PBF - Charleston by Night
Ravnos postanowił zachować swoje przemyślenia, dotyczące głębokiej pogardy dla klanu Gangrel, dla siebie. Chociaż myśl ta budziła wewnątrz cygana odrazę, osoba Gangrela była niezbędna dla odzyskania pozostałych kruków. W końcu kogo, na dłuższą metę, obchodzi że pawian świeci rzycią?
Nie wszystko wyglądało jednak tak jak próbował to widzieć Ravnos. Nieświadomie oddalił się on kilka kroków od Gangrela. Bestia wewnątrz jego istoty pragnęła by źródło strachu odeszło jak najszybciej, jak najdalej. W bardziej sprzyjających warunkach rzuciłby się zapewne na Gangrela i próbował go rozszarpać, tak jak robią to szczury w większej przewadze. Niemniej nie było tu innych szczurów więc konfrontacja nie wchodziła w gre. Pozostało oczekiwać aż drapieżnik oddali się sam.
Nie wszystko wyglądało jednak tak jak próbował to widzieć Ravnos. Nieświadomie oddalił się on kilka kroków od Gangrela. Bestia wewnątrz jego istoty pragnęła by źródło strachu odeszło jak najszybciej, jak najdalej. W bardziej sprzyjających warunkach rzuciłby się zapewne na Gangrela i próbował go rozszarpać, tak jak robią to szczury w większej przewadze. Niemniej nie było tu innych szczurów więc konfrontacja nie wchodziła w gre. Pozostało oczekiwać aż drapieżnik oddali się sam.
Ostatnio zmieniony 21 maja 2015, 13:52 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry zadrżał, zaciskając pięści. Nie pierwszy raz słyszał wyzwiska podparte dawnymi praktykami kościoła. I jak zawsze, nie umiał w ich obliczu zachować spokoju.
- Jeśli będziesz łaskawy wysłuchać słów moich, to chciałbym coś sprostować. To przeze mnie Łowca skuł Ozzy'ego. Zadbałem jednak o to by nie czynił mu bólu. O zacięciu nożem dowiaduję się w tej właśnie chwili. - tu gniewnym wzrokiem zmierzył Dartha Namtara - Ozzy został skuty, bo baliśmy się by nie powiadomił nikogo o naszej tu obecności. Moją intencją było ocalenie mu życia, nie pastwienie się nad nim, czy poniżanie go. Wychodząc mam zamiar pozbawić go tych przykrych wspomnień. Więc proszę, nie patrz na mnie jak gdybym tarzał się w jego cierpieniu. I proszę nie nazywaj tego hipokryzją, bo naprawdę nią nie jest.
Jego głos drżał gdy wypowiadał te słowa. Wyraźnie się trząsł, po trochu ze zdenerwowania, po trochu ze strachu przed gniewem swego rozmówcy. Szczęki miał mocno zaciśnięte, kiedy zwrócił się do Assamity.
- Pociąłeś go nożem? Dlaczego? Nie stanowił zagrożenia. Pomógł nam.
- Jeśli będziesz łaskawy wysłuchać słów moich, to chciałbym coś sprostować. To przeze mnie Łowca skuł Ozzy'ego. Zadbałem jednak o to by nie czynił mu bólu. O zacięciu nożem dowiaduję się w tej właśnie chwili. - tu gniewnym wzrokiem zmierzył Dartha Namtara - Ozzy został skuty, bo baliśmy się by nie powiadomił nikogo o naszej tu obecności. Moją intencją było ocalenie mu życia, nie pastwienie się nad nim, czy poniżanie go. Wychodząc mam zamiar pozbawić go tych przykrych wspomnień. Więc proszę, nie patrz na mnie jak gdybym tarzał się w jego cierpieniu. I proszę nie nazywaj tego hipokryzją, bo naprawdę nią nie jest.
Jego głos drżał gdy wypowiadał te słowa. Wyraźnie się trząsł, po trochu ze zdenerwowania, po trochu ze strachu przed gniewem swego rozmówcy. Szczęki miał mocno zaciśnięte, kiedy zwrócił się do Assamity.
- Pociąłeś go nożem? Dlaczego? Nie stanowił zagrożenia. Pomógł nam.
Terry się trzęsie ze zdenerwowania. Słowa Gangrela wyraźnie wyprowadziły go z równowagi. W sumie nie widzieliście go chyba jeszcze w takim stanie.
Ostatnio zmieniony 21 maja 2015, 11:34 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Hroacy zamyślił się
Ja tam nie wiedziałem kto jest czyim pociotkiem jak wbijałem na tą melinę. Nie mam sobie zbyt wiele do zarzucenia, może tylko to że późno się zorientowałem że Ozzy ma ten cały zespół kogoś tam... Ale tego tez na czole wypisanego nie miał. Dla mnie jest to dziecko i dlatego prosiłem byś dał mu żyć, choć przyznam się szczerze, że miałem wtedy pełne gacie. Jednak biorąc pod uwagę fakt dla kogo pracował to te kajdanki i decyzja koterii, że wytnie mu się te wszelkie złe przeżycia nie była dla niego najgorszym scenariuszem. Myślę że mniej wyrozumiali byliby dla niego jego właśni krewniacy gdyby wpadli do tej meliny w stosownej bojowe formie.
Nosferatu zawahał się, nie był pewien, lecz kilka rzeczy nie dawało mu spokoju. Nie mógł tak po prostu pozwolić mu wyjść bez wyjaśnienia. Oczy Horacego omiotły postać primogena i strach w jego sercu powoli zaczęła zastępować choroba zwana ciekawością.
- Najpierw Szanowny Primogenie mnie nazywasz porządnym facetem a chwilę potem zyczysz mi diabolizmu. Sam rozumiesz, że to budzi pewne wątpliwości co do osoby z jaką rozmawiam Może my wcale nie mamy przyjemności z Wild Heartem. Dlatego bardzo cię proszę przyjacielu żebyś powtórzył to co rzekłeś koterii kiedy byliśmy przy wyjściu z elizjum***, żeby potwierdzić twoją tożsamość. Wszyscy odetchniemy z ulgą.
Ja tam nie wiedziałem kto jest czyim pociotkiem jak wbijałem na tą melinę. Nie mam sobie zbyt wiele do zarzucenia, może tylko to że późno się zorientowałem że Ozzy ma ten cały zespół kogoś tam... Ale tego tez na czole wypisanego nie miał. Dla mnie jest to dziecko i dlatego prosiłem byś dał mu żyć, choć przyznam się szczerze, że miałem wtedy pełne gacie. Jednak biorąc pod uwagę fakt dla kogo pracował to te kajdanki i decyzja koterii, że wytnie mu się te wszelkie złe przeżycia nie była dla niego najgorszym scenariuszem. Myślę że mniej wyrozumiali byliby dla niego jego właśni krewniacy gdyby wpadli do tej meliny w stosownej bojowe formie.
Nosferatu zawahał się, nie był pewien, lecz kilka rzeczy nie dawało mu spokoju. Nie mógł tak po prostu pozwolić mu wyjść bez wyjaśnienia. Oczy Horacego omiotły postać primogena i strach w jego sercu powoli zaczęła zastępować choroba zwana ciekawością.
- Najpierw Szanowny Primogenie mnie nazywasz porządnym facetem a chwilę potem zyczysz mi diabolizmu. Sam rozumiesz, że to budzi pewne wątpliwości co do osoby z jaką rozmawiam Może my wcale nie mamy przyjemności z Wild Heartem. Dlatego bardzo cię proszę przyjacielu żebyś powtórzył to co rzekłeś koterii kiedy byliśmy przy wyjściu z elizjum***, żeby potwierdzić twoją tożsamość. Wszyscy odetchniemy z ulgą.
Rezerwuję sobie możliwość edycji posta jeśli MG uzna że nie jestem wstanie zapanować nad moją cofającą się bestią.
*** nic nam nie powiedział, bo się nie spotkaliśmy przy wyjściu
*** nic nam nie powiedział, bo się nie spotkaliśmy przy wyjściu
Ostatnio zmieniony 21 maja 2015, 14:12 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
- Chciałem sprawdzić jego krew. Dla bezpieczeństwa. - odezwał się Morderca w odpowiedzi na pytanie Terrego. - To jest powierzchowne skaleczenie, nic poważnego.
Jego głos był jak zwykle obojętny i pozbawiony emocji.
- Niemniej, niewiedza nie zwalnia z odpowiedzialności - spojrzał na Wild Hearta i uśmiechnął się zimno. - Nie doceniłem cię i to był mój błąd. Wybacz więc.
Podwinął rękaw kurtki ukazując smagłe przedramię. Prawą ręką powoli wyjął nóż wojskowy i wbił go w drugą rękę tuż poniżej nadgarstka. Powoli pociągnął ostrze w kierunku łokcia, jednocześnie zaciskając lewą dłoń w pięść. Ciemna stal gładko przecięła skórę i mięśnie, tworząc głęboką, podłużną ranę. W jej środku dostrzec można było połyskującą blado kość. Mimo to ani jeden mięsień nie drgnął na twarzy Assamity:
- Krew za krew - zwrócił się spokojnie do Primogena. - Biorę ciebie na świadka, iż spłacam dług względem krewniaków Ozziego. Wystarczy ci to, czy chcesz sam poprawić?
Wyszczerzył zęby i oblizał nóż.
Jego głos był jak zwykle obojętny i pozbawiony emocji.
- Niemniej, niewiedza nie zwalnia z odpowiedzialności - spojrzał na Wild Hearta i uśmiechnął się zimno. - Nie doceniłem cię i to był mój błąd. Wybacz więc.
Podwinął rękaw kurtki ukazując smagłe przedramię. Prawą ręką powoli wyjął nóż wojskowy i wbił go w drugą rękę tuż poniżej nadgarstka. Powoli pociągnął ostrze w kierunku łokcia, jednocześnie zaciskając lewą dłoń w pięść. Ciemna stal gładko przecięła skórę i mięśnie, tworząc głęboką, podłużną ranę. W jej środku dostrzec można było połyskującą blado kość. Mimo to ani jeden mięsień nie drgnął na twarzy Assamity:
- Krew za krew - zwrócił się spokojnie do Primogena. - Biorę ciebie na świadka, iż spłacam dług względem krewniaków Ozziego. Wystarczy ci to, czy chcesz sam poprawić?
Wyszczerzył zęby i oblizał nóż.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 21 maja 2015, 16:46 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Ferry St. Magazyn firmy "Z Polotem" 09.08.1993 Przed świtem
Wild Heart odezwał się do Mordercy, patrząc na spływającą krew:
- Twój dług jest spłacony. Ciekawe, za nich też zapłacisz?
- Jeśli będzie trzeba - odpowiedział Assamita beznamiętnie.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w zupełnym bezruchu. Później Primogen odwrócił się do pozostałych i rzekł do Horacego:
- Nie przypominam sobie, bym z wami rozmawiał przed Elizjum... Jeśli pamiętasz coś innego, to twój problem - wzruszył ramionami.
- Sprawdzam was, bo najbliższe noce będą policzone dla degeneratów oddających się jarzmu Bestii. Oceniam, na ile jest to dla was polityką, a na ile faktycznie wierzycie w wartości jakie reprezentuje Camarilla. Na razie widzę, iż jesteście nieostrożni i lekkomyślni. W tak trudnej sytuacji, w jakiej znaleźli się Spokrewnieni, dajecie Garou kolejne powody do ataku. To, co spotkało Ozzy'ego nie poprawia naszej sytuacji. Democritus ma kilka nocy na wyjaśnienie sprawy, a do tego, ten Złodziej ukradł tej nocy święty fetysz plemienia Uktena. Garou na moją prośbę i stare przymierza zobowiązali się nie wchodzić do miasta, dlatego tutaj jestem. Obiecałem im, że go odzyskam... Macie szczęście, że trafiliście tutaj na mnie, a nie jedną z ich watach. Widziałem was u Księcia, więc wiecie w czym problem i dorośnijcie w końcu, zbyt wiele ważnych spraw zależy od waszych działań.
Przerwał na chwilę przyglądając się zgromadzonym. Członkowie koterii poczuli jak jego krwawe ślepia prześwietlają ich duszę. Świadomość ta sprawiała, iż poczuli się nad wyraz nieswojo.
- Na dole jest trzech śmieci, których zdominował Złodziej - odezwał się po chwili milczenia, wskazując drzwi za plecami. - Uczynił z tego miejsca swoją kryjówkę, umożliwiającą mu ewentualny szybki wypad. Obudzą się i niczego nie będą pamiętać. Powiedzieli, że Ozzy zawiózł go na lotnisko... A teraz zabieram Ozzy'ego i zajmę się nim, bo z wami nic dobrego go nie spotka...
Namtar bez słowa podał Gangrelowi klucz do kajdanek.
Wild Heart odezwał się do Mordercy, patrząc na spływającą krew:
- Twój dług jest spłacony. Ciekawe, za nich też zapłacisz?
- Jeśli będzie trzeba - odpowiedział Assamita beznamiętnie.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w zupełnym bezruchu. Później Primogen odwrócił się do pozostałych i rzekł do Horacego:
- Nie przypominam sobie, bym z wami rozmawiał przed Elizjum... Jeśli pamiętasz coś innego, to twój problem - wzruszył ramionami.
- Sprawdzam was, bo najbliższe noce będą policzone dla degeneratów oddających się jarzmu Bestii. Oceniam, na ile jest to dla was polityką, a na ile faktycznie wierzycie w wartości jakie reprezentuje Camarilla. Na razie widzę, iż jesteście nieostrożni i lekkomyślni. W tak trudnej sytuacji, w jakiej znaleźli się Spokrewnieni, dajecie Garou kolejne powody do ataku. To, co spotkało Ozzy'ego nie poprawia naszej sytuacji. Democritus ma kilka nocy na wyjaśnienie sprawy, a do tego, ten Złodziej ukradł tej nocy święty fetysz plemienia Uktena. Garou na moją prośbę i stare przymierza zobowiązali się nie wchodzić do miasta, dlatego tutaj jestem. Obiecałem im, że go odzyskam... Macie szczęście, że trafiliście tutaj na mnie, a nie jedną z ich watach. Widziałem was u Księcia, więc wiecie w czym problem i dorośnijcie w końcu, zbyt wiele ważnych spraw zależy od waszych działań.
Przerwał na chwilę przyglądając się zgromadzonym. Członkowie koterii poczuli jak jego krwawe ślepia prześwietlają ich duszę. Świadomość ta sprawiała, iż poczuli się nad wyraz nieswojo.
- Na dole jest trzech śmieci, których zdominował Złodziej - odezwał się po chwili milczenia, wskazując drzwi za plecami. - Uczynił z tego miejsca swoją kryjówkę, umożliwiającą mu ewentualny szybki wypad. Obudzą się i niczego nie będą pamiętać. Powiedzieli, że Ozzy zawiózł go na lotnisko... A teraz zabieram Ozzy'ego i zajmę się nim, bo z wami nic dobrego go nie spotka...
Namtar bez słowa podał Gangrelowi klucz do kajdanek.
Ostatnio zmieniony 21 maja 2015, 18:34 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Victoria przyglądała się z niepokojem i rosnącymi obawami temu, co zrobił Natmar. Dług spłacony krwią za krewniaka został przyjęty, ale to nie rozwiązywało w żadnej mierze ich problemów. Spojrzała kątem oka na Gavina. Jego nerwowe ruchy zdradzały zdenerwowanie.
Ciekawe, jak bardzo musiałeś zaleźć za skórę Blue Craneowi, że zgotował ci taką jatkę... Nie sądzę, by w grę wchodził jedynie twój złodziejski talent. Jeśli zmiennokształtni odkryją, że to Ty ukradłeś ten ich artefakt, żaden nie będzie zadawał pytań, czy szukał wyjaśnień. A wtedy wszystko szlag trafi i nasza misja posypie się jak domek z kart. Rozprują najpierw ciebie, potem nas.
Kiedy Morderca bez słowa oddał klucz do kajdanek Gangrelowi, Lasombra postąpiła kilka kroków naprzód, zmuszając się do utrzymania wyprostowanej postawy ciała. Postać Wild Hearta, emanująca dziką siłą i autorytetem sprawiała, że czuła się nieswojo. Budził w niej lęk, jednak czuła się odpowiedzialna za towarzyszy. Zacisnęła pięści, dając sobie tym samym niewielką otuchę. Pomimo determinacji, gdy się odezwała jej głos zabrzmiał niepewnie.
- Zanim stąd pójdziesz, chciałabym zadać ci jedno pytanie. W tej chwili jesteś chyba jedyną osobą w Charlestone, która powstrzymuje zmiennokształtnych przed działaniem. Sam powiedziałeś, że ten złodziej, który zabrał ów fetysz podszywa się pod Gavina. Ty o tym wiesz. A co z resztą spokrewnionych? Cała ta sprawa dodatkowo mocno komplikuje zadanie powierzone nam przez Atrahasisa. Jak sądzę, informacje o tym, że ktoś podszywa się pod Ravnosa trafią do Księcia Democritusa. Ale co z Garou? Jeśli odkryją, kto za tym stoi, nie będą zadawać pytań. - Spojrzała na Wild Hearta, wytrzymując tym razem jego spojrzenie.
- Odpowiadam za nich i ich bezpieczeństwo, zatem chciałabym wiedzieć, na co powinniśmy się przygotować ze strony zmiennokształtnych. Gavina wplątano w tę kabałę i nie mogę pozwolić sobie na jakikolwiek błąd czy niedopatrzenie w tej sytuacji.
Ciekawe, jak bardzo musiałeś zaleźć za skórę Blue Craneowi, że zgotował ci taką jatkę... Nie sądzę, by w grę wchodził jedynie twój złodziejski talent. Jeśli zmiennokształtni odkryją, że to Ty ukradłeś ten ich artefakt, żaden nie będzie zadawał pytań, czy szukał wyjaśnień. A wtedy wszystko szlag trafi i nasza misja posypie się jak domek z kart. Rozprują najpierw ciebie, potem nas.
Kiedy Morderca bez słowa oddał klucz do kajdanek Gangrelowi, Lasombra postąpiła kilka kroków naprzód, zmuszając się do utrzymania wyprostowanej postawy ciała. Postać Wild Hearta, emanująca dziką siłą i autorytetem sprawiała, że czuła się nieswojo. Budził w niej lęk, jednak czuła się odpowiedzialna za towarzyszy. Zacisnęła pięści, dając sobie tym samym niewielką otuchę. Pomimo determinacji, gdy się odezwała jej głos zabrzmiał niepewnie.
- Zanim stąd pójdziesz, chciałabym zadać ci jedno pytanie. W tej chwili jesteś chyba jedyną osobą w Charlestone, która powstrzymuje zmiennokształtnych przed działaniem. Sam powiedziałeś, że ten złodziej, który zabrał ów fetysz podszywa się pod Gavina. Ty o tym wiesz. A co z resztą spokrewnionych? Cała ta sprawa dodatkowo mocno komplikuje zadanie powierzone nam przez Atrahasisa. Jak sądzę, informacje o tym, że ktoś podszywa się pod Ravnosa trafią do Księcia Democritusa. Ale co z Garou? Jeśli odkryją, kto za tym stoi, nie będą zadawać pytań. - Spojrzała na Wild Hearta, wytrzymując tym razem jego spojrzenie.
- Odpowiadam za nich i ich bezpieczeństwo, zatem chciałabym wiedzieć, na co powinniśmy się przygotować ze strony zmiennokształtnych. Gavina wplątano w tę kabałę i nie mogę pozwolić sobie na jakikolwiek błąd czy niedopatrzenie w tej sytuacji.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Ferry St. Magazyn firmy "Z Polotem" 09.08.1993 Przed świtem
- Tylko ja o tym wiem, Garou, wy oraz ci, którym o tym powiedzieliście. Ja wiem, że to nie on i mi to wystarczy. Chyba, że coś spierdolicie, rozumiesz? - uśmiechnął się drapieżnie. - Democritus nie musi o tym wiedzieć. Na co mu to? Chcesz biednego Ventrue dodatkową polityką obciążać? Jeszcze głowa mu wybuchnie od tego. Garou nie ma w mieście, więc nikt nie będzie pytał.
- Gdyby wpadł wam w ręce przypadkiem ten fetysz, to mielibyście u mnie plusa. To bęben rytualny na sześciokątnej ramie z rysunkiem Duchowego Konia. Ma na sobie ozdoby z niebieskich paciorków. Spieszę się, bo zaraz świt, a przede mną długa droga.
Gangrel zabrał kluczyk i ruszył w stronę Ozzyego. Pochylił się nad nim opierając dłonie na kolanach i odezwał swym tubalnym głosem.
- Idź do domu Ozzy i prześpij się - w tonie Wild Hearta dźwięczała troska, dziwnie nie pasująca do jego zwalistej postaci - Jak skończę mówić wyjdziesz z magazynu i zapomnisz o całej dzisiejszej nocy. Zaraz, gdy się obudzisz udaj się do Liścia na Wietrze. Zepsuł mu się samochód i potrzebuje twojej pomocy. Nie poradzi sobie bez ciebie. Masz wolne jutro cały dzień, bo szef powiedział, że za dużo pracujesz ostatnio.
Ozzy skinął głową, jakby akceptował słowa Gangrela bez oporu. Po chwili był wolny i bez słowa oddalił się w stronę wyjścia.
Victoria odezwała się do Namtara:
- Sprawdź, co jest na dole.
- Przyjąłem- skinął głową Assamita.
Przeszedł przez ukryte drzwi, kierując swe kroki do podziemnego pokoju. Wnętrze pomieszczenia było całkowicie surowe, ściany i podłoga świeciły nagim betonem. Zapach, jaki w nim panował przywodził na myśl piwnicę, w której trzyma się stare meble. Wyposażenia dopełniały dwie stalowe szafki, kilka krzeseł oraz biurko. Pokój wydawał się niedawno wysprzątany, choć tu i tam w kątach pozostało kilka pajęczyn. Trzech nieprzytomnych mężczyzn leżało na wielkich kawałkach styropianu. Wyglądali jakby brali udział w typowej bójce przy barze: ich fizjonomie wydawały się bowiem nieco przechodzone, a odzienie na nich było pomięte i naderwane tu i ówdzie. Łowca od razu zorientował się, że wszyscy są kompletnie pijani i nie wiedzą, co się wkoło nich dzieje. Poza tym nie znalazł w tym miejscu niczego wartego uwagi. Pozostawił więc wszystko tak, jak było i wrócił na górę.
W tym czasie reszta koterii czekała, aż Primogen opuści budynek. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy Gangrel udał się w stronę pomieszczenia z paliwem znikając im z oczu.
Chwilę później Assamita pojawił się z powrotem:
- Jest tam trzech pijanych mężczyzn. Poza tym nic ciekawego. - oznajmił beznamiętnie.
- W takim razie wynośmy się z tego miejsca - powiedziała Victoria.
Wyszli frontowymi drzwiami, udając się bezpośrednio do samochodu tą samą drogą, którą tutaj przyszli. Przejażdżka do domu minęła bez dalszych niespodzianek, wszyscy zresztą mieli ich dość jak na dzisiejszy wieczór. Gdy dotarli na miejsce zorientowali się, iż do świtu pozostało około dwudziestu minut. Natychmiast udali się do Sanktuarium, aby zyskać więcej czasu na ewentualne rozmowy.
- Tylko ja o tym wiem, Garou, wy oraz ci, którym o tym powiedzieliście. Ja wiem, że to nie on i mi to wystarczy. Chyba, że coś spierdolicie, rozumiesz? - uśmiechnął się drapieżnie. - Democritus nie musi o tym wiedzieć. Na co mu to? Chcesz biednego Ventrue dodatkową polityką obciążać? Jeszcze głowa mu wybuchnie od tego. Garou nie ma w mieście, więc nikt nie będzie pytał.
- Gdyby wpadł wam w ręce przypadkiem ten fetysz, to mielibyście u mnie plusa. To bęben rytualny na sześciokątnej ramie z rysunkiem Duchowego Konia. Ma na sobie ozdoby z niebieskich paciorków. Spieszę się, bo zaraz świt, a przede mną długa droga.
Gangrel zabrał kluczyk i ruszył w stronę Ozzyego. Pochylił się nad nim opierając dłonie na kolanach i odezwał swym tubalnym głosem.
- Idź do domu Ozzy i prześpij się - w tonie Wild Hearta dźwięczała troska, dziwnie nie pasująca do jego zwalistej postaci - Jak skończę mówić wyjdziesz z magazynu i zapomnisz o całej dzisiejszej nocy. Zaraz, gdy się obudzisz udaj się do Liścia na Wietrze. Zepsuł mu się samochód i potrzebuje twojej pomocy. Nie poradzi sobie bez ciebie. Masz wolne jutro cały dzień, bo szef powiedział, że za dużo pracujesz ostatnio.
Ozzy skinął głową, jakby akceptował słowa Gangrela bez oporu. Po chwili był wolny i bez słowa oddalił się w stronę wyjścia.
Victoria odezwała się do Namtara:
- Sprawdź, co jest na dole.
- Przyjąłem- skinął głową Assamita.
Przeszedł przez ukryte drzwi, kierując swe kroki do podziemnego pokoju. Wnętrze pomieszczenia było całkowicie surowe, ściany i podłoga świeciły nagim betonem. Zapach, jaki w nim panował przywodził na myśl piwnicę, w której trzyma się stare meble. Wyposażenia dopełniały dwie stalowe szafki, kilka krzeseł oraz biurko. Pokój wydawał się niedawno wysprzątany, choć tu i tam w kątach pozostało kilka pajęczyn. Trzech nieprzytomnych mężczyzn leżało na wielkich kawałkach styropianu. Wyglądali jakby brali udział w typowej bójce przy barze: ich fizjonomie wydawały się bowiem nieco przechodzone, a odzienie na nich było pomięte i naderwane tu i ówdzie. Łowca od razu zorientował się, że wszyscy są kompletnie pijani i nie wiedzą, co się wkoło nich dzieje. Poza tym nie znalazł w tym miejscu niczego wartego uwagi. Pozostawił więc wszystko tak, jak było i wrócił na górę.
W tym czasie reszta koterii czekała, aż Primogen opuści budynek. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy Gangrel udał się w stronę pomieszczenia z paliwem znikając im z oczu.
Chwilę później Assamita pojawił się z powrotem:
- Jest tam trzech pijanych mężczyzn. Poza tym nic ciekawego. - oznajmił beznamiętnie.
- W takim razie wynośmy się z tego miejsca - powiedziała Victoria.
Wyszli frontowymi drzwiami, udając się bezpośrednio do samochodu tą samą drogą, którą tutaj przyszli. Przejażdżka do domu minęła bez dalszych niespodzianek, wszyscy zresztą mieli ich dość jak na dzisiejszy wieczór. Gdy dotarli na miejsce zorientowali się, iż do świtu pozostało około dwudziestu minut. Natychmiast udali się do Sanktuarium, aby zyskać więcej czasu na ewentualne rozmowy.
Jesteście w Sanktuarium. Jest czas na ewentualne rozmowy i podsumowanie sytuacji.
Ostatnio zmieniony 22 maja 2015, 01:25 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Kiedy znaleźli się w Sanktuarium, Terry zataszczył swój brzęczący wór pod swój sarkofag. Następnie rozsznurował go i zawiązał z powrotem, jakby chcąc się upewnić co do szczelności jego zamknięcia. Rozejrzał się przy tym podejrzliwie, sprawdzając czy nikt nie zwraca na niego nadmiernej uwagi, po czym ułożył swój tobół dbając by jak najmniej wystawał na komnatę.
Podszedł następnie do Gavina, który stał akurat najbliżej niego i uśmiechnął się przyjaźnie. Skupił się, dopóki nie ujrzał wyraźnie barwnych świetlików myśli, wędrujących z jego głowy, wprost do umysłu Oszusta.
Podszedł następnie do Gavina, który stał akurat najbliżej niego i uśmiechnął się przyjaźnie. Skupił się, dopóki nie ujrzał wyraźnie barwnych świetlików myśli, wędrujących z jego głowy, wprost do umysłu Oszusta.
Spoiler!
- Wielka jest Chwała pana, która spłynęła na nas tej nocy. Jak się czujesz, naznaczony pieczęcią jego? Czyż nie było to najwspanialsze doznanie jakiego udało ci się doświadczyć? Czy poczułeś dar Łaski Pana, którym nas dziś obdarował? Powiedz, przyjacielu, co czułeś w tamtej świętej chwili?Spoiler!
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 22 maja 2015, 15:16 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Po wejściu do Sanktuarium odstawił plecak i torbę obok sarkofagu i skinął głową Strażnikowi tego miejsca. Następnie zdjął kurtkę i podkoszulek i rozłożył je na trumnie, aby przeschły. Jego ramiona i klatka piersiowa nadal pokryte były powierzchownymi oparzeniami i pozbycie się odzienia sprawiło mu znaczną ulgę. Przeciągnął się lekko, ukazując doskonałą muskulaturę, skrytą pod wzorami tatuaży, które oplatały jego plecy, kark i ramiona. Następnie przeniósł broń do stołu, zabierając także zestaw do jej czyszczenia i zajął się jej przeglądaniem, i konserwacją. Czynił to w sposób spokojny i metodyczny, zdając się poświęcać temu zajęciu cała swoją uwagę. Jednocześnie, od czasu do czasu spoglądał na Niewiernych, korzystając z faktu, iż nie byli tego świadomi. Nie miał ochoty z nimi rozmawiać. Właściwie miał o nich coraz gorsze zdanie i powoli dochodził do wniosku, że jedyna właściwa polityka odnośnie relacji z Kufframi, polega na ciągłym przypominaniu im o dzielącej ich przepaści. Teraz także nie uśmiechało mu się przebywać tutaj. Było to jednak jedyne pomieszczenie w budynku, w którym mógł wyczyścić swoją broń na tyle szybko, by zdążyć jeszcze zrobić kilka innych drobiazgów przed świtem. Starał się więc nie rzucać w oczy, używając wykonywanej czynności jako swoistego społecznego parawanu z napisem: Nie podchodź, jestem zajęty.
Nie, nie czuł się rozczarowany. Nie oczekiwał zresztą, że Pomiot Khayyina będzie mu za cokolwiek wdzięczny. Haqim Yekhrib beitak!* Tak naprawdę nie chciał tego - budowałoby to relacje, w które nie miał zamiaru wchodzić. Niemniej ich całkowite skupienie na sobie a przy tym pogarda jaką okazywali pracy innych i przelewanej przez nich krwi, napełniała go niesmakiem. Zdecydowanie, poznanie teorii, w tym przypadku nie przygotowało go na spotkanie z praktyczną stroną pracy ochroniarza. Wszystko to prowadziło nieodmiennie do konkluzji, iż nie chce mieć z nimi zbyt wiele wspólnego i to odczucie pogłębiało się. Haqimumma dż'alnii minat-tałłaabiina ład'alnii minal-mutatahhiriin** - pomyślał. Subhhanaka innii kuntu minaz-zaalimiin.*** Odczuwał pewną potrzebę duchowego oczyszczenia... Tak jakby samo przebywanie z Bękartami Khayyina było niezdrowe. Chorobliwe. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż nie będą protestować, gdy ponownie zwiększy dystans. Miał wrażenie, że im także jest to na rękę. Byli zresztą zbyt słabi lub zbyt głupi by zdawać sobie sprawę z konsekwencji... Uśmiechnął się. Większy dystans oznaczał więcej przestrzeni. Swoją drogą nie spodziewał się, iż okażą się aż tak rozpaczliwie bezmyślni. I jak dotąd musiał przyznać, że osiągnięcie pewnego poziomu niezależności było łatwiejsze, niż przewidywał... Tak więc wszystko tak naprawdę układało się dobrze. Wystarczyło skupić się na obowiązkach i na niczym więcej. Dopóki mógł pić krew Niewiernych, wypełniał swe przeznaczenie. Reszta polegała na umiejętności szybkiego schodzenia z oczu munafiqun... A w tym potrafił być naprawdę dobry...
[center]
[/center]
* arab. Niech ich Haqim przeklnie!
** arab. O Haqimie! Uczyń mnie spośród tych, którzy zwracają się do Ciebie w skrusze i tych, którzy się oczyszczają.
*** arab. Zaprawdę znalazłem się wśród tych, którzy niegodnie postępują.
Nie, nie czuł się rozczarowany. Nie oczekiwał zresztą, że Pomiot Khayyina będzie mu za cokolwiek wdzięczny. Haqim Yekhrib beitak!* Tak naprawdę nie chciał tego - budowałoby to relacje, w które nie miał zamiaru wchodzić. Niemniej ich całkowite skupienie na sobie a przy tym pogarda jaką okazywali pracy innych i przelewanej przez nich krwi, napełniała go niesmakiem. Zdecydowanie, poznanie teorii, w tym przypadku nie przygotowało go na spotkanie z praktyczną stroną pracy ochroniarza. Wszystko to prowadziło nieodmiennie do konkluzji, iż nie chce mieć z nimi zbyt wiele wspólnego i to odczucie pogłębiało się. Haqimumma dż'alnii minat-tałłaabiina ład'alnii minal-mutatahhiriin** - pomyślał. Subhhanaka innii kuntu minaz-zaalimiin.*** Odczuwał pewną potrzebę duchowego oczyszczenia... Tak jakby samo przebywanie z Bękartami Khayyina było niezdrowe. Chorobliwe. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż nie będą protestować, gdy ponownie zwiększy dystans. Miał wrażenie, że im także jest to na rękę. Byli zresztą zbyt słabi lub zbyt głupi by zdawać sobie sprawę z konsekwencji... Uśmiechnął się. Większy dystans oznaczał więcej przestrzeni. Swoją drogą nie spodziewał się, iż okażą się aż tak rozpaczliwie bezmyślni. I jak dotąd musiał przyznać, że osiągnięcie pewnego poziomu niezależności było łatwiejsze, niż przewidywał... Tak więc wszystko tak naprawdę układało się dobrze. Wystarczyło skupić się na obowiązkach i na niczym więcej. Dopóki mógł pić krew Niewiernych, wypełniał swe przeznaczenie. Reszta polegała na umiejętności szybkiego schodzenia z oczu munafiqun... A w tym potrafił być naprawdę dobry...
[center]
[/center]
Namtar po powrocie nie odzywa się do nikogo, tylko zajmie się czyszczeniem broni. Pozornie ignoruje to, co się dzieje dookoła. Niemniej osoby, obserwujące aurę z Nadwrażliwością dojdą do tego, że Assamita tak naprawdę ma sporo emocji, których nie okazuje. Większość z nich nie jest zbyt pozytywna.
Dla Terrego: Namtar ma na sercu tatuaż w formie skorpiona. Taki jak na powyższym rysunku.
Dla Terrego: Namtar ma na sercu tatuaż w formie skorpiona. Taki jak na powyższym rysunku.
Spoiler!
* arab. Niech ich Haqim przeklnie!
** arab. O Haqimie! Uczyń mnie spośród tych, którzy zwracają się do Ciebie w skrusze i tych, którzy się oczyszczają.
*** arab. Zaprawdę znalazłem się wśród tych, którzy niegodnie postępują.
Ostatnio zmieniony 02 listopada 2015, 23:26 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Spoiler!
Potem cygan wyjdzie na wewnątrz, zadzwonić. Korzystając z zdolności kontakty, próbuje wynająć detektywów do zebrania następujących informacji, w trybie pilnym
1. Nadlatującego meteorytu.
2. Odloty prywatnych samolotów z lotniska o którym mówił Ozzy, od momentu w którym go tam odstawił do trzech godziny po naszym wyjściu z "lokalu".
3. Sprawdzenie moteli w których nocowali z Lucjanem. Istnieje szansa że gdzieś pojawi się numer rachunku.
4. Dane chce otrzymać na maila.
Jeżeli jest za wcześnie, będzie to pierwsza akcja którą postać robi po przebudzeniu.
Po załatwieniu tych kwestii cygan uda się na spoczynek. Ta noc była dla niego bardzo obciążająca psychicznie, a następne nie zapowiadały się lżej. W myślach przeklinał tą robotę. Nie był bohaterem, był złodziejem i włóczęgą. W ciągu dwóch nocy widział więcej śmierci i bólu niż przez całe swoje nieżycie. I stracił więcej wiary w Rodzinę niż przez ostatnie kilka dziesięcioleci.1. Nadlatującego meteorytu.
2. Odloty prywatnych samolotów z lotniska o którym mówił Ozzy, od momentu w którym go tam odstawił do trzech godziny po naszym wyjściu z "lokalu".
3. Sprawdzenie moteli w których nocowali z Lucjanem. Istnieje szansa że gdzieś pojawi się numer rachunku.
4. Dane chce otrzymać na maila.
Jeżeli jest za wcześnie, będzie to pierwsza akcja którą postać robi po przebudzeniu.
Dlaczego Red wybrał właśnie nas? Czyżby aż tak kluczowe miał być fakt że jesteśmy z poza układu? Był Mędrcem przez wielkie M. Musiał nazbierać dziesiątki przysług i życzliwych dusz. Żadna jednak mu nie pomogła, nikt go nie ocalił. Pytanie brzmi czy był ktoś kto próbował? Czy jest ktoś kto dzielił z nim tajemnice tak głębokie, że zdawał sobie sprawę z istnienia demona? Działania ilu Baali doprowadziły do upadku Red'a?
Te myśli pozwoliły mu na chwile zatonąć w krainie możliwości, oddzielonej welonem mgły od rzeczywistości. Prawda była jednak okrutna i bolesna. Współpracował z wampirami znacznie starszymi od siebie, których zamiary i cele były niezrozumiałe dla niego. Nieważnie jak nieporadnych odgrywali, mają za sobą wiele lat doświadczenia w podobnych gierkach. Co do niego samego to nie miał obecnie żadnego punktu zaczepienia, żadnego asa w rękawie. Jedyne co mu pozostało to czekać na nową noc, nowe okazje...
Ostatnio zmieniony 22 maja 2015, 23:03 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
"...Frater Terry rozejrzał się przy tym podejrzliwie, sprawdzając czy nikt nie zwraca na niego nadmiernej uwagi..."
W tym samym momencie spojrzenia i ojczulka skrzyżowały się. Horacy szybko wyjął komórkę by zasłonić ręką szelmowski uśmiech jaki wykwitł mu momentalnie na twarzy. Nosferatu wstał i szybko wszedł ponieważ i tak potrzebował cichego miejsca by spokojnie porozmawiać przez telefon. Zbiegł pędem do piwnicy ponieważ czuł że czasu, do nieuchronnie zbliżającego się świtu, nie miał już za wiele. Docierając na miejsce spotkał dwóch przyjaciół więc z czystego przyzwyczajenia pochwycił za ogony wrzucając obu w jedną z zamykanych kieszeni swej sukmany.
No tak, tych ogoniastych przyjaciół jest zawsze sporo w piwnicach, tak samo jak pająków...
Nagle stracił cały humor i poczuł przeogromny i niewytłumaczalny lęk, na samo wspomnienie włochatego horroru zaledwie sprzed paru godzin.
Spokojnie Horacy, tylko sam się niepotrzebnie nakręcasz.
Nerwowo zaczął się rozglądać po piwnicy i dostrzegł jednego z przedstawicieli pajęczaków czającego się w rogu okna. Reszta dodała jego wyobraźnia, której nie potrafił już powstrzymać.

Odgradzając się pochwyconym naprędce fragmentem połamanego krzesła, wycofywał się frontem do wroga przeklinając w myślach, że nie ma przy nim Namtara kiedy naprawdę go potrzeba. Kiedy tylko zdążył upewnić się, że owa bestia go nie ściga, dał upust całej swej chyżości jaką miał jeszcze w starych nogach. Tak oto duma opuściła Nosferatu ustępując szybko miejsca pragnieniu prędkości.
Zatrzymał się dopiero na piętrze przy barku skąd trzęsącymi się rękoma wyjął dwa kieliszki, tylko tyle zdążył nim powrócił strach. Pędem puścił się więc do bezpiecznego sanktuarium, do Namtara i do potężnego ducha strażnika a przeraźliwe kleku, kleku dzwoniło mu w głowie dopóki tam nie dotarł.
[center]***[/center]
Trwało to dobre kilkanaście minut nim się potrafił pozbierać. Nie mając zbyt wielu gości w ostatniej dekadzie, Horacy z przesadnym rozmachem wskazał miejsce dla Terrego. Przepraszając pomknął w kierunku stolika gdzie szybko ustawił dwa kieliszki do wina. Z poły szat wyjął dwa szarpiące się szczury. Potem naciął je za pomocą krzywego noża o zardzewiałej rączce. Przez chwilę jego dłoń poruszała się w linii góra-dół, z pieczołowitością jak u starego kelnera robiącego swój popisowy koktajl. Z siłą wyciskał biedne zwierzę z ich vitae, a wąska strużka krwi sączyła się bystro do pucharu.
- Proszę, z pianką... - powiedział z zadowoleniem podając puchar Terremu. Przez chwilę siedział patrząc na ojczulka jednocześnie rozkoszując się trunkiem. Pozwolił by cisza się przedłużała.
- Cóż.. - chrząknął - w pierwszej kolejności, chyba powinienem cię przeprosić za moją zbyt ostrą reakcję w aucie. W ostatecznym rezultacie wyszło dobrze ponieważ szukałem i znalazłem. - Horacy wstał i podszedł do Biblii, by po chwili szybko ją otworzyć w dobrze znanym miejscu - W całej tej księdze jest taki passus "odszedł więc Naaman i zanurzył się siedem razy w Jordanie, według słowa męża Bożego, a ciało jego na powrót stało się jak ciało małego dziecka i został oczyszczony."* Zawsze napawał mnie on nadzieją, że może jest ktoś kto potrafi uleczyć wszystko zarówno chore ciało... jak i umysł. - zamieszał zawartością kieliszka wpatrując się w chybotanie cieczy.
- Przyznam, że początkowo jednak miałem do Ciebie duży żal. Tam na miejscu kiedy poczułem, że rzeczywistość zaczyna się zakrzywiać zrozumiałem, że współdzielimy nie tylko myśli ale i dyscypliny. Stąd ta wyostrzona nadwrażliwości, stąd iluzja. Myślę że też dzieliliśmy moją niewidoczność ale z oczywistych względów nie byliśmy tego w stanie dostrzec. Dzieliliśmy, też twoją klanową dyscyplinę i to ona nas pociągnęła w odmęty umysłu, tworząc dziwne wizje przy wsparciu iluzji Gavina. Umysły nasze były słabe, nadwrażliwe podatne na wszystko. Gdyby okazało się że zbliżające istoty miały bardziej złowrogie zamiary byłoby po nas. A tak zostały nam jedynie rany świadczące o tym, iż to nie był prawdziwy Nazarejczyk bowiem on nie dopuszczał do rozlewu krwi. Ta wizja, w moim odczuciu nie mogła zatem być zesłana. Była tworem naszych umysłów, a że jesteś w tej dziedzinie najsilniejszy z nas, to twoja osobowość była tam dominująca.
- Nazwałeś się Siewcą Szaleńsytwa, musisz się zastanowić co ma dla ciebie priorytet. Wizje i sianie szaleństwa czy też może sprawa tej koterii i życie ich członków. Zmusiłeś nas do patrzenia na wizje, które sam współtworzyłeś, nie myśląc jakie to konsekwencje mogło mieć dla pozostałych w rzeczywistym świecie ciał a tym samym dla całej misji. Powiem wprost nie podoba mi się takie ryzyko.
- Miałeś największą szansę wyprowadzić nas z pętli naszych umysłów. Zrozumiałbym gdyby ci się nie powiodło ale nie spróbowałeś wypchnąć z majak nawet jednej osoby. Dlatego, że wizja odpowiadała temu w co wierzysz. Mogłeś przecież pozostać w tej wizji i się nią napawać sam ale, jak cały kościół, postanowiłeś uszczęśliwić nas na siłę. Po setce przeżytych lat pewnie każdy ma ustalone poglądy w tej sprawie i jeśli będzie chciał przyjąć taką wizję po prostu ci o tym powie. Nie chcę oglądać wizji świata twojej, Namtara czy kogokolwiek innego, ponieważ ktoś mnie do tego zmusza. Nie rób tak więcej, ponieważ nie lubię jak ktoś mnie zmusza i ogranicza moją wolność.
- Być może mieliśmy dzisiaj szansę wykorzystać nasze wzmocnione dyscypliny do jakiegoś konstruktywnego działania, a tak szansa przeszła i to chyba bezpowrotnie. Dlatego uważam, że zagrałeś nie do tej bramki. Czy pianka ci smakowała?
* 2 Krl 5, 14 Biblia Tysiąclecia
W tym samym momencie spojrzenia i ojczulka skrzyżowały się. Horacy szybko wyjął komórkę by zasłonić ręką szelmowski uśmiech jaki wykwitł mu momentalnie na twarzy. Nosferatu wstał i szybko wszedł ponieważ i tak potrzebował cichego miejsca by spokojnie porozmawiać przez telefon. Zbiegł pędem do piwnicy ponieważ czuł że czasu, do nieuchronnie zbliżającego się świtu, nie miał już za wiele. Docierając na miejsce spotkał dwóch przyjaciół więc z czystego przyzwyczajenia pochwycił za ogony wrzucając obu w jedną z zamykanych kieszeni swej sukmany.
No tak, tych ogoniastych przyjaciół jest zawsze sporo w piwnicach, tak samo jak pająków...
Nagle stracił cały humor i poczuł przeogromny i niewytłumaczalny lęk, na samo wspomnienie włochatego horroru zaledwie sprzed paru godzin.
Spokojnie Horacy, tylko sam się niepotrzebnie nakręcasz.
Nerwowo zaczął się rozglądać po piwnicy i dostrzegł jednego z przedstawicieli pajęczaków czającego się w rogu okna. Reszta dodała jego wyobraźnia, której nie potrafił już powstrzymać.

Odgradzając się pochwyconym naprędce fragmentem połamanego krzesła, wycofywał się frontem do wroga przeklinając w myślach, że nie ma przy nim Namtara kiedy naprawdę go potrzeba. Kiedy tylko zdążył upewnić się, że owa bestia go nie ściga, dał upust całej swej chyżości jaką miał jeszcze w starych nogach. Tak oto duma opuściła Nosferatu ustępując szybko miejsca pragnieniu prędkości.
Zatrzymał się dopiero na piętrze przy barku skąd trzęsącymi się rękoma wyjął dwa kieliszki, tylko tyle zdążył nim powrócił strach. Pędem puścił się więc do bezpiecznego sanktuarium, do Namtara i do potężnego ducha strażnika a przeraźliwe kleku, kleku dzwoniło mu w głowie dopóki tam nie dotarł.
[center]***[/center]
Trwało to dobre kilkanaście minut nim się potrafił pozbierać. Nie mając zbyt wielu gości w ostatniej dekadzie, Horacy z przesadnym rozmachem wskazał miejsce dla Terrego. Przepraszając pomknął w kierunku stolika gdzie szybko ustawił dwa kieliszki do wina. Z poły szat wyjął dwa szarpiące się szczury. Potem naciął je za pomocą krzywego noża o zardzewiałej rączce. Przez chwilę jego dłoń poruszała się w linii góra-dół, z pieczołowitością jak u starego kelnera robiącego swój popisowy koktajl. Z siłą wyciskał biedne zwierzę z ich vitae, a wąska strużka krwi sączyła się bystro do pucharu.
- Proszę, z pianką... - powiedział z zadowoleniem podając puchar Terremu. Przez chwilę siedział patrząc na ojczulka jednocześnie rozkoszując się trunkiem. Pozwolił by cisza się przedłużała.
- Cóż.. - chrząknął - w pierwszej kolejności, chyba powinienem cię przeprosić za moją zbyt ostrą reakcję w aucie. W ostatecznym rezultacie wyszło dobrze ponieważ szukałem i znalazłem. - Horacy wstał i podszedł do Biblii, by po chwili szybko ją otworzyć w dobrze znanym miejscu - W całej tej księdze jest taki passus "odszedł więc Naaman i zanurzył się siedem razy w Jordanie, według słowa męża Bożego, a ciało jego na powrót stało się jak ciało małego dziecka i został oczyszczony."* Zawsze napawał mnie on nadzieją, że może jest ktoś kto potrafi uleczyć wszystko zarówno chore ciało... jak i umysł. - zamieszał zawartością kieliszka wpatrując się w chybotanie cieczy.
- Przyznam, że początkowo jednak miałem do Ciebie duży żal. Tam na miejscu kiedy poczułem, że rzeczywistość zaczyna się zakrzywiać zrozumiałem, że współdzielimy nie tylko myśli ale i dyscypliny. Stąd ta wyostrzona nadwrażliwości, stąd iluzja. Myślę że też dzieliliśmy moją niewidoczność ale z oczywistych względów nie byliśmy tego w stanie dostrzec. Dzieliliśmy, też twoją klanową dyscyplinę i to ona nas pociągnęła w odmęty umysłu, tworząc dziwne wizje przy wsparciu iluzji Gavina. Umysły nasze były słabe, nadwrażliwe podatne na wszystko. Gdyby okazało się że zbliżające istoty miały bardziej złowrogie zamiary byłoby po nas. A tak zostały nam jedynie rany świadczące o tym, iż to nie był prawdziwy Nazarejczyk bowiem on nie dopuszczał do rozlewu krwi. Ta wizja, w moim odczuciu nie mogła zatem być zesłana. Była tworem naszych umysłów, a że jesteś w tej dziedzinie najsilniejszy z nas, to twoja osobowość była tam dominująca.
- Nazwałeś się Siewcą Szaleńsytwa, musisz się zastanowić co ma dla ciebie priorytet. Wizje i sianie szaleństwa czy też może sprawa tej koterii i życie ich członków. Zmusiłeś nas do patrzenia na wizje, które sam współtworzyłeś, nie myśląc jakie to konsekwencje mogło mieć dla pozostałych w rzeczywistym świecie ciał a tym samym dla całej misji. Powiem wprost nie podoba mi się takie ryzyko.
- Miałeś największą szansę wyprowadzić nas z pętli naszych umysłów. Zrozumiałbym gdyby ci się nie powiodło ale nie spróbowałeś wypchnąć z majak nawet jednej osoby. Dlatego, że wizja odpowiadała temu w co wierzysz. Mogłeś przecież pozostać w tej wizji i się nią napawać sam ale, jak cały kościół, postanowiłeś uszczęśliwić nas na siłę. Po setce przeżytych lat pewnie każdy ma ustalone poglądy w tej sprawie i jeśli będzie chciał przyjąć taką wizję po prostu ci o tym powie. Nie chcę oglądać wizji świata twojej, Namtara czy kogokolwiek innego, ponieważ ktoś mnie do tego zmusza. Nie rób tak więcej, ponieważ nie lubię jak ktoś mnie zmusza i ogranicza moją wolność.
- Być może mieliśmy dzisiaj szansę wykorzystać nasze wzmocnione dyscypliny do jakiegoś konstruktywnego działania, a tak szansa przeszła i to chyba bezpowrotnie. Dlatego uważam, że zagrałeś nie do tej bramki. Czy pianka ci smakowała?
* 2 Krl 5, 14 Biblia Tysiąclecia
Sorry za ten post że to taka dłużyzna.
Ostatnio zmieniony 22 maja 2015, 22:29 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry wysłuchał słów doń skierowanych, trzymając kielich i delikatnymi łyczkami sącząc jego zawartość. Jego oblicze było pogodne. Wyglądał jak górski turysta, który po całym dniu przemierzania ciężkich szlaków zasiadł w schronisku przy kominku i radował się przeżytą przygodą. Na pytanie Nosferatu o smak trunku, podniósł nieco kielich pokazując, że nie skończył jeszcze i gestem dłoni dał do zrozumienia, że wstrzyma się z opinią do tego czasu. Przełknąwszy kolejny łyk, odezwał się spokojnym głosem.
- Po kolei. Po pierwsze nieprawdą jest, jakoby Jezus z Nazaretu nie dopuszczał do rozlewu krwi, jak to ślicznie ująłeś. Widzisz, jako syn Boży, był absolutnie świadomy równowagi, jaka potrzebna jest by Dzieło Stworzenia mogło w istocie poprawnie funkcjonować. Co znaczy, że świadom był potrzeby istnienia czegoś takiego jak walka, rozlew krwi czy śmierć w owej walce. Nic bowiem co istnieje, nie istnieje bez Bożego zamysłu. Sam Jezus nawet powiedział "nie zbawienie, a miecz wam przynoszę". Kazał także uczniom swoim się uzbroić, mówiąc do nich " Lecz teraz, kto ma trzos, niech go weźmie, podobnie i torbę, a kto nie ma miecza, niech sprzeda suknię i kupi". Owszem, głosił On Miłość, lecz nie był głupcem nieświadomym świata w którym żyje. Kwestia "Przypasz miecz swój do biodra, bohaterze, Blask swój i dostojeństwo swoje! Niech ci się szczęści! Wystąp w obronie prawa, łagodności i sprawiedliwości, A prawica twoja dokona cudownych czynów!", także z Biblii pochodzi. Wiedział zatem Syn Boży, że wszystkie Stworzenie ma swoje miejsce i swoją rolę. Bo wszelkie Stworzenie od Pana pochodzi, nie od podłych ludzi, jak można by zrozumieć słowa twoje. To Bóg Ojciec nasz świat zbudował i nic co w nim znajdziesz, nie jest wbrew zamysłom jego. Ni miłość, ni wojna, ni okrucieństwo ni litość. Twa wolna wola jest jedynym co od Ojca otrzymałeś, a co jest prawdziwie twoje. Spójrz na Dartha Namtara na ten przykład. Czyny jego mogą przerażać, jednak ma on swoje miejsce na tym świecie i swoją rolę, a bez niego nie było by doskonałości Boskiego Planu i wszystko w pył by się rozpadło. Oto bowiem świat jest doskonały w swej postaci i ze wszystkimi swymi aspektami, i jedynie niedoskonałość percepcji naszej podpowiadać może nam inaczej. Więc jeśli krew, która towarzyszyła ów wydarzeniu jest dla ciebie argumentem na fikcyjność postaci Jezusa Pana, nie mogę się z nim zgodzić.
- Dalej. Nazwałem się Siewcą Szaleństwa by przypomnieć ci którego z Klanów klątwa na mnie ciąży, nie po to by zwierzyć się ze swojego hobby. Rzadko kiedy zdarzało mi się korzystać z mocy Klanu Księżyca by odebrać komukolwiek zmysły. I zawsze było to w sytuacji bez wyjścia i zawsze w obronie własnej, i nigdy nie zrobię tego nikomu z tej Koterii.
- Jeśli zaś chodzi o same wydarzenia na parkingu i ich analizę. Z mojego punktu widzenia zostaliśmy zaatakowani magicznie. Prawdopodobnie byśmy tam wszyscy zginęli, gdyby nie interwencja Boska. I owszem, modliłem się wówczas gorąco, jak i wy powinniście, do czego zresztą starałem się was przekonać. I nie dlatego, że chciałem was uszczęśliwić na siłę, ale dlatego właśnie by nas ratować. Oto bowiem Pan przemówił do mnie zanim to wszystko nastąpiło, ostrzegł mnie, byśmy mogli przeżyć. Stąd modlitwy moje, które na nasze szczęście zostały wysłuchane.
- Zakładam również, że kiedy wizję całą określiłeś mianem farsy, odnosiłeś się do tych obrazów, które w twej opinii nie pasowały do Objawienia w formie w jakiej je sobie wyobrażasz. W mojej zaś opinii wszystkie elementy, które ty uznałbyś za absurd, wynikały z waszej słabej wiary i koncentrowaniu się na czym innym niż wdzięczność dla Pana za obecność jego. - tu Terry pokazał Horacemu Najświętszy Guzik Chrystusa, spoczywający na jego otwartej dłoni - Dowodem na to jest ten oto Guzik Pana Jezusa, który dotychczas tkwił przytwierdzony do koszuli Gavina. Jestem pewien, że z jakiegoś powodu myślał on o nim, zamiast skoncentrować się na modlitwie. I stąd obecność ów przedmiotu w naszej wspólnej wizji. Szczerze powiedziawszy, wtedy na parkingu pomyślałem, że ten guzik właśnie pomógł nam ujrzeć oblicze Nauczyciela, dlatego dziękowałem wówczas Ravnosowi. Jednak pod wpływem Błogosławieństwa jakim każdy z nas został obdarowany, zrozumiałem, że dopiero na skutek tych wydarzeń ten niepozorny przedmiot zamienił się w Świętą Relikwię. Błogosławieństwa, którego wspaniałość jestem pewien, że każdy z nas poczuł. Również i ty. Zastanów się, czy aby nie spotkało cię coś wspaniałego po tym jak Chrystus nas nim obdarował.
- Rzeczywiście, może to wyglądać tak, jakby moce naszych Dyscyplin uległy zwiększeniu i objęły całą grupę. Jednakże nikt z nas nie zrobił tego celowo. Nie narzuciłem więc wam niczego, nie trzymałem was tam na siłę i nie tarzałem się w tym hedonistycznie, jak sugerujesz. Zaś jestem zupełnie pewien, że nawet jeśli nie w pełni świadome, wspólne i wzmocnione działanie naszych mocy było całkowicie konstruktywne, bo uratowało nam życie.
- Proszę cię też o dwie rzeczy. Nigdy nie wypominaj mi błędów Kościoła Świętego, nie jest to bowiem ani moja ani Najwyższego wina. Boli mnie to i smuci, dlatego kiedy chcesz dopiec mojej osobie, zostaw tę instytucję w spokoju. Również nigdy nie podawaj w wątpliwość mojej lojalności względem Czerwonego Mędrca. Był moim przyjacielem i zbawcą, i gdyby mogło go to sprowadzić z powrotem, w tej chwili wyszedł bym na światło słońca.
- Rozumiem twą złość, bowiem zostałeś zaatakowany. Gdyby jednak teraz miało to stać się ponownie, postąpił bym dokładnie tak samo, z tą różnicą, że wyjaśnił bym wam co się dzieje i co jest na szali. Lecz obiecuję ci przyjacielu, że nie będę już nigdy próbował cię nawracać na siłę, ni zmuszał do czegokolwiek, a moje propozycje wspólnych modlitw uczynię jak najmniej inwazyjnymi. Przepraszam jeśli poczułeś się zdradzony, wiedz jednak, że tak się nie stało. - dokańczając sączyć zawartość kielicha, przyjaźnie dodał - Pianka owszem, smakowała. Dziękuję, że zadbałeś o naprawdę miłe warunki na potrzeby naszej rozmowy.
- Po kolei. Po pierwsze nieprawdą jest, jakoby Jezus z Nazaretu nie dopuszczał do rozlewu krwi, jak to ślicznie ująłeś. Widzisz, jako syn Boży, był absolutnie świadomy równowagi, jaka potrzebna jest by Dzieło Stworzenia mogło w istocie poprawnie funkcjonować. Co znaczy, że świadom był potrzeby istnienia czegoś takiego jak walka, rozlew krwi czy śmierć w owej walce. Nic bowiem co istnieje, nie istnieje bez Bożego zamysłu. Sam Jezus nawet powiedział "nie zbawienie, a miecz wam przynoszę". Kazał także uczniom swoim się uzbroić, mówiąc do nich " Lecz teraz, kto ma trzos, niech go weźmie, podobnie i torbę, a kto nie ma miecza, niech sprzeda suknię i kupi". Owszem, głosił On Miłość, lecz nie był głupcem nieświadomym świata w którym żyje. Kwestia "Przypasz miecz swój do biodra, bohaterze, Blask swój i dostojeństwo swoje! Niech ci się szczęści! Wystąp w obronie prawa, łagodności i sprawiedliwości, A prawica twoja dokona cudownych czynów!", także z Biblii pochodzi. Wiedział zatem Syn Boży, że wszystkie Stworzenie ma swoje miejsce i swoją rolę. Bo wszelkie Stworzenie od Pana pochodzi, nie od podłych ludzi, jak można by zrozumieć słowa twoje. To Bóg Ojciec nasz świat zbudował i nic co w nim znajdziesz, nie jest wbrew zamysłom jego. Ni miłość, ni wojna, ni okrucieństwo ni litość. Twa wolna wola jest jedynym co od Ojca otrzymałeś, a co jest prawdziwie twoje. Spójrz na Dartha Namtara na ten przykład. Czyny jego mogą przerażać, jednak ma on swoje miejsce na tym świecie i swoją rolę, a bez niego nie było by doskonałości Boskiego Planu i wszystko w pył by się rozpadło. Oto bowiem świat jest doskonały w swej postaci i ze wszystkimi swymi aspektami, i jedynie niedoskonałość percepcji naszej podpowiadać może nam inaczej. Więc jeśli krew, która towarzyszyła ów wydarzeniu jest dla ciebie argumentem na fikcyjność postaci Jezusa Pana, nie mogę się z nim zgodzić.
- Dalej. Nazwałem się Siewcą Szaleństwa by przypomnieć ci którego z Klanów klątwa na mnie ciąży, nie po to by zwierzyć się ze swojego hobby. Rzadko kiedy zdarzało mi się korzystać z mocy Klanu Księżyca by odebrać komukolwiek zmysły. I zawsze było to w sytuacji bez wyjścia i zawsze w obronie własnej, i nigdy nie zrobię tego nikomu z tej Koterii.
- Jeśli zaś chodzi o same wydarzenia na parkingu i ich analizę. Z mojego punktu widzenia zostaliśmy zaatakowani magicznie. Prawdopodobnie byśmy tam wszyscy zginęli, gdyby nie interwencja Boska. I owszem, modliłem się wówczas gorąco, jak i wy powinniście, do czego zresztą starałem się was przekonać. I nie dlatego, że chciałem was uszczęśliwić na siłę, ale dlatego właśnie by nas ratować. Oto bowiem Pan przemówił do mnie zanim to wszystko nastąpiło, ostrzegł mnie, byśmy mogli przeżyć. Stąd modlitwy moje, które na nasze szczęście zostały wysłuchane.
- Zakładam również, że kiedy wizję całą określiłeś mianem farsy, odnosiłeś się do tych obrazów, które w twej opinii nie pasowały do Objawienia w formie w jakiej je sobie wyobrażasz. W mojej zaś opinii wszystkie elementy, które ty uznałbyś za absurd, wynikały z waszej słabej wiary i koncentrowaniu się na czym innym niż wdzięczność dla Pana za obecność jego. - tu Terry pokazał Horacemu Najświętszy Guzik Chrystusa, spoczywający na jego otwartej dłoni - Dowodem na to jest ten oto Guzik Pana Jezusa, który dotychczas tkwił przytwierdzony do koszuli Gavina. Jestem pewien, że z jakiegoś powodu myślał on o nim, zamiast skoncentrować się na modlitwie. I stąd obecność ów przedmiotu w naszej wspólnej wizji. Szczerze powiedziawszy, wtedy na parkingu pomyślałem, że ten guzik właśnie pomógł nam ujrzeć oblicze Nauczyciela, dlatego dziękowałem wówczas Ravnosowi. Jednak pod wpływem Błogosławieństwa jakim każdy z nas został obdarowany, zrozumiałem, że dopiero na skutek tych wydarzeń ten niepozorny przedmiot zamienił się w Świętą Relikwię. Błogosławieństwa, którego wspaniałość jestem pewien, że każdy z nas poczuł. Również i ty. Zastanów się, czy aby nie spotkało cię coś wspaniałego po tym jak Chrystus nas nim obdarował.
- Rzeczywiście, może to wyglądać tak, jakby moce naszych Dyscyplin uległy zwiększeniu i objęły całą grupę. Jednakże nikt z nas nie zrobił tego celowo. Nie narzuciłem więc wam niczego, nie trzymałem was tam na siłę i nie tarzałem się w tym hedonistycznie, jak sugerujesz. Zaś jestem zupełnie pewien, że nawet jeśli nie w pełni świadome, wspólne i wzmocnione działanie naszych mocy było całkowicie konstruktywne, bo uratowało nam życie.
- Proszę cię też o dwie rzeczy. Nigdy nie wypominaj mi błędów Kościoła Świętego, nie jest to bowiem ani moja ani Najwyższego wina. Boli mnie to i smuci, dlatego kiedy chcesz dopiec mojej osobie, zostaw tę instytucję w spokoju. Również nigdy nie podawaj w wątpliwość mojej lojalności względem Czerwonego Mędrca. Był moim przyjacielem i zbawcą, i gdyby mogło go to sprowadzić z powrotem, w tej chwili wyszedł bym na światło słońca.
- Rozumiem twą złość, bowiem zostałeś zaatakowany. Gdyby jednak teraz miało to stać się ponownie, postąpił bym dokładnie tak samo, z tą różnicą, że wyjaśnił bym wam co się dzieje i co jest na szali. Lecz obiecuję ci przyjacielu, że nie będę już nigdy próbował cię nawracać na siłę, ni zmuszał do czegokolwiek, a moje propozycje wspólnych modlitw uczynię jak najmniej inwazyjnymi. Przepraszam jeśli poczułeś się zdradzony, wiedz jednak, że tak się nie stało. - dokańczając sączyć zawartość kielicha, przyjaźnie dodał - Pianka owszem, smakowała. Dziękuję, że zadbałeś o naprawdę miłe warunki na potrzeby naszej rozmowy.
Ostatnio zmieniony 23 maja 2015, 16:55 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Horacy bujał resztką krwi w kieliszku słuchając Ojca aż skończy po czym wypił je jednym haustem.
- Nadal nie zgadzam się z tobą nadal w sprawie bojowości Nazrejczyka, którego chcę podkreślić nie jestem wrogiem. Będąc wydanym w rosarium jeden z jego uczniów odciął ucho świątynnemu, które Mistrz szybko przyczepił tym samym uzdrawiając nieszczęśnika. Mimo, iż wiedział że ów człowiek był jego wrogiem i przyszedł go pojmać. Dlatego uważam, że gdyby w wizji był Prawdziwy Nazarejczyk nie stał by tam jak siermięga, tylko by mi nareperował ramię zaraz po tym jak mnie ta stara jędza bezczelnie pogryzła i podpiła. A tak zobacz nadal mam ślady na ciele, bo się cholerstwo nawet nie chciało do końca zregenerować. Jeśli by przyjąć twoje podejście do Biblii, to te teksty o drugim policzku idą z automatu do kosza. Okrucieństwo, wbrew woli drugiej osoby jest przeciwne głównej zasadzie byśmy się wzajemnie miłowali. Wszystko się wypierdala. Mylisz to co Bóg toleruje i dopuszcza z tym co od niego pochodzi. Zobacz, nawet na bluźnienie przeciwko sobie chwilowo przymyka oko a przecież nie znaczy to, że pochodzi to od Niego. Zatem albo czytaliśmy różne książki albo wyszła ostatnio jakaś errata do wszystkich poprzednich wydań biblii, której przyznaję nie zdążyłem jeszcze nawet przejrzeć.
Uśmiech Horacgo powoli zniknął po ostatnim zdaniu, jego wzrok stał się chłodny, skupiony jakby zamierzał za chwile dotrzeć do meritum.
- Skoro przyznajesz, że miałeś świadomość ataku magicznego to wybacz ale następnym razem będę oczekiwał do ciebie czegoś znacznie więcej niż modlitwa. Nie wiem czy dzisiaj próbowałeś coś zrobić więcej i nie będę cię tym razem nadal drążył i rozliczał. Jeśli uważasz, że w takich sytuacjach wystarcza modlitwa to pomódl się teraz, żeby meteoryt nie spadł i wracaj do siebie mędrcze. Twoje zadanie jest moim zdaniem wypełnione a dług spłacony.
Niemal jednak od razu zrobiło mu się nieco żal Terrego więc postanowił załagodzić ton.
- Tych wszystkich niedociągnięć tej wizji nawet nie dotknę, bo mnie od samego wspomnienia tych szczegółów aż głowa boli. Mówiąc o farsie miałem na myśli łatwowierność mędrca. To taka absurdalna sytuacja jakby ktoś okradł świetnego złodzieja. Choćby z czegoś drobnego, na przykład z guzika. - tu zerknął na chwilę w stronę Gavina po czym wrócił do Terrego. - A propos to miło, że ów guzik tak cię uradował, cieszę się z twojego szczęścia. Jaka szkoda, że nie dane ci było wyrwać również tabliczki z napisem "tu nie jest dworzec", jaką sam wsunąłem w wizję. Miałbyś wówczas komplet który prawdopodobnie dawałby ci jakieś dodatkowe moce.
Westchnął po czym kontynuował.
- Widzę, że ani ty mnie, ani ja ciebie nie przekonam. Dlatego myślę, że dalsza rozmowa jest bezcelowa. Plusem tej naszej małej pogawędki jest to, że udowodniliśmy że można się grzecznie z sobą nie zgadzać w tej koterii oraz to, że audytorium wyrobiło sobie zdanie na temat naszych poglądów co do dzisiejszego zajścia. Skupmy się zatem może na tym co robimy jutrzejszej nocy.
- Mamy trop malarza, który z jakiegoś powodu wstawił dzieło zainicjowane zapewne przez Spiro. Może obraz też ma kraść krew a wywieszony w miejscu gdzie spotyka się cała rodzina...
- Możemy po drążyć kwestię przedmiotów które służą do podkradania krwi. Będę chciał się umówić na spotkanie z magami, żeby spróbować zrozumieć mechanizm działania tej kradzieży.
- Mamy też wątłą sprawę z Sabatem, który postanowił zryć cmentarz prawdopodobnie w poszukiwaniu kogoś tam śpiącego. Być może mamy nawet fotkę tego księdza.
- No i dla muzykalnych mamy misję bębenek. Moim zdaniem tym tropem trzeba iść najpierw. Jeśli by się udało go odzyskać... To być może pod pretekstem chęci osobistego oddania zguby, moglibyśmy bez przykrych konsekwencji wbić się na tereny Lupinów.
Nosferatu zrobił dłuższą pauzę i widać było, że nadal coś mocno nie daje mu spokoju. Długie palce Horacego zaczęły stukać nerwowo w blat sarkofagu na którym siedział prowadząc rozmowę.
- To jak Ojcze, powiesz w końcu nam co jest treścią prawdziwą tego worka który tu nam przywlokłeś? Lubię wiedzieć koło czego sypiam.
- Nadal nie zgadzam się z tobą nadal w sprawie bojowości Nazrejczyka, którego chcę podkreślić nie jestem wrogiem. Będąc wydanym w rosarium jeden z jego uczniów odciął ucho świątynnemu, które Mistrz szybko przyczepił tym samym uzdrawiając nieszczęśnika. Mimo, iż wiedział że ów człowiek był jego wrogiem i przyszedł go pojmać. Dlatego uważam, że gdyby w wizji był Prawdziwy Nazarejczyk nie stał by tam jak siermięga, tylko by mi nareperował ramię zaraz po tym jak mnie ta stara jędza bezczelnie pogryzła i podpiła. A tak zobacz nadal mam ślady na ciele, bo się cholerstwo nawet nie chciało do końca zregenerować. Jeśli by przyjąć twoje podejście do Biblii, to te teksty o drugim policzku idą z automatu do kosza. Okrucieństwo, wbrew woli drugiej osoby jest przeciwne głównej zasadzie byśmy się wzajemnie miłowali. Wszystko się wypierdala. Mylisz to co Bóg toleruje i dopuszcza z tym co od niego pochodzi. Zobacz, nawet na bluźnienie przeciwko sobie chwilowo przymyka oko a przecież nie znaczy to, że pochodzi to od Niego. Zatem albo czytaliśmy różne książki albo wyszła ostatnio jakaś errata do wszystkich poprzednich wydań biblii, której przyznaję nie zdążyłem jeszcze nawet przejrzeć.
Uśmiech Horacgo powoli zniknął po ostatnim zdaniu, jego wzrok stał się chłodny, skupiony jakby zamierzał za chwile dotrzeć do meritum.
- Skoro przyznajesz, że miałeś świadomość ataku magicznego to wybacz ale następnym razem będę oczekiwał do ciebie czegoś znacznie więcej niż modlitwa. Nie wiem czy dzisiaj próbowałeś coś zrobić więcej i nie będę cię tym razem nadal drążył i rozliczał. Jeśli uważasz, że w takich sytuacjach wystarcza modlitwa to pomódl się teraz, żeby meteoryt nie spadł i wracaj do siebie mędrcze. Twoje zadanie jest moim zdaniem wypełnione a dług spłacony.
Niemal jednak od razu zrobiło mu się nieco żal Terrego więc postanowił załagodzić ton.
- Tych wszystkich niedociągnięć tej wizji nawet nie dotknę, bo mnie od samego wspomnienia tych szczegółów aż głowa boli. Mówiąc o farsie miałem na myśli łatwowierność mędrca. To taka absurdalna sytuacja jakby ktoś okradł świetnego złodzieja. Choćby z czegoś drobnego, na przykład z guzika. - tu zerknął na chwilę w stronę Gavina po czym wrócił do Terrego. - A propos to miło, że ów guzik tak cię uradował, cieszę się z twojego szczęścia. Jaka szkoda, że nie dane ci było wyrwać również tabliczki z napisem "tu nie jest dworzec", jaką sam wsunąłem w wizję. Miałbyś wówczas komplet który prawdopodobnie dawałby ci jakieś dodatkowe moce.
Westchnął po czym kontynuował.
- Widzę, że ani ty mnie, ani ja ciebie nie przekonam. Dlatego myślę, że dalsza rozmowa jest bezcelowa. Plusem tej naszej małej pogawędki jest to, że udowodniliśmy że można się grzecznie z sobą nie zgadzać w tej koterii oraz to, że audytorium wyrobiło sobie zdanie na temat naszych poglądów co do dzisiejszego zajścia. Skupmy się zatem może na tym co robimy jutrzejszej nocy.
- Mamy trop malarza, który z jakiegoś powodu wstawił dzieło zainicjowane zapewne przez Spiro. Może obraz też ma kraść krew a wywieszony w miejscu gdzie spotyka się cała rodzina...
- Możemy po drążyć kwestię przedmiotów które służą do podkradania krwi. Będę chciał się umówić na spotkanie z magami, żeby spróbować zrozumieć mechanizm działania tej kradzieży.
- Mamy też wątłą sprawę z Sabatem, który postanowił zryć cmentarz prawdopodobnie w poszukiwaniu kogoś tam śpiącego. Być może mamy nawet fotkę tego księdza.
- No i dla muzykalnych mamy misję bębenek. Moim zdaniem tym tropem trzeba iść najpierw. Jeśli by się udało go odzyskać... To być może pod pretekstem chęci osobistego oddania zguby, moglibyśmy bez przykrych konsekwencji wbić się na tereny Lupinów.
Nosferatu zrobił dłuższą pauzę i widać było, że nadal coś mocno nie daje mu spokoju. Długie palce Horacego zaczęły stukać nerwowo w blat sarkofagu na którym siedział prowadząc rozmowę.
- To jak Ojcze, powiesz w końcu nam co jest treścią prawdziwą tego worka który tu nam przywlokłeś? Lubię wiedzieć koło czego sypiam.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Horacy zrobił dłuższą pauzę i widać było, że nadal coś mocno nie daje mu spokoju. Długie palce Horacego zaczęły stukać nerwowo w blat sarkofagu na którym siedział prowadząc rozmowę.
Malkavian w tym czasie wpatrywał się w ciemny guzik leżący na jego otwartej dłoni. Przedmiot lśnił jasnym blaskiem, emanując Najczystszą Świętością. Podziwiając Relikwię nie mógł zrozumieć jak Horacy mógł zignorować tak oczywisty dowód interwencji Boskiej, jakiej wszyscy byli dziś świadkami. Po chwili z namaszczeniem zamknął dłoń, skrywając w jej wnętrzu swój skarb. Z nieśmiałym uśmiechem spojrzał na Nosferatu.
Robisz to celowo, ze złości na mnie, czy naprawdę nie widzisz prawdziwej natury tej Świętości? Droczysz się ze mną na tematy Wiary, czy rzeczywiście nie dostrzegasz rzeczy które przed tobą odkrywam?
"Czy myślisz, że nie mógłbym prosić Ojca mego, a On wystawiłby mi teraz więcej niż dwanaście legionów aniołów? Ale jak by wtedy wypełniły się Pisma, że tak się stać musi?" Nie "mimo", ale "dlatego", że ów człowiek przyszedł go pojmać. Nic się nie "wypierdala", przyjacielu. Zwyczajnie nie widzisz w tym tego wzoru który mi został objawiony.
Gdybym miał pewność, że i tym razem Pan przybędzie mi z pomocą, niechybnie bym załatwił sprawę modlitwą. Nie mógłbym jednak wyjechać, bo dług swój spłacę jedynie odkrywając zabójców Mędrca w Czerwieni.
Tabliczka nie została naznaczona przez Pana, po cóż więc miałbym ją brać? Artefakty tego typu - spojrzał na pięść w której ściskał Guzik Jezusa - nie działają na zasadzie łączonej Mocy. Przecież każdy to wie.
W końcu Horacy odezwał się ponownie.
- To jak Ojcze, powiesz w końcu nam co jest treścią prawdziwą tego worka który tu nam przywlokłeś? Lubię wiedzieć koło czego sypiam.
Terry zastygł na te słowa. Nerwowym ruchem odwrócił się w stronę swego bagażu. Upewniwszy się, że ten wciąż leży na swoim miejscu, ponownie spojrzał na Nosferatu. Nie dało się nie zauważyć jego zdenerwowania. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się intensywnie w oczy rozmówcy.
Naprawdę tego nie wiesz, czy w jakiś sposób podejrzałeś co jest w środku i teraz chcesz dalej się ze mną podroczyć? Mówi się o twoim klanie, że jeśli wy o czymś nie wiecie, to to nie istnieje. Jak więc jest w tym przypadku?
- Są to moje osobiste rzeczy. Gdy przybyłem do Charleston, wciąż czułem na plecach oddech mego Stwórcy. Kiedy żyje się w ten sposób, trzeba zawsze być gotowym do drogi. Jest tam mój cały dobytek, dlatego uprzejmie proszę by nikt go nie dotykał. - odezwał się w końcu ostrożnie, a w jego głosie wyraźnie dało się wyczuć lęk.
Malkavian w tym czasie wpatrywał się w ciemny guzik leżący na jego otwartej dłoni. Przedmiot lśnił jasnym blaskiem, emanując Najczystszą Świętością. Podziwiając Relikwię nie mógł zrozumieć jak Horacy mógł zignorować tak oczywisty dowód interwencji Boskiej, jakiej wszyscy byli dziś świadkami. Po chwili z namaszczeniem zamknął dłoń, skrywając w jej wnętrzu swój skarb. Z nieśmiałym uśmiechem spojrzał na Nosferatu.
Robisz to celowo, ze złości na mnie, czy naprawdę nie widzisz prawdziwej natury tej Świętości? Droczysz się ze mną na tematy Wiary, czy rzeczywiście nie dostrzegasz rzeczy które przed tobą odkrywam?
"Czy myślisz, że nie mógłbym prosić Ojca mego, a On wystawiłby mi teraz więcej niż dwanaście legionów aniołów? Ale jak by wtedy wypełniły się Pisma, że tak się stać musi?" Nie "mimo", ale "dlatego", że ów człowiek przyszedł go pojmać. Nic się nie "wypierdala", przyjacielu. Zwyczajnie nie widzisz w tym tego wzoru który mi został objawiony.
Gdybym miał pewność, że i tym razem Pan przybędzie mi z pomocą, niechybnie bym załatwił sprawę modlitwą. Nie mógłbym jednak wyjechać, bo dług swój spłacę jedynie odkrywając zabójców Mędrca w Czerwieni.
Tabliczka nie została naznaczona przez Pana, po cóż więc miałbym ją brać? Artefakty tego typu - spojrzał na pięść w której ściskał Guzik Jezusa - nie działają na zasadzie łączonej Mocy. Przecież każdy to wie.
W końcu Horacy odezwał się ponownie.
- To jak Ojcze, powiesz w końcu nam co jest treścią prawdziwą tego worka który tu nam przywlokłeś? Lubię wiedzieć koło czego sypiam.
Terry zastygł na te słowa. Nerwowym ruchem odwrócił się w stronę swego bagażu. Upewniwszy się, że ten wciąż leży na swoim miejscu, ponownie spojrzał na Nosferatu. Nie dało się nie zauważyć jego zdenerwowania. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się intensywnie w oczy rozmówcy.
Naprawdę tego nie wiesz, czy w jakiś sposób podejrzałeś co jest w środku i teraz chcesz dalej się ze mną podroczyć? Mówi się o twoim klanie, że jeśli wy o czymś nie wiecie, to to nie istnieje. Jak więc jest w tym przypadku?
- Są to moje osobiste rzeczy. Gdy przybyłem do Charleston, wciąż czułem na plecach oddech mego Stwórcy. Kiedy żyje się w ten sposób, trzeba zawsze być gotowym do drogi. Jest tam mój cały dobytek, dlatego uprzejmie proszę by nikt go nie dotykał. - odezwał się w końcu ostrożnie, a w jego głosie wyraźnie dało się wyczuć lęk.
Ostatnio zmieniony 24 maja 2015, 02:10 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Wzory i myśli przepływające nieustannie przez umysł Victorii niczym puzzle próbowały dopasować się do właściwych miejsc układanki. Tym bardziej była wdzięczna Redowi za miejsce, w którym czas płynął inaczej niż w rzeczywistym świecie. Potrzebowali tego czasu. Ona go potrzebowała. Jeszcze zanim dyskusja pomiędzy Terrym i Horacym rozwinęła się w bardzo ciekawą wymianę zdań, zwróciła się do Strażnika.
Bądź pozdrowiony Pulhu-Imel. Czy podczas naszej nieobecności zdarzyło się coś, o czym powinniśmy wiedzieć? Jak sądzę dwoje ludzi, których tu sprowadziłam zdążyło już oswoić się i zapoznać z całym domostwem. Jeszcze dziś wydam im stosowne instrukcje. Powiedz jednak, co z Lucjanem? Jednym ze spokrewnionych? Jakieś niespodzianki?
W Domenie na dwie godziny przed waszym powrotem zjawiło się dwoje ludzi, o którym wspominałaś. Wiedzieli jak wejść tutaj. W tej chwili rozmawiają w kuchni. Lucjan czyta w swojej sypialni. Poza tym, bez niespodzianek.
Rozumiem i dziękuję. - mimowolnie skinęła głową, bacznie przysłuchując się rozmowie Horacego i Terrego.
Kątem oka zarejestrowała, iż Namtar skupiając się na czyszczeniu broni, również przysłuchuje się całej dyskusji. Jedynie Gavin bez ceregieli udał się bezpośrednio do swojej trumny, ignorując resztę koterii. Wiele należało powiedzieć jeszcze tej nocy, więc Lasombra powoli zbliżyła się do rozmówców. Zdenerwowanie Malkava na wspomniany przez niego dobytek, który przytargał w podniszczonej torbie, być może stanowiło klucz do zrozumienia, w jak głębokim szaleństwie tkwił jego umysł. Kiedy zbliżyła się na tyle, by móc dotknąć Terrego, dała sobie i jemu trochę czasu na oswojenie się z bliskością. Wyczuwalny lęk, bijący od niego w tej chwili, odgradzał go murem nieufności i strachu od towarzyszy.
- Spokojnie Terry... - delikatnym i cichym głosem odezwała się do Malkava. Długie i wypielęgnowane palce jej dłoni spoczęły na lewym ramieniu duchownego.
- Dzisiejsza noc była jak sądzę ciężka dla nas wszystkich. Jednak to, co spotkało ciebie, Terry... - z jej ust wyrwało się ciche westchnienie. - Cieszę się niezmiernie, bo w pewien sposób dzisiaj umarłeś i odradzasz się na nowo. Śmierć twego ojca uwolniła cię od przeszłości, przed którą wciąż musiałeś uciekać. A wizje i objawienie twego Pana wskazują ci dalszą drogę. Zaiste, jest to wyjątkowa noc i wierzę, że mądrość twoja jeszcze nie raz pozwoli nam dostrzegać wzorce, ukryte przed naszymi oczyma. Jeśli twa wiara jest tak silna i prowadzi cię w twoich zmaganiach, tym bardziej cieszę się, że jesteś tu z nami... - jej palce zacisnęły się na ramieniu Terrego, przekazując pozytywną energię i słowa otuchy...
- Jak zauważył Horacy, nie wszystkim nam odpowiada twoja ideologia. I raczej nie przekonasz nas do niej. Niemniej, szanuję bardzo istoty kierujące się pasją i oddaniem. Być może całe zajście na parkingu nie było rzeczywiste. Ale z drugiej strony, jeśli jesteśmy w sferze umysłu, jak odróżnisz Horacy rzeczywistość od iluzji? Jak zdefiniujesz to, co jest prawdziwe? Dla podświadomości wystarczająco silna wiara i odpowiednia ilość energii powołuje do życia wszelkie byty czy konstrukty. I na jej poziomie wszystko jest prawdziwe.
- Nie zmienia to jednak faktu, że tego rodzaju ataki magiczne są szalenie niebezpieczne dla całej naszej grupy. Podobnie, jak oddalanie się czy rozdzielanie bez wyraźnego powodu. Zatem, panowie... - zwróciła się do wszystkich zebranych. - Kolejne noce będą dla nas jak podejrzewam jeszcze większym wyzwaniem. Zdaję sobie sprawę z tego, że minęły dopiero dwie noce i ciężko w tym czasie wymagać zgrania. Jednak prosiłabym każdego z was o przemyślenie tej kwestii...
- Dzisiaj o mało nie zginęliśmy. Gdyby nie nasz ochroniarz, na cmentarzu sfora zrobiłaby z nas masakrę... Podobnie jak obecność tego pająka i kobiety... Czy ktoś się w ogóle zastanowił, co byłoby gdyby na tym parkingu ktoś nas zastał? Pomijam już kwestię tego, że Horacego i mnie pogryzła ta kobieta... - podeszła do trumny, w której spoczywał Gavin...
- Mam nadzieję, że słucham mnie chłopcze, albowiem jest kilka rzeczy, których zdaje się nie do końca jesteś świadomy. A to duży błąd i sądzę, że powinieneś przemyśleć kilka kwestii. Natępne noce będą jeszcze gorsze niż ta. Sami słyszeliście, co mówił Wild Heart czy Książę. Nie zapowiada się nic dobrego. Dlatego proszę każdego z was, byśmy zaczęli współpracować dla dobra całej koterii i rozwiązania sprawy Reda. Jeśli Terry jesteś świadom ataków magicznych, nie zwlekaj z poinformowaniem reszty o tym fakcie. Będziemy mogli i mięli szansę zrobić cokolwiek i obronić się przed tym. Pomyślcie przez chwilę, co by było na tym parkingu, gdyby pojawiła się w tym czasie druga sfora? Zarżnęliby nas w trakcie dziwnych wizji... - jej słowa zawisły na chwilę w powietrzu. Skupiła się na tym, by dotarło do nich to co chciała przekazać.
- Weźcie to pod uwagę, bo od każdego z nas zależy nieżycie drugiego. I mówię cholernie poważnie o tym, że mogliśmy dzisiaj zginąć! Zrozumcie w końcu, że to nie przelewki. Każdego z nas Red wybrał z uwagi na unikalne umiejętności. Zatem, zacznijmy korzystać z nich dla dobra grupy i nauczmy się współpracować ze sobą, unikając osobistych wycieczek...
Stojąc nad trumną Ravnosa pochyliła się nad nim, zaglądając do środka.
- Co do ciebie Gavin, wytłumacz mi proszę kilka kwestii. Jesteś złodziejem i jak sądzę bardzo dobrym. Czemu więc w trakcie akcji w terenie, jak na przykład na tym cmentarzu, nie poczuwasz się do tego, by choć współpracować z Namtarem czy użyć swoich umiejętności, by zabezpieczyć teren? Zamiast zrobić cokolwiek, wolałeś zapalić sobie papierosa, a potem bezceremonialnie oddalić się od grupy i pójść jakby nigdy nic do samochodu. Rozdzielanie się jest bardzo złym pomysłem i naraża całą naszą grupę. Jak myślisz, kogo wtedy jako pierwszego powinien chronić Assamita? Pomijam kwestię twojego zachowania na spotkaniu z Księciem. Brak szacunku jakim emanujesz nawet w tej chwili każe bardzo się zastanawiać nad tym, co kieruje istotą taką jak ty... - odeszła od jego sarkofagu zniesmaczona i świadoma, że słyszy każde jej słowo. Nie patrzyła już w tamto miejsce.
- Nie jesteś chyba tak zdruzgotany swoją obecną sytuacją. O Blue Cranie wie niewielu i na chwilę obecną nie stanowi to bezpośredniego zagrożenia dla Ciebie. Odnalazłeś brata po tylu latach, który w tej chwili spokojnie i bezpiecznie czyta sobie książkę. Podejrzewam, że bardzo pragnąłby porozmawiać z Tobą. A tymczasem, odgradzasz się od wszystkiego i wszystkich. Nie wspomnę już o fakcie, że Assamita zapłacił swoją krwią za krewniaka i nie wyjawił Gangrelowi, kto kazał go tak urządzić. A ty nawet nie poczuwasz się do wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny... Nie stać cię nawet na zwykłą rozmowę? Aż tak mocno dostałeś po dupie dzisiaj?
- Jakoś nie widzę na tobie ran czy obrażeń... Nie masz spalonej skóry, pogryzionego ciała, czy tak głębokich i silnych duchowych i psychicznych doświadczeń, jak Terry... Więc rusz ten swój złodziejski tyłek i przestań się zachowywać jak małe dziecko, które na niedogodności reaguje fochem. Każdy z nas jest tu po coś i jest potrzebny. Ty również.
Szybkim krokiem zaczęła krążyć po Sanktuarium, układając w głowie słowa, które chciała i musiała wypowiedzieć. Nerwowe ruchy, którymi z roztargnieniem przeczesywała wilgotne i splątane włosy zdradzały zdenerwowanie i napięcie emocjonalne, które zebrało się w jej drobnym ciele w ciągu całej nocy. Zbliżyła się do Łowcy czyszczącego swoją broń i zaczęła...
- Namtarze, ja... - zaczęła z widocznym zdenerwowaniem. Emocje, które buzowały i wypełniały ją, były doskonale widoczne i wyczuwalne w jej głosie. Na chwilę zawiesiła spojrzenie na ostrzu sztyletu, potem na nadpalonym ciele ramion i klatki piersiowej. - Ja chciałabym Ci podziękować. Za uratowanie mojego nieżycia tam na cmentarzu... Wiem że zobowiązuje cię do tego Kontrakt... Jednak dla mnie to znaczy o wiele, więcej więcej.Twoje poświęcenie i gotowość do walki nawet z samym Matuzalemem zasługuje na prawdziwy szacunek. I prawdą jest co mówią o Honorze Klanu Assamitów... Jesteś tego najlepszym przykładem. - drżenie w jej głosie na chwilę przybrało na sile, więc zamilkła, dając sobie czas na uspokojenie emocji.
- Jestem Ci dozgonnie wdzięczna za to co zrobiłeś. I spłacę ów dług, jeśli będzie mi to dane. Dziękuję... - skinęła głową i ukłoniła się Łowcy.
Bądź pozdrowiony Pulhu-Imel. Czy podczas naszej nieobecności zdarzyło się coś, o czym powinniśmy wiedzieć? Jak sądzę dwoje ludzi, których tu sprowadziłam zdążyło już oswoić się i zapoznać z całym domostwem. Jeszcze dziś wydam im stosowne instrukcje. Powiedz jednak, co z Lucjanem? Jednym ze spokrewnionych? Jakieś niespodzianki?
W Domenie na dwie godziny przed waszym powrotem zjawiło się dwoje ludzi, o którym wspominałaś. Wiedzieli jak wejść tutaj. W tej chwili rozmawiają w kuchni. Lucjan czyta w swojej sypialni. Poza tym, bez niespodzianek.
Rozumiem i dziękuję. - mimowolnie skinęła głową, bacznie przysłuchując się rozmowie Horacego i Terrego.
Kątem oka zarejestrowała, iż Namtar skupiając się na czyszczeniu broni, również przysłuchuje się całej dyskusji. Jedynie Gavin bez ceregieli udał się bezpośrednio do swojej trumny, ignorując resztę koterii. Wiele należało powiedzieć jeszcze tej nocy, więc Lasombra powoli zbliżyła się do rozmówców. Zdenerwowanie Malkava na wspomniany przez niego dobytek, który przytargał w podniszczonej torbie, być może stanowiło klucz do zrozumienia, w jak głębokim szaleństwie tkwił jego umysł. Kiedy zbliżyła się na tyle, by móc dotknąć Terrego, dała sobie i jemu trochę czasu na oswojenie się z bliskością. Wyczuwalny lęk, bijący od niego w tej chwili, odgradzał go murem nieufności i strachu od towarzyszy.
- Spokojnie Terry... - delikatnym i cichym głosem odezwała się do Malkava. Długie i wypielęgnowane palce jej dłoni spoczęły na lewym ramieniu duchownego.
- Dzisiejsza noc była jak sądzę ciężka dla nas wszystkich. Jednak to, co spotkało ciebie, Terry... - z jej ust wyrwało się ciche westchnienie. - Cieszę się niezmiernie, bo w pewien sposób dzisiaj umarłeś i odradzasz się na nowo. Śmierć twego ojca uwolniła cię od przeszłości, przed którą wciąż musiałeś uciekać. A wizje i objawienie twego Pana wskazują ci dalszą drogę. Zaiste, jest to wyjątkowa noc i wierzę, że mądrość twoja jeszcze nie raz pozwoli nam dostrzegać wzorce, ukryte przed naszymi oczyma. Jeśli twa wiara jest tak silna i prowadzi cię w twoich zmaganiach, tym bardziej cieszę się, że jesteś tu z nami... - jej palce zacisnęły się na ramieniu Terrego, przekazując pozytywną energię i słowa otuchy...
- Jak zauważył Horacy, nie wszystkim nam odpowiada twoja ideologia. I raczej nie przekonasz nas do niej. Niemniej, szanuję bardzo istoty kierujące się pasją i oddaniem. Być może całe zajście na parkingu nie było rzeczywiste. Ale z drugiej strony, jeśli jesteśmy w sferze umysłu, jak odróżnisz Horacy rzeczywistość od iluzji? Jak zdefiniujesz to, co jest prawdziwe? Dla podświadomości wystarczająco silna wiara i odpowiednia ilość energii powołuje do życia wszelkie byty czy konstrukty. I na jej poziomie wszystko jest prawdziwe.
- Nie zmienia to jednak faktu, że tego rodzaju ataki magiczne są szalenie niebezpieczne dla całej naszej grupy. Podobnie, jak oddalanie się czy rozdzielanie bez wyraźnego powodu. Zatem, panowie... - zwróciła się do wszystkich zebranych. - Kolejne noce będą dla nas jak podejrzewam jeszcze większym wyzwaniem. Zdaję sobie sprawę z tego, że minęły dopiero dwie noce i ciężko w tym czasie wymagać zgrania. Jednak prosiłabym każdego z was o przemyślenie tej kwestii...
- Dzisiaj o mało nie zginęliśmy. Gdyby nie nasz ochroniarz, na cmentarzu sfora zrobiłaby z nas masakrę... Podobnie jak obecność tego pająka i kobiety... Czy ktoś się w ogóle zastanowił, co byłoby gdyby na tym parkingu ktoś nas zastał? Pomijam już kwestię tego, że Horacego i mnie pogryzła ta kobieta... - podeszła do trumny, w której spoczywał Gavin...
- Mam nadzieję, że słucham mnie chłopcze, albowiem jest kilka rzeczy, których zdaje się nie do końca jesteś świadomy. A to duży błąd i sądzę, że powinieneś przemyśleć kilka kwestii. Natępne noce będą jeszcze gorsze niż ta. Sami słyszeliście, co mówił Wild Heart czy Książę. Nie zapowiada się nic dobrego. Dlatego proszę każdego z was, byśmy zaczęli współpracować dla dobra całej koterii i rozwiązania sprawy Reda. Jeśli Terry jesteś świadom ataków magicznych, nie zwlekaj z poinformowaniem reszty o tym fakcie. Będziemy mogli i mięli szansę zrobić cokolwiek i obronić się przed tym. Pomyślcie przez chwilę, co by było na tym parkingu, gdyby pojawiła się w tym czasie druga sfora? Zarżnęliby nas w trakcie dziwnych wizji... - jej słowa zawisły na chwilę w powietrzu. Skupiła się na tym, by dotarło do nich to co chciała przekazać.
- Weźcie to pod uwagę, bo od każdego z nas zależy nieżycie drugiego. I mówię cholernie poważnie o tym, że mogliśmy dzisiaj zginąć! Zrozumcie w końcu, że to nie przelewki. Każdego z nas Red wybrał z uwagi na unikalne umiejętności. Zatem, zacznijmy korzystać z nich dla dobra grupy i nauczmy się współpracować ze sobą, unikając osobistych wycieczek...
Stojąc nad trumną Ravnosa pochyliła się nad nim, zaglądając do środka.
- Co do ciebie Gavin, wytłumacz mi proszę kilka kwestii. Jesteś złodziejem i jak sądzę bardzo dobrym. Czemu więc w trakcie akcji w terenie, jak na przykład na tym cmentarzu, nie poczuwasz się do tego, by choć współpracować z Namtarem czy użyć swoich umiejętności, by zabezpieczyć teren? Zamiast zrobić cokolwiek, wolałeś zapalić sobie papierosa, a potem bezceremonialnie oddalić się od grupy i pójść jakby nigdy nic do samochodu. Rozdzielanie się jest bardzo złym pomysłem i naraża całą naszą grupę. Jak myślisz, kogo wtedy jako pierwszego powinien chronić Assamita? Pomijam kwestię twojego zachowania na spotkaniu z Księciem. Brak szacunku jakim emanujesz nawet w tej chwili każe bardzo się zastanawiać nad tym, co kieruje istotą taką jak ty... - odeszła od jego sarkofagu zniesmaczona i świadoma, że słyszy każde jej słowo. Nie patrzyła już w tamto miejsce.
- Nie jesteś chyba tak zdruzgotany swoją obecną sytuacją. O Blue Cranie wie niewielu i na chwilę obecną nie stanowi to bezpośredniego zagrożenia dla Ciebie. Odnalazłeś brata po tylu latach, który w tej chwili spokojnie i bezpiecznie czyta sobie książkę. Podejrzewam, że bardzo pragnąłby porozmawiać z Tobą. A tymczasem, odgradzasz się od wszystkiego i wszystkich. Nie wspomnę już o fakcie, że Assamita zapłacił swoją krwią za krewniaka i nie wyjawił Gangrelowi, kto kazał go tak urządzić. A ty nawet nie poczuwasz się do wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny... Nie stać cię nawet na zwykłą rozmowę? Aż tak mocno dostałeś po dupie dzisiaj?
- Jakoś nie widzę na tobie ran czy obrażeń... Nie masz spalonej skóry, pogryzionego ciała, czy tak głębokich i silnych duchowych i psychicznych doświadczeń, jak Terry... Więc rusz ten swój złodziejski tyłek i przestań się zachowywać jak małe dziecko, które na niedogodności reaguje fochem. Każdy z nas jest tu po coś i jest potrzebny. Ty również.
Szybkim krokiem zaczęła krążyć po Sanktuarium, układając w głowie słowa, które chciała i musiała wypowiedzieć. Nerwowe ruchy, którymi z roztargnieniem przeczesywała wilgotne i splątane włosy zdradzały zdenerwowanie i napięcie emocjonalne, które zebrało się w jej drobnym ciele w ciągu całej nocy. Zbliżyła się do Łowcy czyszczącego swoją broń i zaczęła...
- Namtarze, ja... - zaczęła z widocznym zdenerwowaniem. Emocje, które buzowały i wypełniały ją, były doskonale widoczne i wyczuwalne w jej głosie. Na chwilę zawiesiła spojrzenie na ostrzu sztyletu, potem na nadpalonym ciele ramion i klatki piersiowej. - Ja chciałabym Ci podziękować. Za uratowanie mojego nieżycia tam na cmentarzu... Wiem że zobowiązuje cię do tego Kontrakt... Jednak dla mnie to znaczy o wiele, więcej więcej.Twoje poświęcenie i gotowość do walki nawet z samym Matuzalemem zasługuje na prawdziwy szacunek. I prawdą jest co mówią o Honorze Klanu Assamitów... Jesteś tego najlepszym przykładem. - drżenie w jej głosie na chwilę przybrało na sile, więc zamilkła, dając sobie czas na uspokojenie emocji.
- Jestem Ci dozgonnie wdzięczna za to co zrobiłeś. I spłacę ów dług, jeśli będzie mi to dane. Dziękuję... - skinęła głową i ukłoniła się Łowcy.