Strona 36 z 88

: 24 czerwca 2015, 16:12
autor: Frater_Terry
Terry miał nadzieję, że jego słowa dotrą do rozsądku Łowcy. A także zakończą temat. Nie były to wielkie nadzieje, ale zawsze jakieś. Prysnęły jednak jak bańka mydlana po słowach Mrocznego Jedi. W dodatku pojął, jak bardzo wcześniej rozminął się w interpretacji słów Mordercy z ich rzeczywistym znaczeniem. I jak bardzo niewinną propozycją było to w mniemaniu Assamity. Zebrał myśli, które w szalonym tempie rozbijały mu się wewnątrz czaszki. Przyjrzał im się z uwagą, po czym wybierając kilka z nich, odpowiedział.

- Ja bym za nimi płakał. Szczególnie kiedy wyjaśniłeś, że twoja propozycja tyczy się nie samego posiłku, a morderstwa które ów posiłku było by następstwem. Zwyczajnie nie mogę się na to zgodzić, a tym bardziej brać w tym udziału. Bo nie chodzi o przynależność do sekty, a poszanowanie życia i prawa do zbawienia, które posiada każdy, nawet ty, Duchu z Otchłani.

- Odwołałem się też specjalnie do Kodeksu postępowania, bo wiem, że jako osoba pełna honoru rozumiesz istotę takich zasad. Dlaczego nie zwróciłeś uwagi na tę część mojej wypowiedzi? Czy to znaczy, że w twojej opinii nie posiadam takowych?

- Nie wiem co masz na myśli, mówiąc, że krew śmiertelnych jest jak woda. Nie wiem, bo jak już wcześniej wspomniałem, nie piję ze spokrewnionych. W mych oczach było by to zwyczajnie kanibalizmem. Wierzę jednak w twe słowa. Wierzę w to, że krew kainitów jest silniejsza. Jednak, ludzie w zupełności zaspokajają moje potrzeby i nigdy nie rzucę się na żadnego z nieśmiertelnych, jak długo będę posiadał nad sobą kontrolę.

- Dlatego serdecznie dziękuję ci za tę propozycję. Odbieram ją jako gest swego rodzaju pojednania i szczerze doceniam. Ale jestem Sługą Pana na Wysokościach i nie ulegam pokusom ni żądzom które pojawiają się na mej ścieżce. Ni w czasach minionych, ni teraz, ni nigdy.

Kończąc, uśmiechnął się do Darth'a Namtara. Możliwie najprzyjaźniejszym ze swych uśmiechów. Nie chciał, by ten znów się zablokował na próby komunikacji, ale bardziej nie chciał być przezeń postrzegany jako osoba odpowiednia do tego typu propozycji.

: 24 czerwca 2015, 19:05
autor: Suriel
Horacy rozmyślał nad czymś bardzo intensywnie i luźno przysłuchiwał się rozmowie prowadzonej przez resztę. W końcu w nader głośny sposób pstryknął długimi palcami i powiedział:

- Flowers Cottage! Motelik nazywa się Flowers Cottage i jest około dziesięciu minut drogi stąd. Piechtą, rzecz jasna. Tam wystarczy rzucić parę dolców więcej by móc robić różne zdrożne rzeczy i nikt się o nic nie pyta póki nie słychać krzyków i skarg sąsiadów. I to rozwiązuje problem, jadłodajnia i ubieralnia w jednym.

Ale czy to całe przebieranie się jest na prawdę aż tak ważne? Już to raz robiłem w tym miesiącu i to dzisiaj. I tu widoczna jest ewolucyjna przewaga Nosferatu nad innymi klanami, no bo co w tym złego że się wygląda jak zwykły bam. Wszak nie szata zdobi trupiaka.

Potem odwrócił się do Namtara.

- Jeśli chodzi o mnie to nie wskażę ci gdzie dokładnie przebywają kainici w tym mieście bo tego nie wiem. A nawet gdybym wiedział to nie podzieliłbym się tą informacją, wiedząc co zamierzasz zrobić. - ciągnął dalej ze znudzeniem - Stosuję się do praw Camarilli, która zabrania zabijać innych naszego rodzaju. Podobają mi się te prawa i respektuję je, ponieważ odróżniają nas od innych organizacji a przed wszystkim od źwierząt (sic!), które nie są w stanie wymyślić rozwiązania bez zabijania innych. Zabijanie dopuszczam jedynie w ostateczności, natomiast popełnianie go dla czystej przyjemności mam za niskie i niecywilizowane zachowanie. Podobnie jak przestrzeganie praw tylko wtedy gdy ktoś patrzy, wydaje mi się hipokryzją. Po której żadne z nas nie potrafiłoby sobie spojrzeć w oczy w lustrze. - spojrzał po pozostałych zatrzymując wzrok na Victorii - Chociaż, może to nie było najszczęśliwsze stwierdzenie... Aha i najważniejsze - ożywił się nieco - niedaleko jest park Tu-Endie-Wei gdzie moim zdaniem może być szansa spotkania kruków, a na pewno wszystkowiedzących gołębi. Chodźmy już stąd. Jak w końcu zaczniecie bujać wory z tego miejsca, to po drodze może wam powiem kto podpierdolił te kości indiańca.

Horacy ruszył przez deszcz i środkiem najgorszych kałuż pogwizdując "deszczową piosenkę".

: 24 czerwca 2015, 19:55
autor: Rellon
Ravnos przez chwile skoncentrował się na prośbie Victorii. Było to uczucie dziwne, jakby rzeczywistość stawiała wyraźny opór jego woli. Znał zasady towarzyszące tkaniu gobelinu i zwodzeniu innych iluzją, rozumiał prawo wymiany, wiedział że nie ma czym zapłacić za sztukę której wymagała Lasombra

- Nie mogę przykryć waszych ubrań iluzją, musimy radzić sobie w bardziej konwencjonalny, materialny sposób. Sugerowałbym włamanie do któregoś z pobliskich domów, a potem wyczyszczenie domownikom pamięci.

: 24 czerwca 2015, 20:15
autor: Sigil
- Szkoda - Assamita wzruszył ramionami. - Nici z imprezy zatem... Niemniej, Terry, żaden z tych śmieci, których śmierć chciałbyś opłakiwać, nie zawahałby się w podobnej sytuacji, aby dostać twoją krew... Pomyśl o tym czasem.

Uśmiechnął się zimno. Chwilę szedł w milczeniu, prowadząc motor, jakby rozważał słowa pozostałych i zastanawiał się, nad sensem prowadzenia dalszej dyskusji. Deszcz nie wydawał się robić na Mordercy najmniejszego wrażenia, nie odczuwał nawet potrzeby omijania kałuż. Jednakże wydarzenia tego wieczoru musiały nastroić go nad wyraz pozytywnie, bo po chwili odezwał się znowu:

- Żyjecie już tak długo i wciąż się oszukujecie... Trzymacie się zasad, myślicie, że jesteście ludźmi, podczas gdy jesteście tylko potworami zamieszkującymi świat pełen innych potworów. Co widzisz w lustrze Horacy każdego dnia? Właśnie to. Potwora, którym jesteś. Prawdę o sobie. A jednak wciąż obawiasz się tego, czym się stałeś - zaśmiał się cicho, choć w dźwięku tym brakowało prawdziwej radości.

Mówił spokojnie, nie tak, jakby chciał kogoś przekonać, lecz po prostu jakby informował ich o pewnym stanie rzeczy. Wydawał się przy tym lekko zamyślony, co sprawiało, iż odnosili wrażenie, że jego słowa były jedynie częścią większej całości. Elementem szerszych rozważań, którym jednak, z jakiś względów, postanowił się z nimi podzielić. Było to zresztą na tyle niecodzienne, biorąc pod uwagę jego niechęć do dłuższych wypowiedzi, że milczeli, pozwalając mu dokończyć.

- Wasze zasady i prawa nie ochronią was przed bestią. Nie pozwolą wam uciec, przed głodem. Tutaj silniejsi pożerają słabszych. Tak jest to skonstruowane. Nie ma sensu z tym walczyć. Lepiej to zaakceptować... A tak... Z uwagi na rozterki tracicie okazję napicia się dobrej krwi. I usprawiedliwiacie żywienie się na ludziach. Oni żyją, a wy nie. Jesteście więc trupami pasożytującymi na witalności innych... I uważacie moje rozwiązania za bestialskie? - uśmiechnął się i przekrzywił lekko głowę. - Cóż, to wasz problem. Wasze wybory i ich konsekwencje...

Kopnięty przez Assamitę kamyk przeturlał się po chodniku i znikł w głębokiej, ciemnej kałuży. Przedłużająca się cisza zdawała się świadczyć o tym, iż Morderca wyczerpał temat i zajął się dalszym ciągiem swoich osobistych rozważań.
Idąc i tak rozglądam się za potencjalnymi zagrożeniami. Obserwuję otoczenie, uważam na bezpieczeństwo ekipy.

: 24 czerwca 2015, 21:10
autor: Rooster
Po krótkiej i szybkiej wymianie zdań przez telefon, Victoria podeszła do Horacego, oddając mu aparat. Rozmowa na zalanej strugami deszczu ulicy i to w tak odsłoniętym miejscu wydawała jej się naprawdę złym pomysłem. A sama propozycja Assamity wywołała w niej mieszaninę irytacji i złości. W obecnej chwili nie mogła sobie jednak pozwolić na okazywanie uczuć i emocji, więc dokładnie skryła je za maską bólu.

Bawi Cię to, prawda? Obserwowanie, jak będziemy toczyć walkę z własnym sumieniem...

- Nie myślałam o iluzji - zwróciła się do Gavina - a o wykorzystaniu innych twoich cennych umiejętności. - Słaby uśmiech, który posłała Ravnosowi po chwili zastąpił grymas cierpienia. Syknęła cicho, i ruszyła wolnym krokiem do Terrego. Strugi deszczu lejące się z nieba znikały w rosnących kałużach i powoli zbierających się strumykach na skraju jezdni. Dźwięk wody spływającej do pobliskiej studzienki na deszczówkę dudnił monotonnie pod nimi. Chwila zawahania, jakby biła się z własnymi myślami, spoglądając na mało przyjemny widok złowieszczego uśmiechu Mordercy. Kiedy stanęła z boku Terrego, położyła rękę na jego ramieniu.

Nie wiem czy bardziej ja potrzebuję tego czy ty ojczulku. Jednak nie możemy pozwolić mu na takie zagrywki... Żałuję tylko, że nie mam twojej cierpliwości...

Zwróciła się do Namtara, stojąc spokojnie.

- Słyszałeś co powiedzieli, nikt z nas poza tobą oczywiście, nie zrobi niczego podobnego. To nie podlega żadnym dyskusjom i tego się trzymajmy. Sam kierujesz się honorem i zasadami, więc uszanuj też nasze wybory. I radzę się ruszyć, jeśli mamy pozostać niewidoczni... - powiedziawszy to, odstąpiła od Malkaviana, szybkim krokiem doganiając Horacego.

: 24 czerwca 2015, 22:28
autor: Suriel
Horacy pozwolił się zrównać reszcie grupy z sobą. A kiedy byli blisko objął ich dyscypliną niewidzialności, zmieniając wygląd wszystkich za wyjątkiem Namtara. I jego motoru.

[center]Obrazek[/center]
Skoro nie wybraliście to trudno stało się. :P
Od lewej Horacy, Victoria, Fratter (chciałem dać coś czarnego jak sutanna do której przywykłeś ale nie wszyło za dobrze jak widać) i Gavin

: 24 czerwca 2015, 23:31
autor: lightstorm
Charleston WV Point Pleasant, Motel Flowers Cottage 10.08.1993

Horacy w jednym z zaułków zmienił wygląd członków koterii. Nieco zaskoczeniu swym nowym image popatrzyli na siebie z niedowierzaniem.

- Tylko nie rób mi tak - rzucił Assamita i odsunął się nieco od Nosferatu.

Po wymianie krótkich uwag ruszyli do motelu. Jego neon widoczny był już z daleka, błyskając spoza strug deszczu różem i seledynem. Przed motelem rozciągał się parking, z niewielkim klombem na środku, na którym rosły hortensje. Zdaje się, iż miał on usprawiedliwiać nazwę przybytku. W środku, w budynku recepcji siedział gruby, czarny mężczyzna, po czterdziestce, oglądający telewizor. Ubrany był w wyciągniętą bluzę z kapturem w kolorze khaki. Przerwała oglądanie meczu, lustrując wchodzących. Jego wzrok zatrzymał się przez chwilę na postaci Namtara, któremu przyjrzał się z wyraźną obawą.

- W czym mogę pomóc? - odezwał się zachrypniętym głosem.

- Potrzebujemy dwóch pokoi. I prywatności - odezwał się Morderca. Członkowie koterii z lekkim zaskoczeniem zanotowali, iż arabski akcent całkowicie zniknął z jego głosu. Assamita mówił w taki sposób jakby wychował się na ulicach Nowego Yorku.

- Dobra - murzyn otarł górną wargę. - Dam wam szóstkę i siódemkę. Nikogo tam nie będzie dzisiejszej nocy, ale płatne z góry. Gotówką oczywiście - dodał szybko.

Assamita położył przed nim na stole sto dolarów. Widok pieniędzy sprawił, iż recepcjonista pozbył się resztek podejrzliwości. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Reszty nie trzeba - powiedział cicho Morderca. - Zapomnij, że nas widziałeś.

- Się robi szefie, już zapomniałem - murzyn mrugnął do niego porozumiewawczo i podał dwa klucze z przyczepionymi do nich numerkami. Numerki namalowane były na kawałkach plastiku, wyciętych w kształt stokrotek...

[center]*** [/center]
Koteria udała się do jednego z pokojów, które znajdowały się za parkingiem, w długich, drewnianych barakach. Tutaj dźwięk ulewy dochodził do nich stłumiony. Krople deszczu uderzały o szyby i dach, podkreślając, iż udało im się znaleźć schronienie. Przynajmniej na chwilę. Assamita natychmiast zasunął żaluzje na obu oknach. Było to lekko zaskakujące, lecz w pokoju było czysto, choć nad wyraz skromnie. Dwa łóżka, przykryte tanimi narzutami, szafa na ubrania oraz mały stoliczek z lampką nocną. W rogu stał niewielki telewizor. Wystroju dopełniał tani stolik ze szklanym blatem i dwa składane krzesła. Łazienka była kompaktowa, ledwo mieszcząc kabinę prysznicową oraz muszę klozetową. Na ścianie w pokoju wisiała przykurzona reprodukcja "Słoneczników" Van Gogha. Wyglądała jak wycięta z kalendarza. Ściany w kolorze seledynu dobrze pasowały do granatowego dywanu. Spokrewnieni zaczęli zdejmować część mokrej odzieży i rozsiadać się na krzesłach i łóżkach.
Dotarliście bezpiecznie do motelu. Co robicie dalej?

: 25 czerwca 2015, 13:30
autor: Sigil
Drugi pokój był bliźniaczo podobny do pierwszego, z tą jedynie różnicą, iż ściany miały liliową barwę, a nad stolikiem wisiała reprodukcja "Martwej Natury" van Huysuma. Wyglądała na wyciętą z tego samego kalendarza, co "Słoneczniki". Sprawdził pobieżnie wnętrze i łazienkę, po czym wrócił do pozostałych. Od czasu ostatniej wypowiedzi Victorii praktycznie nie rozmawiał z Niewiernymi, uznając, że nie ma to sensu. Teraz jednak odezwał się, wchodząc odruchowo w swój beznamiętny, automatyczny sposób komunikacji:

- Siódemka jest czysta - zameldował. - Potrzebuję zapolować. Zajmie mi to nie więcej niż kwadrans. Mogę iść?

- Czemu tak długo? - zapytała Victoria spokojnie. - Wolałabym abyś był blisko. Nie możesz zapolować tutaj?

- Laa* - odparł obojętnie. - Wy potrzebujecie dużo krwi. Jesteście ranni. Polujcie tutaj. Powinno być bezpiecznie. Ja poszukam trochę dalej. Mogę iść?

- Dobrze, ale postaraj się szybko wrócić - zdecydowała Lasombra. - Jak zauważyłeś jesteśmy ranni i możemy cię potrzebować.

- Przyjąłem- odparł krótko. - Lun aakun mutakhir.**

Wyszedł na zewnątrz, w ciemność i deszcz, a później przyjął formę cienia, łącząc się z materią nocy...
Poluję zwyczajowym sposobem, wybierając jakiś domek koło motelu (pewnie jeden z tych, który mijaliśmy). Myślę, że zajmie mi to nieco mniej niż kwadrans. Potrzebuję znaleźć jedynie dwóch krwiodawców. Nie zabijam. Później wracam do koterii.

* arab. Nie
** arab. Nie spóźnię się.

: 25 czerwca 2015, 15:46
autor: Frater_Terry
Obejrzał zdjętą z siebie sutannę. Miała rozerwaną większą część rękawa i pleców. I zdecydowanie nie nadawała się już do użycia. Z lekką nutką żalu odłożył ją na jedno z krzeseł. Rozejrzał się po zebranych. Wciąż nie przyswoił sobie jeszcze ich nowych twarzy. Powstrzymał uśmiech, który mimowolnie cisnął mu się na twarz. Kiedy zrozumiał, że mimo wysiłku nie uda mu się, obrócił się plecami do grupy. Nie chciał być odebrany jako osoba niepoważna, choć i tak miał już wrażenie, że tak właśnie go odbierają. Zrzucił to jednak na karby przynależności klanowej, nie na swą osobowość. Odwracając się od Koterii, ustawił się przodem do wejścia do łazienki. Ruszył więc przed siebie i zaraz zamknął za sobą drzwi. Pozwolił sobie na cichy chichot, po czym spojrzał w lustro.

W pierwszym odruchu krzyknął, przestraszony odskakując od lustra, zaraz potem jednak opanował się i wybuchnął głośnym śmiechem. Oparł się ręką o ścianę i poświęcił dobrą minutę by się uspokoić. Z uśmiechem jeszcze raz spojrzał na swoje odbicie, po czym zaczął doprowadzać się do ładu.

Zdjął z siebie zakrwawioną koszulę, i przeprał ją w zimnej wodzie. Krew była świeża, więc ustąpiła bez większego oporu. Następnie wziął szybki prysznic, Ubrał się i opuścił łazienkę.

- Powinniśmy porozmawiać, lecz najpierw się umyć i pożywić. Łazienka jest wolna, ja wrócę za chwilę. - oznajmił po czym wyszedł z pokoju.

[center]***[/center]
Postanowił zacząć od początku. Szybkim krokiem udał się pod drzwi z numerem 1. Ze środka dobiegała przytłumiona muzyka, słychać było też energiczną dyskusję. Zapukał. Nie przerwało to toczącej się wewnątrz dyskusji, ale nie musiał też długo czekać. Drzwi otworzył młody, czarnoskóry mężczyzna, ubrany był w czerwoną bluzę z kapturem, szerokie, jeansowe spodnie i sportowe buty. Z wyglądu mniej niż 20 lat. Terry natychmiast pochwycił jego spojrzenie i odezwał się.

- Zaproś mnie do środka.

Chłopak wpierw spojrzał nań zdziwiony, po czym uśmiechnął się i otworzył szerzej drzwi.

- Siema ziomalu! Wbijaj do nas, niczego nie zabraknie, dziewczyny wkrótce przyjadą!

Terry z uśmiechem wyminął go i wszedł do pokoju. Wzrokiem przejechał po stoliku, na którym leżały dwie paczki papierosów, popielniczka i przyniesione prawdopodobnie z łazienki lustro. Na jego powierzchni leżała niewielka kupka białego proszku, zwinięty w rulon banknot i parę starannie usypanych "kresek". Następnie spojrzał na siedzących przy nim dwóch jeszcze chłopców, wiekiem i przynależnością rasową podobnych do tego przy drzwiach. Oboje przerwali swą ożywioną dysputę i patrzyli się teraz zdziwieni, raz na Terry'ego, raz na swego kolegę, który właśnie zamknął drzwi.

Malkavian zajął jedno z krzeseł, po czym patrząc zdziwionej młodzieży w oczy, oznajmił.

- Pozostańcie na miejscach i wysłuchajcie mnie. Oto bowiem, całe wasze życie ulec może zmianie. Pan na Wysokościach obdarował was swym Błogosławieństwem, przysyłając mnie do was. - gestem ręki pokazał "odźwiernemu" by zajął miejsce obok swych kolegów.

- Serce me krwawi, gdy patrzę jak marnujecie swój potencjał i zdrowie swoje. Zarówno duchowe jak i doczesne. Czyż zaprawdę egzystencja wasza tak pozbawiona jest Światła, że musicie szukać nadziei w odurzeniu narkotycznym? Przecież wystarczy, że wpuścicie Pana do serca swego, a ścieżki wasze już nigdy nie będą kręte ni ciemne. Tak niewiele trzeba, byście żyli pełnią szczęścia. Przyjmijcie zatem Miłość Jezusa Chrystusa, który ze mną do was przybywa! - ścisnął w kieszeni święty Guzik, - Padnijcie więc na kolana i módlcie się! A czyńcie to gorliwie i nie pozwólcie, by cokolwiek wam przeszkodziło! Nie przestawajcie, choćby i w obliczu Końca Świata, i oferujcie swoje Serca panu! Ja zaś pomogę wam pozbyć się z ciał waszych tych toksyn nieczystych, byście mogli wolni od wszelkiego złą narodzić się ponownie, w Jezusie Chrystusie, Panu naszym!

Odczekał chwilę, aż cała trójka pogrążyła się w modlitwie. Po kolei podchodził do każdego z nich, błogosławił i pożywiał się, starając się być przy tym powściągliwym, by nikomu nie wyrządzić krzywdy. Kiedy skończył, chłopak który otworzył mu drzwi zaczął płakać rzewnymi łzami, przepraszając za grzechy i dziękując Bogu za jego Nieskończone Miłosierdzie. Bił się przy tym w piersi i zawodził potępieńczo. Jeden z dwójki zastanej przy stoliku, w furii rzucił się w stronę lustra, rozsypując wściekle narkotyk i wdeptując go w dywan. Rozbił następnie zwierciadło o ścianę i zabrał się za demolowanie jednego z łóżek. Warczał na nie z całych sił i toczył pianę z ust. Ostatni z trójki, z brakiem zrozumienia przyglądał się poczynaniom swych kolegów, wciąż pozostając na kolanach, w pozycji modlitewnej.

Do niego właśnie podszedł Terry. Schylił się, po czym powiedział spoglądając mu głęboko w oczy, starając się nie dać zagłuszyć przez głośne jęczenie i powarkiwanie.

- Pomóż swym przyjaciołom. Zabierz ich stąd i zaopiekuj się nimi. Jeśli będzie trzeba, zabierz ich do szpitala. I postaraj się nie zmarnować szansy, którą dziś wam przyniosłem.

Opuścił pokój nr 1 z poczuciem dobrze spełnionej misji. Zarówno duchowej jak i gastronomicznej. Rozejrzał się, upewniając, że nikt go nie widzi, po czym ruszył w kierunku "szóstki".
Wracam do pokoju, myślę, że całość akcji, powinna zająć 20+ minut. Z 10+ w łazience, 10 u ziomali. Krzyczeć jeśli zaniżam. Z chłopaków uzupełniam krew do pełna, po 3PK z dwójki której odwaliło i 2PK z tego ostatniego. (łącznie 8PK)
Po powrocie Terry będzie wyraźnie pobudzony. Nie usiedzi w miejscu, raczej będzie chodził lub stał postukując nogą. Co chwilę oblizuje wargi, a jego szczęki są mocno ściśnięte.

: 26 czerwca 2015, 19:15
autor: Rellon
Ravnos doprowadził się do porządku na tyle na ile zdołał, zostawił torby w pokoju hotelowym, po czym ruszył w poszukiwaniu krwi. Jego ego, jako kierowcy i rzezimieszka, ucierpiało tej nocy dość znacznie. Połowie biedy że nie zauważył faceta w czerni, takie robaczki wpadały pod koła co jakiś czas, jednak przeoczenie autobusu szkolnego było czymś zupełnie nie do przełknięcia.

- Pozdrowiony bądź Lucyferze, Panie i władco Piekieł!

Co do...? Niespodziewane powitanie sprawiło że Gavin przystanął i zaczął nasłuchiwać jak drapieżnik, który w okolicznych krzakach usłyszał szelest.

- No już, musisz się teraz rozebrać - Polecenie słychać było z jednego z pokoi. Z zainteresowaniem podszedł bliżej drzwi z numerem 16. Korzystając z wampirzej mocy, ukrył swoją obecność pod płaszczem niewidoczności i podkręcił słuch.

- Ale Dave, tam napisane było że rozbieram się pod koniec rytuału, a Wy jeszcze nie zgasiliście światła - odpowiedział kobiecy głos z nutką wyrzutu.

- Jak śmiałaś zaglądać w notatki Mistrza Ceremonii! - Odpowiedział pierwszy głos, siląc się na gniewny ton
- To niedopuszczalne i.. eee... Dobra Tom, zgaś światło i zapal ten elektryczny znicz. Nie chce żeby włączył się alarm przeciwpożarowy. A Ty Sandra rozbierz się, będzie leszy polot... eee... to znaczy więcej energii w pomieszczeniu będzie. Czuje jak się zbiera. Czarny Pan zapewne przybędzie tej nocy, w końcu jest pełnia...

Ravnos mógł wyraźnie rozróżnić trzy postacie, które najwyraźniej nie mogły dojść do porozumienia jak ma przebiegać ceremonia. Przez chwile przestał słuchać ich dywagacji i zebrał się by najciszej jak może, wślizgnąć się do pokoju. Zamek nie stawiał oporu, a zawiasy nie zdradziły nowego gościa, przybywającego do domeny.

Pokój był identycznie wyposażenie jak te, które zajmowała koteria. Większość mebli stała pod oknem, poza łóżkiem które stało w rogu pomieszczenia. Na łóżku leżała sterta ciuchów, pozostawiona w nieładzie przez tymczasowych właścicieli apartamentu. Jedynymi źródłami oświetlenia były elektryczne znicze, poustawiane w nieładzie popokoju. W centralnej części pomieszczenia, niezdarnie wyklejony przy pomocy taśmy, znajdował się pentagram. Dookoła tego dzieła stało trzech nastolatków, pożerających wzrokiem nagą blondynkę siedzącą wewnątrz pentagramu. Na oko Gavina mieli maksymalnie 17 lat, i stylizowali się na gotycko-satanistyczne dzieci ulicy. Wszystko oczywiście za pieniądze rodziców.

W życiu nie widziałem tak tandetnych satanistów, mają chyba za dużo pieniędzy Pomyślał Cygan nie mający pojęcia o magicznych rytuałach. Jednak nawet jego skromna wiedza krzyczała z rozpaczy patrząc na plastikowy znicz i bliżej niezidentyfikowany obiekt który miał udawać różdżkę.

W tym momencie, jeden z nastolatków, zaczął kreślić w powietrzu nieznane Ravnosowi symbole, po czym zaczął czytać, strasznie dukając:

-Życie jest wszelkim... eee... wielkim! Życie jest wielkim zaspo - ko - jeniem - świeć wszelką... eee ... WIELKĄ wstrzem - ięźliwością. Dlatego! Wykorzystaj Życie - TU I TERAZ! - po czym spojrzał wymownie na młodą dziewczynę, która głaszcząc się po ciele, zaczeła zalotnie kołysać biodrami. Zabieg ten utrudnił znacząco dalszy przebieg ceremonii, jako że Wielki Mistrz Ceremoni został najwyraźniej zaabsorbowany widokiem. Spod czaru wyrwał Dave'a jeden z współtowarzyszy.

- Rytuał stary, ciągnij dalej, to działa! - podszepnął podnieconym głosem goth, będący krzyżówką pudru i czarnej kredki, lub też czarnej kredki i pudru.

- Nie, Nie...Nie istnieją niebiosa pełne chałwy i piekło, w którym smażą się grze - grzesznicy. Tu i teraz jest dzień naszej mąki! Tu i teraz - dzień naszej radości! Tu i teraz - nasza szansa. Wybierz więc dzban, tę godzinę, ponieważ nie było żadnego zleciciela! Powiedz swojemu seru: "Ja jestem swoim własnym zbawicielem".

Ten właśnie moment wybrał Gavin by dołączyć do spektaklu. Wykorzystując dyscyplinę Iluzji zmienił pokój w mroczne katakumby, sam zaś przybrał formę którą widział na okładce jakiegoś komiksu. Demonicznym głosem rzekł do zebranych:

[center]Obrazek[/center]

- Bluźniercy! Oddajcie pokłon waszemu Panu i Władcy! Jako ze jam jest Lucyfer, Najwyższy pośród upadłych!

Młodzież zaniemówiła. Oto stał przed nimi sam diabeł, a ściany przytulnego lokum zmieniły się w mroczne lochy. Jedyna aktorka na scenie, zemdlała. Chłopaki wymienili się spojrzeniami pod tytułem "Uciec? Ale dokąd?"

- Na kolana niewolnicy! Dobrze - rzekł diabeł, widząc jak sataniści klękają. Bladość ich cery dorównywała w tym momencie odcieniowi cery starych wampirów, którym bliższa jest bestia niż człowieczeństwo.

- Udało wam się zwrócić moją uwagę, to zaszczyt, wielki zaszczyt niewolnicy. Myślę że nagrodzę was stosownie do waszych zasług. - rzekł demon, spoglądając po zebranych - Naznaczę was jako wybranych na ziemi, będziecie od tej chwili moimi apostołami, wybranymi dziećmi Czarnego Pana! Tych, którzy mi się sprzeciwią, zabiorę prosto do piekła i będę pożerać przez eony! A teraz podejdźcie i przyjmijcie znamię waszego PANA!
1. Z każdego z obecnych w pokoju śmiertelników spijam 2 pk, zalizuje im rany po ugryzieniu, i leczę własne obrażenia. Z laski także.
2. Potem każe im siąść w kręgu, zamknąć oczy i policzyć do 666, po tym czasie będą mają je otworzyć. W międzyczasie zabieram im z kurtek i plecaków kasę, portfele i biżuterie. Komórki zostawiam, tknięty złym przypuszczeniem.
3. Wychodzę najciszej jak zdołam, po czym rozpraszam iluzje.
4. Wracam do pokoju wynajętego przez koterie.
5. Nie chwale się ekipie z moich przygód, znając ich brak poczucia humoru uznaliby mnie za Baali i skasowali na miejscu.
Spoiler!
Ostatecznie powinienem być poskładany, trace 1 punkt siły woli na to całe przedstawienie

: 26 czerwca 2015, 20:24
autor: Suriel
Horacy stał kiedy koteria rozgościła się w hotelowym pokoju po traumatycznych przygodach jakie spotkały ich dzisiejszej nocy. Upewnił się, że wszyscy czują się komfortowo, bardziej lub mniej. Uśmiechnął się patrząc jak atmosfera się rozluźnia. Zamierzał jeszcze powiedzieć zdanie czy dwa do Namtara lecz stwierdził, że nie chce psuć tej chwili, wiec kiedy Asamita zakomunikował, że wychodzi stwierdził że to bardzo dobry pomysł i dla niego.

- Cóż, głód ma pierwszeństwo zatem wybaczcie... - obrócił się na pięcie i wyszedł na zewnątrz by się pożywić.


[center]***[/center]

Horacy wysunął cicho z kieszeni pęk kluczy przy których było również wąskie ostrze służące do wsuwania w szczelinę okien. Wolał wchodzić przez okna. Kiedyś jak był młodszy wybierał drzwi ale zmienił upodobania kiedy przez przypadek upuścił wytrychy przy drzwiach. Kiedy się po nie schylił tuż nad jego głową, przebijając drzwi, przeleciał funt ołowiu wystrzelony z dubeltówki. Najwyraźniej ktoś w tamtym ubogim motelowym pokoiku nie spał i był niezwykle nerwowy.

Okno od łazienki szczeknęło zapraszając go do środka. Z wnętrza sączyła się przytłumiony kawałek Jefferson Airplane - "White Rabbit"

(https://www.youtube.com/watch?v=WANNqr-vcx0)

Przekroczył ramę okienną i stanął u drzwi łazienki nasłuchując. Prócz muzyki dało się słyszeć zduszone pojękiwania ludzi, i szybko skrzypiące łóżko.

Wygląda na to, że zastałem ich in flagranti, he he he...

Wyszedł dyskretnie z łazienki do przedpokoju. Na podłodze stały dwa kieliszki do szampana obok talia kart do jakieś sex gry a dalej para osobliwych króliczych bucików. Niestety nie przygotowało go to na to co za chwilę miał zobaczyć.

[center]Obrazek[/center]

Na łóżku igrała sobie para w wieku trzydziestu paru lat. Wyraźnie nabierali tempa. Nie było jednaka szokująca ich królicza prędkość z jaką to robili lecz fakt, że przebrani byli za białe króliczki. Oboje. Horacy zatoczył się w miejscu, na początku przeraził się bowiem, że oto niechcący trafi na samą Amandę lub co gorsza na jakieś "łaki". Potem jednak ochłonął co zajęło mu wcale nie krótką chwilę. Stojąc tak w milczeniu poczuł zaduch tego pokoju, ich szybkie oddechy i tą krew która galopując jak oszalała płynęła przez aorty. Głód znów był taki silny.

Zsunął maskę na szyję, teraz i on był nagi. Zbliżał się właśnie wielki finał, kiedy podszedł od tyłu ujeżdżającej kobiety i wbił się w nogę mężczyzny. Fala niezwyczajnej przyjemności przeszyła na raz całą trójkę.
Horacy odsunął się w gęsty cień przyglądając się jak kobieta opada obok nagiego mężczyzny. Bicie ich serc nadal, przyzywało i kusiło potwora. Kiedy ręka kobiety przez przypadek zwisała poza oświetlony lampką krąg łóżka, nie czekał. Podczołgując się zbliżył się. Długa szponiaste dłoń momentalnie się rozwarła i delikatnie chwyciła za nadgarstek kobiety, w tym samym momencie kiedy Horacy przywarł pijąc. Kochanka jęknęła wydając z siebie odgłos rozkoszy.

Wyszedł cicho tak samo jak się dostał do środka. Jeszcze przez chwilę czuł w ustach bogaty pełen namiętności i emocji bukiet dziewczyny.

No, no stary figlarzu kto by pomyślał, że zaliczysz aż tak szybko...

Stuknęło zamykane okno, kiedy dwójka kochanków spała zmożona wspólnym aktem.

: 26 czerwca 2015, 22:56
autor: Sigil
Nie nazwałby nigdy tego co zrobił polowaniem. Nie sprawiało mu to przyjemności. Pożywianie się na śpiących śmiertelnikach było zwykłym zaspokojeniem głodu. Niczym więcej. Nie lubił robić tego w ten sposób, ich krew nie miała żadnej wartości... Jednak wiedział, że nie ma innego wyjścia i nie było sensu spierać się w tej kwestii z losem. W pracy liczyła się efektywność. Mektub.

Gdy wrócił do pokoju, Kuffrowie nie zakończyli jeszcze swych nocnych łowów. Drzwi nie były zamknięte na zamek. Wszedł więc cicho, nie zapalając światła. Przezornie wolał pozostawić im łóżka i krzesła, samemu wybierając podłogę. Wykręcił jednak żarówkę z wiszącego pod sufitem klosza. Teraz jedyne źródło oświetlenia w pokoju stanowić mogła stojąca przy łóżku lampka nocna. Co było nawet dość dobrym rozwiązaniem. Usiadł po turecku, naprzeciwko drzwi, opierając się o ścianę. Wyciągnął Desert Eagle i odruchowo rozłożył broń, sprawdzając jej stan. Wsłuchując się w szum deszczu czekał na powrót Munafiqun...

: 27 czerwca 2015, 13:05
autor: lightstorm
Charleston WV Point Pleasant, Motel Flowers Cottage 10.08.1993

Victoria także poszła zapolować. W jednym z pokoi trafiła śpiącego kierowcę TIR'a i co pozwoliło jej uzupełnić trochę krwi.
Wróciliście wszyscy do pokoju. Przyjmuję, że każdy się umył w łazience i czeka na nowe ubrania, które ma przywieźć Ghul Victorii. Macie jeszcze trochę czasu na rozmowy zanim się tutaj zjawi.
Spoiler!
SMS od Jaspera: Siedzimy w barze i oblewamy ucieczkę przed MiB'em. A z wami jak? Działacie dalej?

: 27 czerwca 2015, 14:46
autor: Suriel
- No dobrze, powiem szczerze że zjada mnie ciekawość kto taki był za kółkiem w tym nieszczęsnym autobusie. Nie był to przypadkowy kierowca, prawda Namtarze?

Horacy podszedł do okna i delikatnie uchylił zazdrostki by móc dyskretnie rozejrzeć się po okolicy.

- Jeśli chodzi o zaś o to co się stało z grobem wodza. To niestety zrobił to ktoś z naszej Rodziny. Nie mówiłem tego celowo przy magach, by nie wsypać członka Camarilli. - Horacy nabrał powietrza szykując się na dłuższą wypowiedź - W rejonach miast Charleston i Point Pleasant grasuje jeden z Nosferatów, któremu odjebało trochę. Nazywamy go Kret, ponieważ bardzo często używa Animalizmu, by opętywać zwierzęta i w ten sposób szpiegować naziemnych. Lubi też drążyć podziemne tunele swoimi pazurzastymi łapami i jest okurwiennie silny. Robi takie wielkie kopce w ziemi można i to w lasach, gdzie jest mało ludzi. Zawsze podróżuje z nim kilka krecich Ghuli, którzy służą za zwiad oraz pozbywanie się zbędnej ziemi z tuneli. Ciężko się z nim rozmawia, bo możliwe jest to tylko dzięki Animalizmowi ale jest to nadal możliwe. Trzeba tylko dobrze wybrać jakiś neutralny teren, ponieważ terytorialny skurwiel z niego. Znałem go wcześniej, porządny typ był z niego póki... Swego czasu uwielbiał przenosić umysł do kreta, miał całe hordy tych zwierząt rozsianych po całej Wirginii Zachodniej. Tylko, że tak samo jak on wchodził w umysł zwierzęcia, coś ze zwierzęta zostawało po każdym razie i w jego umyśle. Moim zdaniem obecnie Kret niemal ma umysł zwierzęcia a jego człowieczeństwo tym samym poszło niemal na dno. Lecz, nadal jest członkiem Camarilli. Jest też potomkiem w prostej linii Rustego ale nie jego bezpośrednią progeniturą. Z tych dwóch powodów nie powinno się go jednak zabijać lecz, jeśli to on zrobił, zakołkować i oddać.

Zrobił dłuższą pauzę by wszyscy dobrze sobie poukładali w głowach wiadomości.
[center]
Obrazek
[/center]
- Uważam, że jeśli bębenek by nie wypalił to odnalezienie kości to też dobry manewr by się przypochlebić wilkołakom. Druga rzecz jest taka, że Tu-Endie-Wei w którym jest grób wodza jest parkiem stanowym, a w parkach jak to bywa jest zawsze sporo ptaków w tym kruków... Martwi mnie jednak coś innego, sam nigdy nie zrobiłby czegoś podobnego z tym pomnikiem.
Spoiler!
sms do Jasper:
/ pokiereszowani ale zdolni do jutrzejszej imprezy. do zobaczyska na miejscu, jeśli nas nic innego nie rozjedzie do tego czasu :) /

: 27 czerwca 2015, 18:22
autor: Sigil
Morderca skrzywił się lekko, gdy Szczur wspomniał o kołkowaniu i oddawaniu.

- Niczego ci nie mogę obiecać. Maa-i-khussni* - odezwał się cicho. - Jeśli będzie zagrożeniem, usunę go. Walka jest walką. Zwykle ktoś ginie. Mój Kontrakt nie zakłada brania jeńców.

Wiedział, że Horacemu najprawdopodobniej nie spodoba się to, co właśnie usłyszał, ale mówiąc prawdę, nie dbał o to. Nie zamierzał pozwalać Kuffrom na decydowanie o własnych kompetencjach w zakresie zleconych obowiązków. O tym mógł decydować tylko Klient. A Klient był martwy. Nie miał zresztą teraz ochoty (i nie sądził, by miał ją mieć kiedykolwiek) na omawianie tej sprawy. Zmienił więc temat, powracając do wcześniejszego pytania Nosferatu.

- Kullu Mektub.** Nie ma przypadków. - wzruszył ramionami. - Więc nie wiem, co dokładnie masz na myśli. Ale kierowca autobusu był Indianinem. Zwykłym śmiertelnikiem. Musiał być jednak związany z przeszłością tych ziem. Mówił o białych, którzy zamordowali jego syna w jakimś forcie. Rzucił na nich klątwę. Potem pomogłem mu umrzeć. Czysta robota, policja nie będzie mieć podejrzeń. Uzna go za ofiarę wypadku. To wszystko.



* arab. To nie jest mój problem
** arab. Wszystko jest zapisane (zgodne z przeznaczeniem).