PBF - Charleston by Night
Ręce Assamity znieruchomiały na krótką chwilę. Po czym Morderca wrócił do dalszego czyszczenia broni.
- Nie jesteś mi nic winna i nie masz wobec mnie żadnego długu - powiedział. - To jest moja praca.
Przez chwilę milczał zajmując się składaniem karabinu snajperskiego. Spojrzał w lunetę i przetarł ją. Zdawał się nie zwracać uwagi na Victorię, a jednak wiedział, że pozostała na miejscu, spoglądając na niego. Niemal czuł siłę jej wzroku, pełnego emocji, których nie umiał zrozumieć. W końcu więc podniósł głowę i spojrzał na nią.
- Mówiłem wam, że nie jestem taki jak wy - odezwał się spokojnie. - Poświęcenie czy honor są moją codziennością. Nie powodem do dumy. Nie czymś, za co należy mi się wdzięczność. To jest moja ścieżka i tyle. Dbam o nią dla siebie, nie dla was... Więc nie widzę powodu, by mi za to dziękować. Chociaż rozumiem, że wy, Niewierni, traktujecie pewne cechy jak coś unikalnego, bowiem nie widzicie ich we własnych sercach.
Przerwał na chwilę i zastanowił się.
- Można dziękować za dobrze wykonaną pracę. To rozumiem i przyjąłem. Ale nadal nie macie wobec mnie długu. Atra-hasis zapłacił krwią za moją służbę. - dodał i powrócił do składania broni, dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za zakończoną.
- Nie jesteś mi nic winna i nie masz wobec mnie żadnego długu - powiedział. - To jest moja praca.
Przez chwilę milczał zajmując się składaniem karabinu snajperskiego. Spojrzał w lunetę i przetarł ją. Zdawał się nie zwracać uwagi na Victorię, a jednak wiedział, że pozostała na miejscu, spoglądając na niego. Niemal czuł siłę jej wzroku, pełnego emocji, których nie umiał zrozumieć. W końcu więc podniósł głowę i spojrzał na nią.
- Mówiłem wam, że nie jestem taki jak wy - odezwał się spokojnie. - Poświęcenie czy honor są moją codziennością. Nie powodem do dumy. Nie czymś, za co należy mi się wdzięczność. To jest moja ścieżka i tyle. Dbam o nią dla siebie, nie dla was... Więc nie widzę powodu, by mi za to dziękować. Chociaż rozumiem, że wy, Niewierni, traktujecie pewne cechy jak coś unikalnego, bowiem nie widzicie ich we własnych sercach.
Przerwał na chwilę i zastanowił się.
- Można dziękować za dobrze wykonaną pracę. To rozumiem i przyjąłem. Ale nadal nie macie wobec mnie długu. Atra-hasis zapłacił krwią za moją służbę. - dodał i powrócił do składania broni, dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za zakończoną.
Ostatnio zmieniony 24 maja 2015, 13:59 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Kiedy Mroczna Pani dotknęła jego ramienia, Terry delikatnie obrócił się w jej stronę. Skinął głową na znak, że rozumie i akceptuje słowa które doń skierowała. W milczeniu podążał za nią wzrokiem, kiedy kolejno podeszła do sarkofagu Gavina oraz Dartha Namtara, zajętego pielęgnowaniem broni.
Podczas krótkiej wymiany zdań, Morderca zamigotał zestawem wpadających w szary, błękitno-fioletowych barw, głównie wskazujących na zdystansowanie i chęć pozostania w tym stanie. Victoria nie trwała przy nim długo, zostawiając go spowitego w blady seledyn ulgi. Terry ruszył po chwili w jego stronę. Zbliżył się nieśmiało i zatrzymał w niewielkiej odległości, dbając jednak by nie wejść w jego sferę osobistą. Mroczny Jedi nie przerwał swej czynności, Malkavian odezwał się więc, nie bacząc, że rozmówca nawet na niego nie patrzy.
- Widziałem co zrobiłeś wtedy w magazynie. Zapłaciłeś krwią za nas wszystkich. Słyszałem też co powiedziałeś do Gangrela o Dzikim Sercu. Chciałem ci podziękować i jeśli uznasz to za stosowne, uregulować tę sprawę. Powinienem zrobić to wtedy, na miejscu, jednak stałem jak prostak i cham nie czyniąc nic. Mój brak reakcji wynikał ze strachu przed Czerwonookim Olbrzymem, który przerażał mnie niemal tak bardzo jak ty. Teraz jednak stoję przed tobą, pozwól mi więc zachować się jak należy.
Assamita podniósł głowę, spoglądając na Terry'ego zza ciemnych okularów. Sprawiał wrażenie lekko zaskoczonego.
- Afham.* Mężczyzna powinien spłacać swoje długi. - powiedział, po czym powrócił do swego zajęcia.
Zmieszany Terry wyraźnie na coś czekał, kiedy jednak nic się nie stało, odezwał się, prosząc o jedną z fiolek Łowcy. Ten bez słowa podał mu naczynie, a kiedy po chwili dostał je z powrotem napełnione, sprawnym ruchem ukrył je w leżącej obok torbie.
- Shukran.** - rzekł, co Malkavian odczytał jako jakiś rodzaj podziękowania.
Przez chwilę wpatrywał się w skupionego na swojej pracy Assamitę, zastanawiając się, jak zacząć kolejny temat, który już od wydarzeń na cmentarzu planował poruszyć. Ten ponownie podniósł głowę.
- Coś jeszcze? - zapytał.
- Tak. - odezwał się Terry. Pytanie sugerowało by mówić lub dać mu spokój, pomimo, że wypowiedziane spokojnym tonem nie kryło w sobie groźby. - Dziś, kiedy pokonałeś Potwora Spiro, a potem także na cmentarzu, gdy dołączyłeś do nas na parkingu, błyszczałeś dużą ilością fioletu z przebijającymi się przezeń plamami cynobru. wiem co to znaczy. sam widziałem u siebie taniec tych barw, za każdym razem kiedy udało mi się pokonać Sługi Piekieł, wysłane przez mego prześladowcę. U mnie jednak działo się to w momencie zwycięstwa, a zaraz potem spowijał mnie zawsze srebrny obłok, który szybko tracił blask i stawał się zwyczajnie szary. Jak to jest, że u ciebie ta euforia potrafi trwać?
- Pytasz o diabolizację, ale oni nie chcą słuchać o tym - Darth Namtar skinął głową w stronę Victorii i pozostałych. - Boją się śmierci i bestii w sobie... Nawet gdybym spróbował ci wyjaśnić, wątpię, byś potrafił zrozumieć. Zwykle nikt z was, Niewiernych, nie chce widzieć, ani rozumieć tego, co potępiają. Więc po co w ogóle pytasz o to?
Frater Terry otworzył szerzej oczy. Reakcja Mrocznego Jedi, który nagle zabłysnął ciemną zielenią, pozwalała mu kontynuować temat, na co szczerze liczył. Dawało mu to szansę poznania elementu Klątwy, o którym sam nie śmiał nawet rozmyślać. Jego spojrzenie kryło niemalże opętańcze zainteresowanie, kiedy zaczął dopytywać się dalej.
- Pytam o to, bo mnie to przeraża, ale jednocześnie nie mogę udawać, że tego nie ma. Szczególnie, że jest to element klątwy. Ale najbardziej chyba chcę o tym usłyszeć, bo kiedy widziałem cię zaraz po tym, uśmiechałeś się. Stąd wnioskuję, że Amarant jest dla ciebie czymś tak Świętym i Doniosłym, jak dla mnie Objawienie. Zawsze miałem bardzo płytkie wyobrażenie na ten temat. Zakazany owoc, którego spożycie grozi depresją oraz śmiercią ostateczną. Lecz kiedy ujrzałem ciebie, zrozumiałem jak dziecinną była moja opinia. Twój obraz bowiem stanowił całkowite zaprzeczenie tego co zawsze na ten temat słyszałem. Nie wyglądałeś jakbyś właśnie umarł, a wręcz jakbyś znów się narodził. Chciałbym więc, jeśli to możliwe, poznać prawdziwy opis tego uczucia. Jeśli byłbyś tak łaskawy, oczywiście, chciałbym usłyszeć co czuje się w momencie kiedy pochłania się kogoś i czyni go częścią siebie. Czy to przynosi ból, czy może rozkosz. Przygnębienie czy radość. Czujesz się wtedy potworem, czy może zwycięzcą? W szczególności proszę cię byś mi opisał moment w którym unicestwiłeś Spiro...
Ostatnie zdanie wypowiedziane było półszeptem, jakby Malkavian wciąż obawiał się, że Ojciec może go usłyszeć. A Mroczny Jedi uśmiechał się szeroko.
** arab. Dziękuję
Podczas krótkiej wymiany zdań, Morderca zamigotał zestawem wpadających w szary, błękitno-fioletowych barw, głównie wskazujących na zdystansowanie i chęć pozostania w tym stanie. Victoria nie trwała przy nim długo, zostawiając go spowitego w blady seledyn ulgi. Terry ruszył po chwili w jego stronę. Zbliżył się nieśmiało i zatrzymał w niewielkiej odległości, dbając jednak by nie wejść w jego sferę osobistą. Mroczny Jedi nie przerwał swej czynności, Malkavian odezwał się więc, nie bacząc, że rozmówca nawet na niego nie patrzy.
- Widziałem co zrobiłeś wtedy w magazynie. Zapłaciłeś krwią za nas wszystkich. Słyszałem też co powiedziałeś do Gangrela o Dzikim Sercu. Chciałem ci podziękować i jeśli uznasz to za stosowne, uregulować tę sprawę. Powinienem zrobić to wtedy, na miejscu, jednak stałem jak prostak i cham nie czyniąc nic. Mój brak reakcji wynikał ze strachu przed Czerwonookim Olbrzymem, który przerażał mnie niemal tak bardzo jak ty. Teraz jednak stoję przed tobą, pozwól mi więc zachować się jak należy.
Assamita podniósł głowę, spoglądając na Terry'ego zza ciemnych okularów. Sprawiał wrażenie lekko zaskoczonego.
- Afham.* Mężczyzna powinien spłacać swoje długi. - powiedział, po czym powrócił do swego zajęcia.
Zmieszany Terry wyraźnie na coś czekał, kiedy jednak nic się nie stało, odezwał się, prosząc o jedną z fiolek Łowcy. Ten bez słowa podał mu naczynie, a kiedy po chwili dostał je z powrotem napełnione, sprawnym ruchem ukrył je w leżącej obok torbie.
- Shukran.** - rzekł, co Malkavian odczytał jako jakiś rodzaj podziękowania.
Przez chwilę wpatrywał się w skupionego na swojej pracy Assamitę, zastanawiając się, jak zacząć kolejny temat, który już od wydarzeń na cmentarzu planował poruszyć. Ten ponownie podniósł głowę.
- Coś jeszcze? - zapytał.
- Tak. - odezwał się Terry. Pytanie sugerowało by mówić lub dać mu spokój, pomimo, że wypowiedziane spokojnym tonem nie kryło w sobie groźby. - Dziś, kiedy pokonałeś Potwora Spiro, a potem także na cmentarzu, gdy dołączyłeś do nas na parkingu, błyszczałeś dużą ilością fioletu z przebijającymi się przezeń plamami cynobru. wiem co to znaczy. sam widziałem u siebie taniec tych barw, za każdym razem kiedy udało mi się pokonać Sługi Piekieł, wysłane przez mego prześladowcę. U mnie jednak działo się to w momencie zwycięstwa, a zaraz potem spowijał mnie zawsze srebrny obłok, który szybko tracił blask i stawał się zwyczajnie szary. Jak to jest, że u ciebie ta euforia potrafi trwać?
- Pytasz o diabolizację, ale oni nie chcą słuchać o tym - Darth Namtar skinął głową w stronę Victorii i pozostałych. - Boją się śmierci i bestii w sobie... Nawet gdybym spróbował ci wyjaśnić, wątpię, byś potrafił zrozumieć. Zwykle nikt z was, Niewiernych, nie chce widzieć, ani rozumieć tego, co potępiają. Więc po co w ogóle pytasz o to?
Frater Terry otworzył szerzej oczy. Reakcja Mrocznego Jedi, który nagle zabłysnął ciemną zielenią, pozwalała mu kontynuować temat, na co szczerze liczył. Dawało mu to szansę poznania elementu Klątwy, o którym sam nie śmiał nawet rozmyślać. Jego spojrzenie kryło niemalże opętańcze zainteresowanie, kiedy zaczął dopytywać się dalej.
- Pytam o to, bo mnie to przeraża, ale jednocześnie nie mogę udawać, że tego nie ma. Szczególnie, że jest to element klątwy. Ale najbardziej chyba chcę o tym usłyszeć, bo kiedy widziałem cię zaraz po tym, uśmiechałeś się. Stąd wnioskuję, że Amarant jest dla ciebie czymś tak Świętym i Doniosłym, jak dla mnie Objawienie. Zawsze miałem bardzo płytkie wyobrażenie na ten temat. Zakazany owoc, którego spożycie grozi depresją oraz śmiercią ostateczną. Lecz kiedy ujrzałem ciebie, zrozumiałem jak dziecinną była moja opinia. Twój obraz bowiem stanowił całkowite zaprzeczenie tego co zawsze na ten temat słyszałem. Nie wyglądałeś jakbyś właśnie umarł, a wręcz jakbyś znów się narodził. Chciałbym więc, jeśli to możliwe, poznać prawdziwy opis tego uczucia. Jeśli byłbyś tak łaskawy, oczywiście, chciałbym usłyszeć co czuje się w momencie kiedy pochłania się kogoś i czyni go częścią siebie. Czy to przynosi ból, czy może rozkosz. Przygnębienie czy radość. Czujesz się wtedy potworem, czy może zwycięzcą? W szczególności proszę cię byś mi opisał moment w którym unicestwiłeś Spiro...
Ostatnie zdanie wypowiedziane było półszeptem, jakby Malkavian wciąż obawiał się, że Ojciec może go usłyszeć. A Mroczny Jedi uśmiechał się szeroko.
Napełniam fiolkę 1PK.
* arab Rozumiem.** arab. Dziękuję
Ostatnio zmieniony 24 maja 2015, 21:42 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Pytanie Świra świadczyło o głodzie. Możliwe, że jedynie poznania, jednak zawsze był to głód. A to umiał zrozumieć. Dlatego słuchał go z uwagą, a na jego twarzy pojawiał się coraz bardziej popieprzony uśmiech. Nie umiał nic na to poradzić. Zresztą, po co miałby próbować? Ta reakcja była dla niego tak naturalna, iż nie poświęcał jej nawet specjalnej uwagi. Skończył składać karabin i odłożył go na stół. Kiedy się odezwał, mówił spokojnie, jak zwykle. Lecz dla uważnego słuchacza, ton ten skrywał także dużo głębsze emocje, które czyhały gdzieś w tle, niczym potwory poruszające się pod powierzchnią ciemnego morza.
- Amarant jest sakramentem, sacrum dla mego Klanu. Hal tafham?* Krew jest dobra, lecz światło duszy jest tysiąc razy piękniejsze. A krzyk, który rozlega się, gdy ją rozrywam jest słodszy od wszystkiego co umiesz sobie wyobrazić... Sa-khaburakum fe-maa baad.** Być może, kiedyś... Teraz nie chcę mówić o tym, co jest dla mnie święte. Nie tutaj. Nie przy tych, którzy nie chcą zrozumieć... - wykonał ręką nieokreślony gest w kierunku pozostałych Kainitów.
- Jednak pojmuję twój głód... wiedzy - wyszczerzył zęby, robiąc tą pauzę. - Spiro był twoim ojcem, więc masz prawo pytać i oczekiwać odpowiedzi... Dlatego opowiem ci o jego końcu. Sowfa ateek aeyahoo.*** Dość, byś mógł wyrobić sobie pewne zdanie na ten temat...
Zamknął na chwilę oczy i odchylił głowę, wspominając tamtą chwilę na parkingu. Odruchowo przejechał językiem po zębach, czując ostrość kłów. W jego pamięci pojawił się fragment dawno zapomnianego wiersza:
[center]Pamiętam - słodycz krwi, Przeklinam -
Głód, co mnie zbudził, z jej powodu.
Więc twego szukałem ogrodu
By ujść mu... Straszna, długa zima
Szła po mych śladach niczym pies...[/center]
[center]
[/center]
- Jego krew była silna - odezwał się wreszcie. Mówił powoli, w skupieniu, tak, jakby przywoływał daleki sen lub wspomnienie. - Wzmocniła mnie. Była niczym czerwona rzeka ognia i krzyku. A później, gdy ogień zgasł spijałem ciemność, szaleństwo i ból... I wspomnienia, pamiętam smak jego wspomnień...
Spojrzał nagle na Terrego, który choć nie widział jego oczu, poczuł siłę wzroku Assamity i zadrżał. Morderca zaczął mówić szybko, tak jakby ponownie przeżywał tamtą chwilę:
- Tak wiele obrazów i uczuć. Nie rozumiem wielu. Ale wtedy... Gdy one przepływają przez ciebie, jest przez chwilę tak, jakbym prawie rozumiał... Jakby jego życie stawało się moim. To karmi pustkę wewnątrz, gasi głód... Na chwilę... Pamiętam twarze, dźwięk dzwonu... Laa!**** Nie umiem ci opowiedzieć o tym. Te wszystkie rzeczy, wizje, strzępy nie są tym, co możesz sobie wyobrazić... Są jak kryształowe krople, które spadają w mroku, którzm jesteś. Lśnią przez chwilę i rozpryskują się. Ale nie chcesz ich zatrzymać. Ich śmierć jest piękniejsza niż ich światło. A Ciemność w tobie staje się silniejsza gdy patrzysz na to...
Powolnym ruchem zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał w oczy Terrego. Malkavianin miał ochotę cofnąć się w pierwszym odruchu, bowiem w tych czarnych, szalonych oczach ujrzał przez chwilę wszystko, o czym Assamita mówił. I ujrzał także coś więcej. Przez mgnienie bowiem, w wejrzeniu Łowcy, widział także coś, co było poza nim - tak, jakby jego oczy były jedynie pustymi oknami, wychodzącymi na czystą czerń. To coś co nie miało formy, było żywą ciemnością i rozpalało źrenice Mordercy mrocznym lśnieniem nieuleczalnej gorączki. Później Namtar założył z powrotem okulary i uśmiechnął się.
- Teraz już wiesz - powiedział. - Wiesz tyle, ile powinieneś wiedzieć. Może kiedyś porozmawiamy jeszcze... Ciekawość, jest niczym głód, prawda?
Roześmiał się cicho i wstał, by odłożyć broń do sarkofagu.
** arab. Powiem ci to później.
*** arab. Dam ci to.
**** arab Nie!
- Amarant jest sakramentem, sacrum dla mego Klanu. Hal tafham?* Krew jest dobra, lecz światło duszy jest tysiąc razy piękniejsze. A krzyk, który rozlega się, gdy ją rozrywam jest słodszy od wszystkiego co umiesz sobie wyobrazić... Sa-khaburakum fe-maa baad.** Być może, kiedyś... Teraz nie chcę mówić o tym, co jest dla mnie święte. Nie tutaj. Nie przy tych, którzy nie chcą zrozumieć... - wykonał ręką nieokreślony gest w kierunku pozostałych Kainitów.
- Jednak pojmuję twój głód... wiedzy - wyszczerzył zęby, robiąc tą pauzę. - Spiro był twoim ojcem, więc masz prawo pytać i oczekiwać odpowiedzi... Dlatego opowiem ci o jego końcu. Sowfa ateek aeyahoo.*** Dość, byś mógł wyrobić sobie pewne zdanie na ten temat...
Zamknął na chwilę oczy i odchylił głowę, wspominając tamtą chwilę na parkingu. Odruchowo przejechał językiem po zębach, czując ostrość kłów. W jego pamięci pojawił się fragment dawno zapomnianego wiersza:
[center]Pamiętam - słodycz krwi, Przeklinam -
Głód, co mnie zbudził, z jej powodu.
Więc twego szukałem ogrodu
By ujść mu... Straszna, długa zima
Szła po mych śladach niczym pies...[/center]
[center]
[/center]- Jego krew była silna - odezwał się wreszcie. Mówił powoli, w skupieniu, tak, jakby przywoływał daleki sen lub wspomnienie. - Wzmocniła mnie. Była niczym czerwona rzeka ognia i krzyku. A później, gdy ogień zgasł spijałem ciemność, szaleństwo i ból... I wspomnienia, pamiętam smak jego wspomnień...
Spojrzał nagle na Terrego, który choć nie widział jego oczu, poczuł siłę wzroku Assamity i zadrżał. Morderca zaczął mówić szybko, tak jakby ponownie przeżywał tamtą chwilę:
- Tak wiele obrazów i uczuć. Nie rozumiem wielu. Ale wtedy... Gdy one przepływają przez ciebie, jest przez chwilę tak, jakbym prawie rozumiał... Jakby jego życie stawało się moim. To karmi pustkę wewnątrz, gasi głód... Na chwilę... Pamiętam twarze, dźwięk dzwonu... Laa!**** Nie umiem ci opowiedzieć o tym. Te wszystkie rzeczy, wizje, strzępy nie są tym, co możesz sobie wyobrazić... Są jak kryształowe krople, które spadają w mroku, którzm jesteś. Lśnią przez chwilę i rozpryskują się. Ale nie chcesz ich zatrzymać. Ich śmierć jest piękniejsza niż ich światło. A Ciemność w tobie staje się silniejsza gdy patrzysz na to...
Powolnym ruchem zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał w oczy Terrego. Malkavianin miał ochotę cofnąć się w pierwszym odruchu, bowiem w tych czarnych, szalonych oczach ujrzał przez chwilę wszystko, o czym Assamita mówił. I ujrzał także coś więcej. Przez mgnienie bowiem, w wejrzeniu Łowcy, widział także coś, co było poza nim - tak, jakby jego oczy były jedynie pustymi oknami, wychodzącymi na czystą czerń. To coś co nie miało formy, było żywą ciemnością i rozpalało źrenice Mordercy mrocznym lśnieniem nieuleczalnej gorączki. Później Namtar założył z powrotem okulary i uśmiechnął się.
- Teraz już wiesz - powiedział. - Wiesz tyle, ile powinieneś wiedzieć. Może kiedyś porozmawiamy jeszcze... Ciekawość, jest niczym głód, prawda?
Roześmiał się cicho i wstał, by odłożyć broń do sarkofagu.
Cytat pochodzi z sonetu Chinnamasta mojego autorstwa. Całość tekstu można znaleźć pod adresem:
https://swiatyniakrzyku.wordpress.com/2 ... innamasta/
Informuję, iż wszelkie prawa do wykorzystania utworu w całości lub we fragmentach są zastrzeżone.
* arab. Rozumiesz?https://swiatyniakrzyku.wordpress.com/2 ... innamasta/
Informuję, iż wszelkie prawa do wykorzystania utworu w całości lub we fragmentach są zastrzeżone.
** arab. Powiem ci to później.
*** arab. Dam ci to.
**** arab Nie!
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:19 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry znieruchomiał kiedy Mroczny Jedi uchylił mu rąbka tajemnicy. Sekretu, który tak strasznie go kusił, a teraz tańczył w jego głowie taniec ostrzy, krwi i ciemności. I nie było w tym Światła, któremu tak zaufał. nie było nadziei ni zbawienia. Lecz nie było też bólu i rezygnacji, które dotychczas podejrzewał znaleźć w sercu Łowcy. Darth Namtar nie był wyzuty z emocji. Miał swoje pasje i swoje dążenia. Miał swoją Wiarę, choć była tak skrajnie odległą od tej, która oświetlała ścieżkę Terry'ego.
- W rzeczy samej, jak głód - uśmiechnął się niepewnie. Po czym zmieszany dodał - Dziękuję ci za tą wiedzę.
- 'afwan* - odparł tamten z lekkim uśmiechem.
Dostał, co chciał. Teraz musiał to przetrawić i się z tym oswoić. Wiedział, że zajmie mu to trochę czasu. Może nawet lepiej będzie się z tym przespać. Nim odszedł od Łowcy, ukłonił się lekko w jego stronę i poczekał na lekkie skinienie Assamity, kończące rozmowę. Zdążył już się zorientować, jak ważną rzeczą jest dlań szacunek. Nie zamierzał więc teraz przeoczyć czegoś tak podstawowego jak wdzięczność, kiedy się należała.
Podszedł do swego sarkofagu i oparł się o niego plecami. Spojrzał na Victorię i Horacego. A potem ponownie na Dartha Namtara. W głowie usłyszał echa jego słów, kiedy mówił o spijaniu Duszy. Poetyckie opisy którymi operował, pozwalały uwierzyć, że mówił o czymś nieskończenie pięknym i osobistym. Świadczyły też o tym, że nie był prostym rębajłą, za jakiego mylnie by można go wziąć, znając tylko jego imię i profesję. Przez chwilę Terry spojrzał na niego jak na utalentowanego artystę, który jest geniuszem w swojej dziedzinie.
Jednak strach był silniejszy niż fascynacja. Pochodzili z absolutnie innych światów. Jeśli wcześniej widział w nim Potwora, teraz, po tej krótkiej rozmowie, widział go znacznie wyraźniej. A wcześniejszy strach był niczym płomień zapałki, przy obecnej eksplozji przerażenia.
* arab. Proszę bardzo.
- W rzeczy samej, jak głód - uśmiechnął się niepewnie. Po czym zmieszany dodał - Dziękuję ci za tą wiedzę.
- 'afwan* - odparł tamten z lekkim uśmiechem.
Dostał, co chciał. Teraz musiał to przetrawić i się z tym oswoić. Wiedział, że zajmie mu to trochę czasu. Może nawet lepiej będzie się z tym przespać. Nim odszedł od Łowcy, ukłonił się lekko w jego stronę i poczekał na lekkie skinienie Assamity, kończące rozmowę. Zdążył już się zorientować, jak ważną rzeczą jest dlań szacunek. Nie zamierzał więc teraz przeoczyć czegoś tak podstawowego jak wdzięczność, kiedy się należała.
Podszedł do swego sarkofagu i oparł się o niego plecami. Spojrzał na Victorię i Horacego. A potem ponownie na Dartha Namtara. W głowie usłyszał echa jego słów, kiedy mówił o spijaniu Duszy. Poetyckie opisy którymi operował, pozwalały uwierzyć, że mówił o czymś nieskończenie pięknym i osobistym. Świadczyły też o tym, że nie był prostym rębajłą, za jakiego mylnie by można go wziąć, znając tylko jego imię i profesję. Przez chwilę Terry spojrzał na niego jak na utalentowanego artystę, który jest geniuszem w swojej dziedzinie.
Jednak strach był silniejszy niż fascynacja. Pochodzili z absolutnie innych światów. Jeśli wcześniej widział w nim Potwora, teraz, po tej krótkiej rozmowie, widział go znacznie wyraźniej. A wcześniejszy strach był niczym płomień zapałki, przy obecnej eksplozji przerażenia.
* arab. Proszę bardzo.
Ostatnio zmieniony 25 maja 2015, 15:55 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Stojąc obok Horacego, Victoria ze skupieniem i uwagą obserwowała wymianę zdań i myśli pomiędzy pozostałą dwójką. Nie śmiałaby ingerować w to, co działo się pomiędzy Terrym i Namtarem. Bałaby się spłoszyć tę kruchą i unikalną chwilę. Tej nocy delikatne i subtelne nici, wypełniające dzielącą ich wszystkich przestrzeń i przepaść, na krótką i migotliwą chwilę zaczęły splatać się, tworząc zarys nowych wzorów w relacjach całej grupy. I choć była to zaledwie maleńka część tego, co musieli wspólnie wypracować, Victoria czuła radość widząc, jak rozpoczęty proces stopniowo się rozwija. Kiedy w Sanktuarium zapadła niezręczna cisza, Lasombra dała sobie i innym chwilę na ochłonięcie, po czym odezwała się do wszystkich.
- Horacy już wcześniej wspominał, że powinniśmy się zastanowić nad planem na jutrzejszą noc. Również jestem za tym, że sprawa fetyszu Garou jest ważna i powinniśmy iść tym tropem. Jeśli ze Spokrewnionych jedynie Wild Heart zajmuje się sprawą jego odzyskania, moglibyśmy włączyć się w to śledztwo. Tym bardziej, że po resztę kruków będziemy musieli udać się na tereny Lupinów. A sądzę, że warto byłoby, by miały u nas dług wdzięczności.
Victoria ponownie zaczęła krążyć po pomieszczeniu, bawiąc włosami jak robiła zawsze, kiedy analizowała i planowała swoje działania.
- Sprawa owego malarza i sabatników na cmentarzu mnie niepokoi. Sądzę jednak, że do tego czasu Regentka i inni wpadli na to, czym ów obraz może być i ich dochodzenie trwa nadal. Zdaje się, że wiedzieli z kim mają do czynienia w osobie Spiro. Poza tym, mamy wciąż zakaz wchodzenia do Elizjum.
- Jeśli o Sabat chodzi, jutro sprowadzę tu maleństwo, które mam nadzieję wciąż podąża za Klausem... Jeśli jest kretem Damege'a, może uzyskamy cenne informacje o sforach i planach biskupa. A do tego ty, Horacy będziesz mi potrzebny. - odwróciła się w stronę Nosferatu, stojącego tuż obok. - Będę mogła widzieć miejsca i częściowo rozpoznawać stany emocjonalne otoczenia, w którym przebywa serwitor. A ty jako jedyny możesz rozpoznać zarówno owe miejsca jak i tych, których zobaczymy. Ale dajmy mu czas do jutra.
- Poza tym, zastanówcie się, czego będziecie potrzebować w najbliższych dniach. Środki finansowe, jak i załatwianie formalności pozostaje w mojej gestii. Mam na myśli naprawdę wszystko. Niewiele jest rzeczy, na które nas nie stać. Sądzę, że wypady poza miasto będą wymagały innego samochodu... być może terenowego. Nie znam się na tym, a Gavin jako jedyny z nas prowadzi. Jeśli czegoś potrzebujecie, słucham teraz. Zanim noc się skończy, chcę przekazać instrukcje ghulom.
- Zatem? - zawiesiła pytanie w powietrzu, czekając na reakcję grupy.
- Horacy już wcześniej wspominał, że powinniśmy się zastanowić nad planem na jutrzejszą noc. Również jestem za tym, że sprawa fetyszu Garou jest ważna i powinniśmy iść tym tropem. Jeśli ze Spokrewnionych jedynie Wild Heart zajmuje się sprawą jego odzyskania, moglibyśmy włączyć się w to śledztwo. Tym bardziej, że po resztę kruków będziemy musieli udać się na tereny Lupinów. A sądzę, że warto byłoby, by miały u nas dług wdzięczności.
Victoria ponownie zaczęła krążyć po pomieszczeniu, bawiąc włosami jak robiła zawsze, kiedy analizowała i planowała swoje działania.
- Sprawa owego malarza i sabatników na cmentarzu mnie niepokoi. Sądzę jednak, że do tego czasu Regentka i inni wpadli na to, czym ów obraz może być i ich dochodzenie trwa nadal. Zdaje się, że wiedzieli z kim mają do czynienia w osobie Spiro. Poza tym, mamy wciąż zakaz wchodzenia do Elizjum.
- Jeśli o Sabat chodzi, jutro sprowadzę tu maleństwo, które mam nadzieję wciąż podąża za Klausem... Jeśli jest kretem Damege'a, może uzyskamy cenne informacje o sforach i planach biskupa. A do tego ty, Horacy będziesz mi potrzebny. - odwróciła się w stronę Nosferatu, stojącego tuż obok. - Będę mogła widzieć miejsca i częściowo rozpoznawać stany emocjonalne otoczenia, w którym przebywa serwitor. A ty jako jedyny możesz rozpoznać zarówno owe miejsca jak i tych, których zobaczymy. Ale dajmy mu czas do jutra.
- Poza tym, zastanówcie się, czego będziecie potrzebować w najbliższych dniach. Środki finansowe, jak i załatwianie formalności pozostaje w mojej gestii. Mam na myśli naprawdę wszystko. Niewiele jest rzeczy, na które nas nie stać. Sądzę, że wypady poza miasto będą wymagały innego samochodu... być może terenowego. Nie znam się na tym, a Gavin jako jedyny z nas prowadzi. Jeśli czegoś potrzebujecie, słucham teraz. Zanim noc się skończy, chcę przekazać instrukcje ghulom.
- Zatem? - zawiesiła pytanie w powietrzu, czekając na reakcję grupy.
Morderca słuchał Lasombry, układając metodycznie swoje rzeczy w sarkofagu. Dwie czarne torby i jeden plecak wypełniały większość wolnej przestrzeni. Przyjrzał się im krytycznie, potem zasunął wieko. Do świtu zostało mało czasu i nie mógł sobie pozwolić na trwonienie go, dlatego odezwał się pierwszy:
- Sprawa z cmentarzem, Sabatem i tym klechą nie jest związana z naszym zadaniem. Więc niewiele mnie obchodzi. Sugeruję, byśmy skupili się na priorytetach - ton jego głosu powrócił do swego zwykłego, mechanicznego rytmu. Co oznaczało, iż dyskusje prywatne skończyły się. Teraz rozmawiał o pracy.
- Malarz jest istotnym wątkiem. Bittaekiid* Nie sądzę, by Camarilla wiedziała o nim. Spiro nikomu się nie spowiadał przed śmiercią - zęby Mordercy błysnęły w uśmiechu. - Dobrze będzie namierzyć go w sposób subtelny. Nie zostawiać śladów. To nie powinno być trudne, w końcu jest artystą więc jest sławny. Jeśli dużo wystawia lub sprzedaje to znajdziemy go szybko. Zdobądźcie jego adres, a ja zajmę się resztą. Trzy godziny powinny mi wystarczyć. - zarówno ton głosu Mordercy jak i jego uśmiech jasno określały plany, które żywił względem Torreadora.
- Fetysz Lupinów może być przydatny. Ale także nie jest priorytetem... Warto o tym pamiętać.
- Zabawki będą jutro - zwrócił się do Victorii - Ja nic więcej nie potrzebuję teraz. Ale pomyślcie nad samochodem terenowym. To tyle - skinął lekko głową podkreślając, że skończył i skierował się w stronę wyjścia z Sanktuarium.
- Będę w piwnicy - dodał na odchodnym. Nie zamierzał im wyjaśniać dlaczego. W sumie niewiele go obchodziło, co sobie w tym momencie pomyślą. Potrzebował samotności. I miejsca, pozbawionego tego przeklętego światła... Odwrócił się i wyszedł z Sanktuarium. Kiedy był już na zewnątrz, zaczął gwizdać.
* arab. Z cała pewnością.
- Sprawa z cmentarzem, Sabatem i tym klechą nie jest związana z naszym zadaniem. Więc niewiele mnie obchodzi. Sugeruję, byśmy skupili się na priorytetach - ton jego głosu powrócił do swego zwykłego, mechanicznego rytmu. Co oznaczało, iż dyskusje prywatne skończyły się. Teraz rozmawiał o pracy.
- Malarz jest istotnym wątkiem. Bittaekiid* Nie sądzę, by Camarilla wiedziała o nim. Spiro nikomu się nie spowiadał przed śmiercią - zęby Mordercy błysnęły w uśmiechu. - Dobrze będzie namierzyć go w sposób subtelny. Nie zostawiać śladów. To nie powinno być trudne, w końcu jest artystą więc jest sławny. Jeśli dużo wystawia lub sprzedaje to znajdziemy go szybko. Zdobądźcie jego adres, a ja zajmę się resztą. Trzy godziny powinny mi wystarczyć. - zarówno ton głosu Mordercy jak i jego uśmiech jasno określały plany, które żywił względem Torreadora.
- Fetysz Lupinów może być przydatny. Ale także nie jest priorytetem... Warto o tym pamiętać.
- Zabawki będą jutro - zwrócił się do Victorii - Ja nic więcej nie potrzebuję teraz. Ale pomyślcie nad samochodem terenowym. To tyle - skinął lekko głową podkreślając, że skończył i skierował się w stronę wyjścia z Sanktuarium.
- Będę w piwnicy - dodał na odchodnym. Nie zamierzał im wyjaśniać dlaczego. W sumie niewiele go obchodziło, co sobie w tym momencie pomyślą. Potrzebował samotności. I miejsca, pozbawionego tego przeklętego światła... Odwrócił się i wyszedł z Sanktuarium. Kiedy był już na zewnątrz, zaczął gwizdać.
Chcę jeszcze tej nocy: przemyć rany, zrobić to co napisałem, znaleźć sobie koc jakiś i iść się przespać do tego pokoju rytualnego w piwnicy. Wykręcam wszystkie żarówki na dole. Przed snem modlę się.
Spoiler!
* arab. Z cała pewnością.
Ostatnio zmieniony 26 maja 2015, 00:11 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Kiedy słowa Mrocznego Jedi ucichły, a on sam zniknął z ich oczu opuszczając sanktuarium, Terry spojrzał na Victorię. Przez chwilę zdawał się zastanawiać nad jej pytaniami, szybko jednak rozmyślania zamienił na słowa.
- Właściwie to co do planu działania zgadzam się w większości z Łowcą. To co mnie zaś niepokoi w jego słowach, to fragment "dajcie mi trzy godziny, a ja zajmę się resztą", w odniesieniu do malarza. Widziałem go wcześniej, kiedy przyprowadził Klausa. A potem kiedy przytrzymał Ozzy'ego. On znajduje rozkosz w cierpieniu, które zadaje. A trzy godziny to czas na naprawdę wiele cierpienia. - zrobił pauzę, znów przetrawiając w głowie informacje. Po chwili się otrząsnął i dodał - No ale dziś już chyba niewiele z tym zrobimy. Wieczorem będzie czas na dalsze rozmowy.
[center]***[/center]
Następnie z czeluści swego bagażu wyszperał stary, wysłużony, ręcznie spisany modlitewnik. Notes pokryty był czarną skórą, spękaną już w wielu miejscach, kartki były pożółkłe i sztywne, z namiastką obietnicy rychłego rozsypania się w pył. Otworzył go ostrożnie, bacząc by luźne już strony nie powypadały. Z namaszczeniem, delikatnie poszukiwał modlitwy którą już tak dawno przygotował sobie na tę okazję. Kiedy trafił już na odpowiednią stronę, zamknął oczy w poszukiwaniu skupienia i bezgłośnie zaczął czytać, pogrążając się w modlitwie.
[center]Nie na ten tu tylko krótki czas życia na świecie
zawieramy więź ojca i syna,
nie na ten tu tylko krótki czas życia na świecie
zawieramy więź kata i ofiary,
nie on tu zawarty, trwa i za grobem,
przetoć moje westchnienia idą za moim Katem i Ojcem do Ciebie, o Boże!
Aby mu wyjednały przebaczenie i miłosierdzie,
jeżeli się jeszcze zupełnie nie wypłacił Twojej sprawiedliwości.
Nie cieszy mnie wprawdzie jego bluźniercze nieżycie,
prowadzone na przekór praw Twoim świętym,
ani jego pogarda dla religii i cnoty,
ani jego nie sprawiedliwe postępowanie,
Ale jestże jaki człowiek bez wady? jestże kto tak doskonały i tak niewinny,
aby zaraz po zgonie i zejściu z tej ziemi mógł wnijść do Twych przybytków?
Jestże człowiek, któryby jeszcze na drugim świecie nie potrzebował oczyszczenia?
Ach Panie! jeżeli Ci moje prośby, które zanoszę do Ciebie
za zmarłym Stwórcą i Oprawcą są miłe: ach Panie,
spojrzyjże litościwie na łzy i jęki moje,
wśród których błagam Cię za nim,
zgładź jego wszystkie przewinienia i zmazy jeszcze dotąd plamiące duszę jego,
a przez miłosierdzie i zasługi Syna Twego naszego Zbawiciela,
wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie!
a światłość wiekuista niech mu świeci na wieki,
Amen.[/center]
Kiedy skończył, ostrożnie złożył modlitewnik i ponownie obwiązał go wstęgą. Ukrył go starannie i zawiązał swój tobół. Szybko ułożył się w sarkofagu i zasnął rozmyślając nad wydarzeniami kończącej się właśnie nocy.
[center]***[/center]
Było przy północy kiedy usłyszał dzwon klasztorny. Zerwał się z łóżka, szybko narzucając na siebie szaty. Wybiegł ze swej celi, kierując się wprost na gościniec. Dzwon zamilkł po kilku uderzeniach, co tylko wzmożyło jego strach i podejrzliwość.
Padał deszcz. Niezbyt dokuczliwy, krople wody spływające z czarnego nieba były małe, choć na tyle konsekwentne, że po nie długiej chwili zdążyły przemoczyć jego togę. Zanim jednak to się stało, ujrzał podwórze. Mokre i karmazynowe. Dookoła leżało wiele ciał w habitach. Wielu z jego Braci stało wciąż na nogach, jednak żaden z nich nie był sobą. Część z nich tańczyła, niektórzy krzyczeli, inni po prostu stali tam bez słowa. Kiedy zstąpił między nich, szybko zorientował się skąd pochodzi kolor śliskiego podłoża. Przerażony już na tę chwilę, nerwowo zaczął się rozglądać w poszukiwaniu odpowiedzi.
Nie musiał długo szukać. Jego oszalali Bracia zaczęli się rozstępować, tworząc przejście dla Autora tego przedstawienia. Wysoki, łysy mężczyzna o niemal świecących piwnych oczach, pewnym lecz niespiesznym krokiem sunął w jego stronę. Uśmiechał się, a jego spojrzenie wykrzykiwało swój obłęd. Podszedł, i stalowym uściskiem złapał go za ramię.
- Brat Terry, czyż nie? Przejdźmy się mój drogi, chciałbym zamienić z tobą parę słów. - szarpnął go, bezwzględnie prowadząc go w kierunku furmanki ustawionej na środku dziedzińca. Sprawnie nań wskoczył, wciągając go płynnym ruchem za sobą, jak gdyby był workiem puchu. Ustawił go naprzeciw siebie, kładąc dłonie na jego ramionach. Dopiero teraz Terry zorientował się, że skórzane odzienie przybysza skąpane jest w krwi, a jego twarz od niej brudna. Chciał się wyrwać, lecz nie był w stanie uciec z silnego chwytu mężczyzny. Stał więc wraz z samym Diabłem, na wozie, na środku klasztornego dziedzińca. Zebrani dookoła, pozostali jeszcze przy życiu Bracia skupili się bliżej, tworząc widownię dla spektaklu rozgrywającego się na tej dziwnej scenie. Krzyki zamilkły, tańce ustały. Wszyscy zebrani skupili się na widowisku.
- Bohater Ludu, Pogromca Złego! Brat Terry we własnej osobie! - przybyszowi udało się wymówić te słowa, jakby każde z nich było obelgą. - Tak o tobie mówią. Mówili. Ci, dzięki którym udało mi się cię odnaleźć. Dla mnie jednak jesteś mordercą. Mordercą i złodziejem. Ten bowiem "Wcielony Zły", którego zamordowałeś z zimną krwią podczas snu, był moim synem, moim przyjacielem i moim światłem. A ty mi to ukradłeś, z chwilą kiedy go zamordowałeś. Więc teraz ja to wszystko ukradnę tobie. Twoich Braci, twoich przyjaciół i wszelkie światło jakie daje ci siłę by trwać kolejny dzień. I zabiorę ci wszystko co ci było, jest i będzie kiedykolwiek drogie.
Po czym brutalnie wgryzł się w kark zakonnika i łapczywie wysączał z niego życie. Widownia zaczęła wiwatować i bić brawa, część z zebranych śmiała się histerycznie.
Przez chwilę było ciemno, ale wtedy pojawił się ten smak. Smak który zmusił go do otwarcia oczu. Stał pośród ciał swych Braci, nieopodal wozu, na którym jego oprawca uśmiechał się szeroko. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, odezwał się.
- Martwisz mnie Terry, wpadłeś w złe towarzystwo, synku. Dalej wyrywasz oczy niewinnym ofiarom? Oczywiście, że to robisz mój paranoiczny chłopcze. Znam wszystkie twoje grzechy, także te, które chciałbyś ukryć... Po nocy przemiany, to nie ja wypiłem braci zakonnych... Masz urojenia! To byłeś ty, Szatanie wcielony!
Zadrżał słysząc te słowa. Spojrzał na swe dłonie, całkowicie pokryte krwią. A kiedy ponownie podniósł oczy, zobaczył Mrocznego Jedi, stojącego za plecami Spiro. Łowca eksplodował zamieniając się w ciemność, najciemniejszy z odcieni czerni. Chmura mroku objęła swym zasięgiem łysego przybysza przykrywając go swym całunem. następnie rozlała się i spłynęła w stronę Terry'ego, przybierając na powrót postać Darth'a Namtara. Po jego stwórcy nigdzie nie było śladu, lecz Łowca trzymał w dłoniach kielich pełen krwi. Metalowy puchar spowijała kłębiąca się ciemność. Terry wyciągnął rękę, kiedy usłyszał ciche słowa.
[center]
[/center]
- Krew jest dobra, lecz światło duszy jest tysiąc razy piękniejsze. A krzyk, który rozlega się, gdy ją rozrywam jest słodszy od wszystkiego co umiesz sobie wyobrazić...
[center]***[/center]
Otworzył oczy nim zdołał dosięgnąć eucharystii. Po chwili skarcił się za to określenie i z rosnącym moralnym dyskomfortem, opuścił swój sarkofag.
- Właściwie to co do planu działania zgadzam się w większości z Łowcą. To co mnie zaś niepokoi w jego słowach, to fragment "dajcie mi trzy godziny, a ja zajmę się resztą", w odniesieniu do malarza. Widziałem go wcześniej, kiedy przyprowadził Klausa. A potem kiedy przytrzymał Ozzy'ego. On znajduje rozkosz w cierpieniu, które zadaje. A trzy godziny to czas na naprawdę wiele cierpienia. - zrobił pauzę, znów przetrawiając w głowie informacje. Po chwili się otrząsnął i dodał - No ale dziś już chyba niewiele z tym zrobimy. Wieczorem będzie czas na dalsze rozmowy.
[center]***[/center]
Następnie z czeluści swego bagażu wyszperał stary, wysłużony, ręcznie spisany modlitewnik. Notes pokryty był czarną skórą, spękaną już w wielu miejscach, kartki były pożółkłe i sztywne, z namiastką obietnicy rychłego rozsypania się w pył. Otworzył go ostrożnie, bacząc by luźne już strony nie powypadały. Z namaszczeniem, delikatnie poszukiwał modlitwy którą już tak dawno przygotował sobie na tę okazję. Kiedy trafił już na odpowiednią stronę, zamknął oczy w poszukiwaniu skupienia i bezgłośnie zaczął czytać, pogrążając się w modlitwie.
[center]Nie na ten tu tylko krótki czas życia na świecie
zawieramy więź ojca i syna,
nie na ten tu tylko krótki czas życia na świecie
zawieramy więź kata i ofiary,
nie on tu zawarty, trwa i za grobem,
przetoć moje westchnienia idą za moim Katem i Ojcem do Ciebie, o Boże!
Aby mu wyjednały przebaczenie i miłosierdzie,
jeżeli się jeszcze zupełnie nie wypłacił Twojej sprawiedliwości.
Nie cieszy mnie wprawdzie jego bluźniercze nieżycie,
prowadzone na przekór praw Twoim świętym,
ani jego pogarda dla religii i cnoty,
ani jego nie sprawiedliwe postępowanie,
Ale jestże jaki człowiek bez wady? jestże kto tak doskonały i tak niewinny,
aby zaraz po zgonie i zejściu z tej ziemi mógł wnijść do Twych przybytków?
Jestże człowiek, któryby jeszcze na drugim świecie nie potrzebował oczyszczenia?
Ach Panie! jeżeli Ci moje prośby, które zanoszę do Ciebie
za zmarłym Stwórcą i Oprawcą są miłe: ach Panie,
spojrzyjże litościwie na łzy i jęki moje,
wśród których błagam Cię za nim,
zgładź jego wszystkie przewinienia i zmazy jeszcze dotąd plamiące duszę jego,
a przez miłosierdzie i zasługi Syna Twego naszego Zbawiciela,
wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie!
a światłość wiekuista niech mu świeci na wieki,
Amen.[/center]
Kiedy skończył, ostrożnie złożył modlitewnik i ponownie obwiązał go wstęgą. Ukrył go starannie i zawiązał swój tobół. Szybko ułożył się w sarkofagu i zasnął rozmyślając nad wydarzeniami kończącej się właśnie nocy.
[center]***[/center]
Było przy północy kiedy usłyszał dzwon klasztorny. Zerwał się z łóżka, szybko narzucając na siebie szaty. Wybiegł ze swej celi, kierując się wprost na gościniec. Dzwon zamilkł po kilku uderzeniach, co tylko wzmożyło jego strach i podejrzliwość.
Padał deszcz. Niezbyt dokuczliwy, krople wody spływające z czarnego nieba były małe, choć na tyle konsekwentne, że po nie długiej chwili zdążyły przemoczyć jego togę. Zanim jednak to się stało, ujrzał podwórze. Mokre i karmazynowe. Dookoła leżało wiele ciał w habitach. Wielu z jego Braci stało wciąż na nogach, jednak żaden z nich nie był sobą. Część z nich tańczyła, niektórzy krzyczeli, inni po prostu stali tam bez słowa. Kiedy zstąpił między nich, szybko zorientował się skąd pochodzi kolor śliskiego podłoża. Przerażony już na tę chwilę, nerwowo zaczął się rozglądać w poszukiwaniu odpowiedzi.
Nie musiał długo szukać. Jego oszalali Bracia zaczęli się rozstępować, tworząc przejście dla Autora tego przedstawienia. Wysoki, łysy mężczyzna o niemal świecących piwnych oczach, pewnym lecz niespiesznym krokiem sunął w jego stronę. Uśmiechał się, a jego spojrzenie wykrzykiwało swój obłęd. Podszedł, i stalowym uściskiem złapał go za ramię.
- Brat Terry, czyż nie? Przejdźmy się mój drogi, chciałbym zamienić z tobą parę słów. - szarpnął go, bezwzględnie prowadząc go w kierunku furmanki ustawionej na środku dziedzińca. Sprawnie nań wskoczył, wciągając go płynnym ruchem za sobą, jak gdyby był workiem puchu. Ustawił go naprzeciw siebie, kładąc dłonie na jego ramionach. Dopiero teraz Terry zorientował się, że skórzane odzienie przybysza skąpane jest w krwi, a jego twarz od niej brudna. Chciał się wyrwać, lecz nie był w stanie uciec z silnego chwytu mężczyzny. Stał więc wraz z samym Diabłem, na wozie, na środku klasztornego dziedzińca. Zebrani dookoła, pozostali jeszcze przy życiu Bracia skupili się bliżej, tworząc widownię dla spektaklu rozgrywającego się na tej dziwnej scenie. Krzyki zamilkły, tańce ustały. Wszyscy zebrani skupili się na widowisku.
- Bohater Ludu, Pogromca Złego! Brat Terry we własnej osobie! - przybyszowi udało się wymówić te słowa, jakby każde z nich było obelgą. - Tak o tobie mówią. Mówili. Ci, dzięki którym udało mi się cię odnaleźć. Dla mnie jednak jesteś mordercą. Mordercą i złodziejem. Ten bowiem "Wcielony Zły", którego zamordowałeś z zimną krwią podczas snu, był moim synem, moim przyjacielem i moim światłem. A ty mi to ukradłeś, z chwilą kiedy go zamordowałeś. Więc teraz ja to wszystko ukradnę tobie. Twoich Braci, twoich przyjaciół i wszelkie światło jakie daje ci siłę by trwać kolejny dzień. I zabiorę ci wszystko co ci było, jest i będzie kiedykolwiek drogie.
Po czym brutalnie wgryzł się w kark zakonnika i łapczywie wysączał z niego życie. Widownia zaczęła wiwatować i bić brawa, część z zebranych śmiała się histerycznie.
Przez chwilę było ciemno, ale wtedy pojawił się ten smak. Smak który zmusił go do otwarcia oczu. Stał pośród ciał swych Braci, nieopodal wozu, na którym jego oprawca uśmiechał się szeroko. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, odezwał się.
- Martwisz mnie Terry, wpadłeś w złe towarzystwo, synku. Dalej wyrywasz oczy niewinnym ofiarom? Oczywiście, że to robisz mój paranoiczny chłopcze. Znam wszystkie twoje grzechy, także te, które chciałbyś ukryć... Po nocy przemiany, to nie ja wypiłem braci zakonnych... Masz urojenia! To byłeś ty, Szatanie wcielony!
Zadrżał słysząc te słowa. Spojrzał na swe dłonie, całkowicie pokryte krwią. A kiedy ponownie podniósł oczy, zobaczył Mrocznego Jedi, stojącego za plecami Spiro. Łowca eksplodował zamieniając się w ciemność, najciemniejszy z odcieni czerni. Chmura mroku objęła swym zasięgiem łysego przybysza przykrywając go swym całunem. następnie rozlała się i spłynęła w stronę Terry'ego, przybierając na powrót postać Darth'a Namtara. Po jego stwórcy nigdzie nie było śladu, lecz Łowca trzymał w dłoniach kielich pełen krwi. Metalowy puchar spowijała kłębiąca się ciemność. Terry wyciągnął rękę, kiedy usłyszał ciche słowa.
[center]
[/center]- Krew jest dobra, lecz światło duszy jest tysiąc razy piękniejsze. A krzyk, który rozlega się, gdy ją rozrywam jest słodszy od wszystkiego co umiesz sobie wyobrazić...
[center]***[/center]
Otworzył oczy nim zdołał dosięgnąć eucharystii. Po chwili skarcił się za to określenie i z rosnącym moralnym dyskomfortem, opuścił swój sarkofag.
Ostatnio zmieniony 30 maja 2015, 14:26 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Horacy przysłuchiwał się cichej rozmowie Namtara i Terrego. Zastanawiał się czemu Gavin nic nie odpowiedział Victorii. Kiedy wiec tamta dwójko cicho rozmawiała, Nosferatu kręcił się w koło sarkofagu w którym leżał cygan. Było to dziwne że tak zupełnie ją zignorował. W końcu nie wytrzymał i przyłożył ucho do sarkofagu. Ze środka dobiegały przytłumione dźwięki piosenki jakie przez słuchawki przenośnego discmana sączyły się do uszu Ravnosa. Teraz wszystko było jasne..
"- Zanim noc się skończy, chcę przekaz polecenia ghulom, Zatem?"
- Myślę, że powinni zakręcić się za miejscem lądowania naszego samolotu z Gavinem Dwa. I rozumiem, że w takim razie zaczynamy od malarza. Przynajmniej jest na miejscu to po pierwsze a dwa, że być może doprowadzi nas do wyjaśnienia szybciej niż bębenek na którego poszukiwanie, nawiasem mówiąc, nie mamy zbyt dużo czasu. A teraz wybaczcie, powoli będę szykował się do zasłużonego odpoczynku po tej niezwykle burzliwej nocy.
Przez chwilę jeszcze słuchał tego co dzieje się w sanktuarium leżąc w otwartym sarkofagu, po chwili jednak poczuł jak odpływa gdzieś w dal, zapada się w sobie...
[center]***[/center]
Wielu swoich snów nie pamiętał. I szczerz mówiąc rzadko kiedy śnił coś co pamiętał o zmierzchu tym razem jednak było inaczej.
Śniło mu się, że znów był piękny i młody jak ongiś w czasach dawno minionych. Śmiał się oglądając radośnie swoje ręce i twarz należące do przystojnego mężczyzny po czterdziestce o szalenie białym uśmiechu.
- Widzisz - powiedziała z radością starucha z cmentarnego parkingu - Mówiłam, że wystarczy dać się ugryźć a wszystko było znowu normalne. - to mówiąc wysunęła do niego ręce jak matka do dziecka które chce pochwycić.
Stała jednak zbyt daleko, więc Horacy niewiele myśląc zaczął bieżyć ku niej w podskokach niczym kochanek pędzący przez polanę z polnych kwiatów. A były to kwiaty z cmentarnych nagrobków.
- Pogryź mnie! Pogryź mnie znowu i znowu i wszędzie, monamour! - wykrzyczał w pełnym uniesieniu Horacy mknąc przez kolorowy kwiatostan z którego tu i ówdzie wychylał się zgaszony znicz.
Kiedy tak biegł zauważył jednak że coś go spowalnia. Coś go trzyma a w końcu i zatrzymuje. Kiedy się obrócił zobaczył, że to gruba i lepka sieć z pajęczyny. Postanowił zerwać ją z pomocą potencji. Kiedy jednak uchwycił sieć, ta przykleiła mu się do rąk. Siłował się lecz nie mógł jej zerwać. Poczuł, że pajęczyna w jakiś sposób jest już na jego udach i zaczyna go oplatać aż do pasa. Przestraszył się bardzo, ponieważ w jednej chwili uświadomił sobie, że tak grubą pajęczynę mógł zrobić tylko bardzo wielki pająk. W panice, szarpiąc się z pajęczyną zaczął się za nim rozglądać. W ciemności błysnęły rzędy oczu a potem pojawiał się cała włochata pokraczna sylwetka, która nieśpiesznie zbliżała się do ofiary powtarzając w kółko:
- kleku, kleku on zaraz spadnie...
Nosferatau tym mocniej zaczął szarpać za sieć ale ta zdawała się go coraz bardziej oplatać. Za którymś razem, zrezygnowany Horacy w końcu rozejrzał się wokół za tym co też może spaść. Wówczas zobaczył go w pełnej okazałości.
Gigantyczny guzik, o rozmiarach największego w galaktyce meteorytu, wchodził właśnie w ziemską atmosferą rozgrzewając się do czerwoności i w otoczeniu żywego ognia spadał niosąc zapowiedź apokalipsy. Mknął prosto w kierunku Horacego, który nie mógł nic zrobić Stał tak oślepiony i starał się zasłonić przed blaskiem ręką.
- Och nie, on pozabija wszystkich! Trzeba ich ostrzec! - wrzasnął lecz nawet nie mógł się poruszyć. W tym momencie się obudził.
"- Zanim noc się skończy, chcę przekaz polecenia ghulom, Zatem?"
- Myślę, że powinni zakręcić się za miejscem lądowania naszego samolotu z Gavinem Dwa. I rozumiem, że w takim razie zaczynamy od malarza. Przynajmniej jest na miejscu to po pierwsze a dwa, że być może doprowadzi nas do wyjaśnienia szybciej niż bębenek na którego poszukiwanie, nawiasem mówiąc, nie mamy zbyt dużo czasu. A teraz wybaczcie, powoli będę szykował się do zasłużonego odpoczynku po tej niezwykle burzliwej nocy.
Przez chwilę jeszcze słuchał tego co dzieje się w sanktuarium leżąc w otwartym sarkofagu, po chwili jednak poczuł jak odpływa gdzieś w dal, zapada się w sobie...
[center]***[/center]
Wielu swoich snów nie pamiętał. I szczerz mówiąc rzadko kiedy śnił coś co pamiętał o zmierzchu tym razem jednak było inaczej.
Śniło mu się, że znów był piękny i młody jak ongiś w czasach dawno minionych. Śmiał się oglądając radośnie swoje ręce i twarz należące do przystojnego mężczyzny po czterdziestce o szalenie białym uśmiechu.
- Widzisz - powiedziała z radością starucha z cmentarnego parkingu - Mówiłam, że wystarczy dać się ugryźć a wszystko było znowu normalne. - to mówiąc wysunęła do niego ręce jak matka do dziecka które chce pochwycić.
Stała jednak zbyt daleko, więc Horacy niewiele myśląc zaczął bieżyć ku niej w podskokach niczym kochanek pędzący przez polanę z polnych kwiatów. A były to kwiaty z cmentarnych nagrobków.
- Pogryź mnie! Pogryź mnie znowu i znowu i wszędzie, monamour! - wykrzyczał w pełnym uniesieniu Horacy mknąc przez kolorowy kwiatostan z którego tu i ówdzie wychylał się zgaszony znicz.
Kiedy tak biegł zauważył jednak że coś go spowalnia. Coś go trzyma a w końcu i zatrzymuje. Kiedy się obrócił zobaczył, że to gruba i lepka sieć z pajęczyny. Postanowił zerwać ją z pomocą potencji. Kiedy jednak uchwycił sieć, ta przykleiła mu się do rąk. Siłował się lecz nie mógł jej zerwać. Poczuł, że pajęczyna w jakiś sposób jest już na jego udach i zaczyna go oplatać aż do pasa. Przestraszył się bardzo, ponieważ w jednej chwili uświadomił sobie, że tak grubą pajęczynę mógł zrobić tylko bardzo wielki pająk. W panice, szarpiąc się z pajęczyną zaczął się za nim rozglądać. W ciemności błysnęły rzędy oczu a potem pojawiał się cała włochata pokraczna sylwetka, która nieśpiesznie zbliżała się do ofiary powtarzając w kółko:
- kleku, kleku on zaraz spadnie...
Nosferatau tym mocniej zaczął szarpać za sieć ale ta zdawała się go coraz bardziej oplatać. Za którymś razem, zrezygnowany Horacy w końcu rozejrzał się wokół za tym co też może spaść. Wówczas zobaczył go w pełnej okazałości.
Gigantyczny guzik, o rozmiarach największego w galaktyce meteorytu, wchodził właśnie w ziemską atmosferą rozgrzewając się do czerwoności i w otoczeniu żywego ognia spadał niosąc zapowiedź apokalipsy. Mknął prosto w kierunku Horacego, który nie mógł nic zrobić Stał tak oślepiony i starał się zasłonić przed blaskiem ręką.
- Och nie, on pozabija wszystkich! Trzeba ich ostrzec! - wrzasnął lecz nawet nie mógł się poruszyć. W tym momencie się obudził.
Ostatnio zmieniony 26 maja 2015, 09:34 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
[center]
[/center]
Chłopiec leży na brzuchu i wpatruje się w małą, szaro-zielona jaszczurkę, która przycupnęła na kamieniu. Wkoło unosi się suchy zapach traw, których żółte źdźbła falują, w ciepłych porywach letniego wiatru. Jaszczurka nie porusza się. Nie mruga nawet. Kamień, na którym odpoczywa jest rudo-brązowy, upstrzony tu i ówdzie srebrnymi plamami porostów. Chłopiec wdycha słodkawą woń ziemi i spogląda w paciorkowate oczy małego gada. Wewnątrz nich jest ciemno, tak bardzo ciemno... Zastanawia się, czy zdołałby złapać jaszczurkę, zanim zniknęłaby w trawie. Słońce, którego na jawie nie może pamiętać, grzeje go w plecy. Gdzieś nad nim, rozlega się skwir sokoła. Cień polującego ptaka przesuwa się przez step i jaszczurka rozpłaszcza się na kamieniu, starając się zlać z deseniem mchów.
I zawsze wtedy, gdy ma podnieść głowę, by spojrzeć na kołującego drapieżnika, by ujrzeć słońce, którego nie może pamiętać - słyszy kobiecy głos, wołający jego imię. Jest w nim stanowczość, zniecierpliwienie, ale także i miłość. Prosta i zwykła. Wołanie powtarza się. Na jawie nigdy nie przypomni sobie imienia, które słyszy. Tak jak nie przypomni sobie stepu, słońca, ani obecności tej kobiety... Chce się odwrócić, by ujrzeć to wszystko, lecz w tym momencie sen pierzcha. Jak zawsze. Jak za każdym razem... Jego poszarpane fragmenty przez chwilę jeszcze wirują mu przed oczyma, osuwając się w ciemność zapomnienia. Przesuwa rękę, czując fakturę koca i chłodną gładkość posadzki. I wraz z tym, jak resztki snu odchodzą, pozostawiając go w mroku Tuckwiller House przypomina sobie kim jest i gdzie się znajduje. A gdy jego ręka nieruchomieje na czarnej, lustrzanej posadzce, nie pamięta już niczego z tego, co śniło mu się tego dnia. Niczego poza ciemnością, zwiniętą w oku małego gada...
[/center]Chłopiec leży na brzuchu i wpatruje się w małą, szaro-zielona jaszczurkę, która przycupnęła na kamieniu. Wkoło unosi się suchy zapach traw, których żółte źdźbła falują, w ciepłych porywach letniego wiatru. Jaszczurka nie porusza się. Nie mruga nawet. Kamień, na którym odpoczywa jest rudo-brązowy, upstrzony tu i ówdzie srebrnymi plamami porostów. Chłopiec wdycha słodkawą woń ziemi i spogląda w paciorkowate oczy małego gada. Wewnątrz nich jest ciemno, tak bardzo ciemno... Zastanawia się, czy zdołałby złapać jaszczurkę, zanim zniknęłaby w trawie. Słońce, którego na jawie nie może pamiętać, grzeje go w plecy. Gdzieś nad nim, rozlega się skwir sokoła. Cień polującego ptaka przesuwa się przez step i jaszczurka rozpłaszcza się na kamieniu, starając się zlać z deseniem mchów.
I zawsze wtedy, gdy ma podnieść głowę, by spojrzeć na kołującego drapieżnika, by ujrzeć słońce, którego nie może pamiętać - słyszy kobiecy głos, wołający jego imię. Jest w nim stanowczość, zniecierpliwienie, ale także i miłość. Prosta i zwykła. Wołanie powtarza się. Na jawie nigdy nie przypomni sobie imienia, które słyszy. Tak jak nie przypomni sobie stepu, słońca, ani obecności tej kobiety... Chce się odwrócić, by ujrzeć to wszystko, lecz w tym momencie sen pierzcha. Jak zawsze. Jak za każdym razem... Jego poszarpane fragmenty przez chwilę jeszcze wirują mu przed oczyma, osuwając się w ciemność zapomnienia. Przesuwa rękę, czując fakturę koca i chłodną gładkość posadzki. I wraz z tym, jak resztki snu odchodzą, pozostawiając go w mroku Tuckwiller House przypomina sobie kim jest i gdzie się znajduje. A gdy jego ręka nieruchomieje na czarnej, lustrzanej posadzce, nie pamięta już niczego z tego, co śniło mu się tego dnia. Niczego poza ciemnością, zwiniętą w oku małego gada...
Wstaję i modlę się przez chwilę w tamtym pokoju. Potem regeneruję ranę (palę 5 PK) i biorę prysznic. Sprawdzam informacje odnośnie odbioru zaopatrzenia (powinienem dostać SMS a jeśli nie, to dzwonię sam). Robię obchód domu. Jeśli wszystko jest w porządku, wracam do sanktuarium by omówić z dalsze działania z pozostałymi członkami drużyny.
Ostatnio zmieniony 02 listopada 2015, 23:27 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Nie chcecie grać jak MG na wakacjach. Trudno będę grał sam.
Pora skrócić dystans z Victorią, niech nas w końcu coś łączy, choćby to miały być tylko zwykłe stalowe nożyce.
Po przebudzeniu Horacy zrobił coś czego nie uczynił już od bardzo dawna. Mimo, iż głód intensywnie zaczął dawać mu o sobie znać to pierwszą rzeczą jaką zrobił po pobudce był bieg do łazienki. Gdy do niej dotarł zabarykadował się w środku po czym zdjął wszystkie łachy jakie nosił i dokładnie przyjrzał się sobie w lustrze. Pierwszy raz od dawna odsłonił całe ciało, i stwierdził że bardziej przypominało potwora niż człowieka. Martwa, trupio blada cera, łysa czaszka, szpiczaste uszy i wiecznie wysunięte, długie proste kły. Stał zachwycony swoimi aktualnym image. Pora skrócić dystans z Victorią, niech nas w końcu coś łączy, choćby to miały być tylko zwykłe stalowe nożyce.
Dzięki niezwykłemu ugryzieniu starej kobiety, powrócił wygląd Nosferatu, który posiadł w momencie przemiany. Rzecz niesamowita, odzyskał oko oraz wargi, których wyglądu już nawet nie pamiętał. Wyglądało tez na to, że wszelkie inne blizny i znaki struposzenia na jego ciele, również zniknęły bezpowrotnie. Co więcej, nie znalazł śladu wijących się robaków, które od czasu do czasu miały przykrą tendencję do gnieżdżenia się w jego wysuszonym ciele. Przyznał z całą pewnością, że proces rozkładu jaki od dziesiątek lat trawił jego trupie ciało nie tylko został zatrzymany ale nawet cofnięty. Stał więc oniemiały, dotykając przez dłuższą chwilę poszczególnych części swej odzyskanej twarzy. Wprost nie mógł w to wszystko uwierzyć i wydawało mu się, że nadal jeszcze śni w swej krypcie a za chwilę przyjdzie mu się obudzić z tego wspaniałego snu. Był jednak świecie jak najbardziej realnym, przypomniał mu o tym po raz kolejny wieczny głód. Zatem oto w końcu się ziściła, rzecz o którą się modlił i błagał przez tak okrutnie długi czas. Nie potrafił się powstrzymać. Przez chwilę po jego policzkach popłynęły krwawe łzy szczęścia. Otarł je szybko wierzchem długoplaczastej drżącej dłoni, nie lubił okazywać takich słabości. Jednak był cholernie szczęśliwy.
No ślicznoto, teraz wszystko się zmieni. Masz pieniądze, siłę i nieśmiertelne piękno, to teraz pora na darmowy seks... - Nie wiadomo czemu jego myśli, w kształcie mało wyszukanym, pomknęły w kierunku Furii. - Jejku, już nawet nie pamiętam jak się pompuje krew w tamte rejony. Spokojnie, najpierw kąpiel Horacy. Jeśli nic się nie zmieniło przez ostatnie stulecia to One lubią raczej tych czystych facetów, niż normalnych.
Nalał wody i na wszelki wypadek wlał więcej zimnej, ponieważ uważał że ta bardzo gorąca szkodzi PH jego delikatnej cerze. Wkrótce z łazienki dobiegł mało subtelny "sznapsbaryton" Horacego który brał kąpiel i śpiewał, jeśli można to tak nazwać...
(Podkład muzyczny tutaj) https://www.youtube.com/watch?v=DgwJQj2E6So
[center]Well I woke up this morning with the cold water
With the cold water, with the cold water
Woke up this morning with the cold water
With the cold water, with the cold
Well I slept in the graveyard it was cool and still
Cool and still, it was cool and still
Slept in the graveyard it was cool and still
Cool and still and it was cool
Slept all night in a Cedar grove
I was born to ramble, born to rove
Some men are searchin for the Holy Grail
But there ain't nothin sweeter than ridin the rail[/center]
Szorując się, nie swoją zresztą gąbką, pierwszy raz chyba od tysięcy nocy nie bał się, że poodpadają mu przy tej czynności kawałki ciała. Po chwili cały ociekający wyczłapał z wanny, zostawiając za sobą iście apokaliptyczny obraz. W całym dusznym od pary pomieszczeniu śmierdziało, jakby ktoś z lubością rozlał zawartość sedesu po całej łazience. Zachlapana podłoga bardziej przypominała "pomieszczenie wstępnej obróbki miejskiej oczyszczalni ścieków" niż łazienkę zacnego domu. Leżał też na niej porzucony byle jak i brązowy od kanalizacyjnego brudu ręcznik. Najgorzej jednak prezentowała się wanna, której bakelitową biel pięknie przecinała gruba czarna krech znacząca poziom wody podczas kąpieli. Co więcej mimo, iż Nosferatu wyjął z ścieku zatyczkę to pewna ilość obleśniej oleistej substancji okazała się zbyt oporna by opuścić wannę i na amen zatkała odpływ. Spora ilość czarnej brei stała więc bezczelnie w wannie, swobodnie parując zapachem z najgłębszych czeluści kanałów.
Tymczasem nagi Horacy przyglądał się swoim pazurzastym stópkom, które zbyt wyraźnie wyprzedzały duże i zakrzywiające się w dół paznokcie. Po chwili namysłu jął je przycinać dużymi nożyczkami, zapewne do włosów, pozostawionymi tutaj w bardzo niefrasobliwy sposób przez Victorię lub jej służkę. Kawałki paznokci strzelały po każdym cięciu i losową trajektorią lotu lądowały w różnych częściach łazienki. Horacy przyznał w duchu, że było to jednak wysiłkowe zadanie i nawet korzystając z dyscypliny potencji trudno mu było poradzić sobie z przycinaniem pożółkłych paznokci. Obarczył winą nożyczki Victorii. Głęboko poirytowany straszną tępotą narzędzia, postanowił przerwać zabieg po pierwszej stopie i porzucił nożyczki na podłogę tuż obok zmiętolonego ręcznika.
Dobra, jedna wystarczy. Najlepszy do tego byłby ogrodowy sekator, ale nie chce mi się go szukać. Bez przesady i tak wyglądam prawie jak jakiś Toreador. Nie będzie trudno wkupić się w łaski pięknej damy...
Odryglował drzwi do łazienki wypuszczając cały zgromadzony tam zaduch na domostwo. Po czym zupełnie nagi przemknął przez główny korytarz domostwa. Za osłonę najbardziej intymnej części ciała miał jedynie porcelanową maskę, którą zwykł nosić założoną w zupełnie inny sposób. Wykorzystując moc niewidzialności, miał nadzieję znaleźć nieco pasujących ubrań gdzieś w domu nim ktoś się na niego natknie. Łazienka była wolna.
Może to nie jest mój najlepszy posta ale na pewno bawiłem się przy nim lepiej niż dobrze 
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Wszedł do kuchni i niemal od razu poczuł na sobie skupione spojrzenia dwóch siedzących tam śmiertelników. Chyba przerwał im jakąś rozmowę. Niespecjalnie go to obchodziło. W powietrzu unosił się silny zapach kawy. Zignorował kobietę i zwrócił się do siedzącego przy stole mężczyzny. Miał on na oko 50 lat, a jego krótkie, szpakowate włosy przystrzyżone były po wojskowemu. Morderca zlustrował go wzrokiem, napotykając spojrzenie spokojnych, szarych oczu. Odezwał się:
- Masa' al-khayr* Jestem szefem ochrony, więc wolałbym żebyśmy współpracowali.
- Oczywiście, sierżant Lucas Spark - przedstawił się mężczyzna wstając. - Jestem osobistym ochroniarzem pani Victorii.
- Namtar Sharur, z Klanu Łowców - odwzajemnił się Morderca. Uścisk dłoni tamtego był krzepki, mimo wieku. - Wiem kim jesteś. Dlatego jeszcze żyjesz. - uśmiechnął się lekko. Ghul chyba jednak nie pojął dowcipu. Trudno.
- Chce ci zadać kilka pytań - dorzucił.
- Rozumiem - Lucas skinął głową. - Klan Łowców to Assamici, tak? - zapytał po chwili, tak, jakby układając sobie świeżo zdobyte informacje.
- Na'am - Łowca skinłą głową, ale nie rozwinął jednak tego tematu. - Kto cię szkolił? - zapytał.
- Jestem byłym wojskowym, weteranem można powiedzieć... - ghul nie dodał nic więcej i Namtar zanotował sobie ten fakt w pamięci.
- Jakiej broni używasz?
- Znam się dobrze na broni palnej i zabezpieczeniach. Małe kalibry w tej chwili, ale wiem jak używać innych...
Metnaak** niekonkretny facet - pomyślał Morderca. Nie lubi mówić o swojej karierze wojskowej. Nie umie opisać własnej givery... Ayaar*** lub nie ma nic do powiedzenia... Coos okt al laglesh,**** nie będzie z niego wielkiego pożytku. Może poza pilnowaniem domeny...
- Pokaż mi swoją broń - polecił.
Mężczyzna z lekkim wahaniem sięgnął do kabury i podał mu glocka 20, kaliber 10 mm. Namtar skrzywił się w myślach. Ten wybór nie zrobił na nim najlepszego wrażenia. Świadczył o kiepskiej wyobraźni.
- Masz doświadczenie w walce z Wampirami? - zapytał, oglądając pistolet. Wyjął magazynek i sprawdził jego zawartość: 15 naboi 10 mm FBI. Ten typ pozwalał nieco zmniejszyć odrzut przy wystrzale, nadal jednak był zbyt nieefektywny, jak na jego gust. Oczywiście Potencja pozwalała z pewnością częściowo nad tym zapanować, lecz w oczach Assamity było to wciąż mało eleganckie rozwiązanie.
- Z wampirami niekoniecznie... - odezwał się ghul. - Jak dotąd nie było takiej potrzeby.
Namtar zaklął paskudnie w myślach, obdarzając barwnymi epitetami Victorię i cały jej Klan. Nie zmienił jednak wyrazu twarzy. Pokiwał jedynie głową. Mężczyzna spojrzał na niego wyczekująco.
- Zabiłeś już kogoś? - zapytał po chwili Morderca przekrzywiając lekko głowę.
- Już mówiłem - odparł tamten. - Jestem weteranem.
- Podobało ci się to?
Mężczyzna spojrzał na niego z niejakim zaskoczeniem, które postarał się szybko ukryć. Uśmiech Mordercy mógłby w tym momencie ostrzyć żyletki. Lucas popatrzył na obecną w kuchni kobietę, jakby oczekując jej wsparcia. Ona jednak zachowała milczenie. Były żołnierz spojrzał więc znów na Assamitę.
- Nie myślałem o tym w ten sposób - odezwał się po chwili, odzyskując panowanie nad sobą. - Po prostu wykonywałem swoje obowiązki. Taka jest wojna...
Morderca zaśmiał się cicho. Nie był to przyjemny dźwięk.
- Nie przejmuj się - powiedział, oddając sierżantowi broń. - Jeśli chodzi o wampiry celuj w głowę. Nie zgrywaj bohatera. Staraj się po prostu przeżyć. W normalnej walce i tak nie będziesz miał szans...
Lucas kiwnął sztywno głową i schował pistolet do kabury. Namtar miał wrażenie, że "osobisty ochroniarz pani Victorii" nie czuje się komfortowo w jego towarzystwie. Wyczuwał eteryczną woń strachu i musiał przyznać, że działała ona na niego niczym narkotyk. Przywołał sie do porządku, powtarzając sobie w myślach, iż nie powinien psuć ghuli osób z koterii Atra-hasisa... No, przynajmniej nie od razu...
- Zajmij się ochroną posesji - polecił. - Rób obchód co półtorej godziny. Jeśli coś się stanie w dzień, chce mieć wyczerpujący raport na ten temat jak tylko wstanę. Możesz go zostawić na kominku w bibliotece na górze. Jeśli zobaczysz w okolicy gościa w kurtce Wings of Death, nie musisz się tym przejmować. To wszystko co mam ci do powiedzenia.
Lucas pokiwał głową. Z ulgą. Chyba także czekał na koniec tej rozmowy.
- Zrozumiałem - powiedział. - Zastosuję się do tego.
- Jayed.***** - odparł krótko Namtar, po czym odwrócił się i wyszedł z kuchni.
Skierował się na górę, do pokoju rytualnego. Przechodząc przez hol na pierwszym piętrze, wpadł niemal na Horacego, spieszącego gdzieś najwyraźniej. Obaj nieumarli zamarli w progu, stojąc naprzeciw siebie. Assamita zaskoczony tym, co właśnie ujrzał, Nosferatu zaś zbity nieco z tropu spostrzeżeniem, iż Łowca najwyraźniej go widzi. Na twarzy Mordercy pojawił się przez mgnienie wyraz lekkiego szoku, który jednak został szybko przykryty maską jego zwykłej, profesjonalnej obojętności. Mimo to, Horacy miał wrażenie, że żadne szkolenie nie przygotowało Assamity na widok nagiego Nosferatu, przykrywającego swe przyrodzenie porcelanową maską.
- Dom jest czysty - powiedział Morderca. - Będę w Sanktuarium.
Odwrócił się i odszedł dziwnie szybkim krokiem. Nosferatu nie mógł oprzeć się myśli, że normy estetyczne Mordercy zostały właśnie poddane nad wyraz ciężkiej próbie.
* arab. Dobry wieczór.
** arab. Kurewsko.
*** arab. Nieszczery
**** arab. Pieprzyć to
***** arab. Dobrze.
- Masa' al-khayr* Jestem szefem ochrony, więc wolałbym żebyśmy współpracowali.
- Oczywiście, sierżant Lucas Spark - przedstawił się mężczyzna wstając. - Jestem osobistym ochroniarzem pani Victorii.
- Namtar Sharur, z Klanu Łowców - odwzajemnił się Morderca. Uścisk dłoni tamtego był krzepki, mimo wieku. - Wiem kim jesteś. Dlatego jeszcze żyjesz. - uśmiechnął się lekko. Ghul chyba jednak nie pojął dowcipu. Trudno.
- Chce ci zadać kilka pytań - dorzucił.
- Rozumiem - Lucas skinął głową. - Klan Łowców to Assamici, tak? - zapytał po chwili, tak, jakby układając sobie świeżo zdobyte informacje.
- Na'am - Łowca skinłą głową, ale nie rozwinął jednak tego tematu. - Kto cię szkolił? - zapytał.
- Jestem byłym wojskowym, weteranem można powiedzieć... - ghul nie dodał nic więcej i Namtar zanotował sobie ten fakt w pamięci.
- Jakiej broni używasz?
- Znam się dobrze na broni palnej i zabezpieczeniach. Małe kalibry w tej chwili, ale wiem jak używać innych...
Metnaak** niekonkretny facet - pomyślał Morderca. Nie lubi mówić o swojej karierze wojskowej. Nie umie opisać własnej givery... Ayaar*** lub nie ma nic do powiedzenia... Coos okt al laglesh,**** nie będzie z niego wielkiego pożytku. Może poza pilnowaniem domeny...
- Pokaż mi swoją broń - polecił.
Mężczyzna z lekkim wahaniem sięgnął do kabury i podał mu glocka 20, kaliber 10 mm. Namtar skrzywił się w myślach. Ten wybór nie zrobił na nim najlepszego wrażenia. Świadczył o kiepskiej wyobraźni.
- Masz doświadczenie w walce z Wampirami? - zapytał, oglądając pistolet. Wyjął magazynek i sprawdził jego zawartość: 15 naboi 10 mm FBI. Ten typ pozwalał nieco zmniejszyć odrzut przy wystrzale, nadal jednak był zbyt nieefektywny, jak na jego gust. Oczywiście Potencja pozwalała z pewnością częściowo nad tym zapanować, lecz w oczach Assamity było to wciąż mało eleganckie rozwiązanie.
- Z wampirami niekoniecznie... - odezwał się ghul. - Jak dotąd nie było takiej potrzeby.
Namtar zaklął paskudnie w myślach, obdarzając barwnymi epitetami Victorię i cały jej Klan. Nie zmienił jednak wyrazu twarzy. Pokiwał jedynie głową. Mężczyzna spojrzał na niego wyczekująco.
- Zabiłeś już kogoś? - zapytał po chwili Morderca przekrzywiając lekko głowę.
- Już mówiłem - odparł tamten. - Jestem weteranem.
- Podobało ci się to?
Mężczyzna spojrzał na niego z niejakim zaskoczeniem, które postarał się szybko ukryć. Uśmiech Mordercy mógłby w tym momencie ostrzyć żyletki. Lucas popatrzył na obecną w kuchni kobietę, jakby oczekując jej wsparcia. Ona jednak zachowała milczenie. Były żołnierz spojrzał więc znów na Assamitę.
- Nie myślałem o tym w ten sposób - odezwał się po chwili, odzyskując panowanie nad sobą. - Po prostu wykonywałem swoje obowiązki. Taka jest wojna...
Morderca zaśmiał się cicho. Nie był to przyjemny dźwięk.
- Nie przejmuj się - powiedział, oddając sierżantowi broń. - Jeśli chodzi o wampiry celuj w głowę. Nie zgrywaj bohatera. Staraj się po prostu przeżyć. W normalnej walce i tak nie będziesz miał szans...
Lucas kiwnął sztywno głową i schował pistolet do kabury. Namtar miał wrażenie, że "osobisty ochroniarz pani Victorii" nie czuje się komfortowo w jego towarzystwie. Wyczuwał eteryczną woń strachu i musiał przyznać, że działała ona na niego niczym narkotyk. Przywołał sie do porządku, powtarzając sobie w myślach, iż nie powinien psuć ghuli osób z koterii Atra-hasisa... No, przynajmniej nie od razu...
- Zajmij się ochroną posesji - polecił. - Rób obchód co półtorej godziny. Jeśli coś się stanie w dzień, chce mieć wyczerpujący raport na ten temat jak tylko wstanę. Możesz go zostawić na kominku w bibliotece na górze. Jeśli zobaczysz w okolicy gościa w kurtce Wings of Death, nie musisz się tym przejmować. To wszystko co mam ci do powiedzenia.
Lucas pokiwał głową. Z ulgą. Chyba także czekał na koniec tej rozmowy.
- Zrozumiałem - powiedział. - Zastosuję się do tego.
- Jayed.***** - odparł krótko Namtar, po czym odwrócił się i wyszedł z kuchni.
Skierował się na górę, do pokoju rytualnego. Przechodząc przez hol na pierwszym piętrze, wpadł niemal na Horacego, spieszącego gdzieś najwyraźniej. Obaj nieumarli zamarli w progu, stojąc naprzeciw siebie. Assamita zaskoczony tym, co właśnie ujrzał, Nosferatu zaś zbity nieco z tropu spostrzeżeniem, iż Łowca najwyraźniej go widzi. Na twarzy Mordercy pojawił się przez mgnienie wyraz lekkiego szoku, który jednak został szybko przykryty maską jego zwykłej, profesjonalnej obojętności. Mimo to, Horacy miał wrażenie, że żadne szkolenie nie przygotowało Assamity na widok nagiego Nosferatu, przykrywającego swe przyrodzenie porcelanową maską.
- Dom jest czysty - powiedział Morderca. - Będę w Sanktuarium.
Odwrócił się i odszedł dziwnie szybkim krokiem. Nosferatu nie mógł oprzeć się myśli, że normy estetyczne Mordercy zostały właśnie poddane nad wyraz ciężkiej próbie.
* arab. Dobry wieczór.
** arab. Kurewsko.
*** arab. Nieszczery
**** arab. Pieprzyć to
***** arab. Dobrze.
Ostatnio zmieniony 29 maja 2015, 15:27 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Gavin leżał w trumnie. Był zdenerwowany i zmęczony. Rzeczy wyraźnie go przerastały, chciał odejść w ciemność, zostać sam. Nie mógł. Koteria kontynuowała swoje dysputy, niektóre jej punkty dotyczyły też wybitnie niezainteresowanego.
- Co do ciebie Gavin, wytłumacz mi proszę kilka kwestii. Jesteś złodziejem i jak sądzę bardzo dobrym. Czemu więc w trakcie akcji w terenie, jak na przykład na tym cmentarzu, nie poczuwasz się do tego, by choć współpracować z Namtarem (...)
Ty zapatrzona w siebie, egoistyczna łajzo. Pijesz teraz wybielacz w takich ilościach ze niedługo będziesz rzeźbą z białego marmuru. Myślisz że nikt nie widzi z jaką wbitą miauczysz do tego mordercy? Czy Twoje Ego jest tak wielkie że myślisz że jesteś czymś więcej niż chodzącą porcją krwii? Nie znasz strachu nocy, nie wiesz czego wymagasz.
Gavin był wzburzony, jednak instynkt samozachowawczy wygrał po raz kolejny. Zachował więc milczenie, wiedząc że gniew nie jest dobrym doradcą, a wielu jego braci już zgubił. W końcu odszedł w słodką nieświadomość, odprowadzany przez dźwięki drapania przy sarkofagu.
Nareszcie chwila wytchnienia...
[center]***
[/center]
Sen był ciężki. Cygan w wielkim tunelu, zbudowanym z setek tysięcy sznurków, sznurów i lin. Różnych barw i kolorów. Liny wirowały, jakby ktoś zaklą w nie życie, a gdy dwie z nich spotykały się, zmieniały swoje barwy. W dotyku zaś były bardzo szorstkie i raniły skóre.
Podążał ścieżką stworzoną przez odcień którego wcześniej nie znał, nie rozumiejąc jednocześnie dlaczego tak czyni. Pod dotykiem jego dłoni sznury zmieniały barwę, utrudniając podróż, łudząc percepcje fałszywymi odnóżami. Przyprawiając o wątpliwości.
Podróż trwała długo, aż w końcu doszedł do miejsca gdzie miał nastać jej kres. Ravnos zaczął pleść gobelin. Nigdy nie zaplatał niczego, ale w świecie snów wszystko było możliwe. Wszystko było realne. Zaplatał wzór godzinami, a gdy skończył, jego oczom ukazało się wyjście.
[center]
[/center]
Spojrzał jeszcze za siebie, a słowa wypowiedziane jego głosem brzmiały tak wewnątrz jak i na zewnątrz jego istnienia.
- Oto widzę strach i lęk, ból i uprzedzenie, smutek i odrzucenie. Oto widzę pokutę którą sam sobie nałożyłem, oto widzę kłamstwa którymi sam siebie karmiłem. Pył nie wiąże już mych rąk. Nigdy więcej.
[center]***[/center]
W momencie przejścia przez bramę, Gavin obudził się. Po przebudzeniu chwile jeszcze siedział w Sanktuarium, rozważając ostatnie kilka nocy. Na jego twarzy wykwitł ciepły uśmiech.
Przeżyć tyle na wariackich papierach, to lepiej niż wygrać na loterii. W sumie Ojczulek miał racje, każdy z nas ma tu swoje miejsce, więc po co próbowałem wpływać na innych? Taniec, taniec, taniec...
Wtedy do sanktuarium wszedł Namtar, jak zwykle z brakiem emocji na twarzy i chłodną aurą racjonalistycznego psychopaty za plecami.
- W sumie mam u ciebie dług do spłacenia. - Wyskoczył jak Filip z konopii Ravnos. Namtar przystaną na chwile, wyuczony doświadczeniem poprzednich konwersacji postanowił taktycznie odczekać, aż pojawi się więcej informacji.
- Zapłaciłeś za nas krwią za krzywdę uczynioną krewniakowi Garou, czy mogę jakoś spłacić swój dług? - Pytanie zawisło w powietrzu. Ravnos oczekiwał na odpowiedź. Po chwili Assamita wyciągną pustą fiolke na krew.
- Min faDlik* - Powiedział beznamiętnym jak zwykle głosem.
- Dziekuję - Powiedział Cygan, po czym skierował się do wyjścia z sanktuarium. Wiedział że w domu są nowi goście, postanowił się z nimi przywitać.
**Arb. Dziękuje
- Co do ciebie Gavin, wytłumacz mi proszę kilka kwestii. Jesteś złodziejem i jak sądzę bardzo dobrym. Czemu więc w trakcie akcji w terenie, jak na przykład na tym cmentarzu, nie poczuwasz się do tego, by choć współpracować z Namtarem (...)
Ty zapatrzona w siebie, egoistyczna łajzo. Pijesz teraz wybielacz w takich ilościach ze niedługo będziesz rzeźbą z białego marmuru. Myślisz że nikt nie widzi z jaką wbitą miauczysz do tego mordercy? Czy Twoje Ego jest tak wielkie że myślisz że jesteś czymś więcej niż chodzącą porcją krwii? Nie znasz strachu nocy, nie wiesz czego wymagasz.
Gavin był wzburzony, jednak instynkt samozachowawczy wygrał po raz kolejny. Zachował więc milczenie, wiedząc że gniew nie jest dobrym doradcą, a wielu jego braci już zgubił. W końcu odszedł w słodką nieświadomość, odprowadzany przez dźwięki drapania przy sarkofagu.
Nareszcie chwila wytchnienia...
[center]***
[/center]
Sen był ciężki. Cygan w wielkim tunelu, zbudowanym z setek tysięcy sznurków, sznurów i lin. Różnych barw i kolorów. Liny wirowały, jakby ktoś zaklą w nie życie, a gdy dwie z nich spotykały się, zmieniały swoje barwy. W dotyku zaś były bardzo szorstkie i raniły skóre.
Podążał ścieżką stworzoną przez odcień którego wcześniej nie znał, nie rozumiejąc jednocześnie dlaczego tak czyni. Pod dotykiem jego dłoni sznury zmieniały barwę, utrudniając podróż, łudząc percepcje fałszywymi odnóżami. Przyprawiając o wątpliwości.
Podróż trwała długo, aż w końcu doszedł do miejsca gdzie miał nastać jej kres. Ravnos zaczął pleść gobelin. Nigdy nie zaplatał niczego, ale w świecie snów wszystko było możliwe. Wszystko było realne. Zaplatał wzór godzinami, a gdy skończył, jego oczom ukazało się wyjście.
[center]
[/center]Spojrzał jeszcze za siebie, a słowa wypowiedziane jego głosem brzmiały tak wewnątrz jak i na zewnątrz jego istnienia.
- Oto widzę strach i lęk, ból i uprzedzenie, smutek i odrzucenie. Oto widzę pokutę którą sam sobie nałożyłem, oto widzę kłamstwa którymi sam siebie karmiłem. Pył nie wiąże już mych rąk. Nigdy więcej.
[center]***[/center]
W momencie przejścia przez bramę, Gavin obudził się. Po przebudzeniu chwile jeszcze siedział w Sanktuarium, rozważając ostatnie kilka nocy. Na jego twarzy wykwitł ciepły uśmiech.
Przeżyć tyle na wariackich papierach, to lepiej niż wygrać na loterii. W sumie Ojczulek miał racje, każdy z nas ma tu swoje miejsce, więc po co próbowałem wpływać na innych? Taniec, taniec, taniec...
Wtedy do sanktuarium wszedł Namtar, jak zwykle z brakiem emocji na twarzy i chłodną aurą racjonalistycznego psychopaty za plecami.
- W sumie mam u ciebie dług do spłacenia. - Wyskoczył jak Filip z konopii Ravnos. Namtar przystaną na chwile, wyuczony doświadczeniem poprzednich konwersacji postanowił taktycznie odczekać, aż pojawi się więcej informacji.
- Zapłaciłeś za nas krwią za krzywdę uczynioną krewniakowi Garou, czy mogę jakoś spłacić swój dług? - Pytanie zawisło w powietrzu. Ravnos oczekiwał na odpowiedź. Po chwili Assamita wyciągną pustą fiolke na krew.
- Min faDlik* - Powiedział beznamiętnym jak zwykle głosem.
Napełniam fiolke jednym punktem krwii, po czym podaje ją Łowcy.
- Shokran**, spłaciłeś swój dług.- Dziekuję - Powiedział Cygan, po czym skierował się do wyjścia z sanktuarium. Wiedział że w domu są nowi goście, postanowił się z nimi przywitać.
Gdy znajdę ghouli Victorii, przywitam się z nimi używając etykiety. Podam swoje imię i nazwisko i mam nadzieje że odwdzięczą się tym samym. Staram się nawiązać kulturalną rozmowę.
*Arb. Proszę**Arb. Dziękuje
Ostatnio zmieniony 29 maja 2015, 18:15 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 10.08.1993 Po przebudzeniu
Po ubraniu się w koszulę, czarny długi płaszcz oraz detektywistyczny kapelusz, Horacy przejrzał otrzymane informacje na ciężkim, ceglanym telefonie z masywną udaroodporna klapą:
Tu Jasper, dzwoniłeś wczoraj. Będziesz w Point Pleasant to zadzwoń i dogadamy miejsce spotkania.
Przez chwilę zawahał się kiedy mignął mu kontakt do Rustego.
Mam mocno mieszane uczucia co do tego wszystkiego. Trzy noce to zbyt mało by związać się emocjonalnie, jednak wydają mi się bardziej szczerzy niż to całe zakłamane miasto...
Horacy obracał w osobliwie długich palcach telefon wpatrując się w blask monitora.
Wiesz Rusty, problem w tym, że nie bardzo wierzę primogenowi Brujah. Czy aby tak jest jak twierdzi że Klaus jest jego kretem, czy może łącznikiem i pośrednikiem w kontaktach.
Obracana komórka zatrzymała się na moment, i przygasła. Palec uruchomił wyświetlacz i urządzenie ruszyło ponownie pobłyskując pomiędzy sprawnymi palcami.
Nie dacie nam spokoju jak się nie odezwę, prawda?. Zaraz przykleicie nam ogon, a może nawet już go mamy. Jeśli z kolei teraz nakarmię was kłamstwami a któryś z was je sprawdzi, to też nie dobrze. Najlepiej byłoby zatem uśpić czujność.
Ruch komórki ustał. Powoli jego palce Horacego wędrowały po klawiaturze kiedy z namysłem stukał litery w wiadomości do Primogena Nosferatu.
Byliśmy na cmentarzu skąd świr zabrał swoje rzeczy. Idziemy tropem złodzieja, który okradł dom Red Wisdoma ale odfrunął. Póki nie dowiemy się gdzie, zapewne poszukamy informacji o Spiro. Wariat bardzo przeżył jego śmierć a ma spory wpływ na decyzje koterii. Ja też główkuje jakim cudem Baali był serdecznym gościem nieświadomych(!?) Ventrue.
[center] ***[/center]
Gdy Victoria tylko opuściła Sanktuarium, natychmiast obok niej pojawił się jej cienisty serwitor. Lasombra nawiązała kontakt z swoim sługą uzyskując informację na temat Klausa i Sabatu. Nie otrzymała żadnych rozmów i słów, lecz pojawiły się obrazy i emocje:
Klaus bardzo dużo się przemieszczał wczorajszej nocy. Odwiedził miasto Point Pleasant razem z grupą innych sobie podobnych. Kręcili się blisko jednego z Kościołów, ale nie weszli do środka. Ja też nie mogłem tam wejść. Pojechali jeszcze przeszukać jeden dom, który był kompletnie pusty. Szukali czegoś, po czym zabrali jakieś papiery. Później powrócili do Charleston, ale wcześniej spotkali się z inna grupą i wymienili się z tym co wynieśli z domu w Point Pleasant. W Charleston udali się do swojej kryjówki, gdzie wypili wspólnie krew i poszli spać.
[center]***[/center]
Gavin siadł wygodnie w fotelu i odpalił laptopa. Miał nadzieję, że jego kontakty zdobędą jakieś informacje. Oczy Ravnosa po uruchomieniu systemu operacyjnego ujrzały jedną nieprzeczytaną wiadomość email.
Od: Vito & Devil Company
Witaj Gavinie!
Meteoryt o którym wspominałeś faktycznie będzie przelatywał blisko ziemi. Niestety nie da się go obserwować bez odpowiedniego sprzętu. Najbliżej ziemi będzie za sześć dni. Podobno ekipa z NASA jest trochę podenerwowana sytuacją i muszą przestawić satelity, by uniknąć zderzenia.
Co do lotniska i tego samolotu to zawsze miałeś nosa do dobrych interesów. Samolot oznaczony numerem F-BUBN rozbił się na granicy stanu. Wpadł prosto do rzeki Tug Fork obok miasteczka Kermit. Ludzie pokradli co się dało, bo sporo drogiej biżuterii było na dnie rzeki. Ciała nie znaleźli. Mówili o tym w wiadomościach, bo wczorajszej nocy było trochę wypadków. Telewizja podłapała temat, bo wszystkie wydarzyły się na granicy stanu WV. Na południu w Bluefield ok 3 w nocy zrobił się potworny karambol. Jeden z TIR'ów zjechał na drugi pas i zderzył się czołowo z transportowcem przewożącym nowiuteńkie Chevrolety do salonu w Charleston. Bałagan był taki, że sprzątali to kilkanaście godzin. Niedaleko Point Pleasant, dokładnie na granicy Virgini i Kentucky znaleziono grupę powieszonych na drzewach ludzi. W telewizji mówią o masowym samobójstwie, ale jak dla mnie to grubsza sprawa. Policja nie udziela żadnych informacji, a na dodatek Człowiek Ćma powrócił. Na komisariacie były trzy podobne zgłoszenia.
W hotelach o które pytałeś nic nie znalazłem. Zero śladów.
Wpadnij do naszej firmy to pogadamy. Ostatnio krótkofalówki gorzej działają, ale tutaj to normalne. Zapłata w gotówce.
Pozdrawiam
Rob Doller $$$
[center]***[/center]
Frater Terry postanowił przyjrzeć się zegarowi zagłady. Musiał koniecznie zobaczyć w jakim miejscu jest wskazówka. Gdy ujrzał tarczę stał przez chwilę jak wryty, nie wierząc w to co widzi. Wskazówka bowiem przesunęła się o kolejna minutę bliżej północy.
[center]***[/center]
Namtar po otrzymaniu fiolki z krwią Ravnosa spojrzał na swój telefon. Miał jednego nie odczytanego SMS'a:
Mam broń i krew jak prosiłeś. Czekam na parkingu.
Po ubraniu się w koszulę, czarny długi płaszcz oraz detektywistyczny kapelusz, Horacy przejrzał otrzymane informacje na ciężkim, ceglanym telefonie z masywną udaroodporna klapą:
Tu Jasper, dzwoniłeś wczoraj. Będziesz w Point Pleasant to zadzwoń i dogadamy miejsce spotkania.
Przez chwilę zawahał się kiedy mignął mu kontakt do Rustego.
Mam mocno mieszane uczucia co do tego wszystkiego. Trzy noce to zbyt mało by związać się emocjonalnie, jednak wydają mi się bardziej szczerzy niż to całe zakłamane miasto...
Horacy obracał w osobliwie długich palcach telefon wpatrując się w blask monitora.
Wiesz Rusty, problem w tym, że nie bardzo wierzę primogenowi Brujah. Czy aby tak jest jak twierdzi że Klaus jest jego kretem, czy może łącznikiem i pośrednikiem w kontaktach.
Obracana komórka zatrzymała się na moment, i przygasła. Palec uruchomił wyświetlacz i urządzenie ruszyło ponownie pobłyskując pomiędzy sprawnymi palcami.
Nie dacie nam spokoju jak się nie odezwę, prawda?. Zaraz przykleicie nam ogon, a może nawet już go mamy. Jeśli z kolei teraz nakarmię was kłamstwami a któryś z was je sprawdzi, to też nie dobrze. Najlepiej byłoby zatem uśpić czujność.
Ruch komórki ustał. Powoli jego palce Horacego wędrowały po klawiaturze kiedy z namysłem stukał litery w wiadomości do Primogena Nosferatu.
Byliśmy na cmentarzu skąd świr zabrał swoje rzeczy. Idziemy tropem złodzieja, który okradł dom Red Wisdoma ale odfrunął. Póki nie dowiemy się gdzie, zapewne poszukamy informacji o Spiro. Wariat bardzo przeżył jego śmierć a ma spory wpływ na decyzje koterii. Ja też główkuje jakim cudem Baali był serdecznym gościem nieświadomych(!?) Ventrue.
[center] ***[/center]
Gdy Victoria tylko opuściła Sanktuarium, natychmiast obok niej pojawił się jej cienisty serwitor. Lasombra nawiązała kontakt z swoim sługą uzyskując informację na temat Klausa i Sabatu. Nie otrzymała żadnych rozmów i słów, lecz pojawiły się obrazy i emocje:
Klaus bardzo dużo się przemieszczał wczorajszej nocy. Odwiedził miasto Point Pleasant razem z grupą innych sobie podobnych. Kręcili się blisko jednego z Kościołów, ale nie weszli do środka. Ja też nie mogłem tam wejść. Pojechali jeszcze przeszukać jeden dom, który był kompletnie pusty. Szukali czegoś, po czym zabrali jakieś papiery. Później powrócili do Charleston, ale wcześniej spotkali się z inna grupą i wymienili się z tym co wynieśli z domu w Point Pleasant. W Charleston udali się do swojej kryjówki, gdzie wypili wspólnie krew i poszli spać.
[center]***[/center]
Gavin siadł wygodnie w fotelu i odpalił laptopa. Miał nadzieję, że jego kontakty zdobędą jakieś informacje. Oczy Ravnosa po uruchomieniu systemu operacyjnego ujrzały jedną nieprzeczytaną wiadomość email.
Od: Vito & Devil Company
Witaj Gavinie!
Meteoryt o którym wspominałeś faktycznie będzie przelatywał blisko ziemi. Niestety nie da się go obserwować bez odpowiedniego sprzętu. Najbliżej ziemi będzie za sześć dni. Podobno ekipa z NASA jest trochę podenerwowana sytuacją i muszą przestawić satelity, by uniknąć zderzenia.
Co do lotniska i tego samolotu to zawsze miałeś nosa do dobrych interesów. Samolot oznaczony numerem F-BUBN rozbił się na granicy stanu. Wpadł prosto do rzeki Tug Fork obok miasteczka Kermit. Ludzie pokradli co się dało, bo sporo drogiej biżuterii było na dnie rzeki. Ciała nie znaleźli. Mówili o tym w wiadomościach, bo wczorajszej nocy było trochę wypadków. Telewizja podłapała temat, bo wszystkie wydarzyły się na granicy stanu WV. Na południu w Bluefield ok 3 w nocy zrobił się potworny karambol. Jeden z TIR'ów zjechał na drugi pas i zderzył się czołowo z transportowcem przewożącym nowiuteńkie Chevrolety do salonu w Charleston. Bałagan był taki, że sprzątali to kilkanaście godzin. Niedaleko Point Pleasant, dokładnie na granicy Virgini i Kentucky znaleziono grupę powieszonych na drzewach ludzi. W telewizji mówią o masowym samobójstwie, ale jak dla mnie to grubsza sprawa. Policja nie udziela żadnych informacji, a na dodatek Człowiek Ćma powrócił. Na komisariacie były trzy podobne zgłoszenia.
W hotelach o które pytałeś nic nie znalazłem. Zero śladów.
Wpadnij do naszej firmy to pogadamy. Ostatnio krótkofalówki gorzej działają, ale tutaj to normalne. Zapłata w gotówce.
Pozdrawiam
Rob Doller $$$
[center]***[/center]
Frater Terry postanowił przyjrzeć się zegarowi zagłady. Musiał koniecznie zobaczyć w jakim miejscu jest wskazówka. Gdy ujrzał tarczę stał przez chwilę jak wryty, nie wierząc w to co widzi. Wskazówka bowiem przesunęła się o kolejna minutę bliżej północy.
[center]***[/center]
Namtar po otrzymaniu fiolki z krwią Ravnosa spojrzał na swój telefon. Miał jednego nie odczytanego SMS'a:
Mam broń i krew jak prosiłeś. Czekam na parkingu.
Ostatnio zmieniony 30 maja 2015, 00:14 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 10.08.1993 Godzinę po przebudzeniu
Dla Gavina: Porozmawiałeś z Ghulami Victorii. Polubili cię i szybko zorientujesz się, że spotkanie z Namtarem było dla nich ciężką przeprawą.
Dla Namtara: Ghoul przekazał ci broń oraz krew (dwie fiolki).
Dla Victorii: Wróciłaś z Baltimore i udałaś się od razu do Sanktuarium.
Dla wszystkich: Obecnie jesteście w Sanktuarium. Czekam na dialogi i ustalenia co robicie dalej.
Dla Namtara: Ghoul przekazał ci broń oraz krew (dwie fiolki).
Dla Victorii: Wróciłaś z Baltimore i udałaś się od razu do Sanktuarium.
Dla wszystkich: Obecnie jesteście w Sanktuarium. Czekam na dialogi i ustalenia co robicie dalej.
Ostatnio zmieniony 30 maja 2015, 12:54 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry wstał. Wzburzony końcówką swego snu, zaczął swą wieczorną modlitwę. Prosił w niej o wytrwałość w obliczu pokus. Poczłapał do jednej z kilku łazienek. Wziął długi prysznic, podczas którego starał się nie myśleć o śnionych obrazach. Po jakimś czasie ubrał się i ruszył sprawdzić stojący w salonie Zegar Zagłady. Po drodze usłyszał ciche nawoływanie. Obejrzał się i splótł spojrzenia ze swym znajomym stolikiem do kawy. Podszedł więc i przykucnął przy nim.
- Nie miałem okazji ci jeszcze podziękować. Nie przywykłem do stania w zacienionym kącie, a to co ze mną zrobiła ta wypindrzona lafirynda uważam za chamstwo, prostactwo i brak elementarnego dobrego smaku. Niemniej, pomogłeś mi w chwilach niedoli, za co niniejszym szczerze i serdecznie ci dziękuję. - zaskrzypiał uprzejmie stolik.
- Cieszę się, że mogłem pomóc. Także uważam cię za zbyt pełen klasy mebel, na takie traktowanie. Jeśli jest coś, co jeszcze mógłbym dla ciebie zrobić, daj mi znać.
- Dziękuję, tak jest dobrze. Jestem w wygodnym miejscu, gotowy do użycia. Cóż mógłbym chcieć więcej? - wyskrzypiał, po chwili jednak dodał - No może jakby jednak ktoś ze mnie czasami korzystał...
- Dobrze, zobaczę co da się w tej kwestii zrobić - uśmiechnął się Terry. Wstał i odwrócił się spoglądając na tarczę stojącego niedaleko zegara. Zastygł kiedy jego wzrok zatrzymał się na tarczy. Z niedowierzaniem patrzył na wskazówki wskazujące cztery minuty przed północą.
Jeśli to się będzie dziać w tym tempie, armageddon jest kwestią kilku dni. Ciekawe, czy rozwiązując zagadkę śmierci Czerwonego Mędrca, powstrzymujemy to czy przybliżamy. Muszę powiadomić resztę.
Ruszył w stronę sanktuarium. Wciąż źle się czuł, z powodu swego snu. Część jego stanowiły wspomnienia, od których chciałby uciec, a część mroczne sceny w które nie chciał wierzyć, a których pokusie uległ. I jakoś nie pocieszał go fakt, że to był "tylko sen". Kiedy znalazł się w tajemnej sali, wszyscy już tam byli. Nie czekał, z miejsca zaczął mówić.
- Mroczna Pani, Panowie, możemy mieć problem. Zegar Zagłady wskazuje za cztery minuty północ. Północą ma być koniec świata. Nie wiem czy chodzi tu o ten meteoryt, czy może o coś innego, ale potraktował bym to poważnie. Bo kiedy wczoraj pomogłem Sidonii go wnieść, było sześć minut do północy. Sidonia zaś wspomniała wtedy, że od śmierci Czerwonego mędrca wskazówka ruszyła się o 9 minut. W takim tempie możemy mieć tylko kilka dni. Myślę, że powinniśmy się bardziej skupić na zadaniu i zwyczajnie pospieszyć.
- Nie miałem okazji ci jeszcze podziękować. Nie przywykłem do stania w zacienionym kącie, a to co ze mną zrobiła ta wypindrzona lafirynda uważam za chamstwo, prostactwo i brak elementarnego dobrego smaku. Niemniej, pomogłeś mi w chwilach niedoli, za co niniejszym szczerze i serdecznie ci dziękuję. - zaskrzypiał uprzejmie stolik.
- Cieszę się, że mogłem pomóc. Także uważam cię za zbyt pełen klasy mebel, na takie traktowanie. Jeśli jest coś, co jeszcze mógłbym dla ciebie zrobić, daj mi znać.
- Dziękuję, tak jest dobrze. Jestem w wygodnym miejscu, gotowy do użycia. Cóż mógłbym chcieć więcej? - wyskrzypiał, po chwili jednak dodał - No może jakby jednak ktoś ze mnie czasami korzystał...
- Dobrze, zobaczę co da się w tej kwestii zrobić - uśmiechnął się Terry. Wstał i odwrócił się spoglądając na tarczę stojącego niedaleko zegara. Zastygł kiedy jego wzrok zatrzymał się na tarczy. Z niedowierzaniem patrzył na wskazówki wskazujące cztery minuty przed północą.
Jeśli to się będzie dziać w tym tempie, armageddon jest kwestią kilku dni. Ciekawe, czy rozwiązując zagadkę śmierci Czerwonego Mędrca, powstrzymujemy to czy przybliżamy. Muszę powiadomić resztę.
Ruszył w stronę sanktuarium. Wciąż źle się czuł, z powodu swego snu. Część jego stanowiły wspomnienia, od których chciałby uciec, a część mroczne sceny w które nie chciał wierzyć, a których pokusie uległ. I jakoś nie pocieszał go fakt, że to był "tylko sen". Kiedy znalazł się w tajemnej sali, wszyscy już tam byli. Nie czekał, z miejsca zaczął mówić.
- Mroczna Pani, Panowie, możemy mieć problem. Zegar Zagłady wskazuje za cztery minuty północ. Północą ma być koniec świata. Nie wiem czy chodzi tu o ten meteoryt, czy może o coś innego, ale potraktował bym to poważnie. Bo kiedy wczoraj pomogłem Sidonii go wnieść, było sześć minut do północy. Sidonia zaś wspomniała wtedy, że od śmierci Czerwonego mędrca wskazówka ruszyła się o 9 minut. W takim tempie możemy mieć tylko kilka dni. Myślę, że powinniśmy się bardziej skupić na zadaniu i zwyczajnie pospieszyć.
Ostatnio zmieniony 30 maja 2015, 13:51 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.