: 10 października 2015, 20:37
Charleston WV Koncert Anarchistów. Przed Elizjum: Nyctofilia. 10.08.1993 Długa Noc
- Przyjąłem - wyszczerzył zęby Morderca. - Wykonam.
Rozejrzał się szybko po okolicy, ustalając położenie grupy i notując w pamięci układ terenu:
- Mashy*. Stańcie z tamtej strony, dalej od tłumu i poczekajcie na mnie - powiedział cicho, wskazując bramę przy jednym z budynków. - Kiedy muzyk zginie, zapanuje chaos. On będzie martwy w czasie trzech minut. Będę musiał napić się później, by zachować efektywność. Za sześć minut będę przy was. Jeśli nie, nie czekajcie.
Przerwał na chwilę i zawahał się, próbując zdecydować komu powinien przekazać bęben: wariatowi, złodziejowi czy typowi, którego serdecznie nie znosił? Wyjątkowo żadna z kart, które tym razem los wyrzucił na stół, nie podobała mu się specjalnie. Wszystkie wydawały się trefne. W końcu jednak wybrał Horacego, uznając, że posiadanie Potencji przemawia w tym momencie na jego korzyść. Zresztą osobiste animozje nie miały teraz znaczenia i mogły poczekać...
- Min faDlik** - powiedział, zdejmując z ramienia okrągłą torbę z czymś płaskim i lekkim. - To bęben Lupinów. Przypilnujcie go. Saakunu fi l baiyt baada qalel.***
Po czym, zanim Horacy zdążył cokolwiek odpowiedzieć, sylwetka Mordercy rozwiała się, zlewając się z nocą. Zabójczy cień opadł na ziemię i śmignął w stronę budynków po drugiej stronie ulicy. Poruszał się zakosami, korzystając z osłony otoczenia i omijając snopy światła padające z reflektorów. W tej formie jawiły mu się one jako palące smugi przeraźliwej bieli, wgryzające się bez litości w ciało Ciemności. Wspiął się po ścianie, na dach kamienicy, która wedle jego oceny gwarantowała dobre stanowisko strzeleckie. Zacieniona przez wznoszący się obok, wyższy budynek i rosnący obok szpaler topoli, zapewniała znakomity widok i mnóstwo miejsc, w których strzelec mógł się ukryć.
Przyjmując na powrót formę z kości, mięsa i krwi przyklęknął na dachu, zdejmując plecak. Jego ręce odnalazły chłodne metalowe elementy, właściwie bez udziału umysłu. Dotknęły ich, rozpoznały i zaczęły łączyć, tworząc śmiercionośną sylwetkę SWD Dragunowa. Morderca w tym czasie rozglądał się, ustalając najlepsze miejsce do strzału. W końcu wybrał, przesunął broń i położył się płasko na brzuchu, spoglądając przez lunetę karabinu. Jak zwykle chłodny dotyk metalu i zapach oliwy uspokajał go, wprowadzając w niemal mistyczny stan wyostrzenia świadomości. Było to zarazem tak, jakby był tutaj i jednocześnie, jakby obserwował wszystko z jakiegoś oddalonego miejsca. Słyszał wrzask podnieconego tłumu, lecz jakby z oddali, jakby zza jakiejś szyby. Być może tafli lustra...Wciąż na tyle transparentnej jednak, iż nie przeszkadzała mu jednocześnie rozróżniać pojedynczych głosów i smakować emocji, składających się na tą symfonię zniszczenia. Teraz, oddalony od sceny o kilkaset metrów, mógł obserwować ofiarę. Jej ostatnie ruchy i słowa, zdające się płynąc powoli w nocnym powietrzu:
[center]I'm willing to die...[/center]
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem... - szepnął Morderca. I nacisnął spust.
Śmiertelna Cisza pożarła odgłos wystrzału.
[center]
[/center]
Kula weszła dokładnie w gładziznę kości czołowej muzyka. Energia wystrzału rozerwała strukturę czaszki, rozsiewając jej fragmenty po całej scenie. Wokalista osunął się na ziemię. Jego szyja zakończona była krwawym ochłapem mięsa, z którego wystawały sine strzępy arterii. Na scenie nagle zapadła cisza. A później Morderca usłyszał pierwszy krzyk zgrozy i przerażenia. I uśmiechnął się w ciemności...
** arab. Proszę.
*** arab. Będę za chwilę.
- Przyjąłem - wyszczerzył zęby Morderca. - Wykonam.
Rozejrzał się szybko po okolicy, ustalając położenie grupy i notując w pamięci układ terenu:
- Mashy*. Stańcie z tamtej strony, dalej od tłumu i poczekajcie na mnie - powiedział cicho, wskazując bramę przy jednym z budynków. - Kiedy muzyk zginie, zapanuje chaos. On będzie martwy w czasie trzech minut. Będę musiał napić się później, by zachować efektywność. Za sześć minut będę przy was. Jeśli nie, nie czekajcie.
Przerwał na chwilę i zawahał się, próbując zdecydować komu powinien przekazać bęben: wariatowi, złodziejowi czy typowi, którego serdecznie nie znosił? Wyjątkowo żadna z kart, które tym razem los wyrzucił na stół, nie podobała mu się specjalnie. Wszystkie wydawały się trefne. W końcu jednak wybrał Horacego, uznając, że posiadanie Potencji przemawia w tym momencie na jego korzyść. Zresztą osobiste animozje nie miały teraz znaczenia i mogły poczekać...
- Min faDlik** - powiedział, zdejmując z ramienia okrągłą torbę z czymś płaskim i lekkim. - To bęben Lupinów. Przypilnujcie go. Saakunu fi l baiyt baada qalel.***
Po czym, zanim Horacy zdążył cokolwiek odpowiedzieć, sylwetka Mordercy rozwiała się, zlewając się z nocą. Zabójczy cień opadł na ziemię i śmignął w stronę budynków po drugiej stronie ulicy. Poruszał się zakosami, korzystając z osłony otoczenia i omijając snopy światła padające z reflektorów. W tej formie jawiły mu się one jako palące smugi przeraźliwej bieli, wgryzające się bez litości w ciało Ciemności. Wspiął się po ścianie, na dach kamienicy, która wedle jego oceny gwarantowała dobre stanowisko strzeleckie. Zacieniona przez wznoszący się obok, wyższy budynek i rosnący obok szpaler topoli, zapewniała znakomity widok i mnóstwo miejsc, w których strzelec mógł się ukryć.
Przyjmując na powrót formę z kości, mięsa i krwi przyklęknął na dachu, zdejmując plecak. Jego ręce odnalazły chłodne metalowe elementy, właściwie bez udziału umysłu. Dotknęły ich, rozpoznały i zaczęły łączyć, tworząc śmiercionośną sylwetkę SWD Dragunowa. Morderca w tym czasie rozglądał się, ustalając najlepsze miejsce do strzału. W końcu wybrał, przesunął broń i położył się płasko na brzuchu, spoglądając przez lunetę karabinu. Jak zwykle chłodny dotyk metalu i zapach oliwy uspokajał go, wprowadzając w niemal mistyczny stan wyostrzenia świadomości. Było to zarazem tak, jakby był tutaj i jednocześnie, jakby obserwował wszystko z jakiegoś oddalonego miejsca. Słyszał wrzask podnieconego tłumu, lecz jakby z oddali, jakby zza jakiejś szyby. Być może tafli lustra...Wciąż na tyle transparentnej jednak, iż nie przeszkadzała mu jednocześnie rozróżniać pojedynczych głosów i smakować emocji, składających się na tą symfonię zniszczenia. Teraz, oddalony od sceny o kilkaset metrów, mógł obserwować ofiarę. Jej ostatnie ruchy i słowa, zdające się płynąc powoli w nocnym powietrzu:
[center]I'm willing to die...[/center]
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem... - szepnął Morderca. I nacisnął spust.
Śmiertelna Cisza pożarła odgłos wystrzału.
[center]
[/center]Kula weszła dokładnie w gładziznę kości czołowej muzyka. Energia wystrzału rozerwała strukturę czaszki, rozsiewając jej fragmenty po całej scenie. Wokalista osunął się na ziemię. Jego szyja zakończona była krwawym ochłapem mięsa, z którego wystawały sine strzępy arterii. Na scenie nagle zapadła cisza. A później Morderca usłyszał pierwszy krzyk zgrozy i przerażenia. I uśmiechnął się w ciemności...
Palę 2 PK na przemianę w Cień. Na dachu 1 PK na Śmiertelną Ciszę. Kolejne 2 PK na przemianę w Cień. Poluję w budynku. Spijam 5 PK. Jeśli zdążę, z dwóch ofiar. Jeśli nie, to z jednej (wtedy podcinam jej też żyły, żeby nie było, że krew sobie poszła gdzieś...). Zmieniam się w cień ponownie (-2 PK) i wracam do reszty koterii.(
* arab. OK** arab. Proszę.
*** arab. Będę za chwilę.



[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]