, przyglądał się rozwojowi sytuacji. Wiedział, że zbyt późno zorientował się w sytuacji, by ostrzec koterię. Jedyne co mógł zrobić, to liczyć, że Mroczny Jedi dotrze do nich przed napastnikami. Mógł krzyknąć, lecz ostrzeżenie jakie zesłał mu Pan, oraz jego osobista dawka strachu, skutecznie zapieczętowały mu usta.

Oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał, nawet przed samym sobą. W głębi duszy widział Łowcę, który gromi go za utrudnianie efektywnej pracy w chwili zagrożenia. O tak. Darth Namtar z pewnością byłby wściekły gdyby teraz krzyknął. Zdradził by swoją pozycję, zmuszając ochroniarza do wyboru. Ratować jego, czy resztę Koterii.

Postanowił więc nie włazić nikomu w kompetencje, decydując iż najrozsądniej będzie zostać na miejscu i poczekać aż Morderca znów się naje...

: 26 kwietnia 2015, 20:24
autor: Rooster
Wezwanie kruka i informacje, które przekazał koterii Fichara mocno zapadły Victorii a pamięć. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw, a wzmianka o meteorycie i sposobie, w jaki mógł zostać wykorzystany wprawiły wampirzycę w osłupienie. Z drugiej jednak strony, takie rzeczy musiały dziać się bez przerwy. Fakt, że teraz była zamieszana w tak poważną i grubą sprawę, jedynie zwiększył jej determinację i strach. Przez chwilę zatęskniła za spokojem dawnych dni, kiedy Jyhad i rozgrywki starszych nie wpływały na jej istnienie w tak brutalny i bezpośredni sposób. I obecna sytuacja nie podobała jej się to. Wcale.

Zniknięcie kruka i Terry, cytujący wersety z Apokalipsy, nadały całemu spotkaniu złowieszczego i fatalistycznego wydźwięku. Lasombra nie widziała sensu w komentowaniu jego słów, zatapiając się we własnych ponurych myślach, a sama atmosfera cmentarza dobrze odzwierciedlała jej wewnętrzny stan. Kiedy ojciec oddalił się, zabrać swoje rzeczy, Victoria podeszła do najbliższego nagrobka. Dotknęła dłonią kamiennej, zimnej płyty. Zapach wilgoci i mech, porastający zmurszałą mogiłę robiły niepokojące wrażenie. Chociaż była przyzwyczajona do miejsc takich jak to. Robiła to wiele razy, a teraz... korzystając z chwili ciszy, położyła się na granitowej płycie, patrząc w zachmurzone niebo...

- Kiedy wrócą, zbieramy się stąd. - powiedziała cicho do pozostałej dwójki.

Leżąc, spoglądała w przestrzeń ponad sobą. Usiane tysiącami migocących gwiazd granatowe niebo skrywały chmury. Uwielbiała czyste nocne niebo, jednak teraz lśnienie bladego księżyca tylko czasami przebijało się przez dryfujące obłoki, spowijając cmentarz zimnym i pięknym światłem. Ciepła, sierpniowa noc mimo wszystko przyniosła chłód i strach w serce Vicorii, a mgła tańcząca w mieście umarłych, jedynie potęgowała nierealność i mistyczną aurę tego miejsca. Lasombra chłonęła wszystkie te doznania... krople wilgoci zbierające się na skórze, świerszcze ukryte w gęstej trawie, śpiewające swą pieśń. Delikatny szum wiatru w starych drzewach... I spokój tego miejsca.

Wszystko to sprawiło, że jej myśli odpłynęły daleko, a ona sama oddała się medytacji...