Kiedy słowa Mrocznego Jedi ucichły, a on sam zniknął z ich oczu opuszczając sanktuarium, Terry spojrzał na Victorię. Przez chwilę zdawał się zastanawiać nad jej pytaniami, szybko jednak rozmyślania zamienił na słowa.
- Właściwie to co do planu działania zgadzam się w większości z Łowcą. To co mnie zaś niepokoi w jego słowach, to fragment "dajcie mi trzy godziny, a ja zajmę się resztą", w odniesieniu do malarza. Widziałem go wcześniej, kiedy przyprowadził Klausa. A potem kiedy przytrzymał Ozzy'ego. On znajduje rozkosz w cierpieniu, które zadaje. A trzy godziny to czas na naprawdę wiele cierpienia. - zrobił pauzę, znów przetrawiając w głowie informacje. Po chwili się otrząsnął i dodał - No ale dziś już chyba niewiele z tym zrobimy. Wieczorem będzie czas na dalsze rozmowy.
[center]***[/center]
Następnie z czeluści swego bagażu wyszperał stary, wysłużony, ręcznie spisany modlitewnik. Notes pokryty był czarną skórą, spękaną już w wielu miejscach, kartki były pożółkłe i sztywne, z namiastką obietnicy rychłego rozsypania się w pył. Otworzył go ostrożnie, bacząc by luźne już strony nie powypadały. Z namaszczeniem, delikatnie poszukiwał modlitwy którą już tak dawno przygotował sobie na tę okazję. Kiedy trafił już na odpowiednią stronę, zamknął oczy w poszukiwaniu skupienia i bezgłośnie zaczął czytać, pogrążając się w modlitwie.
[center]
Nie na ten tu tylko krótki czas życia na świecie
zawieramy więź ojca i syna,
nie na ten tu tylko krótki czas życia na świecie
zawieramy więź kata i ofiary,
nie on tu zawarty, trwa i za grobem,
przetoć moje westchnienia idą za moim Katem i Ojcem do Ciebie, o Boże!
Aby mu wyjednały przebaczenie i miłosierdzie,
jeżeli się jeszcze zupełnie nie wypłacił Twojej sprawiedliwości.
Nie cieszy mnie wprawdzie jego bluźniercze nieżycie,
prowadzone na przekór praw Twoim świętym,
ani jego pogarda dla religii i cnoty,
ani jego nie sprawiedliwe postępowanie,
Ale jestże jaki człowiek bez wady? jestże kto tak doskonały i tak niewinny,
aby zaraz po zgonie i zejściu z tej ziemi mógł wnijść do Twych przybytków?
Jestże człowiek, któryby jeszcze na drugim świecie nie potrzebował oczyszczenia?
Ach Panie! jeżeli Ci moje prośby, które zanoszę do Ciebie
za zmarłym Stwórcą i Oprawcą są miłe: ach Panie,
spojrzyjże litościwie na łzy i jęki moje,
wśród których błagam Cię za nim,
zgładź jego wszystkie przewinienia i zmazy jeszcze dotąd plamiące duszę jego,
a przez miłosierdzie i zasługi Syna Twego naszego Zbawiciela,
wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie!
a światłość wiekuista niech mu świeci na wieki,
Amen.[/center]
Kiedy skończył, ostrożnie złożył modlitewnik i ponownie obwiązał go wstęgą. Ukrył go starannie i zawiązał swój tobół. Szybko ułożył się w sarkofagu i zasnął rozmyślając nad wydarzeniami kończącej się właśnie nocy.
[center]***[/center]
Było przy północy kiedy usłyszał dzwon klasztorny. Zerwał się z łóżka, szybko narzucając na siebie szaty. Wybiegł ze swej celi, kierując się wprost na gościniec. Dzwon zamilkł po kilku uderzeniach, co tylko wzmożyło jego strach i podejrzliwość.
Padał deszcz. Niezbyt dokuczliwy, krople wody spływające z czarnego nieba były małe, choć na tyle konsekwentne, że po nie długiej chwili zdążyły przemoczyć jego togę. Zanim jednak to się stało, ujrzał podwórze. Mokre i karmazynowe. Dookoła leżało wiele ciał w habitach. Wielu z jego Braci stało wciąż na nogach, jednak żaden z nich nie był sobą. Część z nich tańczyła, niektórzy krzyczeli, inni po prostu stali tam bez słowa. Kiedy zstąpił między nich, szybko zorientował się skąd pochodzi kolor śliskiego podłoża. Przerażony już na tę chwilę, nerwowo zaczął się rozglądać w poszukiwaniu odpowiedzi.
Nie musiał długo szukać. Jego oszalali Bracia zaczęli się rozstępować, tworząc przejście dla Autora tego przedstawienia. Wysoki, łysy mężczyzna o niemal świecących piwnych oczach, pewnym lecz niespiesznym krokiem sunął w jego stronę. Uśmiechał się, a jego spojrzenie wykrzykiwało swój obłęd. Podszedł, i stalowym uściskiem złapał go za ramię.
- Brat Terry, czyż nie? Przejdźmy się mój drogi, chciałbym zamienić z tobą parę słów. - szarpnął go, bezwzględnie prowadząc go w kierunku furmanki ustawionej na środku dziedzińca. Sprawnie nań wskoczył, wciągając go płynnym ruchem za sobą, jak gdyby był workiem puchu. Ustawił go naprzeciw siebie, kładąc dłonie na jego ramionach. Dopiero teraz Terry zorientował się, że skórzane odzienie przybysza skąpane jest w krwi, a jego twarz od niej brudna. Chciał się wyrwać, lecz nie był w stanie uciec z silnego chwytu mężczyzny. Stał więc wraz z samym Diabłem, na wozie, na środku klasztornego dziedzińca. Zebrani dookoła, pozostali jeszcze przy życiu Bracia skupili się bliżej, tworząc widownię dla spektaklu rozgrywającego się na tej dziwnej scenie. Krzyki zamilkły, tańce ustały. Wszyscy zebrani skupili się na widowisku.
- Bohater Ludu, Pogromca Złego! Brat Terry we własnej osobie! - przybyszowi udało się wymówić te słowa, jakby każde z nich było obelgą. - Tak o tobie mówią. Mówili. Ci, dzięki którym udało mi się cię odnaleźć. Dla mnie jednak jesteś mordercą. Mordercą i złodziejem. Ten bowiem "Wcielony Zły", którego zamordowałeś z zimną krwią podczas snu, był moim synem, moim przyjacielem i moim światłem. A ty mi to ukradłeś, z chwilą kiedy go zamordowałeś. Więc teraz ja to wszystko ukradnę tobie. Twoich Braci, twoich przyjaciół i wszelkie światło jakie daje ci siłę by trwać kolejny dzień. I zabiorę ci wszystko co ci było, jest i będzie kiedykolwiek drogie.
Po czym brutalnie wgryzł się w kark zakonnika i łapczywie wysączał z niego życie. Widownia zaczęła wiwatować i bić brawa, część z zebranych śmiała się histerycznie.
Przez chwilę było ciemno, ale wtedy pojawił się ten smak. Smak który zmusił go do otwarcia oczu. Stał pośród ciał swych Braci, nieopodal wozu, na którym jego oprawca uśmiechał się szeroko. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, odezwał się.
- Martwisz mnie Terry, wpadłeś w złe towarzystwo, synku. Dalej wyrywasz oczy niewinnym ofiarom? Oczywiście, że to robisz mój paranoiczny chłopcze. Znam wszystkie twoje grzechy, także te, które chciałbyś ukryć... Po nocy przemiany, to nie ja wypiłem braci zakonnych... Masz urojenia! To byłeś ty, Szatanie wcielony!
Zadrżał słysząc te słowa. Spojrzał na swe dłonie, całkowicie pokryte krwią. A kiedy ponownie podniósł oczy, zobaczył Mrocznego Jedi, stojącego za plecami Spiro. Łowca eksplodował zamieniając się w ciemność, najciemniejszy z odcieni czerni. Chmura mroku objęła swym zasięgiem łysego przybysza przykrywając go swym całunem. następnie rozlała się i spłynęła w stronę Terry'ego, przybierając na powrót postać Darth'a Namtara. Po jego stwórcy nigdzie nie było śladu, lecz Łowca trzymał w dłoniach kielich pełen krwi. Metalowy puchar spowijała kłębiąca się ciemność. Terry wyciągnął rękę, kiedy usłyszał ciche słowa.
[center]

[/center]
- Krew jest dobra, lecz światło duszy jest tysiąc razy piękniejsze. A krzyk, który rozlega się, gdy ją rozrywam jest słodszy od wszystkiego co umiesz sobie wyobrazić...
[center]***[/center]
Otworzył oczy nim zdołał dosięgnąć eucharystii. Po chwili skarcił się za to określenie i z rosnącym moralnym dyskomfortem, opuścił swój sarkofag.