Charleston WV Nyctofilia, Napad Anarchistów na Elizjum/Droga do Sanktuarium 10.08.1993 Długa Noc
Horacy okrył wszystkich mocą Niewidoczności, podczas gdy Darshan otworzył na oścież drzwi prowadzące na zewnątrz budynku, aby niosący Primogenkę Nosferatu bez problemu mógł je przekroczyć. Zanim wyszli na trawnik usłyszeli ryk wkurwionego Brujaha, dobiegający gdzieś z głębi budynku:
- Już nie żyjesz, arabskie ścierwo!
Terry zamknął szybko drzwi ozdobione ulicznym graffiti i dołączył do pozostałych. Wszędzie wokół leżały kamienie, szkło, fragmenty płyt chodnikowych i cegły. W oddali płonęły zniszczone samochody stojące na ulicach, a także kilka sklepów z bardziej ekskluzywnym asortymentem.
- Nasze auto zapewne padło już ofiarą tłumu. Zbyt niebezpiecznie będzie teraz iść przez miasto - zauważył filozoficznie Ravnos.
Horacy skinął głową:
- Chodźcie, znam inną drogę - rzucił krótko.
Pozostali ruszyli za Nosferatu, który starał się jak najszybciej wydostać ze zdewastowanego kompleksu. Po kilkunastu krokach mogli w końcu zobaczyć, co dzieje się przed głównym wejściem do Elizjum. Tłum młodzieży rozproszył się, zmieniając w małe, kilkuosobowe grupki, które demolowały to co jeszcze pozostało całe. Oprócz ludzi, która przyszli na koncert, Horacy natychmiast rozpoznał jedną z trzech grup uderzeniowych jaką dysponowała Camarilla. Ekipa była w komplecie, rozmieszczona w układzie stosowanym przy najazdach Sabatu. Żołnierze walczyli z niedobitkami przedstawicieli Ruchu Anarchistycznego. Camarilla zdobywała przewagę nad słabo zorganizowaną i chaotyczną bandą rewolucjonistów, spychając ich powoli lecz skutecznie pod budynek Nyctofilii.
Horacy znalazł wejście do kanałów i całą trójka zagłębiła się w duszny, wionący zgnilizną mrok. Woda chlupotała pod ich butami gdy przemierzali kanały. Po kilku minutach drogi niezmordowany Nosferatu, który wciąż dźwigał ciało nieprzytomnej Sydonii oraz magiczny bębenek Wilkołaków, odezwał się:
- To tutaj, na górę...
A gdy wydostali się, dodał:
- Wejdziemy na ten pagórek. Za nim jest droga... Potrzebujemy samochodu.
W tym momencie zgasły wszystkie światła w okolicy, spowijając ulicę w atramentowe ciemności. Brak światła księżyca, i słońca zakrytego za gęstymi chmurami spotęgował ten efekt. Darshan zrozumiał, że była to chwila, w której Elizjum powinno przejść do historii w dość wybuchowy sposób. Pomyślał, że jego ingerencja ocaliła tego dnia wiele istnień, nie tylko Nieumarłych ale i śmiertelników. Uśmiechnął się lekko i poprawił torbę, wypchaną materiałami wybuchowymi.
Gdy wydostali się w końcu na wzniesienie ujrzeli, iż ta część miasta, która pozbawiona była elektryczności w niczym już nie przypominała starego, spokojnego Charleston jakie znał i kochał Horacy. Ogień płonął nie tylko przed Elizjum i w jego okolicy. Rewolta rozprzestrzeniła się dalej kierując się w stronę centrum. W oddali słychać było strzały i krzyki. Wszystkie służby ratownicze były na miejscu, a migające niebieskie koguty wskazywały lokacje, gdzie zniszczenia były największe. Jedynie łuna płonących budynków rozświetlała tą dantejską scenę, a grube słupy dymu wznosiły się nad miastem niczym milczący aniołowie zagłady.
[center]

[/center]
Malkavianin przyjrzał się zniszczonemu miastu, po czym wzrok jego powrócił do nieprzytomnej Sidoni. Wtem poczuł dziwny dreszcz i zdał sobie sprawę, że nie są tutaj sami. Coś ich obserwowało, odwrócił lekko głowę wyostrzając wzrok i nagle to uczucie zniknęło. Był prawie pewien, że to coś zorientowało się, iż Terry o nim wie.
- Mam złe przeczucia i przeraża mnie to miejsce. Coś tutaj jest. Czuję obecność złego oka. Znajdźmy samochód - rzucił do towarzyszy.
Po krótkiej wymianie zdań, Świr wziął Sidonię od Horacego i ruszyli na dół, kierując się w stronę drogi. Darshan udał się za nim. Gdy zeszli ze skarpy, ich humory poprawiły się nieco, ujrzeli bowiem, że szosa zapchana jest jadącymi powoli samochodami. Prawie wszystkie były wypełnione po brzegi bagażami i zdążały w kierunku prowadzącym po za granice miasta. Drugi pas był praktycznie pusty.
Darshanowi udało się zatrzymać jadącą taksówkę, która najwidoczniej wracała z kursu. Terry zbliżył się do okna od strony kierowcy, a widząc jego pytające spojrzenie rzekł z Dominacją:
- Zabierzesz na 1017 Edgewood, pod dom Tuckwiller'a.
- Się robi Ojczulku - odpowiedział uśmiechnięty szeroko murzyn w podkoszulku w paski, przyciszając głośną muzykę.
Po chwili obaj byli w środku, a samochód kierował się w stronę upragnionego Sanktuarium. Coś nie dawało spokoju Terremu, lecz nie mógł określić źródła swych obaw. Może obawiał się o Sidonię, a może przyczyną jego obaw była nieobecność Łowcy... Miał jednak uporczywe wrażenie, że chodzi o coś więcej... Jechali chwilę w milczeniu, każdy zajęty swoimi sprawami, gdy nagle kierowca wyłączył muzykę i powiedział:
- Nic do was nie mam panowie, ale dziś w Elizjum wyszliście poza swoje kompetencje. Ostrzegam was. Zajmijcie się sprawą jakie zlecił wam stary Brujah i nie wchodźcie mi kolejny raz w drogę.
Zaskoczeniu obrotem sytuacji Nieumarli na moment zastygli w bezruchu.
[center]

[/center]
[center]***[/center]
Assamita leczył rany medytując w ciemności. Po kilku minutach pod sterta gruzu z korytarza wydobył się stłumiony ryk:
- Aaahrrr! kurwa mać, ale mnie wszystko napierdala! Gdzie ja do chuja jestem? Ale mnie boli łeb... To arabski sukinsyn tak mnie załatwił. Zajebie gnoja, niech go tylko zobaczę...! Pierdolić to wszystko...! Co za meta... Dobra, tu jest ściana...
Gruz poruszył się, a z jego wnętrza dobył się głuchy dźwięk. Ściana w korytarzu nie wytrzymała ciosów Brujaha pozwalając mu wydostać się z zawalonego korytarza. Namtar usłyszał jeszcze kilka niezrozumiałych przekleństw, które padły z ust Anarchisty, a potem zapadła cisza. Christian najwyraźniej oddalił się.
Assamita dalej medytował w mroku czując, jak zebrana wkoło czerń leczy jego martwe ciało. Na zewnątrz trwała walka, jednak po zawaleniu się korytarza, wewnątrz Elizjum zrobiło się śmiertelnie cicho. Łowca cieszył się, że może mieć tą chwilę wytchnienia, nie będąc niepokojonym przez kolejnych intruzów. Miał już zbierać się do wyjścia, w jedna z ścian zmieniła swą strukturę, ukazując za sobą postać Tremera z monoklem. Zanim Niewierny zdążył wejść do pomieszczenia Namtar miał już przygotowaną broń w ręku. Tremer natychmiast odezwał się:
- A jednak jeszcze tutaj jesteś, Assamito. Przynoszę wieści, które pomogą w wypełnieniu twojego Kontraktu.
Morderca powoli opuścił rękę i schował sztylet. Dłoń jego jednak pozostała na rękojeści noża.
- Kallemni,* mów - powiedział.
- Nazywam się Loran Dewy, zwany też Great EyE - przedstawił się tamten. - Jestem pod wielkim wrażeniem twoich zdolności bojowych oraz odwagi, którą masz w sercu. To co zobaczyłem tylko potwierdza to, co mówi się o waszym Klanie. Pozwól jednak, że przejdę do rzeczy...
- Wieści szybko się rozchodzą i w ciągu godziny każdy starszy będzie wiedział, że koteria Red'a była w Elizjum. Jeżeli ty tu byłeś, to znaczy że oni też. Twoje wejście do Elizjum, a w szczególności otwarcie tej czarnej dziury w jego centrum, jest pogwałceniem podstawowych praw jakie rządzą w Camarilli. To bardzo nie spodobało się to Primogenowi klanu Toreador. Lizelotta Viger uważa, że klan Tremere powinien zając się ochroną Elizjum, a twoja obecność zniszczy reputację tego miejsca. Uważa także, że to przez czarną dziurę zabezpieczenia przestały działać, a bez dowodów na ingerencję z zewnątrz nie mogłem przekonać jej, że jest w błędzie. Max Damage wściekł się, gdy opowiedziałem mu czego dokonałeś, a gdy dodałem, że głównie tobie zawdzięczamy obronę Elizjum, nawet próbował mnie uderzyć. Teraz chce twojej głowy i będzie naciskał na Księcia w tej sprawie. Nie wiem jak inni członkowie Primogenu zareagują na tą sytuację, ale musicie założyć, że najpotężniejsza koteria w Charleston może być przeciwko wam. Zabezpieczania jakie wykonałem, by zapobiec wejściu do Elizjum zostały w jakiś sposób złamane w pewnym momencie. To pozwoliło tym Anarchistom wejść do środka. Był to ktoś z zewnątrz i na pewno nie był to uliczny magik.
- Naqal.** - Morderca wzruszył ramionami. - Jeśli Max chce mojej głowy, niech ją sobie weźmie. Możesz mu przekazać, że będę czekał. Poza tym wasza polityka nie interesuje mnie. Maa-i-khussni.*** Wypełniam Kontrakt.
- Rozumiem - uśmiechnął się lekko Tremer. - Nie omieszkam mu tego przekazać.
- Jeśli przyszedłeś tutaj tylko po to, by mówić o moich wrogach, to tracisz czas, czarodzieju. Mój i swój. Nie obawiam się waszych Starszych i mam obowiązki do wykonania.
- Nie o to mi chodziło - Loran wzniósł dłoń w uspokajającym geście. - Posłuchaj, to dzięki tobie pozostałe Harpie, czyli Angie Braun oraz Dellon Wels żyją i mają się dobrze. W zamian za uratowanie życie oferują wsparcie dla koterii Red'a. Możecie mieć wrogów w Radzie Primogen, ale słowo zjednoczonych Harpii znaczy więcej. Nawet Democritus nie jest tak głupi, by je podważać. Wasza koteria ma tylko jednego wampira z Charleston, którego możemy poprzeć. Horacy jest kluczem, do waszego sukcesu. Gdy nadejdzie odpowiedni moment Harpie powiedzą miastu prawdę o waszym zaangażowaniu, a wtedy Primogeni nie będą mogli sprzeciwić się temu, co mówi miasto. Mamy wojnę, więc mogą pojawić się próby zabójstwa, ale póki tutaj jesteś, nie mają szans.
Namtar skinął powoli głową. Nie odezwał się, słuchał dalej.
- Kolejna sprawa, tyczy się Opiekuna Elizjum, Garibalda Lshandta. Facetowi odbiło kompletnie, gdy pojawiła się Sidonia. Nie było mnie przy tym, ale wiem że wpierw poturbował Harpie, a potem zabrał się za Sidonię. Chwilę później pojawiłeś się ty. Pozostałe wampiry, które siedziały na scenie są uzależnione od jakiś magicznych narkotyków i są podatne na proste sugestie. Garibald jest obecnie przesłuchiwany przez Maxa Damage, który wydobył z niego kilka informacji. Garibalt uważa, że należy do klanu Setytów, ale gdy sprawdziłem jego krew okazał się Toreadorem siódmej generacji. W jego prywatnym pokoju odkryłem coś bardzo niepokojącego. Otóż znajdowały się tam łóżka na których leżały ważniejsze osobistości mające wpływ na świat ludzi, oraz kilku Spokrewnionych. Wszyscy byli nieprzytomni i faszerowani jakimś dziwnym narkotykiem.
- Istanna,**** był tam jakiś karzeł? - przerwał mu Namtar.
- Tak, a dlaczego pytasz?
- To... - Morderca zawahał się, nie chciał mówić Czarodziejowi całej prawdy. - ...jeden z ghuli Horacego. Zobowiązałem się go odnaleźć.
- Rozumiem - Loran szybko pokiwał głową. - On jest teraz pod opieką klanu Teremere, którzy badają tą substancję i jej wpływ na organizm. Obiecuję, że ktoś z Fundacji skontaktuje się z Horacym w tej sprawie.
- Dobrze. Kiedy? Zależy mi na czasie.
- Nie potrafię powiedzieć teraz, decyzja w tej sprawie należy do Regenta.
- Zrozumiałem. Przekażę informacje. Jeśli to wszystko, to wrócę do swoich obowiązków.
- Tak, to wszystko. W imieniu swoim i pozostałych Harpii dziękuję za uratowanie życia. Będziemy pamiętać o tym, co tutaj zrobiłeś. Gdybyście potrzebowali skontaktować się z nami... - Tremer sięgnął do wewnętrznej kieszeni kamizelki i wyjął białą, prostokątną wizytówkę. - Tutaj znajdziecie telefon i adres mailowy.
Morderca skinął głową i przyjął karteczkę.
- Shukran***** - powiedział, chowając ją do kieszeni kurtki. - Zapamiętam twoje słowa.
Po czym odwrócił się i wyszedł.
* arab. Mów
** arab. Bękart.
*** arab. To nie mój problem.
**** arab. Poczekaj,
***** arab. Dziękuję