Wzgórze nad Hedlar, noc
Być może głośniej stawiane kroki Osy utonęły w świście wiatru wygrywającego na dziurawym dachu upiorne melodie, a może posilający się przy prowizorycznym palenisku ludzie zbyt hałaśliwie rozmawiali - w każdym bądź razie zorientowali się, że nie są sami dopiero wtedy, kiedy do ich uszu dotarło wypowiedziane rzeczowym tonem pytanie tropicielki.
Nieznajomych było czterech, mężczyzn bez wyjątku. Wszyscy nosili długi zarost zdradzający, że od dawna są w drodze i raczej nie korzystają z dobrodziejstw cywilizacji. Mieli mocno zniszczone podróżne stroje, wielokrotnie łatane, czasami zszywane z różnych egzemplarzy. Mieli też przy sobie brudne plecaki różnego rozmiaru obwieszone podróżnym ekwipunkiem.
Wszyscy zerwali się na nogi słysząc słowa Osy, odwrócili głowy w stronę wejścia do silosa.
Dziewczyna odnotowała wszystkie te szczegóły w zasadzie podświadomie, potrafiąc odruchowo zwracać uwagę na różne ważne detale. Jej uwaga skupiona była w tym samym czasie na centralnym elemencie nocnego obozowiska w silosie. Był nim sporych rozmiarów metalowy sagan, ustawiony z wielką pieczołowitością na zbudowanym z pokruszonych cegieł piecyku, pod którym wesoło trzaskały palące się drewniane szczapy.
We wnętrzu silosu unosił się przyjemny zapach mięsnej potrawki, dobiegający od bulgoczącej zawartości saganu. Czterej podróżni wyraźnie gotowi byli do wieczerzy, bo niektórzy z nich wciąż jeszcze trzymali w rękach gotowe do napełnienia metalowe miski.
Ściskająca kurczowo karabin Osa poczuła jak niewidzialne cęgi zaczynają szarpać z zaskoczenia jej żołądek i zaciskają się na gardle. Któryś z brodaczy coś powiedział, ale tropicielka nie zrozumiała sensu tej wygłoszonej serdecznym tonem kwestii, zapatrzona w sterczącą z saganu mięsną wkładkę, nie mogącą być niczym innym jak gotującą się na wolnym ogniu ludzką ręką o nienaturalnie wykrzywionych, zapewne połamanych palcach.
Generalnie goście wyglądają sympatycznie, więc sądzę, że raczej nie odpędzą Osy od ogniska...