Caralla starannie pakowała swoje najcenniejsze rzeczy do dużej torby zrobionej ze świńskiej skóry. Garro poganiał ją, jednocześnie przebierając się za zdobyczne stroje argossańskich korsarzy. Galvat zaś charakteryzował się na argossańskiego kapitana; czerwona apaszka na głowie oraz czerwony pas wykonany z materiału podtrzymujące szerokie u ud i zwężające się ku dołowi płócienne, czarne spodnie. Do boku przytoczył sobie szable, zaś do ucha przymocował sztuczny kolczyk. Jego twarz nie przypominała już starego Galvata: sztuczne zmarszczki i blizny na policzkach skutecznie dodały mu kilka lat.
W tymczasie siedzący na kanapie i gotowy do drogi Nehaher skupił swoje myśli i całkowicie pogrążył się w odmęcie czarnego oceanu nieprzeniknionej magii.
-
Conanie! Conanie! Gdzie jesteś! - myślał Nehaher, gorączkowo ignorując głosy w pokoju i skupiając się na poszukiwaniu odpowiedniej osoby. -
Jest!
-
Nie teraz, czarowniku! - warknął Conan, wypełniając całą czaszkę stygijczyka palącym bólem. -
Przejmujemy statek "Gwiazda Argos"! Ruszcie tyłki i pomóżcie, jeśli chcecie się wydostać z tej przeklętej - nie dokończył, gdyż coś - lub ktoś - wtrącił się do rozmowy.
-
Policzymy się, plugawy psie! - ryknął zniekształcony głos, rzucając Nehaherem na kolana. -
Zingara będzie moja! Moja!
Stygijczyk już miał zakończyć telepatię, gdy wpadł na genialny, acz ryzykowny pomysł. Postanowił użyć całej swojej mentalnej siły do zaatakowania obcego siedzącego w jego umyśle. Wyszeptał dawno zapomnianą formułę, inkantując staroacherońską mowę. Niewielki przedmiot, jaki nosił od pewnego czasu zawibrował mu mocno w kieszeni. Wyczekał moment, kiedy wrogi czarownik złapie oddech by rzucić kolejną obelgę i...
Teraz!
Wyszeptał kończące słowo zamykające całą litanię. Gdy usłyszał wrzask pełen bólu i nienawiści, zerwał połączenie mentalne z agresorem. Znów wrócił do izby i spotkał wzrok przyglądających mu się towarzyszy broni.
I kurtyzany stanowiącej nową ulubioną kobietą zielarza.
***
Adoth i Sigurd już wcześniej zebrali swoje rzeczy. Nie mieli ochoty na podróże morskie i przebijanie się przez walczące strony. Cymeryjczyk nawet chciał zostać i popatrzeć na rzeź, ale aesir zaciągnął go resztą sił i przekonał, że w ich stanie lepiej będzie, jak natychmiast wyruszą wgłąb dżungli, gdzie przynajmniej przez jakiś czas będzie bezpiecznie.
Pożegnali się zimno z towarzyszami i biorąc podręczny ekwipunek wyruszyli w drogę. Zaraz po wyjściu z burdelu minęli kilka okazji do bitki; kierując się wprost w ciemną ścianę lasu tropikalnego.
Gdy obaj barbarzyńcy znikali pośród liści, ogień trzaskający z rezydencji Rady wzniósł się do gwiazd na pożegnanie.
***
Przebrani za argossańskich korsarzy Garro, Galvat, Nehaher i Caralla przemykali między budynkami. Szczęście wyraźnie im sprzyjało: dwa razy wpadli na zbrojne oddziały królewskiej floty, którzy po szybkim rzucie oka na ubiór i zachowanie odpowiednio zakwalifikowali uciekinierów. Inni nie mieli tyle szczęścia: każdy, kto podpadł był od razu brutalnie skracany o głowę i grabiony z całego dobytku. Garro miał serce w gardle. Co rusz ktoś padał przy nim martwy lub błagający o pomoc. Zielarz ani razu się nie zatrzymał, choć jeszcze rok temu plułby sobie w twarz za takie zachowanie. Jego wybranka serca, o największych bimbałach i cudownych udach stworzonych do rodzenia dzieci trzymała go za rękę, jęcząc i stękając ze strachu. Nehaher nagle się zatrzymał i odwrócił do Galvata, który zamykał pochód.
- Cholera, chyba się zgubiliśmy! Którędy teraz? - zapytał, ale odpowiedziała mu cisza.
Łotr z Zamory gdzieś znikł. I nikt z pozostałej trójki nie miał pojęcia kiedy, jak, ani gdzie. Do rzeczywistości przywołała cała trójkę strzała wbijająca się ze stukotem w drzwi obok stojących. Szybko zeszli z pola walki; w tym rejonie to sprzymierzone siły piratów, handlarzy i korsarzy spoza Argos wygrywali bitwę. Widać walka była bardzo zacięta i wyrównana, mimo przewagi Królewskich. Ci nie doceniali rezydentów wyspy, a już w ogóle nie spodziewali się, że na Tortudze przebywa duża liczba niewolników szkolonych na bezwzględnych gladiatorów...
W końcu cała trójka dobiegła do portu. Tutaj walczyło ze sobą kilka grup, ale były to drobne potyczki. Główne walki były w głębi miasta oraz na statkach...
- Gwiazda Argos! - krzyknął Nehaher, wskazując jeden z mniejszych statków. Była to szybka fregata do pościgów. Na niej tłoczyło się kilkudziesięciu ludzi, w tym... Conan! Jego potężna postura górowała nad mniejszymi żeglarzami. Cymeryjczyk kręcił swoim ogromnym mieczem niby małym patykiem, zbierając krwawe żniwo. Obok niego, ramie w ramię, walczyli czarnoskórzy, skośnoocy oraz śniadoskórzy ludzie: mieszanka wielu nacji.
Wszyscy popędzili w tamtym kierunku, omijając potyczki królewskich z rezydentami. Za nimi biegł Galvat, który wypatrzył szansę i poruszał się sam, omijając wszelkie niebezpieczeństwa. Po drodze nawet zdążył ograbić kilka trupów, zabierając im pełne sakwy.
- No ile można na was czekać! - ryknął Conan, gdy cała czwórka wbiegała po trapie na pokład. Deski śliskie były od krwi i słonej wody. Marynarze szybko stawiali maszty, zaś cymeryjczyk krzyczał rozkazy. Kilka strzał furkotało w powietrzu i jedna z nich prawie dopadła wybrankę Garro. Ten wkurzył się niemiłosiernie i kazał jej zejść pod pokład.
Na brzegu toczył się chaos. Królewska Flota zdołała złamać opór i przechylać szale zwycięstwa na swoją stronę. Lecz Garro, Nehaher i Galvat byli zbyt zajęci pomaganiem w puszczeniu statku na pełne wody, niż obserwowaniem pożogi, która miała miejsce na brzegu.
- Jaki kierunek, kapitanie?! - ryknął czarnoskóry mężczyzna postury posągu z brązu.
- Do Messancji! - odkrzyknął Conan, odbijając mieczem ostatnią strzałę lecącą jeszcze z brzegu. - Do Messancji, Barbusie! - powtórzył Conan, patrząc w zadumie na łunę nad Tortugą. - Do mojej kochanej Messancji... - dodał już ciszej.
To już koniec tej przygody! Dziękuję wszystkim graczom za udział w sesji i jednocześnie zapraszam do tematu technicznego na dyskusję na temat tej sesji!
http://www.krysztalyczasu.pl/forum/view ... wstart=100
PS Galvat: mam nadzieję, że nie jesteś zły, że ostatecznie i tak wrzuciłem cię na statek do Messancji