W lesie panował mrok; ciężkie, ołowiane chmury skutecznie przesłaniały światło księżyca i gwiazd, a dodatkowo widoczność utrudniał lekki, wiosenny deszcz, od którego trzęsła się broda Dwalina, z taką starannością pielęgnowana. Jedynie krasnolud widział coś więcej od elfów, o czym zresztą nie omieszkał im powtarzać przy każdej nadającej się okazji.
Zatrzymaliście się mniej więcej w połowie niewielkiego, sosnowego lasu. Wokół otacza was cisza, przerywana pohukiwaniem sowy i uderzania kropel deszczu o drzewa, krzaki i metalowe części pancerza. W oddali widać słaby, jasny punkcik, wyróżniający się w mrocznym tle.
Hastamir i Galdor ruszyli w tamtym kierunku, by wybadać sprawę. Po kilku minutach podchodzenia, doszliście w zasięg słuchu trzech postaci, siedzących wokół ogniska, płonącego jasnym, pomarańczowym ogniem na środku małej polanki, osłoniętej z jednej strony olbrzymimi głazami - jak się dobrze im przyjrzeć - były to pozostałości po kamiennej wieży, która musiała zostać zniszczona i zapomniana wieki temu.
Tymczasem do waszych uszu doszły rozmowy prowadzone w języku Westron.
- Moje przeczucie mówi mi, że za niedługo przestanie padać. Czuje to w kościach!
- Ostatnim, co czułeś w kościach, była goblińska strzała! - zażartował drugi, basowym głosem.
Wszyscy trzej zaśmiali się cicho, dorzucając chrustu do przygaszającego powoli ogniska.
Zdołaliście podkraść się na tyle, by stwierdzić, że przy ognisku siedzi elf i dwoje ludzi. Wyglądają na zwykłych podróżników.
Wtem ten, co wygląda na elfa, wyciągnął zza pleców instrument przypominający mandole.
Gdy już dotrzemy do Mglistych Gór,
Nie zlękamy się byle chmur!
Orki, wargowie czy gobliny!
Strzeżcie się! Gdyż pomścimy nasze rodziny,
Coście ich napadli nie raz
Dostanie wam się teraz!
Mandolina wydawała radosne dźwięki, a dwaj pozostali mężczyźni włączyli się w śpiew.
My jesteśmy strażnicy leśni,
Wy zaś- potwornie obleśni,
Nie lękamy się was!
Bo o wiele więcej jest nas!
Powtórzyli jeszcze raz refren, a gdy w lesie już ucichło, nabili na rożen dwa upolowane zające.
- Możecie już wyjść z tych krzaków, podzielimy się z wami - zawołał wesoło chyba-elf, machając do przyczajonych w krzakach zwiadowców.
*
Tymczasem, na środku leśnego traktu, siedział krasnolud i szary elf, cicho nasłuchując i wypatrując reszty. Przez chwilę zdawał się wam, że słyszycie śpiew i granie, ale po chwili ucichło.
Krople deszczu przestały dzwonić po zderzeniu z metalowymi klamrami na brodzie krasnoluda. Nagła cisza, która powstała, zaczęła kłuć w uszy, tak jak mrok kuł w oczy.
Gdzieś w oddali, w kierunku zachodnim, słychać było ciche szelesty krzaków i pękających gałązek, na pewno nie spowodowanych przez leśne zwierzęta.
Praciean: tak, masz jeszcze zaklęcie ochronne w magazynie.