Wyspy Baracha, szczyt świątynnego wzgórza, noc
Stygijczyk złapał uzdrowiciela za ramię:
- Spokojnie, Garro. Nie miotajmy się po ciemku. Teraz trza mu zejść z oczu i to cicho... - pociągnął przyjaciela za niewysokie skałki.
Umysł Nehahera pracował intensywnie, gdy oceniał sytuację i możliwe sposoby wyjścia z niej. Właściwie nie czuł strachu. W którymś momencie wzniósł się jakby ponad niego i myślał teraz z niesamowitą klarownością. Tak jakby obserwował wszystko z boku: kamiennego potwora i sylwetki ludzi, biegnących przez wzgórze. Czuł zmęczenie mięśni i ból w płucach, a jednak był jednocześnie jakby obok tych doświadczeń, oceniając i planując działania. Czas w przedziwny sposób wydawał się zwalniać...
- Niech Galvat ściągnie go na siebie. Ma linę, poradzi sobie... - szeptał uspokajająco, do przerażonego Garro - Stwór nie może pójść za nami. Muszą go zrzucić w dół... Klif jest niedaleko.
Zastanawiał się, czy w jakikolwiek sposób mógłby wspomóc dzielnego Zamorańczyka, lecz musiał przyznać, ze w tej sytuacji jego zdolności były bezużyteczne...
Całe lata studiów spędzonych na zgłębianiu sekretów umysłu i ducha można w tym momencie rzucić krokodylom na pożarcie! - pomyślał z przekąsem. -
Co za pech! Czemu nigdy nie zainteresowałem się elementalizmem? Czemu uznałem, że jest zbyt prymitywny...? Oddałbym teraz brodę włąsnego mistrza za mały pokaz prymitywnej siły! Choćby niewielką lawinę, albo jakąś telekinezę... Czuł się nieco sfrustrowany - niczym fechmistrz, który nagle odczuł brak zwykłej, prozaicznej maczugi... Zanotował w pamięci, że jeśli z tego wyjdzie, spróbuje nauczyć się choć jednego z tych prostych, lecz jakże przydatnych życiowo czarów!
Staram się zejść potworowi z oczu, chowając się za jakieś skałki czy kamienie. Tak, by Galvat był główną osobą, na której stwór się skupi. Ciągnę za sobą Garro, żeby nie stał tak na środku wzgórza i też się ukrył.