PBF - Charleston by Night
W tym domu czai się groźba - wyszeptała ciemność w jego żyłach i Morderca odruchowo spojrzał na mijany budynek. Wydawał się tak prozaicznie zwyczajny, ze swoją pozbawioną stylu, otynkowaną na biało fasadą i czarnym, stylizowanym na gotyk napisem. A jednak Łowca wiedział, że w środku coś czeka... W powietrzu czuł oddech śmierci, którego nie zdołał zetrzeć deszcz. Chciał przyjrzeć się lepiej, zerkając ponad dachem dżipa, gdy samochód koterii nagle stanął w miejscu. Instynkt Łowcy zareagował niemal natychmiast. Tym razem nie był to szept, lecz wrzask który wybuchł pod czaszką i rozszedł się po ciele elektryzującą falą nieuchronności. Niebezpieczeństwo! Zorientowanie się w sytuacji zabrało mu mniej niż sekundę. Mężczyzna przed samochodem. Blada dłoń, przypominająca bezkrwistego pająka, znikająca pod marynarką. Zagrożenie. I rozpędzony szkolny autobus, którego słoneczna barwa zdawała się rozpaczliwie groteskowa na zalanej deszczem ulicy. Błyskawicznie wyszarpnął broń z kabury i strzelił do starca, blokującego dżipa. Jednak tamten był szybki, szybszy niż można było się spodziewać biorąc pod uwagę jego wiek i wysuszone ciało. Ułamek sekundy przed wystrzałem spojrzał w stronę Łowcy i rzucił się na ziemię, ukrywając za karoserią. Namtar był prawie pewien, że nie trafił. Nie miał czasu, aby poprawić.
- Yalla!* - krzyknął do Gavina. - Jedź!
Jednocześnie odwrócił się i wypalił, celując w ciemny, ledwo widoczny kształt za szybą autobusu. Tym razem był pewien trafienia. Autobus jednak był blisko, zbyt blisko by miało to już jakieś znaczenie. Silnik dżipa przebudził się nagle, z odgłosem nadciągającego grzmotu. Morderca odwrócił się do autobusu i ruszył gwałtownie, wiedząc, że od uderzenia dzielą go zaledwie sekundy. Honda zawyła i skoczyła naprzód, stając dęba na mokrej nawierzchni. Utrzymał równowagę i wystrzelił do przodu, mijając samochód koterii. Starzec w garniturze wciąż klęczał przed maską dżipa. Spojrzał na niego z zaskoczeniem, gdy Assamita, mijając go, wpakował mu kolejną kulę. Tym razem był pewien trafienia. I wiedział, co potrafi zrobić z ciałem pocisk 50 AE, wystrzelony z tej odległości. Tamten był już przeszłością. Wjechał na teren Domu Pogrzebowego i ostro obrócił motor, wykonując w miejscu skręt o 90 stopni. Jednocześnie usłyszał huk, z jakim żółta nemezis rąbnęła w samochód koterii Atra-hasisa. Zaklął bezgłośnie mając nadzieję, że Gavin miał choć tyle czasu, aby uniknąć głównej siły uderzenia...
* arab. Dalej!
- Yalla!* - krzyknął do Gavina. - Jedź!
Jednocześnie odwrócił się i wypalił, celując w ciemny, ledwo widoczny kształt za szybą autobusu. Tym razem był pewien trafienia. Autobus jednak był blisko, zbyt blisko by miało to już jakieś znaczenie. Silnik dżipa przebudził się nagle, z odgłosem nadciągającego grzmotu. Morderca odwrócił się do autobusu i ruszył gwałtownie, wiedząc, że od uderzenia dzielą go zaledwie sekundy. Honda zawyła i skoczyła naprzód, stając dęba na mokrej nawierzchni. Utrzymał równowagę i wystrzelił do przodu, mijając samochód koterii. Starzec w garniturze wciąż klęczał przed maską dżipa. Spojrzał na niego z zaskoczeniem, gdy Assamita, mijając go, wpakował mu kolejną kulę. Tym razem był pewien trafienia. I wiedział, co potrafi zrobić z ciałem pocisk 50 AE, wystrzelony z tej odległości. Tamten był już przeszłością. Wjechał na teren Domu Pogrzebowego i ostro obrócił motor, wykonując w miejscu skręt o 90 stopni. Jednocześnie usłyszał huk, z jakim żółta nemezis rąbnęła w samochód koterii Atra-hasisa. Zaklął bezgłośnie mając nadzieję, że Gavin miał choć tyle czasu, aby uniknąć głównej siły uderzenia...
* arab. Dalej!
Ostatnio zmieniony 18 czerwca 2015, 14:56 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Point Pleasant Droga przed Domem Pogrzebowym 10.08.1993
Uderzenie było potężne. Gdyby nie zapięte pasy, niektórzy pasażerowie mogliby wypaść przez okna pojazdu. Chwilę przed nim, Gavin zdążył ruszyć do przodu, lecz dzięki Akceleracji niemal natychmiast pojął, że nie uda mu się całkowicie uciec przez nadciągającym z zawrotną prędkością autobusem. Kierowca żółtej trumny śmierci trzymał dalej kurs, celując dokładnie w boczną część samochodu koterii. Ravnos w ostatniej chwili odbił na ile mógł w lewą, aby zderzenie nie było całkiem prostopadłe. Huk zderzenia i trzask dartego metalu, był ogłuszający. Nieumarłych wewnątrz pojazdu zasypał deszcz odłamków szkła. Gavin zderzył się z Victorią, którą siła uderzenia przesunęła na środek pojazdu, wraz z siedzeniem. Łokieć Ravnosa wbił się głęboko w brzuch Lasombry, a jej prawa ręka została całkowicie zmiażdżona. Poczuła ból w momencie zderzenia z Gavinem, gdy pękły jej trzy żebra. Horacy siedział najbliżej miejsca zderzenia. Większość szkła i metalowe części karoserii próbująca wbić się w ciało Nosferatu, zatrzymały się na kamizelce kuloodpornej. Jedynie prawe ramię i nogi zostały poharatane w wyniku wypadku. Malkavian zmówił w myślach szybką modlitwę prosząc Pana o pomoc. Uderzył głową w szybę podczas zderzenia z pojazdami stróżów prawa. Przez chwilę odłamki szkła, błyszczące wkoło jego głowy wyglądały niczym aureola. Później czaszka Malkavianina przebiła szybę i zderzyła się z karoserią policyjnego wozu. Jasper i Grace zniknęli z samochodu, jakby ich tam nigdy nie było.
Namtar obserwował wszystko z boku. Dzięki Akceleracji widział zderzenie w zwolnionym tempie. Siła uderzenia odrzuciła dżipa na kilka metrów. Lecące auto wykonało trzy obroty wokół własnej osi i wpadło między radiowozy policyjne. Dwóch policjantów zginęło natychmiast, zmiażdżonych pomiędzy pojazdami. Autobus zwolnił tempo, lecz nie zatrzymał się. Zderzenie zmieniło jego trajektorię, sprawiając, iż uderzył w budynek naprzeciwko Domu Pogrzebowego. Assamita widział, jak kierowca autobusu próbował wyskoczyć wcześniej, lecz nie udało mu się to. Uderzenie wyrzuciło także ciało leżącego na masce mężczyzny. Lecąc niczym szmaciana lalka, wpadł prosto w zamknięte okno, mieszczące się na piętrze Domu Pogrzebowego. Roztrzaskał przy tym masywne okiennice i szybę.
Pozostałych trzech policjantów ruszyło natychmiast pomóc poszkodowanym. Wydawało się, że nie zwrócili uwagi na strzały.
Uderzenie było potężne. Gdyby nie zapięte pasy, niektórzy pasażerowie mogliby wypaść przez okna pojazdu. Chwilę przed nim, Gavin zdążył ruszyć do przodu, lecz dzięki Akceleracji niemal natychmiast pojął, że nie uda mu się całkowicie uciec przez nadciągającym z zawrotną prędkością autobusem. Kierowca żółtej trumny śmierci trzymał dalej kurs, celując dokładnie w boczną część samochodu koterii. Ravnos w ostatniej chwili odbił na ile mógł w lewą, aby zderzenie nie było całkiem prostopadłe. Huk zderzenia i trzask dartego metalu, był ogłuszający. Nieumarłych wewnątrz pojazdu zasypał deszcz odłamków szkła. Gavin zderzył się z Victorią, którą siła uderzenia przesunęła na środek pojazdu, wraz z siedzeniem. Łokieć Ravnosa wbił się głęboko w brzuch Lasombry, a jej prawa ręka została całkowicie zmiażdżona. Poczuła ból w momencie zderzenia z Gavinem, gdy pękły jej trzy żebra. Horacy siedział najbliżej miejsca zderzenia. Większość szkła i metalowe części karoserii próbująca wbić się w ciało Nosferatu, zatrzymały się na kamizelce kuloodpornej. Jedynie prawe ramię i nogi zostały poharatane w wyniku wypadku. Malkavian zmówił w myślach szybką modlitwę prosząc Pana o pomoc. Uderzył głową w szybę podczas zderzenia z pojazdami stróżów prawa. Przez chwilę odłamki szkła, błyszczące wkoło jego głowy wyglądały niczym aureola. Później czaszka Malkavianina przebiła szybę i zderzyła się z karoserią policyjnego wozu. Jasper i Grace zniknęli z samochodu, jakby ich tam nigdy nie było.
Namtar obserwował wszystko z boku. Dzięki Akceleracji widział zderzenie w zwolnionym tempie. Siła uderzenia odrzuciła dżipa na kilka metrów. Lecące auto wykonało trzy obroty wokół własnej osi i wpadło między radiowozy policyjne. Dwóch policjantów zginęło natychmiast, zmiażdżonych pomiędzy pojazdami. Autobus zwolnił tempo, lecz nie zatrzymał się. Zderzenie zmieniło jego trajektorię, sprawiając, iż uderzył w budynek naprzeciwko Domu Pogrzebowego. Assamita widział, jak kierowca autobusu próbował wyskoczyć wcześniej, lecz nie udało mu się to. Uderzenie wyrzuciło także ciało leżącego na masce mężczyzny. Lecąc niczym szmaciana lalka, wpadł prosto w zamknięte okno, mieszczące się na piętrze Domu Pogrzebowego. Roztrzaskał przy tym masywne okiennice i szybę.
Pozostałych trzech policjantów ruszyło natychmiast pomóc poszkodowanym. Wydawało się, że nie zwrócili uwagi na strzały.
Dla Victorii:Zaczynasz się leczyć 1 punkt obrażeń, za 1 punkt krwi na rundę.
Dla Terrego:Zaczynasz się leczyć 3 punkt obrażeń, za 3 punkt krwi na rundę.
Dla Gavina:Zaczynasz się leczyć 1 punkt obrażeń, za 1 punkt krwi na rundę.
Dla Horacego:Zaczynasz się leczyć 2 punkty obrażeń, za 2 punkt krwi na rundę.
Dla Namtara: Dyskretnie przeładowujesz broń.
Dla Terrego:Zaczynasz się leczyć 3 punkt obrażeń, za 3 punkt krwi na rundę.
Dla Gavina:Zaczynasz się leczyć 1 punkt obrażeń, za 1 punkt krwi na rundę.
Dla Horacego:Zaczynasz się leczyć 2 punkty obrażeń, za 2 punkt krwi na rundę.
Dla Namtara: Dyskretnie przeładowujesz broń.
Ostatnio zmieniony 18 czerwca 2015, 19:53 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Point Pleasant Przed Domem Pogrzebowym 10.08.1993
Pojękując i przeklinając z bólu, Spokrewnieni zaczęli składać swoje nieumarłe ciała korzystając z dobrodziejstwa klątwy Kaina. Wnętrze dżipa było totalnie zdewastowane, zasypane odłamkami szkła i spryskane krwią. Gavin odruchowo pociągnął nosem, nie czuł jednak zapachu benzyny. Odetchnął z ulgą. Po chwili z budynku wybiegł mężczyzna, którego widzieli wcześniej, gdy mijał policjantów stojących na trawniku. Teraz mogli mu lepiej się przyjrzeć, bowiem z tej odległości rzęsisty deszcz nie ograniczał widoczności. Był trochę po trzydziestce, ubrany w szary prochowiec. Krótkie, ciemne włosy gładko przylegały do czaszki. Choć może był to tylko efekt ulewy. Nie miał zarostu. Rozejrzał się po całym pobojowisku i natychmiast wydał polecenia:
- Ty - zwrócił się do policjanta, który stał najbliżej jedynego nienaruszonego radiowozu - wezwij karetkę i posiłki. Ty, młodszy sprawdź co z Mcarturem i Kowalskim, a ja zajmę się tymi w dżipie. Biegiem! - wrzasnął na koniec, co zadziałało mobilizująco na pozostałych stróżów prawa. Bez dalszych pytań przystąpili do wykonywania otrzymanych rozkazów.
Podbiegł do samochodu i odezwał się:
- Horacy? Kurwa mać... Co wy tutaj...? Zresztą, to może poczekać. Wyciągnę was z tego. Ktoś wpadł w letarg? - zapytał szybko, zaglądając do wnętrza samochodu.
Korzystając z tego, iż uwaga wszystkich wkoło skupiona była chwilowo na skutkach wypadku, Assamita przeładował broń. Trzymał pistolet nisko przy udzie, pilnując, by policja nie zwróciła na niego uwagi. Mieli zresztą teraz co innego do roboty. Obserwował uważnie całe otoczenie, lustrując je pod kątem kolejnych możliwych zagrożeń. Kierowca autobusu znikł z pola widzenia, ponieważ przód pojazdu wbił się w front domku obok. Namtar postanowił jednak poczekać jeszcze chwilę, by upewnić się, że niebezpieczeństwo minęło.
Pojękując i przeklinając z bólu, Spokrewnieni zaczęli składać swoje nieumarłe ciała korzystając z dobrodziejstwa klątwy Kaina. Wnętrze dżipa było totalnie zdewastowane, zasypane odłamkami szkła i spryskane krwią. Gavin odruchowo pociągnął nosem, nie czuł jednak zapachu benzyny. Odetchnął z ulgą. Po chwili z budynku wybiegł mężczyzna, którego widzieli wcześniej, gdy mijał policjantów stojących na trawniku. Teraz mogli mu lepiej się przyjrzeć, bowiem z tej odległości rzęsisty deszcz nie ograniczał widoczności. Był trochę po trzydziestce, ubrany w szary prochowiec. Krótkie, ciemne włosy gładko przylegały do czaszki. Choć może był to tylko efekt ulewy. Nie miał zarostu. Rozejrzał się po całym pobojowisku i natychmiast wydał polecenia:
- Ty - zwrócił się do policjanta, który stał najbliżej jedynego nienaruszonego radiowozu - wezwij karetkę i posiłki. Ty, młodszy sprawdź co z Mcarturem i Kowalskim, a ja zajmę się tymi w dżipie. Biegiem! - wrzasnął na koniec, co zadziałało mobilizująco na pozostałych stróżów prawa. Bez dalszych pytań przystąpili do wykonywania otrzymanych rozkazów.
Podbiegł do samochodu i odezwał się:
- Horacy? Kurwa mać... Co wy tutaj...? Zresztą, to może poczekać. Wyciągnę was z tego. Ktoś wpadł w letarg? - zapytał szybko, zaglądając do wnętrza samochodu.
Korzystając z tego, iż uwaga wszystkich wkoło skupiona była chwilowo na skutkach wypadku, Assamita przeładował broń. Trzymał pistolet nisko przy udzie, pilnując, by policja nie zwróciła na niego uwagi. Mieli zresztą teraz co innego do roboty. Obserwował uważnie całe otoczenie, lustrując je pod kątem kolejnych możliwych zagrożeń. Kierowca autobusu znikł z pola widzenia, ponieważ przód pojazdu wbił się w front domku obok. Namtar postanowił jednak poczekać jeszcze chwilę, by upewnić się, że niebezpieczeństwo minęło.
Proszę info na PW, ile ran leczycie.
Co robicie? Czekam na posty.
Co robicie? Czekam na posty.
Ostatnio zmieniony 19 czerwca 2015, 12:35 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
- Horacy? Kurwa mać... Co wy tutaj...? Zresztą, to może poczekać. Wyciągnę was z tego. Ktoś wpadł w letarg? - Mężczyzna w szarym płaszczu pochylił się by zajrzeć do wnętrza samochodu.
Najpierw Terry pozwolił, by krew dokończyła łatać jego poobijane ciało. Następnie, wciąż oszołomiony siłą uderzenia rozejrzał się niepewnie po towarzyszach. Żadne z nich nie sprawiało wrażenia osoby nieprzytomnej, jednak wnętrze samochodu wręcz sugerowało, że raczej nikt nie powinien wyjść z tego cało. Dopiero teraz zanotował brak dwójki Opustoszałych. Nie mógł jednak z całą pewnością stwierdzić co się z nimi stało.
- Chyba nikt z nas. - odezwał się do zaglądającego do środka mężczyzny, na którym spoczęło jego zamroczone spojrzenie.
Wciąż bolała go głowa. Z trudem odpiął wpijające się w jego korpus pasy bezpieczeństwa. Przez chwilę siłował się z drzwiami. Obejrzał się raz jeszcze na resztę Koterii. Miał wrażenie, że sam wyszedł z tego w najlepszym stanie. Bez cienia wątpliwości zasługa tych kilku słów modlitwy na moment przed uderzeniem.
Z deszczu pod rynnę. Udało nam się uciec przed jednym zagrożeniem, by wjechać prosto w ramiona drugiego. Wcale mi się to nie podoba, musimy się stąd oddalić. Szybko. I musimy działać dalej. Nie mamy czasu, tak strasznie go nie mamy.
Najpierw Terry pozwolił, by krew dokończyła łatać jego poobijane ciało. Następnie, wciąż oszołomiony siłą uderzenia rozejrzał się niepewnie po towarzyszach. Żadne z nich nie sprawiało wrażenia osoby nieprzytomnej, jednak wnętrze samochodu wręcz sugerowało, że raczej nikt nie powinien wyjść z tego cało. Dopiero teraz zanotował brak dwójki Opustoszałych. Nie mógł jednak z całą pewnością stwierdzić co się z nimi stało.
- Chyba nikt z nas. - odezwał się do zaglądającego do środka mężczyzny, na którym spoczęło jego zamroczone spojrzenie.
Wciąż bolała go głowa. Z trudem odpiął wpijające się w jego korpus pasy bezpieczeństwa. Przez chwilę siłował się z drzwiami. Obejrzał się raz jeszcze na resztę Koterii. Miał wrażenie, że sam wyszedł z tego w najlepszym stanie. Bez cienia wątpliwości zasługa tych kilku słów modlitwy na moment przed uderzeniem.
Z deszczu pod rynnę. Udało nam się uciec przed jednym zagrożeniem, by wjechać prosto w ramiona drugiego. Wcale mi się to nie podoba, musimy się stąd oddalić. Szybko. I musimy działać dalej. Nie mamy czasu, tak strasznie go nie mamy.
Ostatnio zmieniony 19 czerwca 2015, 14:01 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Gavin pomógł zdemolowanej Victorii wysiąść z samochodu po czym udał się do bagażnika i wyciągną z niego zabawki.Nie do końca wyleczone ciało dawało o sobie znać, jednak warunki nie sprzyjały pełnej regeneracji. Priorytetem była ewakuacja i na tym zadaniu skupił się złodziej.
Horacy zna tego mundurowego, powinien więc szybko nas stąd wyciągnąć.
Po chwili dołączył do pozostałych członków koterii z miną wyrażającą głębokie pytanie egzystencjalne: "Spierdalamy?".
Horacy zna tego mundurowego, powinien więc szybko nas stąd wyciągnąć.
Po chwili dołączył do pozostałych członków koterii z miną wyrażającą głębokie pytanie egzystencjalne: "Spierdalamy?".
Ostatnio zmieniony 19 czerwca 2015, 20:41 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
Przez kilka chwil obserwował dom. Zagrożenie nie zmniejszyło się, lecz nie zauważył nic, co wydało mu się niepokojące. Ciemne, zasunięte ciężkimi kotarami okna nie chciały zdradzić tajemnic, które kryły się za nimi. Zaklął cicho i schował broń. Priorytet wyciągnięcia Niewiernych z roztrzaskanego dżipa, który mógł za kilka chwil stanąć w ogniu, wydawał się zdecydowanie ważniejszy, niż obserwacja budynku w poszukiwaniu nieokreślonego zagrożenia. Wyłączył silnik motoru i zsiadł. Zauważył, iż do poskręcanej kupy metalu, którą stanowiły teraz wraki trzech splecionych ze sobą samochodów, podbiegł jakiś mężczyzna. Usłyszał, jak wydaje on polecenia pozostałym mundurowym. Jai'yed* - pomyślał - krew będzie potrzebna... Obecność dwóch innych gliniarzy także wydawała mu się na rękę. Kuffrowie będą potrzebowali dużo krwi. Podbiegł w stronę dżipa i ujrzał, jak Gavin gramoli się z samochodu pomagając rannej Victorii. Oboje zdecydowanie nie wyglądali wyjściowo, niemniej ich stan można było opisać jako zaskakująco dobry.
- Ktoś wpadł w letarg?- rzucił, nieświadomie powtarzając pytanie zadane wcześniej. Nie czekając na odpowiedź, wyrwał drzwi od strony pasażera, aby pomóc wydostać się Terremu.
- Ktoś wpadł w letarg?- rzucił, nieświadomie powtarzając pytanie zadane wcześniej. Nie czekając na odpowiedź, wyrwał drzwi od strony pasażera, aby pomóc wydostać się Terremu.
Pomagam koterii wydostać się, wyrywam drzwi z tyłu. Generalnie nie przejmuję się jakoś specjalnie obecnymi ludźmi i nie zwracam na nich uwagi (bardziej niż muszę), bowiem uznałem, że pewnie za chwilę skończą jako blood-packi. Ratowanie drużyny jest teraz priorytetem.
* arab. Dobrze
Ostatnio zmieniony 20 czerwca 2015, 00:34 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Point Pleasant Przed Domem Pogrzebowym 10.08.1993
Namtar wyrwał zakleszczone drzwi od samochodu, po czym złapał Terego za ramię i jednym ruchem wyciągnął na zewnątrz. Zajrzał do środka pojazdu, lecz nie zauważył tam nikogo, potrzebującego pomocy. W tym czasie bowiem Horacy poradził sobie bez trudu z drzwiami po swojej stronie. Chwilę wcześniej Nosferatu zorientował się, że po Przebudzonych nie ma śladu i teraz gramolił się na zewnątrz, poprzez pogięte resztki radiowozu. Gdy w końcu wydostał się, krzyknął do Assamity:
- Namtar kierowca busa! Szybko!
Morderca skinął głową:
- Przyjałem - potwierdził.
- Uważajcie na dom - odezwał się cicho do Terrego. - I znikajcie stąd - dodał, po czym ruszył biegiem w stronę autobusu.
Nieznajomy facet, który stał zaraz przy nich odezwał się szeptem:
- Wsiadajcie wszyscy do mojego służbowego auta, a ja wiozę was na pogotowie. Jesteście ofiarami wypadku, oficjalnie oczywiście - zrobił chwilową pauzę, by rozejrzeć się gdzie znajdują się pozostali policjanci. - Za minutę dołączę do was, ale muszę wpierw opanować sytuację tutaj.
Namtar wyrwał zakleszczone drzwi od samochodu, po czym złapał Terego za ramię i jednym ruchem wyciągnął na zewnątrz. Zajrzał do środka pojazdu, lecz nie zauważył tam nikogo, potrzebującego pomocy. W tym czasie bowiem Horacy poradził sobie bez trudu z drzwiami po swojej stronie. Chwilę wcześniej Nosferatu zorientował się, że po Przebudzonych nie ma śladu i teraz gramolił się na zewnątrz, poprzez pogięte resztki radiowozu. Gdy w końcu wydostał się, krzyknął do Assamity:
- Namtar kierowca busa! Szybko!
Morderca skinął głową:
- Przyjałem - potwierdził.
- Uważajcie na dom - odezwał się cicho do Terrego. - I znikajcie stąd - dodał, po czym ruszył biegiem w stronę autobusu.
Nieznajomy facet, który stał zaraz przy nich odezwał się szeptem:
- Wsiadajcie wszyscy do mojego służbowego auta, a ja wiozę was na pogotowie. Jesteście ofiarami wypadku, oficjalnie oczywiście - zrobił chwilową pauzę, by rozejrzeć się gdzie znajdują się pozostali policjanci. - Za minutę dołączę do was, ale muszę wpierw opanować sytuację tutaj.
Victoria leczy 6 ran i traci 6 PK. Zostaje Ci 5 PK i jedno Obrażenie Prawdziwe.
Terry leczy 3 rany i traci 3 PK. Zostaje Ci 7 PK.
Horacy leczy 5 ran i traci 5 PK. Zostaje Ci 7 PK i jedno Obrażenie Zwykłe.
Gavin leczy 2 rany i traci 2 PK. Zostaje Ci 5 PK i dwa Obrażenia Zwykłe.
Terry leczy 3 rany i traci 3 PK. Zostaje Ci 7 PK.
Horacy leczy 5 ran i traci 5 PK. Zostaje Ci 7 PK i jedno Obrażenie Zwykłe.
Gavin leczy 2 rany i traci 2 PK. Zostaje Ci 5 PK i dwa Obrażenia Zwykłe.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Gavin miał cichą nadzieje że wymiana uprzejmości zostanie ograniczona do minimum. Na rozmowy przyjdzie jeszcze czas, niemniej teraz należy jak najszybciej stąd zniknąć. Ravnos ruszył z wolna w stronę samochodu, obolałe mięśnie co jakiś czas przypominały o swoim istnieniu, rażąc niespodziewanymi impulsami bólu. Jesienna aura zaczęła dawać mu się we znaki. Zwykle lubił deszcz, ten jednak śmiał mu sie w twarz, niczym kukiełka która postanowiła spłatać figla pociągającemu za sznurki aktorowi.
Maskarada została złamana i komuś będzie trzeba solidnie posmarować. Całe szczęście ze Victoria ma dużo zer na koncie bankowym, a i krwią pewnie może kupić to i owo.
Odruchowo sprawdził czy aby czegoś nie zgubił. Popatrzył przez chwile na swoje ręce, wydawały się zupełnie nierealne, jakby ze snu. Cała ta sceneria sprawiała wrażenie sennej mary, w której był uwięziony. Od momentu wypadku, Gavinem kierowały instynktowne zachowania, teraz szok powypadkowy ustępował miejsca rzeczywistości. Dokładnie chwile temu, komórki myślowe połączyły proste fakty, których przecież był świadkiem
Assamita do kogoś strzelał... uważajcie na dom... przejedź go...
Ravnos spojrzał w stronę domu, czując na krtani lodowate dłonie czegoś, co mogło być tylko starszą siostrą strachu - niepochamowaną grozę.
Maskarada została złamana i komuś będzie trzeba solidnie posmarować. Całe szczęście ze Victoria ma dużo zer na koncie bankowym, a i krwią pewnie może kupić to i owo.
Odruchowo sprawdził czy aby czegoś nie zgubił. Popatrzył przez chwile na swoje ręce, wydawały się zupełnie nierealne, jakby ze snu. Cała ta sceneria sprawiała wrażenie sennej mary, w której był uwięziony. Od momentu wypadku, Gavinem kierowały instynktowne zachowania, teraz szok powypadkowy ustępował miejsca rzeczywistości. Dokładnie chwile temu, komórki myślowe połączyły proste fakty, których przecież był świadkiem
Assamita do kogoś strzelał... uważajcie na dom... przejedź go...
Ravnos spojrzał w stronę domu, czując na krtani lodowate dłonie czegoś, co mogło być tylko starszą siostrą strachu - niepochamowaną grozę.
Ostatnio zmieniony 19 czerwca 2015, 22:08 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
Victoria z wdzięcznością przyjęła pomoc Gavina. Wydostanie się z auta stanowiło ciężką próbę, a huk i siła zderzenia w dalszym ciągu otępiały jej zmysły... Ból zmiażdżonej ręki i połamanych żeber cyklicznie powracał, jakby we własnym makabrycznym tempie odliczał czas. Gdyby jej serce wciąż biło, pewnie pulsowałby jego rytmem. Szybkie palenie krwi i regeneracja naprawiły zniszczone tkanki, jednak nerwy i bodźce docierające do mózgu zdawały się nie zauważać tego faktu. Lasombra w myślach przeklinała swoją słabość. Ostatnie dwie noce przyniosły jej więcej bólu i ran, niż poprzednie stulecie. A tak silne i traumatyczne doznania przeraziły ją swoją prostą i nieuniknioną brutalnością. Wiedziała, że tylko prawdziwym zrządzeniem losu nie zginęła tu na miejscu.
Nie potrafiła opanować drżenia rąk. Strach i wspomnienia przebijały się do jej umysłu, a szok wzmagał się jeszcze bardziej. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzała się po zniszczeniach, szukając towarzyszy. Kiedy zorientowała się, że udało się im wyjść z tego, zachwiała się i prawie upadła, gdyby nie pomoc Ravnosa. Kurczowo chwyciła się jego ramienia, by choć na chwile odzyskać równowagę. Kiedy jej wzrok padł na poszarpane i zakrwawione ubranie, otępiałe dotąd zmysły zalały jej świadomość doznaniami. Metaliczny zapach krwi spływającej po dłoniach, teraz rozcieńczanej padającym deszczem obudził Głód, a świat obserwowany jej oczyma zabarwił się na czerwono... Jej wysuszone ciało domagało się vitae, a przemożna potrzeba jej picia zalewała umysł. Z jej ściśniętego gardła wydobył się głuchy warkot, zanim słowa przybrały właściwą formę.
- Wszyscy są cali? - zapytała przerażona, przyciskając pulsujące, zakrwawione ramię do boku.
Jakby w zwolnionym tempie obserwowała poczynania towarzyszy, próbując rozproszyć dziwnie lepkie pajęczyny zasnuwające jej świadomość. Szok powypadkowy sprawił, że zaczęła działać mechanicznie, niczym obserwator, a nie uczestnik całego zajścia. Nawet swoje zwolnione ruchy, polecenia wykrzykiwane przez mężczyznę mówiącego coś do nich, szybką reakcję Łowcy na słowa Horacego. Wszystko to widziała z oddali, jakby oglądała jeden z popularnych filmów akcji, nie będąc w rzeczywistości w centrum wydarzeń. Być może w ten sposób umysł starał się chronić swój rdzeń? Wyłączając racjonalne myślenie, a pozostawiając najbardziej pierwotne odruchy i instynkt?
Ruszyła w stronę samochodu wskazanego przez obcego. Czy on mówił coś o letargu?... Tak! Wie kim jesteśmy. Cholera! Dorze że dzieciaki zniknęły... bardzo dobrze. Może im się udało.
Nie potrafiła opanować drżenia rąk. Strach i wspomnienia przebijały się do jej umysłu, a szok wzmagał się jeszcze bardziej. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzała się po zniszczeniach, szukając towarzyszy. Kiedy zorientowała się, że udało się im wyjść z tego, zachwiała się i prawie upadła, gdyby nie pomoc Ravnosa. Kurczowo chwyciła się jego ramienia, by choć na chwile odzyskać równowagę. Kiedy jej wzrok padł na poszarpane i zakrwawione ubranie, otępiałe dotąd zmysły zalały jej świadomość doznaniami. Metaliczny zapach krwi spływającej po dłoniach, teraz rozcieńczanej padającym deszczem obudził Głód, a świat obserwowany jej oczyma zabarwił się na czerwono... Jej wysuszone ciało domagało się vitae, a przemożna potrzeba jej picia zalewała umysł. Z jej ściśniętego gardła wydobył się głuchy warkot, zanim słowa przybrały właściwą formę.
- Wszyscy są cali? - zapytała przerażona, przyciskając pulsujące, zakrwawione ramię do boku.
Jakby w zwolnionym tempie obserwowała poczynania towarzyszy, próbując rozproszyć dziwnie lepkie pajęczyny zasnuwające jej świadomość. Szok powypadkowy sprawił, że zaczęła działać mechanicznie, niczym obserwator, a nie uczestnik całego zajścia. Nawet swoje zwolnione ruchy, polecenia wykrzykiwane przez mężczyznę mówiącego coś do nich, szybką reakcję Łowcy na słowa Horacego. Wszystko to widziała z oddali, jakby oglądała jeden z popularnych filmów akcji, nie będąc w rzeczywistości w centrum wydarzeń. Być może w ten sposób umysł starał się chronić swój rdzeń? Wyłączając racjonalne myślenie, a pozostawiając najbardziej pierwotne odruchy i instynkt?
Ruszyła w stronę samochodu wskazanego przez obcego. Czy on mówił coś o letargu?... Tak! Wie kim jesteśmy. Cholera! Dorze że dzieciaki zniknęły... bardzo dobrze. Może im się udało.
Ostatnio zmieniony 20 czerwca 2015, 00:40 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Point Pleasant Przed Domem Pogrzebowym 10.08.1993
Assamita biegiem ruszył w stronę autobusu. W zniszczonym domu panowała cisza, dając do zrozumienia, że jest on prawdopodobnie pusty. Przód pojazdu wbity był w ścianę budynku, co uniemożliwiało zajrzenie do środka. Najprostsza droga wiodła więc przez tylne drzwi autobusu. Wymagało to nieco siły, lecz fakt ten nie sprawił Mordercy problemu. Wszedł do środka i rozejrzał się. Na drugim końcu samochodu ujrzał leżące ciało. Ruszył w jego kierunku. Kawałki metalowych części i szkła chrzęściły pod podeszwami jego butów. Człowiek okazał się Indianinem po pięćdziesiątce. Jakimś cudem wciąż jeszcze żył. Wbił wzrok w Namtara, który pomimo ciemnych okularów miał wrażenie, że spojrzenie konającego przeszywa go na wylot. Mężczyzna wyszeptał:
- Byłem przyjacielem Białego Człowieka... Wiele razy ratowałem Białego Człowieka i jego ludzi przed krzywdą... Nigdy nie prowadziłem z wami wojny, z wyjątkiem ochrony naszej ziemi... Nawet gdy mój lud był zagrożony odmówiłem przyłączenia się do waszych wrogów w czerwonych płaszczach. Przybyłem do tego fortu jako przyjaciel, a wy zamordowaliście mego syna, który nikogo nie skrzywdził i zamordowaliście mnie, gdy chciałem was jedynie ratować... Za to niechaj klątwa Wielkiego Ducha spocznie na tej ziemi i jej mieszkańcach. Niechaj zniszczą go siły natury i niechaj zniszczone będą jego nadzieje. Niechaj siła jego ludzi zostanie sparaliżowana przez rozlew naszej krwi...
Assamita przyklęknął obok Indianina i słuchając jego słów. Wiedział, że tamten jest praktycznie w agonii. Stracił dużo krwi, ponieważ kula zrobiła sporą dziurę w plecach mężczyzny, a samo zderzenie zmiażdżyło kości nóg. Ich blade odłamki widoczne poniżej kolan Indianina, przeszywały jego zakrwawione spodnie.
- Nie jestem z tych, o których mówisz - szepnął. - Ja cię nie zdradziłem. Jestem twoją śmiercią. Hana al-waqt li nath-hab.*
Podniósł leżący na ziemi metalowy pręt i szybkim, precyzyjnym ruchem wbił go w oko leżącego. Tamten jedynie westchnął cicho i znieruchomiał.
- As-salamu alayka** - szepnął Łowca i uśmiechnął się lekko. Wstał znad ciała, oblizując zakrwawione palce. Wiedział, że ma zaledwie kilka minut, zanim zjawi się tu policja. Gdy już miał wyjść zobaczył, że w domu pozostawił świadka. Młoda kobieta schowana za parawanem, wychyliła głowę w nadziei, że morderca wyjdzie, nie zauważając jej.
[center]***[/center]
Pozostali członkowie koterii udali się do stojącego niedaleko granatowego Forda. Tym razem Horacy siadł z przodu, podczas gdy pozostali rozmieścili się na tylnym siedzeniu. Ich ubrania były w opłakanym stanie, poszarpane i przesiąknięte świeżą krwią, która powoli zaczynała już brązowieć. Przemoczeni i zdenerwowani siedli w ciszy.
Po chwili zza kotary deszczu wyłonił się mężczyzna, który kazał im tutaj wsiąść. Otworzył drzwi, po czym najszybciej jak tylko mógł wskoczył na siedzenie kierowcy zamykając za sobą drzwi.
- Nazywam się Rafael Dorqer i pracuję jako Agent Federalny. Mój pan rozkazał mi pomagać każdemu kto znajdzie się w podobnie paskudnej sytuacji. Maskarada została naruszona. Więc macie cholerne szczęście, że tutaj byłem. Nie martwcie się śladami jakie zostały w dżipie. Zajmę się tym. Zanim odjedziemy, ktoś z was musi zmienić pamięć policjantom, tak aby uważali, że w waszym samochodzie był tylko kierowca, którego odwiozłem na pogotowie, bo był lekko ranny. Mój władca bardzo poważnie traktuje zasady Maskarady. Jedna osoba idzie ze mną, reszta czeka tutaj. Mam nadzieję, że macie kogoś, kto posiada taką moc? Ten typ na motorze jest z wami?
* arab. Czas już iść.
** arab. Pokój z tobą.
Assamita biegiem ruszył w stronę autobusu. W zniszczonym domu panowała cisza, dając do zrozumienia, że jest on prawdopodobnie pusty. Przód pojazdu wbity był w ścianę budynku, co uniemożliwiało zajrzenie do środka. Najprostsza droga wiodła więc przez tylne drzwi autobusu. Wymagało to nieco siły, lecz fakt ten nie sprawił Mordercy problemu. Wszedł do środka i rozejrzał się. Na drugim końcu samochodu ujrzał leżące ciało. Ruszył w jego kierunku. Kawałki metalowych części i szkła chrzęściły pod podeszwami jego butów. Człowiek okazał się Indianinem po pięćdziesiątce. Jakimś cudem wciąż jeszcze żył. Wbił wzrok w Namtara, który pomimo ciemnych okularów miał wrażenie, że spojrzenie konającego przeszywa go na wylot. Mężczyzna wyszeptał:
- Byłem przyjacielem Białego Człowieka... Wiele razy ratowałem Białego Człowieka i jego ludzi przed krzywdą... Nigdy nie prowadziłem z wami wojny, z wyjątkiem ochrony naszej ziemi... Nawet gdy mój lud był zagrożony odmówiłem przyłączenia się do waszych wrogów w czerwonych płaszczach. Przybyłem do tego fortu jako przyjaciel, a wy zamordowaliście mego syna, który nikogo nie skrzywdził i zamordowaliście mnie, gdy chciałem was jedynie ratować... Za to niechaj klątwa Wielkiego Ducha spocznie na tej ziemi i jej mieszkańcach. Niechaj zniszczą go siły natury i niechaj zniszczone będą jego nadzieje. Niechaj siła jego ludzi zostanie sparaliżowana przez rozlew naszej krwi...
Assamita przyklęknął obok Indianina i słuchając jego słów. Wiedział, że tamten jest praktycznie w agonii. Stracił dużo krwi, ponieważ kula zrobiła sporą dziurę w plecach mężczyzny, a samo zderzenie zmiażdżyło kości nóg. Ich blade odłamki widoczne poniżej kolan Indianina, przeszywały jego zakrwawione spodnie.
- Nie jestem z tych, o których mówisz - szepnął. - Ja cię nie zdradziłem. Jestem twoją śmiercią. Hana al-waqt li nath-hab.*
Podniósł leżący na ziemi metalowy pręt i szybkim, precyzyjnym ruchem wbił go w oko leżącego. Tamten jedynie westchnął cicho i znieruchomiał.
- As-salamu alayka** - szepnął Łowca i uśmiechnął się lekko. Wstał znad ciała, oblizując zakrwawione palce. Wiedział, że ma zaledwie kilka minut, zanim zjawi się tu policja. Gdy już miał wyjść zobaczył, że w domu pozostawił świadka. Młoda kobieta schowana za parawanem, wychyliła głowę w nadziei, że morderca wyjdzie, nie zauważając jej.
[center]***[/center]
Pozostali członkowie koterii udali się do stojącego niedaleko granatowego Forda. Tym razem Horacy siadł z przodu, podczas gdy pozostali rozmieścili się na tylnym siedzeniu. Ich ubrania były w opłakanym stanie, poszarpane i przesiąknięte świeżą krwią, która powoli zaczynała już brązowieć. Przemoczeni i zdenerwowani siedli w ciszy.
Po chwili zza kotary deszczu wyłonił się mężczyzna, który kazał im tutaj wsiąść. Otworzył drzwi, po czym najszybciej jak tylko mógł wskoczył na siedzenie kierowcy zamykając za sobą drzwi.
- Nazywam się Rafael Dorqer i pracuję jako Agent Federalny. Mój pan rozkazał mi pomagać każdemu kto znajdzie się w podobnie paskudnej sytuacji. Maskarada została naruszona. Więc macie cholerne szczęście, że tutaj byłem. Nie martwcie się śladami jakie zostały w dżipie. Zajmę się tym. Zanim odjedziemy, ktoś z was musi zmienić pamięć policjantom, tak aby uważali, że w waszym samochodzie był tylko kierowca, którego odwiozłem na pogotowie, bo był lekko ranny. Mój władca bardzo poważnie traktuje zasady Maskarady. Jedna osoba idzie ze mną, reszta czeka tutaj. Mam nadzieję, że macie kogoś, kto posiada taką moc? Ten typ na motorze jest z wami?
* arab. Czas już iść.
** arab. Pokój z tobą.
Ostatnio zmieniony 20 czerwca 2015, 17:04 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Zaśmiał się cicho. Jednak los czasami uśmiechał się i do niego. Dziewczyna zauważyła jego ruch i schowała się na powrót, za jedwabnym parawanem, malowanym w pawie. Morderca przeszedł na przód autobusu. Przednia szyba była roztrzaskana w drobny mak. Przód pojazdu przebił ścianę domku i zatrzymał się w połowie pomieszczenia, które musiało stanowić sypialnię. Wskoczył lekko na maskę i przykucnął obserwując przez chwilę otoczenie. Zielono-błękitny dywan zasłany był szkłem i resztkami jakiegoś niewielkiego mebla. Jedwabna pościel na łóżku leżała w nieładzie, świadcząc o tym, iż ktoś spał tutaj jeszcze przed chwilą. Pokrywały ją kwiatowe wzory. Większość mebli była z jasnego ratanu. Assamita nie zauważył innych osób w pomieszczeniu. Wyszczerzył zęby.
- Widzę cię, robaczku- powiedział miękko i zeskoczył na dywan. Zza parawanu dobiegała cisza. Żałował, że ma tak mało czasu. W innym przypadku mógłby wydłużyć zabawę, dać ofierze cień nadziei na ucieczkę. Niestety jednak, aktualnie był w pracy. Musiał więc znaleźć sposób połączenia przyjemnego z pożytecznym.
Przeszedł w stronę, gdzie ukrywała się kobieta. Pod jego butem zachrzęściło szkło i Morderca zauważył, iż nadepnął na zdjęcie w ramce. Przedstawiało młodą, uśmiechniętą dziewczynę, o równo przyciętych, kasztanowych włosach. Leżała na trawie, tuląc do siebie czarno-białego Husky. Obok jej łokcia, niczym bezwiedny omen, spoczywała czerwona margaretka. Schylił się i schował zdjęcie do kieszeni.
[center]
[/center]
Zza parawanu dobiegał stłumiony szloch. Słyszał go teraz wyraźnie i niemal czuł smak jej strachu. Po raz kolejny musiał przywołać się do porządku, aby nie przedłużyć gry. Podszedł do malowanego parawanu i przewrócił go. Dziewczyna kuliła się za nim, patrząc na niego wielkimi, szarymi oczyma. Była ubrana jedynie w kusą, dwuczęściową piżamkę w motylki.
- O Boże, proszę, ja nic nie... - wyjąkała.
Morderca złapał ją za włosy i rzucił na ziemię. Kobieta krzyknęła cicho i próbowała odsunąć się, pełznąc na rękach i kolanach. Cały czas wydawała z siebie zduszony szloch, przeplatany chaotycznymi prośbami o litość. Przypatrywał się temu przez kilka sekund, po czym złapał ją ponownie za kark i ramię i prawie zaniósł przed maskę autobusu. Uważał, by nie zostawić śladów na dywanie. Zwłaszcza krwi.
Kobieta opierała się, starając się wyrwać, co tylko poprawiło mu humor. Ciepło jej ciała, zaklęta w nim żywotność i determinacja, oddzielone od niego kruchą barierą skóry, budziły w nim ekscytację. Być może w innych okolicznościach spróbowałby odnaleźć tą tajemnicę, która zawsze mu umykała. Ulotny sekret życia. Teraz jednak musiał się spieszyć. Podniósł kobietę i uderzył nią z ogromną siłą o maskę autobusu.
Krzyknęła na chwilę przed tym, nim jej głowa roztrzaskała się o obudowę chłodnicy. Usłyszał chrupnięcie, gdy kości czaszki poddały się przy spotkaniu z metalem. Krew i fragmenty mózgu spryskały słonecznie żółty lakier. Puścił jej ciało, które osunęło się na dywan. Prawa ręka i noga przez chwilę poruszały się w nieskoordynowanych drgawkach. Skrzydła motyli na różowym materiale piżamy były teraz pokryte ciemnymi plamami krwi. Przez chwilę obserwował jak aura dogasa, aż w końcu nie pozostało nic poza mięsem. Uśmiechnął się i pogładził zdjęcie w kieszeni. Następnie wspiął się na maskę i opuścił budynek w taki sam sposób, w jaki do niego wszedł. Wychodząc na deszcz zagwizdał motyw przewodni z "Madame Butterfly".
[center]
[/center]
- Widzę cię, robaczku- powiedział miękko i zeskoczył na dywan. Zza parawanu dobiegała cisza. Żałował, że ma tak mało czasu. W innym przypadku mógłby wydłużyć zabawę, dać ofierze cień nadziei na ucieczkę. Niestety jednak, aktualnie był w pracy. Musiał więc znaleźć sposób połączenia przyjemnego z pożytecznym.
Przeszedł w stronę, gdzie ukrywała się kobieta. Pod jego butem zachrzęściło szkło i Morderca zauważył, iż nadepnął na zdjęcie w ramce. Przedstawiało młodą, uśmiechniętą dziewczynę, o równo przyciętych, kasztanowych włosach. Leżała na trawie, tuląc do siebie czarno-białego Husky. Obok jej łokcia, niczym bezwiedny omen, spoczywała czerwona margaretka. Schylił się i schował zdjęcie do kieszeni.
[center]
[/center]Zza parawanu dobiegał stłumiony szloch. Słyszał go teraz wyraźnie i niemal czuł smak jej strachu. Po raz kolejny musiał przywołać się do porządku, aby nie przedłużyć gry. Podszedł do malowanego parawanu i przewrócił go. Dziewczyna kuliła się za nim, patrząc na niego wielkimi, szarymi oczyma. Była ubrana jedynie w kusą, dwuczęściową piżamkę w motylki.
- O Boże, proszę, ja nic nie... - wyjąkała.
Morderca złapał ją za włosy i rzucił na ziemię. Kobieta krzyknęła cicho i próbowała odsunąć się, pełznąc na rękach i kolanach. Cały czas wydawała z siebie zduszony szloch, przeplatany chaotycznymi prośbami o litość. Przypatrywał się temu przez kilka sekund, po czym złapał ją ponownie za kark i ramię i prawie zaniósł przed maskę autobusu. Uważał, by nie zostawić śladów na dywanie. Zwłaszcza krwi.
Kobieta opierała się, starając się wyrwać, co tylko poprawiło mu humor. Ciepło jej ciała, zaklęta w nim żywotność i determinacja, oddzielone od niego kruchą barierą skóry, budziły w nim ekscytację. Być może w innych okolicznościach spróbowałby odnaleźć tą tajemnicę, która zawsze mu umykała. Ulotny sekret życia. Teraz jednak musiał się spieszyć. Podniósł kobietę i uderzył nią z ogromną siłą o maskę autobusu.
Krzyknęła na chwilę przed tym, nim jej głowa roztrzaskała się o obudowę chłodnicy. Usłyszał chrupnięcie, gdy kości czaszki poddały się przy spotkaniu z metalem. Krew i fragmenty mózgu spryskały słonecznie żółty lakier. Puścił jej ciało, które osunęło się na dywan. Prawa ręka i noga przez chwilę poruszały się w nieskoordynowanych drgawkach. Skrzydła motyli na różowym materiale piżamy były teraz pokryte ciemnymi plamami krwi. Przez chwilę obserwował jak aura dogasa, aż w końcu nie pozostało nic poza mięsem. Uśmiechnął się i pogładził zdjęcie w kieszeni. Następnie wspiął się na maskę i opuścił budynek w taki sam sposób, w jaki do niego wszedł. Wychodząc na deszcz zagwizdał motyw przewodni z "Madame Butterfly".
[center]
[/center]
Nie dotykam w pomieszczeni rękami niczego, poza ciałem (i zdjęciem, które zabrałem). Uderzam dziewczyną o maskę w taki sposób, by wyglądało to na wypadek. Oceniam, że całość tej zabawy zajęła mi może 3-4 minuty. Biegiem wracam do koterii.
Jeśli ktoś będzie miał ochotę przyglądać się mojej aurze, zauważy, że jestem podejrzanie wesoły. Niemniej mam nadzieję, iż chwilowo zajmują was inne sprawy i nie macie do tego głowy.
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:20 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Na pytanie o "typa na motorze", Terry rozejrzał się szybko wyglądając na zewnątrz, lecz nie odnalazł Łowcy w zasięgu swojego wzroku. Zaczął przytakiwać, zanim w pełni odwrócił się do swego rozmówcy.
- Tak, on jest z nami. I tak, mogę to zrobić - kończąc wypowiedź, na powrót już spoglądał w oczy Rafaela. - Możesz ich prosić na chwilę po kolei? Może być nawet tu gdzie stoimy, po prostu nie chcę biegać po miejscu zdarzenia.
Następnie zwrócił się do towarzyszy.
- Dobrze więc, ja pomogę tym strudzonym stróżom prawa. Musimy się stąd jak najszybciej oddalić. Ktoś z was wie, co się stało z Mrocznym Jedi? Zresztą, nie ważne, kto jak kto, ale on z pewnością umie o siebie zadbać.
Rafael poczekał, aż Terry dołączy doń na zewnątrz auta, po czym krótką komendą i gestem ręki, wezwał do siebie jednego z policjantów. Kiedy ten podszedł do nich, frater Terry położył mu dłoń na ramieniu w przyjaznym geście, po czym zapytał.
- Witaj synu. Jak ci na imię?
- Eric - odpowiedział police officer Eric, zdziwionym, pytającym spojrzeniem poszukując twarzy Rafaela.
- A więc Ericu, posłuchaj mnie przez krótką chwilę, chcę się tylko upewnić co do przebiegu zdarzeń. Wykonywaliście zlecone sobie czynności służbowe, kiedy w przejeżdżający samochód uderzył autobus szkolny. Auto przekoziołkowało parę razy, dewastując tamte radiowozy i niestety także tamtą dwójkę policjantów. Panie świeć nad ich duszami. Kierowca zdemolowanego samochodu, szczęściem swoim zadbał o to by zapiąć pasy, dzięki czemu udało mu się wyjść z tego wszystkiego bez szwanku. No prawie, trochę kulał na lewą nogę. Jednak w obliczu tego co przeżył, można powiedzieć, że właściwie nic mu się nie stało. Po za nim, nie widzieliście nikogo, ani z nikim nie rozmawialiście. Agent Dorqer zajął się nim osobiście, nie chcąc rozpraszać służb ratowniczych, gdyż z pewnością znajdzie się kilka osób bardziej potrzebujących fachowej pomocy. Prawda?
- Tak, on jest z nami. I tak, mogę to zrobić - kończąc wypowiedź, na powrót już spoglądał w oczy Rafaela. - Możesz ich prosić na chwilę po kolei? Może być nawet tu gdzie stoimy, po prostu nie chcę biegać po miejscu zdarzenia.
Następnie zwrócił się do towarzyszy.
- Dobrze więc, ja pomogę tym strudzonym stróżom prawa. Musimy się stąd jak najszybciej oddalić. Ktoś z was wie, co się stało z Mrocznym Jedi? Zresztą, nie ważne, kto jak kto, ale on z pewnością umie o siebie zadbać.
Rafael poczekał, aż Terry dołączy doń na zewnątrz auta, po czym krótką komendą i gestem ręki, wezwał do siebie jednego z policjantów. Kiedy ten podszedł do nich, frater Terry położył mu dłoń na ramieniu w przyjaznym geście, po czym zapytał.
- Witaj synu. Jak ci na imię?
- Eric - odpowiedział police officer Eric, zdziwionym, pytającym spojrzeniem poszukując twarzy Rafaela.
- A więc Ericu, posłuchaj mnie przez krótką chwilę, chcę się tylko upewnić co do przebiegu zdarzeń. Wykonywaliście zlecone sobie czynności służbowe, kiedy w przejeżdżający samochód uderzył autobus szkolny. Auto przekoziołkowało parę razy, dewastując tamte radiowozy i niestety także tamtą dwójkę policjantów. Panie świeć nad ich duszami. Kierowca zdemolowanego samochodu, szczęściem swoim zadbał o to by zapiąć pasy, dzięki czemu udało mu się wyjść z tego wszystkiego bez szwanku. No prawie, trochę kulał na lewą nogę. Jednak w obliczu tego co przeżył, można powiedzieć, że właściwie nic mu się nie stało. Po za nim, nie widzieliście nikogo, ani z nikim nie rozmawialiście. Agent Dorqer zajął się nim osobiście, nie chcąc rozpraszać służb ratowniczych, gdyż z pewnością znajdzie się kilka osób bardziej potrzebujących fachowej pomocy. Prawda?
Czekam na potwierdzenie i daję znak by wołać następnego. Czynności i historyjkę powtarzam jeszcze trzy razy, jeśli dobrze liczę. Następnie wracam do reszty i miejmy nadzieję znikamy z tego przeklętego miejsca. Jeśli w międzyczasie zobaczę gdzieś Łowcę, wydaję punkt siły woli by przekazać mu w myślach co się dzieje i żeby jechał za nami.
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2015, 13:07 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV Point Pleasant Przed Domem Pogrzebowym 10.08.1993
- Muszę jak najszybciej wrócić na to miejsce, by wszystkiego dopilnować. Gdzie was podrzucić?
Dla Terrego: Zmieniłeś pamięć wszystkim policjantom na miejscu zdarzenia.
Test Percepcji ST:7 = 5 sukcesów. Jesteś pewien, że nie ma tutaj innych świadków, ale wypadek może przyciągnąć gapiów. Na razie nie widzisz nikogo takiego. Zobaczysz Namtara wychodzącego z autobusu i natychmiast przekażesz mu telepatycznie swoje myśli. Rzuci ci się w oczy jeszcze czarny cadillac stojący za Domem Pogrzebowym. Nie wiesz, czy ktoś jest w środku, bo ma przyciemnione szyby. Rafael jest cały czas przy tobie. Wracasz do samochodu i co dalej?
Dla wszystkich: W tle słychać syreny pogotowia i straży pożarnej. Przypominam, że ubrania ofiar wypadku są poplamione krwią, zniszczone (pourywane guziki, rozdarcia materiału) i kompletnie przemoczone.
Po kilku minutach Terry powrócił do samochodu razem z Rafaelem. Agent włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go uruchamiając silnik. Ruszył powoli mówiąc do Spokrewnionych:Test Percepcji ST:7 = 5 sukcesów. Jesteś pewien, że nie ma tutaj innych świadków, ale wypadek może przyciągnąć gapiów. Na razie nie widzisz nikogo takiego. Zobaczysz Namtara wychodzącego z autobusu i natychmiast przekażesz mu telepatycznie swoje myśli. Rzuci ci się w oczy jeszcze czarny cadillac stojący za Domem Pogrzebowym. Nie wiesz, czy ktoś jest w środku, bo ma przyciemnione szyby. Rafael jest cały czas przy tobie. Wracasz do samochodu i co dalej?
Dla wszystkich: W tle słychać syreny pogotowia i straży pożarnej. Przypominam, że ubrania ofiar wypadku są poplamione krwią, zniszczone (pourywane guziki, rozdarcia materiału) i kompletnie przemoczone.
- Muszę jak najszybciej wrócić na to miejsce, by wszystkiego dopilnować. Gdzie was podrzucić?
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2015, 19:09 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Mijające minuty pozwoliły Victorii nieco rozeznać się w sytuacji, a początkowe objawy szoku stopniowo zaczęły ustępować.
- To zrozumiałe. - odezwała się Lasombra, przyglądając się uważnie mężczyźnie za kierownicą. Jej spojrzenie utkwiło na moment na jego dłoniach, obejmujących kierownicę Forda. - W tej chwili wystarczy, że ruszysz z miejsca i znikniemy stąd w końcu. Nie wyglądamy zbyt wyjściowo, zatem pokazywanie się gdziekolwiek w tym stanie nie jest najlepszym pomysłem. Wysadź nas niedaleko i wracaj. - Wampirzyca rozejrzała się po wnętrzu samochodu i towarzyszach, jakby szukając potwierdzenia swoich słów.
- Chyba że macie jakieś inne propozycje? - zapytała, gdy przekręcany przez Rafaela kluczyk w stacyjce rozbudził silnik, a on sprawnymi manewrami wyprowadził pojazd na drogę. Dźwięki syren zbliżających się do miejsca wypadku przybierały na sile, a deszcz nie przestawał padać. Kiedy odjechali kilkaset metrów, Victoria Spojrzała na Terrego, łowiąc jego wzrok i powiedziała ściszonym głosem.
- Musimy pozbyć się terenówki. Ślady... Pełno naszej krwi zostało w jeepie, a Ty jak widać bardzo chętnie zaopiekujesz się i załatwisz sprawę auta. W imieniu swojego Pana oczywiście. Co jest całkiem zrozumiałe i nie można mieć o to pretensji. Jednak nie możemy sobie pozwolić na tak potworne niedopatrzenie... Zbyt wiele ryzykujemy pozostawiając tam naszą krew...
- Wspomniałeś Rafaelu, że między innymi w podobnych... niecodziennych sytuacjach pomagasz spokrewnionym. - potarła bolące ramię. Krzepnąca krew, która rdzawym płatkiem oderwała się od jednego z paznokci i opadła na podłogę, przykuła jej uwagę. - Dziękuję Ci w imieniu wszystkich za pomoc. Biorąc pod uwagę okoliczności, podziękowania należą się też twojemu Panu i byłabym wdzięczna wiedząc, u kogo mamy dług do spłacenia. Komu zatem służysz? - zapytała łagodnym głosem, a w jego tonie słychać było szczerą wdzięczność i ulgę, że wyszli z tego cało.
- To zrozumiałe. - odezwała się Lasombra, przyglądając się uważnie mężczyźnie za kierownicą. Jej spojrzenie utkwiło na moment na jego dłoniach, obejmujących kierownicę Forda. - W tej chwili wystarczy, że ruszysz z miejsca i znikniemy stąd w końcu. Nie wyglądamy zbyt wyjściowo, zatem pokazywanie się gdziekolwiek w tym stanie nie jest najlepszym pomysłem. Wysadź nas niedaleko i wracaj. - Wampirzyca rozejrzała się po wnętrzu samochodu i towarzyszach, jakby szukając potwierdzenia swoich słów.
- Chyba że macie jakieś inne propozycje? - zapytała, gdy przekręcany przez Rafaela kluczyk w stacyjce rozbudził silnik, a on sprawnymi manewrami wyprowadził pojazd na drogę. Dźwięki syren zbliżających się do miejsca wypadku przybierały na sile, a deszcz nie przestawał padać. Kiedy odjechali kilkaset metrów, Victoria Spojrzała na Terrego, łowiąc jego wzrok i powiedziała ściszonym głosem.
- Musimy pozbyć się terenówki. Ślady... Pełno naszej krwi zostało w jeepie, a Ty jak widać bardzo chętnie zaopiekujesz się i załatwisz sprawę auta. W imieniu swojego Pana oczywiście. Co jest całkiem zrozumiałe i nie można mieć o to pretensji. Jednak nie możemy sobie pozwolić na tak potworne niedopatrzenie... Zbyt wiele ryzykujemy pozostawiając tam naszą krew...
- Wspomniałeś Rafaelu, że między innymi w podobnych... niecodziennych sytuacjach pomagasz spokrewnionym. - potarła bolące ramię. Krzepnąca krew, która rdzawym płatkiem oderwała się od jednego z paznokci i opadła na podłogę, przykuła jej uwagę. - Dziękuję Ci w imieniu wszystkich za pomoc. Biorąc pod uwagę okoliczności, podziękowania należą się też twojemu Panu i byłabym wdzięczna wiedząc, u kogo mamy dług do spłacenia. Komu zatem służysz? - zapytała łagodnym głosem, a w jego tonie słychać było szczerą wdzięczność i ulgę, że wyszli z tego cało.
Victoria jest spokojna i mówi łagodnie, ale nie ufa człowiekowi i nie będzie rozmawiać o sprawach koterii przy nim. Dlatego jak najszybciej będzie chciała wysiąść i zacząć działać. Poza tym, priorytetem wydaje jej się pozbycie dowodów w jeepie, więc rozważa możliwość powrotu na miejsce wypadku.
Ostatnio zmieniony 21 czerwca 2015, 21:52 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Szok, zupełny szok. Tak wiele szczęścia wczoraj a tak mało brakowało by całe to szczęście zgasło nagle wraz z życiem Horacego. Potrzebował więcej czasu niż pozostali by to w sobie przetrawić. Z niedowierzaniem patrzył pod zakrwawione strzępy swoich spodni, gdzie zmiażdżone odłamkami i stalą nogi na powrót odzyskały swoją mobilność, lecz niestety nie wygląd jakie miały jeszcze dzisiejszej nocy po przebudzeniu. Trupoza wracała. Drżącą ręką przysłonił na powrót swoje nogi. Nie mógł na nie patrzeć.
No cóż Horacy, szczęście w nieszczęściu, że to jest ta mniej widoczna część ciała.
"...podziękowania należą się też twojemu Panu i byłabym wdzięczna wiedząc, u kogo mamy dług do spłacenia. Komu zatem służysz? "
- Samemu Księciu - wycedził powoli Horacy - Zastanawiam się tylko kto komu jest winien co... Strasznie poplątane zdawa się być to wszystko.
- Zatem, moim skromnym zdaniem w środku zakładu pogrzebowego zdarzyło się coś niezwykłego, coś co kierowca autobusu zdecydowany był zetrzeć z powierzchni ziemi wraz z tobą i grupą policjantów oraz sobą samym. Zapewne liczył na eksplozję, która by kompletnie zniszczyłaby jakiegoś rodzaju dowody, wraz ze śledczymi. Czy uchylisz rąbka tajemnicy przyjacielu i powiesz co takiego się tam stało, że wymagało atencji najlepszego żyjącego sługi Democritusa? Wielcem ciekaw.
No cóż Horacy, szczęście w nieszczęściu, że to jest ta mniej widoczna część ciała.
"...podziękowania należą się też twojemu Panu i byłabym wdzięczna wiedząc, u kogo mamy dług do spłacenia. Komu zatem służysz? "
- Samemu Księciu - wycedził powoli Horacy - Zastanawiam się tylko kto komu jest winien co... Strasznie poplątane zdawa się być to wszystko.
- Zatem, moim skromnym zdaniem w środku zakładu pogrzebowego zdarzyło się coś niezwykłego, coś co kierowca autobusu zdecydowany był zetrzeć z powierzchni ziemi wraz z tobą i grupą policjantów oraz sobą samym. Zapewne liczył na eksplozję, która by kompletnie zniszczyłaby jakiegoś rodzaju dowody, wraz ze śledczymi. Czy uchylisz rąbka tajemnicy przyjacielu i powiesz co takiego się tam stało, że wymagało atencji najlepszego żyjącego sługi Democritusa? Wielcem ciekaw.
Ostatnio zmieniony 22 czerwca 2015, 05:37 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein