Post
autor: Keth » 04 czerwca 2012, 13:32
Droga nr 64 pod Huntington, 7 maja 2055
Ash zerkał co chwila w prawo na oddalającą się w innym kierunku grupę motocyklistów, ale usiane podniszczonymi budynkami wzgórze szybko zasłoniło mu pole widzenia na drogę nr 60 i ekipę Radeforda. Obserwując skaliste wzniesienia po obu stronach autostrady paramedyk próbował przypomnieć sobie naprędce wszystko, co wyczytał kiedyś w naddartym przewodniku turystycznym o tej właśnie części stanu.
Położone w hrabstwach Cabell i Wayne Huntington składało się zasadniczo z dwóch rozdzielonych rzeką Ohio części, tworząc blisko trzystutysięczną metropolię na pograniczu Zachodniej Wirginii, Ohio i Kentucky. Wyglądając przez brudną szybę Canyona Tisdale próbował sobie wyobrazić los, jaki spotkał wszystkich tych ludzi. Od próby ogarnięcia myślami liczby trzystu tysięcy mieszkańców niemal rozbolała go głowa, sprowadzając na mężczyznę uczucie głębokiego przygnębienia. Śmierć musiała tu zbierać ogromne żniwo w pierwszych latach po uderzeniu Molocha, najpierw wskutek bezpośredniego działania broni chemicznej i biologicznej, później zaś pod wpływem opadu radioaktywnego i postępującej w przerażającym tempie anarchii, gdzie przetrwać mogli jedynie najsilniejsi.
Brak opieki medycznej, zatrute jedzenie i skażona woda, bezlitosne gangi i coraz groźniejsze zmutowane zwierzęta - wszystko to unicestwiło w przeciągu trzech dekad tętniącą życiem nadrzeczną metropolię, pozostawiając po sobie jedynie morze przeraźliwie cichych ruin, wśród których myszkowały czasami wielkie szczury i gdzie wiatr podrzucał w powietrze spłowiałe papierowe śmieci.
- Nekropolia - powiedział półgłosem Ashley, nie potrafiąc oderwać wzroku od szczytów biurowców sterczących ponad grzbietami mijanych wzgórz - Miasto umarłych.
- Nie pierwsze i nie ostatnie - odpowiedział z tylnego siedzenia Szary - Nie takie ruiny widziałem, stary. Ale nie bądź taki pewien, że tam są tylko szkielety. Ludzie to uparte sukinsyny, prawie tak samo jak karaluchy. Ciężko nas wytępić, chociaż blaszak bardzo się stara.
- Jeśli tu ktoś żyje, prędzej wpadnie na wielebnego niż nas - wtrącił Wilson - Nie wiem, czy to dobrze, że zjechał do tego miasta. Nie ufam tym gangerom. Niby Sutherland ich ułaskawił, ale to bandziory czystej krwi. Jak im coś do łbów strzeli, kropną Eba i zaszyją się w ruinach tak głęboko, że nigdy ich już nie znajdziemy.
Przymocowana do kokpitu krótkofalówka zatrzeszczała na umówionej częstotliwości, przykuwając natychmiast uwagę rozmówców.
- A ci gdzie, psiakrew? - z głośnika popłynął zdziwiony głos Ebenezera - Do sklepu motoryzacyjnego?
Wątek techniczny
Patrol samochodowy kontynuuje swą podróż, a pasażerowie zabawiają się z braku innych zajęć w luźną konwersację. Do miejsca spotkania z Radefordem macie 5,5 mili, ale pewne jest, że dotrzecie tam dużo szybciej od motocyklistów, więc będzie trzeba na zwiad poczekać na wysokości skrzyżowania z drogą nr 527.