WV Charleston, Dom Horacego 10.08.1993, Po północy
Duchy poruszyły się niespokojnie i zaćwierkały do siebie podniecone. Wyczuwały bliskość kolejnej ofiary. Choć kolory, którymi emanowała różniły się od poprzedniej. Nie czuły także strachu. A jednak ten, kto kierował się piwnicy, którą chwilowo obrały sobie za kryjówkę, przyciągał je niczym magnes. Wyczuwały krew na jego rękach. Krew, którą przelewał wielokrotnie, i która znaczyła duszę przybysza niczym stygmat, otwierając im dojście, obiecując rozkosz. Wiedziały, że już niedługo będą mogły zakosztować jego cierpienia. I delektować się szaleństwem, którym go obdarzą. Ich cel był coraz bliżej i ćwierkanie przeszło w dziwaczne, upiorne zawodzenie. Wiedziały, że niedługo znów się nasycą. Obserwowały. Czekały.
[center]***[/center]
Wyczuł je gdy tylko wszedł do piwnicy. Były tutaj i wiedział, że obserwują go. Ciemność w tym miejscu pachniała krwią i szeptała o śmierci. Przybrał formę fizyczną i dobył broni, czekając na ruch przeciwnika. Przestrzeń w sześciu miejscach pomieszczenia zawirowała nagle, gęstniejąc w rdzawo-grafitowe pasma dymu, które przybrały kształt upiorów ciemności. Teraz widział je wyraźnie. Zasłona mroku, która oślepiłaby większość Niewiernych, czyniąc z nich łatwy łup głodnych duchów, dla niego była błogosławieństwem. Pozwalała mu widzieć i chroniła go przed śmiercią. Gidim miały wychudłe blade ciała, z których wyrastały ciernie. Ich dłonie składały się ze szponów, długich i cienkich, stanowiących okrutną broń w walce. Skórę plamiła krew. Nie miały oczu, lecz podejrzewał, że nie sprawia im to różnicy. Wiedział, że wyczuwają go na innej zasadzie.
- Haqimumma innii a'uudhu bika an adilla ał udall, ał azilla ał uzall, ał adżhala ał udżhala 'alaj* - szepnął, aktywując moc trzymanego w ręku ostrza.
[center]

[/center]
A później wszystko potoczyło się szybko.
Uderzył pierwszy, zanim one zdążyły to uczynić. Duch rzucił się w bok, a jednak nie był dość szybki by uniknąć ciosu Assamity, tnącego z szybkością atakującej żmii. Khanjar rozdarł bladą skórę z nieprzyjemnym odgłosem, ukazując cierniste żebra. Drugi cios dosięgnął odsłoniętego brzucha upiora. Na ziemię spłynęły białe wnętrzności, wijące się spazmatycznie niczym robaki, zanim nie zmieniły się ponownie w ciemny dym i nie rozwiały w dusznym mroku piwnicy. Morderca nie zwrócił jednak na to uwagi. Nim forma ducha przestała istnieć, dosięgnął już drugiego przeciwnika, tnąc po skosie przez klatkę piersiową. Nie napotkał większego oporu. Ciało zmory zaczęło tracić spójność, rozlewając się w parującą szybko plamę ektoplazmy. Zawirował w półobrocie, tnąc od dołu istotę zbliżającą się z lewej strony. Wiedział, że trzy pozostałe niedługo znajdą się za jego plecami i nie będzie miał czasu, aby rozprawić się z nimi wszystkimi. Ostrze weszło gładko w pachwinę przeciwnika. Morderca podciągnął je w górę, otwierając go niczym jakiś egzotyczny kwiat z gnijącego mięsa. Zdążył jeszcze wbić nóż w serce kolejnego, gdy szpony dwóch pozostałych dosięgły go. Nie poczuł bólu. Pazury Psychomachi, które wedle wszelkich prawideł powinni rozorać jego ciało, nie uczyniły mu żadnej krzywdy. Albowiem Tiamat osłaniała go swoją mocą, chroniąc przed słabszymi duchami mroku. Wyszczerzył zęby i przeciął gardło piątego przeciwnika, ciągnąc za ostrzem smugę tłustawego dymu. Teraz, kiedy wszedł w dobrze sobie znany rytm poruszał się z nadludzką szybkością. Każdy jego cios był perfekcyjnie odmierzony, niczym ruchy skomplikowanego tańca. Uwielbiał to uczucie. Tą wirtuozerię flirtu ze śmiercią. I doskonałość, którą wtedy osiągał. Tak jakby wyzwalał się z zależności pomiędzy czasem i przestrzenią i przez tą krótką chwilę, czystą niczym objawienie, osiągał wieczność. To była ekstaza płynąca z całkowitego spełnienia. I przyczyna, dla której tak naprawdę wciąż żył. Ciął po raz ostatni rozpruwając bok Psychomachi i prowadząc ostrze półkoliście w górę. Nim przeciwnik zdążył zmienić się w obłok brudnego dymu, Morderca opuścił rękę i znieruchomiał, rozglądając się po pomieszczeniu. Głodne duchy zostały zniszczone. A jednak instynkt wciąż podpowiadał mu, że to jeszcze nie koniec. Wiedział, że jakimś cudem nadal tutaj są, czając się poza barierą rzeczywistości. Przekrzywił lekko głowę nasłuchując. Tym razem jednak atak nie nadszedł ze strony, z której się spodziewał.
Poczuł zapach krwi. Jej smak zbudził w jego żyłach głód, który powstał niczym Samum wyjąc w jego arteriach i wypalając swym tchnieniem wszelkie pozostałe doznania.
Przyłącz się do nas. wyszeptało coś w jego głowie.
Jesteś taki jak my. Razem będziemy polować. Razem zaspokoimy pragnienie... Przyłącz się. Potrząsnął głową i zaklął, próbując skupić się na Kontrakcie.
Przecież ich nienawidzisz - szeptał głos.
Pomożemy ci ich zabić... Chcesz tego prawda? Zabić ich. Pić ich krew... Pomyśl o tym. Ich krew... Ich ból... Wizje, które pojawiły się w jego głowie sprawiły, że jęknął z rozkoszy. Rozkwitały przed jego oczyma niczym kwiaty w cudownych ogrodach Alamut. Wybrańcy Atra-hasisa we krwi. Czerwień na jego rękach. Czerwień, którą zlizuje z ostrza khanjar... Dusze, które rozrywa karmiąc się ich światłem... I duchy, które karmi poprzez własne spełnienie... Zgrzyt żelaza po szkle... Gdzieś w czerwonej studni głodu bestia zbudziła się. Ta krew należała do niej, nie do głodnych przybłęd z pustyni. Morderca poczuł jej wściekłość i zaczerpnął z niej.
- Kefaya! Degage!** - warknął przez zaciśnięte zęby. - Nie będę służył waszym przyjemnościom, kundle! Krew, którą przelewam należy do mnie. I moja jest rozkosz z zadawanej śmierci. Urukuu barra! Edin na zu!*** Nie będę dzielił się z psami tym, co należy się mi, synowi Nar Mattaru. Toz**** przeklęte hieny!
Szepty ustały natychmiast, niczym ucięte nożem. Szkarłatna zasłona głodu uniosła się, pozwalając mu widzieć. Zachwiał się odzyskując nagle pełną władzę nad ciałem, utrzymał się jednak na nogach. Duchy odstąpiły. Był sam. Teraz to wiedział. Uklęknął na zaśmieconej posadzce, pośród kości Nosferatu, szczurzego truchła i rozrzuconych wszędzie narzędzi. Schylił głowę, pozwalając, aby Matka Tiamat objęła go swym tchnieniem, uzdrawiając jego ciało i ducha z ran, które mogłyby powrócić, gdyby dotknął go teraz najlżejszy promień światła...
Jeśli Horacy stoi na górze schodów, to podejrzewam, że słyszał ostatnią wypowiedź Namtara.
Assamita cofnie się gdzieś w kąt i będzie medytował przez 5 minut, pozostając w bezruchu. Jeśli ktoś pojawi się w piwnicy powie do niego jedynie "Nie zapalaj światła" i nie będzie się odzywał dopóki nie wróci do rzeczywistości.
* arab. O Haqimie, u Ciebie szukam ochrony od zboczenia z drogi lub bycia z niej zwiedzionym; od nieumyślnego popełnienia błędu lub bycia ku niemu poprowadzonym; od własnej ignorancji lub padnięcia jej ofiarą.
** arab. Dość! Wynoście się!
*** akkad. Odejdźcie larwy! Uciekajcie na pustynię!
**** arab. Odpieprzcie się i idźcie do piekła!