PBF - Podstępna rubież
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Parking kilka ulic od Madison Ave, 8 maja 2055
Zmiażdżona stopa Rodney'a wyglądała fatalnie, chociaż świecący na nią latarką Ash próbował sobie wmówić, że pewnie to tylko złudzenie spowodowane kiepskim oświetleniem. Mężczyzna nie przestawał jęczeć i stękać, chociaż zapobiegliwi kompani natychmiast po przebudzeniu nafaszerowali go prawdziwie końską dawką tabletek przeciwbólowych. Przeterminowane farmaceutyki wprowadziły w krwioobieg człowieka mieszankę chemicznych środków, które w krótkiej chwili otępiły nieszczęśnika skuteczniej od uderzenia gumowym młotkiem w potylicę.
- Nie da się go jakoś uśpić? - zapytał kucający obok paramedyka bojówkarz - Jak tak będzie dalej wrzeszczał, to go jeszcze ktoś dźgnie pod żebro. Ludzie chcą się wyspać.
Wątek techniczny
Wydaje się, że bez amputacji ani już, chociaż Ash mógłby ten zabieg skonsultować z medykami Czarnych Żmii (na wszelki przypadek). Obecnie wskazane jest przede wszystkim utrzymywanie go w stanie permanentnego otępienia lekami przeciwbólowymi (Ash może to nadzorować albo przekazać inicjatywę "uczynnym" kompanom Rodney'a).
Zmiażdżona stopa Rodney'a wyglądała fatalnie, chociaż świecący na nią latarką Ash próbował sobie wmówić, że pewnie to tylko złudzenie spowodowane kiepskim oświetleniem. Mężczyzna nie przestawał jęczeć i stękać, chociaż zapobiegliwi kompani natychmiast po przebudzeniu nafaszerowali go prawdziwie końską dawką tabletek przeciwbólowych. Przeterminowane farmaceutyki wprowadziły w krwioobieg człowieka mieszankę chemicznych środków, które w krótkiej chwili otępiły nieszczęśnika skuteczniej od uderzenia gumowym młotkiem w potylicę.
- Nie da się go jakoś uśpić? - zapytał kucający obok paramedyka bojówkarz - Jak tak będzie dalej wrzeszczał, to go jeszcze ktoś dźgnie pod żebro. Ludzie chcą się wyspać.
Wątek techniczny
Wydaje się, że bez amputacji ani już, chociaż Ash mógłby ten zabieg skonsultować z medykami Czarnych Żmii (na wszelki przypadek). Obecnie wskazane jest przede wszystkim utrzymywanie go w stanie permanentnego otępienia lekami przeciwbólowymi (Ash może to nadzorować albo przekazać inicjatywę "uczynnym" kompanom Rodney'a).
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Ulice Huntington, 8 maja 2055
Otoczony przez czterech mężczyzn, Paul Wilson wracał plątaniną ulic, tuneli i przejść wybitych wprost w poprzek niektórych budynków ku południowej granicy terytorium Kościoła Ciała Chrystusowego. Rozglądał się dyskretnie wokół siebie, ale w nocnych ciemnościach i przy generalnie opłakanym stanie technicznym miejskiej zabudowy nie potrafił zapamiętać praktycznie żadnych punktów orientacyjnych, które później w razie potrzeby umożliwiłyby odnalezienie hotelu na własną rękę.
Przewodnicy nic nie mówili, szli szybkim rytmem stawiając kroki z wprawą i zdecydowaniem zdradzającym doskonałą znajomość terenu. Wilson czuł się uspokojony widokiem ich broni przewieszonej przez ramiona lub schowanej do kabur przy pasach, dowodziło to bowiem poczucia bezpieczeństwa miejscowych, przynajmniej w głębi ich terytorium.
Stare rozbite szkło zgrzytało pod butami, pluskała woda zalegająca w przemierzanych żwawo kałużach. Daleko na północy czarne przestworza wciąż cięte były sinobiałymi błyskawicami.
Wątek techniczny
Wilson zostanie za chwilę odstawiony na zaporę opodal parkingu służącego za schronienie reszcie patrolu. Milczący spacer, ale jeśli Araven zechce, może je przerwać próbując pociągnąć miejscowych za język...
Otoczony przez czterech mężczyzn, Paul Wilson wracał plątaniną ulic, tuneli i przejść wybitych wprost w poprzek niektórych budynków ku południowej granicy terytorium Kościoła Ciała Chrystusowego. Rozglądał się dyskretnie wokół siebie, ale w nocnych ciemnościach i przy generalnie opłakanym stanie technicznym miejskiej zabudowy nie potrafił zapamiętać praktycznie żadnych punktów orientacyjnych, które później w razie potrzeby umożliwiłyby odnalezienie hotelu na własną rękę.
Przewodnicy nic nie mówili, szli szybkim rytmem stawiając kroki z wprawą i zdecydowaniem zdradzającym doskonałą znajomość terenu. Wilson czuł się uspokojony widokiem ich broni przewieszonej przez ramiona lub schowanej do kabur przy pasach, dowodziło to bowiem poczucia bezpieczeństwa miejscowych, przynajmniej w głębi ich terytorium.
Stare rozbite szkło zgrzytało pod butami, pluskała woda zalegająca w przemierzanych żwawo kałużach. Daleko na północy czarne przestworza wciąż cięte były sinobiałymi błyskawicami.
Wątek techniczny
Wilson zostanie za chwilę odstawiony na zaporę opodal parkingu służącego za schronienie reszcie patrolu. Milczący spacer, ale jeśli Araven zechce, może je przerwać próbując pociągnąć miejscowych za język...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Midland Trail, 8 maja 2055
Zostawiwszy obcego w szoferce razem z otwarcie podejrzliwym i trzymającym odpiętą kaburę kierowcą, Szary wyskoczył na chwilę z samochodu, potruchtał w kierunku drugiego wozu. Otwarte drzwi pojazdu szczęknęły metalicznie, kiedy niewysoki zbieracz przechylił się do środka półciężarówki wciskając kierowcy w rękę swój radiokomunikator.
- Potrafisz obsługiwać radio? - zapytał Szary, tonem pełnym zdenerwowania przemieszanego z paniką - Łap naszych, na wszystkich częstotliwościach. Jak kogoś złapiesz, przekażesz, że znaleźliśmy miejscowego. W mieście jest niebezpiecznie i podobno grasują tu kanibale...
- Ludożercy? - stęknął jeden z czterech wciśniętych do ciasnej szoferki bojówkarzy - Pierdolisz...
- Nie pierdolę, a ty stul gębę! - nie wytrzymał Szary - Róbcie, co mówię. Niech nikt nie wjeżdża do miasta, póki nie dowiem się czegoś więcej.
- Ten gość w twoim aucie to też kanibal? - zapytał kierowca półciężarówki wyciągając z kieszeni ortalionowego płaszcza stary rewolwer - Bierzemy go jako więźnia?
- Jeszcze nie wiem, co z nim zrobimy - sarknął z nutą bezradności w głosie zbieracz - Muszę go najpierw przesłuchać!
- Potrzebujesz pomocy? - Esteban oparł się o uchylone drzwiczki samochodu przyciskając ich częścią korpus Szarego i uniemożliwiając mu, zapewne z rozmysłem, cofnięcie się od wozu. Żylasty Latynos spoglądał na mikrego człowieczka badawczym wzrokiem.
Krople deszczu ciekły po jego nieprzyjaznej twarzy.
Wątek techniczny
Zgodnie z ostatnią deklaracją skoczyłeś do drugiego wozu wydając dyspozycje odnośnie zaalarmowania przez radio reszty ekspedycji. Zaraz wracasz do swojego auta, ale czy chcesz zabrać ze sobą Estebana?
Zostawiwszy obcego w szoferce razem z otwarcie podejrzliwym i trzymającym odpiętą kaburę kierowcą, Szary wyskoczył na chwilę z samochodu, potruchtał w kierunku drugiego wozu. Otwarte drzwi pojazdu szczęknęły metalicznie, kiedy niewysoki zbieracz przechylił się do środka półciężarówki wciskając kierowcy w rękę swój radiokomunikator.
- Potrafisz obsługiwać radio? - zapytał Szary, tonem pełnym zdenerwowania przemieszanego z paniką - Łap naszych, na wszystkich częstotliwościach. Jak kogoś złapiesz, przekażesz, że znaleźliśmy miejscowego. W mieście jest niebezpiecznie i podobno grasują tu kanibale...
- Ludożercy? - stęknął jeden z czterech wciśniętych do ciasnej szoferki bojówkarzy - Pierdolisz...
- Nie pierdolę, a ty stul gębę! - nie wytrzymał Szary - Róbcie, co mówię. Niech nikt nie wjeżdża do miasta, póki nie dowiem się czegoś więcej.
- Ten gość w twoim aucie to też kanibal? - zapytał kierowca półciężarówki wyciągając z kieszeni ortalionowego płaszcza stary rewolwer - Bierzemy go jako więźnia?
- Jeszcze nie wiem, co z nim zrobimy - sarknął z nutą bezradności w głosie zbieracz - Muszę go najpierw przesłuchać!
- Potrzebujesz pomocy? - Esteban oparł się o uchylone drzwiczki samochodu przyciskając ich częścią korpus Szarego i uniemożliwiając mu, zapewne z rozmysłem, cofnięcie się od wozu. Żylasty Latynos spoglądał na mikrego człowieczka badawczym wzrokiem.
Krople deszczu ciekły po jego nieprzyjaznej twarzy.
Wątek techniczny
Zgodnie z ostatnią deklaracją skoczyłeś do drugiego wozu wydając dyspozycje odnośnie zaalarmowania przez radio reszty ekspedycji. Zaraz wracasz do swojego auta, ale czy chcesz zabrać ze sobą Estebana?
Ostatnio zmieniony 15 września 2012, 21:20 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Ebenezer posłużył starcowi ramieniem do wsparcia. Ruszyli wolnym tempem ku górze, do miejsce gdzie miała odbyć się poważna rozmowa na temat zagrożeń czających się w Huntingtone. Do tego czasu poruszał jedynie neutralne tematy.
- Wasza siedziba jest w podziwu godnym stanie. Niedziałająca winda to mały mankament. Mam w ekipie człowieka, który zna się na naprawach. Mam też takiego, który gromadzi różne części zamienne. Mogę zaoferować ich pomoc.
- Wasza siedziba jest w podziwu godnym stanie. Niedziałająca winda to mały mankament. Mam w ekipie człowieka, który zna się na naprawach. Mam też takiego, który gromadzi różne części zamienne. Mogę zaoferować ich pomoc.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Tisdale coraz bardziej byl przekonany, ze nie obejdzie sie bez amputacji. Wolal jednak miec asystenta do takiej roboty. Czytal, ze kilkaset lat temu amputacje byly praktykowane nagminnie wobec broku antyseptykow i antybiotykow. Teraz tez na nadmiar medykamentow nie narzekal, wiec bal sie, ze w stope pozostawiona na dluzszy czas moze wdac sie gangrena lub inne chorobsko, ktore skonczy sie zgonem. Zastanawial sie jak szybko powinien dokonac zabiegu. Jesli mialo dokonac sie to relatywnie szybko, wolal nie faszerowac Rodney'a jeszcze wieksza porcja lekow, ktore mogly rozrzedzic krew.
Zostawaly dwie opcje: czekac do konca patrolu i potem operowac w obozie, lub jesli wymagala tego sytuacja, isc i prosic o pomoc mieszkancow Huntington, co Ash gotow byl zrobic.
Watek techniczny
Jesli stope trzeba odciac szybko ,Ash pojdzie na barykady, wyraznie pokazujac znak czerwonego krzyza na torbie i bedzie prosil o pomoc. Moze jest tam jakas namiastka szpitala. Lepsze to niz zostawic Rodney'a w "ambulansie medycznym".
Zostawaly dwie opcje: czekac do konca patrolu i potem operowac w obozie, lub jesli wymagala tego sytuacja, isc i prosic o pomoc mieszkancow Huntington, co Ash gotow byl zrobic.
Watek techniczny
Jesli stope trzeba odciac szybko ,Ash pojdzie na barykady, wyraznie pokazujac znak czerwonego krzyza na torbie i bedzie prosil o pomoc. Moze jest tam jakas namiastka szpitala. Lepsze to niz zostawic Rodney'a w "ambulansie medycznym".
Ostatnio zmieniony 12 sierpnia 2012, 02:09 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Ulice Huntington, 8 maja 2055
Idąc śladem Sama przez wąską dziurę wybitą młotami w ścianie starego mieszkalnego budynku, Wilson wychynął znienacka na znajomą sobie ulicę opodal skrzyżowania z Madison Avenue. Badawczy wzrok gladiatora pobiegł z miejsca ku pamiętnej piramidce ze starych puszek, będącej świadkiem popisów strzeleckich wartowników dobre dwie czy trzy godziny wcześniej.
- Dalej pójdziesz sam - odezwał się po raz pierwszy Sam, pełniący bez wątpienia rolę przywódcy czwórki. Uwadze Wilsona nie ubiegł fakt, że wszyscy miejscowi sięgnęli w tej samej chwili po broń dowodząc tym samym znacznie większej podejrzliwości wobec obcych od ich duchowego przewodnika Gregory'ego.
- Idź w dół ulicy i dalej na południe, póki nie znajdziesz parkingu - dodał drugi, nieznany Wilsonowi z imienia mężczyzna - Trafisz na pewno... byle twoi kumple cię przypadkiem nie odstrzelili. Powodzenia.
Wątek techniczny
Wilson opuścił strefę miejscowych, parking jest na wyciągnięcie ręki. Araven nie postował w temacie, więc uznałem, że Paul w trakcie spaceru zachował rozmyślnie milczenie.
Idąc śladem Sama przez wąską dziurę wybitą młotami w ścianie starego mieszkalnego budynku, Wilson wychynął znienacka na znajomą sobie ulicę opodal skrzyżowania z Madison Avenue. Badawczy wzrok gladiatora pobiegł z miejsca ku pamiętnej piramidce ze starych puszek, będącej świadkiem popisów strzeleckich wartowników dobre dwie czy trzy godziny wcześniej.
- Dalej pójdziesz sam - odezwał się po raz pierwszy Sam, pełniący bez wątpienia rolę przywódcy czwórki. Uwadze Wilsona nie ubiegł fakt, że wszyscy miejscowi sięgnęli w tej samej chwili po broń dowodząc tym samym znacznie większej podejrzliwości wobec obcych od ich duchowego przewodnika Gregory'ego.
- Idź w dół ulicy i dalej na południe, póki nie znajdziesz parkingu - dodał drugi, nieznany Wilsonowi z imienia mężczyzna - Trafisz na pewno... byle twoi kumple cię przypadkiem nie odstrzelili. Powodzenia.
Wątek techniczny
Wilson opuścił strefę miejscowych, parking jest na wyciągnięcie ręki. Araven nie postował w temacie, więc uznałem, że Paul w trakcie spaceru zachował rozmyślnie milczenie.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Ash zdecydował. Choć nie znał Rodney'a i nie wiedział czy jest w porzo gościem czy skonczonym fiutem (choć pewnie bliżej mu było do tego drugiego), to lekarski obowiązek przeważył. Nie wierzył, że ranny dojdzie do zdrowia w ciężarówce barona. Wyszedł w stronę piramidy z puszek. Podniósł ręce do góry, przewiesił karabinek przez ramię w sposób, który nie budził agresywnych zamiarów i wyraźnie wyeksponował czerwony krzyż na torbie.
Powoli zbliżał się do barykady mając nadzieję, że miejscowi wiedzieli co oznacza znak jaki nosił. W końcu uznał, że podszedł dość blisko i krzyknął w stronę pustej ulicy:
- Ej! Jestem lekarzem! Mamy rannego, którego trzeba operować! Pomożecie?
Wątek techniczny
Ponieważ nic się niedzieje w PR, to trzeba wziąść los w swoje ręce i bawić się dalej!
Ash rusza w poszukiwaniu pomocy i szpitalnej sali gdzie będzie mógł uciąć stopę Rodney'a. Może dostrzeże wracającego Wilsona? Jesli straże nie odpowiedzą na zawołanie Tisdale'a to powoli wkroczy na tajemnicze terytorium.
Wcześniej każe pilnować rannego. Nie chcę sytuacji, że ja będę błagał o pomoc a jakiś debil udusi Rodney'a bo ten drze japę
Powoli zbliżał się do barykady mając nadzieję, że miejscowi wiedzieli co oznacza znak jaki nosił. W końcu uznał, że podszedł dość blisko i krzyknął w stronę pustej ulicy:
- Ej! Jestem lekarzem! Mamy rannego, którego trzeba operować! Pomożecie?
Wątek techniczny
Ponieważ nic się niedzieje w PR, to trzeba wziąść los w swoje ręce i bawić się dalej!
Wcześniej każe pilnować rannego. Nie chcę sytuacji, że ja będę błagał o pomoc a jakiś debil udusi Rodney'a bo ten drze japę
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Ulice Huntington, 8 maja 2055
Zmierzający ku północnej części Huntington Tisdale trzymał ręce blisko broni, toteż na widok nadciągającego z przeciwnej strony cienia karabin z miejsca znalazł się w silnym uścisku paramedyka, mierząc lufą w stronę intruza.
- Paul, to ty? - upewnił się Ash, zerkając jednocześnie na boki w stronę ziejących czernią wybitych okien budynków.
- Nie celuj do mnie, bo jeszcze wystrzelisz - fuknął Wilson, dla pewności podnosząc obie ręce w górę - Jestem sam, Ebe został z tamtymi.
- Zatrzymali go siłą? - wyrzucił z siebie Ash, czując nagły ucisk w gardle.
- Nie, wyluzuj - odparł Paul zrównując się z paramedykiem - Został z własnej woli. To jakaś większa osada, na dodatek dobrze zorganizowana. Mają kupę broni i wysoką dyscyplinę. Mają nawet umyte kobiety!
- To akurat robi największe wrażenie - oznajmił z ledwie wyczuwalnym przekąsem Ash - Wpuszczą nas do środka?
- Na razie zapomnij - pokręcił głową Wilson - Podejrzliwi jak cholera albo boją się, że im przywleczemy jakieś choróbska. Na dodatek religijni, prawie tak bardzo jak Ebe. Z nim na pewno się dogadają, ale z naszą bandą... może być ostro, bo z takimi jak oni nie pogrywa się w kulki.
- Cholera, a chciałem poprosić, żeby pomogli przy tym frajerze, któremu auto najechało na stopę - westchnął zrezygnowany Tisdale - Może trzeba będzie przyciąć mu nogę, a sam chyba nie dam rady.
- To musi zaczekać - odparł Paul ruszając szybkim krokiem w kierunku ulicy, przy której wznosił się piętrowy parking - Mamy pchnąć jeden wóz do Sutherlanda, najlepiej Leona. Miejscowi kazali trzymać się z dala od ich terytorium, dopóki Ebe nie załatwi innej decyzji. Nie wolno wjeżdżać na ich ulice, najlepiej zresztą, gdybyśmy wcale nie wjeżdżali do miasta. Podobno kręci się tu jakaś banda, chociaż oni tego wprost nie powiedzieli. Siedzą pod bronią, znaczy się, że bezpiecznie tu nie jest i wcale nie chodzi o techmorwy.
- A o Molocha? - dopytywał paramedyk idąc ramię w ramię z kurierem - Może chodzi o Molocha?
- Stary, który nimi rządzi ani słowem nie wspomniał o blaszakach - odrzekł powątpiewającym tonem Wilson - Raczej chodzi o innych ludzi albo mutasów. Ebe kazał ostrzec barona i resztę patroli. Chudy albo Szary się zgłaszali?
- Nic mi o tym nie wiadomo - powiedział Ash wpadając w głęboką kałużę i omal nie skręcając sobie przy okazji kostki - Kiedy wychodziłem z parkingu, nie było jeszcze żadnej łączności. Zakłócenia masakrycznie silne, w eterze tylko trzaski.
- Niedobrze - ściągnął usta Wilson - Ebe martwi się, że ktoś z naszych mógłby z rozpędu wystrzelić i dobre relacje szlag trafi!
Wątek techniczny
Przyjmijmy, że Wilson i Tisdale wrócili już na parking. Co teraz? Leon odjeżdża pikapem do Sutherlanda zawożąc mu wieści o istnieniu miejscowej populacji? (jedzie sam lub z obstawą?). Reszta czeka grzecznie na dalsze instrukcje od Radeforda? Próbujecie odszukać patrole Chudego i Szarego? Jeszcze inne deklaracje?
Zmierzający ku północnej części Huntington Tisdale trzymał ręce blisko broni, toteż na widok nadciągającego z przeciwnej strony cienia karabin z miejsca znalazł się w silnym uścisku paramedyka, mierząc lufą w stronę intruza.
- Paul, to ty? - upewnił się Ash, zerkając jednocześnie na boki w stronę ziejących czernią wybitych okien budynków.
- Nie celuj do mnie, bo jeszcze wystrzelisz - fuknął Wilson, dla pewności podnosząc obie ręce w górę - Jestem sam, Ebe został z tamtymi.
- Zatrzymali go siłą? - wyrzucił z siebie Ash, czując nagły ucisk w gardle.
- Nie, wyluzuj - odparł Paul zrównując się z paramedykiem - Został z własnej woli. To jakaś większa osada, na dodatek dobrze zorganizowana. Mają kupę broni i wysoką dyscyplinę. Mają nawet umyte kobiety!
- To akurat robi największe wrażenie - oznajmił z ledwie wyczuwalnym przekąsem Ash - Wpuszczą nas do środka?
- Na razie zapomnij - pokręcił głową Wilson - Podejrzliwi jak cholera albo boją się, że im przywleczemy jakieś choróbska. Na dodatek religijni, prawie tak bardzo jak Ebe. Z nim na pewno się dogadają, ale z naszą bandą... może być ostro, bo z takimi jak oni nie pogrywa się w kulki.
- Cholera, a chciałem poprosić, żeby pomogli przy tym frajerze, któremu auto najechało na stopę - westchnął zrezygnowany Tisdale - Może trzeba będzie przyciąć mu nogę, a sam chyba nie dam rady.
- To musi zaczekać - odparł Paul ruszając szybkim krokiem w kierunku ulicy, przy której wznosił się piętrowy parking - Mamy pchnąć jeden wóz do Sutherlanda, najlepiej Leona. Miejscowi kazali trzymać się z dala od ich terytorium, dopóki Ebe nie załatwi innej decyzji. Nie wolno wjeżdżać na ich ulice, najlepiej zresztą, gdybyśmy wcale nie wjeżdżali do miasta. Podobno kręci się tu jakaś banda, chociaż oni tego wprost nie powiedzieli. Siedzą pod bronią, znaczy się, że bezpiecznie tu nie jest i wcale nie chodzi o techmorwy.
- A o Molocha? - dopytywał paramedyk idąc ramię w ramię z kurierem - Może chodzi o Molocha?
- Stary, który nimi rządzi ani słowem nie wspomniał o blaszakach - odrzekł powątpiewającym tonem Wilson - Raczej chodzi o innych ludzi albo mutasów. Ebe kazał ostrzec barona i resztę patroli. Chudy albo Szary się zgłaszali?
- Nic mi o tym nie wiadomo - powiedział Ash wpadając w głęboką kałużę i omal nie skręcając sobie przy okazji kostki - Kiedy wychodziłem z parkingu, nie było jeszcze żadnej łączności. Zakłócenia masakrycznie silne, w eterze tylko trzaski.
- Niedobrze - ściągnął usta Wilson - Ebe martwi się, że ktoś z naszych mógłby z rozpędu wystrzelić i dobre relacje szlag trafi!
Wątek techniczny
Przyjmijmy, że Wilson i Tisdale wrócili już na parking. Co teraz? Leon odjeżdża pikapem do Sutherlanda zawożąc mu wieści o istnieniu miejscowej populacji? (jedzie sam lub z obstawą?). Reszta czeka grzecznie na dalsze instrukcje od Radeforda? Próbujecie odszukać patrole Chudego i Szarego? Jeszcze inne deklaracje?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Hotel w centrum Huntington, 8 maja 2055
Gregory uśmiechał się uprzejmie, ale przez całą drogę do swego apartamentu unikał odpowiedzi na pytania Radeforda, przekładając konkretną rozmowę na późniejszą chwilę. Ebenezer szybko pojął, ze ciągnięcie starca za język w otoczeniu jego popleczników może być na dłuższą metę szkodliwe dla wzajemnych stosunków, toteż poprzestał na podpieraniu przywódcy społeczności Huntington ramieniem, zmierzając w górę szerokich schodów.
Siwowłosy starzec zamieszkiwał kilka hotelowych pokoi, przebudowanych w ostatnich latach poprzez wyburzenie wewnętrznych ścian i stworzenie jednej obszernej przestrzeni zastawionej dobrej jakości meblami. Pomieszczenie owe w równym stopniu przywodziło na myśl mieszkanie, co kaplicę, ponieważ prócz łóżka, sof i stolików znajdowały się w nim również przeszklone gabloty pełne dewocjonaliów, przyborów liturgicznych i podniszczonych książek.
Apartament pozbawiony był widoku na świat zewnętrzny, wszystkie okna starannie zamurowano, a następnie otynkowano tworząc zamkniętą, skąpaną w białym elektrycznym świetle enklawę.
- Usiądę tutaj - powiedział Gregory wskazując drżącą lekko ręką jedną ze skórzanych sof. Kiedy podtrzymywany z obu stron mężczyzna spoczął w końcu w wybranym przez siebie miejscu, Ebenezer rozejrzał się bacznie po pomieszczeniu.
- Piękna kolekcja - oznajmił wielebny zatrzymując spojrzenie na jednej z gablot, wypełnionej złotymi i srebrnymi krucyfiksami - Zebranie ich musiało kosztować wiele zachodu.
- Nie tylko zachodu, również zdrowia i życia - odparł Gregory poklepując jednocześnie uspokajającym gestem po ramieniu stojącego przy sofie młodego człowieka - Adamie, zostaw nas proszę samych.
Młody człowiek niemal zjeżył się na dźwięk tego polecenia, przygryzł usta walcząc z przemożną chęcią wypowiedzenia jakiegoś zdania. Ebenezer widział wyraźnie wybrzuszoną kurtkę pod pachą młodzieńca, domyślił się natychmiast zarówno charakteru tego wybrzuszenia jak i pełnionej przez Adama funkcji.
- Zaczekaj za drzwiami - polecił starzec nie robiąc sobie zbyt wiele z ewidentnego zatroskania swego ochroniarza - Zawołam cię, jeśli będziesz potrzebny.
Nie próbując nawet skrywać niezadowolenia, młodzieniec obszedł Radeforda szerokim łukiem i przestąpił próg apartamentu zamykając za sobą drzwi. Gregory usadowił się wygodniej na sofie, po czym wskazał Ebenezerowi jedno ze stojących opodal krzeseł.
- Nie ukrywam, że wiele mnie ciekawi, zwłaszcza wieści z szerokiego świata - powiedział starzec splatając razem dłonie i umieszczając je pod swoją brodą - Jednak w pierwszej kolejności chciałbym poznać reguły wyznawanej przez ciebie wiary. Jesteś rzymskim katolikiem, baptystą, zielonoświątkowcem? Czy może jakimś sekciarzem?
Wątek techniczny
Tak, trzeba się faktycznie przygotować na wątek religijny! Kwestie wiary to niebywale drażliwy i delikatny temat, zwłaszcza w postapokaliptycznych ZSA. Nie wątpię, że Radeford najchętniej poznałby teraz mroczną stronę Huntington i naturę zagrożenia, przed którym ostrzegał wcześniej Gregory, ale starzec chyba ma inną listę priorytetów w konwersacji.
Gregory uśmiechał się uprzejmie, ale przez całą drogę do swego apartamentu unikał odpowiedzi na pytania Radeforda, przekładając konkretną rozmowę na późniejszą chwilę. Ebenezer szybko pojął, ze ciągnięcie starca za język w otoczeniu jego popleczników może być na dłuższą metę szkodliwe dla wzajemnych stosunków, toteż poprzestał na podpieraniu przywódcy społeczności Huntington ramieniem, zmierzając w górę szerokich schodów.
Siwowłosy starzec zamieszkiwał kilka hotelowych pokoi, przebudowanych w ostatnich latach poprzez wyburzenie wewnętrznych ścian i stworzenie jednej obszernej przestrzeni zastawionej dobrej jakości meblami. Pomieszczenie owe w równym stopniu przywodziło na myśl mieszkanie, co kaplicę, ponieważ prócz łóżka, sof i stolików znajdowały się w nim również przeszklone gabloty pełne dewocjonaliów, przyborów liturgicznych i podniszczonych książek.
Apartament pozbawiony był widoku na świat zewnętrzny, wszystkie okna starannie zamurowano, a następnie otynkowano tworząc zamkniętą, skąpaną w białym elektrycznym świetle enklawę.
- Usiądę tutaj - powiedział Gregory wskazując drżącą lekko ręką jedną ze skórzanych sof. Kiedy podtrzymywany z obu stron mężczyzna spoczął w końcu w wybranym przez siebie miejscu, Ebenezer rozejrzał się bacznie po pomieszczeniu.
- Piękna kolekcja - oznajmił wielebny zatrzymując spojrzenie na jednej z gablot, wypełnionej złotymi i srebrnymi krucyfiksami - Zebranie ich musiało kosztować wiele zachodu.
- Nie tylko zachodu, również zdrowia i życia - odparł Gregory poklepując jednocześnie uspokajającym gestem po ramieniu stojącego przy sofie młodego człowieka - Adamie, zostaw nas proszę samych.
Młody człowiek niemal zjeżył się na dźwięk tego polecenia, przygryzł usta walcząc z przemożną chęcią wypowiedzenia jakiegoś zdania. Ebenezer widział wyraźnie wybrzuszoną kurtkę pod pachą młodzieńca, domyślił się natychmiast zarówno charakteru tego wybrzuszenia jak i pełnionej przez Adama funkcji.
- Zaczekaj za drzwiami - polecił starzec nie robiąc sobie zbyt wiele z ewidentnego zatroskania swego ochroniarza - Zawołam cię, jeśli będziesz potrzebny.
Nie próbując nawet skrywać niezadowolenia, młodzieniec obszedł Radeforda szerokim łukiem i przestąpił próg apartamentu zamykając za sobą drzwi. Gregory usadowił się wygodniej na sofie, po czym wskazał Ebenezerowi jedno ze stojących opodal krzeseł.
- Nie ukrywam, że wiele mnie ciekawi, zwłaszcza wieści z szerokiego świata - powiedział starzec splatając razem dłonie i umieszczając je pod swoją brodą - Jednak w pierwszej kolejności chciałbym poznać reguły wyznawanej przez ciebie wiary. Jesteś rzymskim katolikiem, baptystą, zielonoświątkowcem? Czy może jakimś sekciarzem?
Wątek techniczny
Tak, trzeba się faktycznie przygotować na wątek religijny! Kwestie wiary to niebywale drażliwy i delikatny temat, zwłaszcza w postapokaliptycznych ZSA. Nie wątpię, że Radeford najchętniej poznałby teraz mroczną stronę Huntington i naturę zagrożenia, przed którym ostrzegał wcześniej Gregory, ale starzec chyba ma inną listę priorytetów w konwersacji.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Midland Trail, 8 maja 2055
Szary starał się panować nad coraz większym zdenerwowaniem, chociaż żołądek skręcił mu się w istny supeł. Rozważywszy w myślach propozycję Estebana niski człowieczek potrząsnął przecząco głową.
- Zostaw go mnie - zdecydował spoglądając prosto w oczy hegemonisty - Możesz stanąć przy pikapie, żeby w razie czego mi pomóc, ale na razie nic nie gadaj i nie próbuj go bić.
Zbieracz okręcił się na pięcie i czym prędzej wrócił do swego wozu, chowając chłostaną kroplami deszczu twarz w zgięciu ręki. Siedzący za kierownicą bojówkarz cały czas trzymał dłoń na tkwiącym w kaburze pistolecie, ale jak dotąd nie wyciągnął z niej broni. Zawinięty w płaszcz obcy wzdrygnął się słysząc ostry metaliczny trzask drzwiczek, które Szary pociągnął za sobą sadowiąc się z powrotem w fotelu i odpędzając spragnionego pieszczot Szarika.
- Posłuchaj, gościu - zaczął zbieracz przekręcając dźgający go lufą w łydkę karabin tak, by broń znalazła się pomiędzy nogami - Nie zabiorę cię nigdzie dalej, dopóki nie powiesz czegoś więcej. Co to za kanibale i ilu ich jest?
- Cała masa, gościu - odburknął nieznajomy - Siedzą w mieście i zjadają ludzi. Banda popaprańców. Mają nawet własny ceremoniał. Przyjezdnych najpierw ogłupiają życzliwą gadką, a potem pakują do piekarnika! Od prawie roku mamy z nimi przesrane, możesz mi wierzyć. Jestem Duncan Bradford, z Chesapeake, z drugiej strony rzeki. Trzymamy skurczybyków w szachu, bo na Ohio ocalał tylko jeden most, ale z drugiej strony, cały czas żyjemy pod bronią. Takie życie to udręka, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy następnego dnia...
Szary słuchał z pełną zdenerwowania uwagą opowieści mężczyzny, ale w pewnym momencie w jego głowie eksplodował prawdziwy mętlik myśli i eksplozja ta nie była bynajmniej spowodowana słowami Bradforda.
Wzrok zbieracza zatrzymał się bowiem na prawej dłoni Duncana, wysuniętej bezwiednie spod mokrego od deszczu płaszcza. Była to męska dłoń, spracowana i naznaczona kilkoma starymi bliznami, ale nie ślady po dawnych obrażeniach zwróciły uwagę Szarego, tylko budząca zimny dreszcz cecha szczególna, której wcześniej dowódca patrolu nie dostrzegł...
...i tutaj skończymy z tym odtajnianiem sekretnych zapisków!
Szary starał się panować nad coraz większym zdenerwowaniem, chociaż żołądek skręcił mu się w istny supeł. Rozważywszy w myślach propozycję Estebana niski człowieczek potrząsnął przecząco głową.
- Zostaw go mnie - zdecydował spoglądając prosto w oczy hegemonisty - Możesz stanąć przy pikapie, żeby w razie czego mi pomóc, ale na razie nic nie gadaj i nie próbuj go bić.
Zbieracz okręcił się na pięcie i czym prędzej wrócił do swego wozu, chowając chłostaną kroplami deszczu twarz w zgięciu ręki. Siedzący za kierownicą bojówkarz cały czas trzymał dłoń na tkwiącym w kaburze pistolecie, ale jak dotąd nie wyciągnął z niej broni. Zawinięty w płaszcz obcy wzdrygnął się słysząc ostry metaliczny trzask drzwiczek, które Szary pociągnął za sobą sadowiąc się z powrotem w fotelu i odpędzając spragnionego pieszczot Szarika.
- Posłuchaj, gościu - zaczął zbieracz przekręcając dźgający go lufą w łydkę karabin tak, by broń znalazła się pomiędzy nogami - Nie zabiorę cię nigdzie dalej, dopóki nie powiesz czegoś więcej. Co to za kanibale i ilu ich jest?
- Cała masa, gościu - odburknął nieznajomy - Siedzą w mieście i zjadają ludzi. Banda popaprańców. Mają nawet własny ceremoniał. Przyjezdnych najpierw ogłupiają życzliwą gadką, a potem pakują do piekarnika! Od prawie roku mamy z nimi przesrane, możesz mi wierzyć. Jestem Duncan Bradford, z Chesapeake, z drugiej strony rzeki. Trzymamy skurczybyków w szachu, bo na Ohio ocalał tylko jeden most, ale z drugiej strony, cały czas żyjemy pod bronią. Takie życie to udręka, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy następnego dnia...
Szary słuchał z pełną zdenerwowania uwagą opowieści mężczyzny, ale w pewnym momencie w jego głowie eksplodował prawdziwy mętlik myśli i eksplozja ta nie była bynajmniej spowodowana słowami Bradforda.
Wzrok zbieracza zatrzymał się bowiem na prawej dłoni Duncana, wysuniętej bezwiednie spod mokrego od deszczu płaszcza. Była to męska dłoń, spracowana i naznaczona kilkoma starymi bliznami, ale nie ślady po dawnych obrażeniach zwróciły uwagę Szarego, tylko budząca zimny dreszcz cecha szczególna, której wcześniej dowódca patrolu nie dostrzegł...
...i tutaj skończymy z tym odtajnianiem sekretnych zapisków!
Ostatnio zmieniony 15 września 2012, 21:23 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Ebenezer usiadł na wskazanym przez starca krześle. Poczekał aż zostaną sami po czym odpowiedział na zadane pytanie.
- Trudno w kilku słowach wyjaśnić czym jest religia, którą głoszę. Bazuje ona na większości preapokaliptycnych religiach świata. Jej twórca, a mój nieodżałowany opiekuj duchowy, kaznodzieja Jack Black, który doznał oświecenia i zrozumiał, że ważne jest dążenie do boga, a nie droga, którą się do niego podąża. Podstawą mej religii jest wiara w Boga jedynego - stworzyciela nieba i ziemi. Każda religia w czasach przed wielką wojną nazywała go inaczej i czciła go w odmienny sposób. Powodowało to wiele nieporozumień i zażartych konfliktów. W naszym świecie ludzie wierzący nie mogą walczyć ze sobą, tylko dlatego, że przyjmują komunię w innej postaci - tłumaczył spokojnie Radeford.
- Zdaje sobie sprawę, że każdy kapłan z przed wielkiej wojny, słysząc o czymś takim może doznać palpitacji serca, dlatego nie będę wdawał się w szczegóły. Powiem jedynie, że mym celem -moją boską misją - jest zjednoczenie ludzi, wspólna odbudowa świata i walka z szatańskimi tworami Molocha i mutantami - zakończył śmiertelni zmęczony Ebenezer.
Ostatnią rzeczą jaką teraz chciał były spory religijne.
-Powiedz mi Gregorze co trapi Twoją społeczność.
- Trudno w kilku słowach wyjaśnić czym jest religia, którą głoszę. Bazuje ona na większości preapokaliptycnych religiach świata. Jej twórca, a mój nieodżałowany opiekuj duchowy, kaznodzieja Jack Black, który doznał oświecenia i zrozumiał, że ważne jest dążenie do boga, a nie droga, którą się do niego podąża. Podstawą mej religii jest wiara w Boga jedynego - stworzyciela nieba i ziemi. Każda religia w czasach przed wielką wojną nazywała go inaczej i czciła go w odmienny sposób. Powodowało to wiele nieporozumień i zażartych konfliktów. W naszym świecie ludzie wierzący nie mogą walczyć ze sobą, tylko dlatego, że przyjmują komunię w innej postaci - tłumaczył spokojnie Radeford.
- Zdaje sobie sprawę, że każdy kapłan z przed wielkiej wojny, słysząc o czymś takim może doznać palpitacji serca, dlatego nie będę wdawał się w szczegóły. Powiem jedynie, że mym celem -moją boską misją - jest zjednoczenie ludzi, wspólna odbudowa świata i walka z szatańskimi tworami Molocha i mutantami - zakończył śmiertelni zmęczony Ebenezer.
Ostatnią rzeczą jaką teraz chciał były spory religijne.
-Powiedz mi Gregorze co trapi Twoją społeczność.
Ostatnio zmieniony 22 sierpnia 2012, 14:34 przez deliad, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Hotel w centrum Huntington, 8 maja 2055
Poinstruowany przez Wilsona Kennedy oparł się o drzwiczki pikapa, kiwnął głową dając do zrozumienia, że wszystko pojął i niczego po drodze nie zapomni. Przysłuchujący się rozmowie mężczyzn bojówkarze, trzymający się kilka metrów od Wilsona, ale bacznie nadstawiający uszu, próbowali wychwycić z konwersacji jak najwięcej przydatnych dla siebie wieści, nawet nie próbując ukrywać swej przemożnej ciekawości. Paul doskonale rozumiał ich zachowanie: nawet względnie ucywilizowane obszary Federacji Appalachów trudno było uznać za obszary mocno zaludnione i zaawansowane technologicznie. Wierni instynktowi stworzeń stadnych, ludzie zawsze starali się do siebie garnąć, nawet w czasach, kiedy o przeżyciu decydowała przede wszystkim paranoiczna podejrzliwość i niechęć do obcych. Odkrycie dobrze prosperującej społeczności - posiadającej dostęp do prądu, porządnie uzbrojonej i sprawiającej na dodatek wrażenie ułożonej społecznie - musiało budzić spore emocje, a także rodziło w myślach pytanie, czy nie warto było związać się z taką właśnie społecznością bardziej trwale.
Federacja Appalachów od dawna pretendowała do miana państwa z prawdziwego wrażenia, najczęściej dając to do zrozumienia marzycielom z Nowego Jorku próbującym ciągle zaszczepić wszystkim wkoło ideę ponownego odrodzenia Stanów Zjednoczonych, ale zwykli poddani baronów mieli przykrą świadomość, że system władzy postfeudalnej nie był bynajmniej tym wymarzonym z ich punktu widzenia.
Tyle, że po kilku godzinach kontaktu z owieczkami Gregory'ego Paul szczerze powątpiewał w to, by mieszkańcy Huntington chcieli najemników Sutherlanda dopuścić bliżej niż dziesięć metrów do swych kobiet i dzieci.
- Pojedzie z tobą czterech na motorach - przesądził Wilson wskazując jednocześnie palcem czwórkę mężczyzn w motocyklowych kaskach - Walicie tą samą trasą, którą przyjechaliśmy, bez postojów na lanie i oglądanie autostrady nocą. Przekażesz baronowi, że tu mieszka od kilkudziesięciu do może nawet setki plus ludzi, którzy mają dobre gnaty i nie za bardzo lubią brudnych hałaśliwych gości.
Wątek techniczny
Bazując na wcześniejszej deklaracji Aravena pchnąłem nieco do przodu konwersację na parkingu. Co zdaniem Paula i Asha powinien jeszcze przekazać Leon, który zaraz wyjedzie na wschód w obstawie czterech motocyklistów? I co ewentualnie chcecie przekazać gromadzie towarzyszących Wam bojówkarzy?
Poinstruowany przez Wilsona Kennedy oparł się o drzwiczki pikapa, kiwnął głową dając do zrozumienia, że wszystko pojął i niczego po drodze nie zapomni. Przysłuchujący się rozmowie mężczyzn bojówkarze, trzymający się kilka metrów od Wilsona, ale bacznie nadstawiający uszu, próbowali wychwycić z konwersacji jak najwięcej przydatnych dla siebie wieści, nawet nie próbując ukrywać swej przemożnej ciekawości. Paul doskonale rozumiał ich zachowanie: nawet względnie ucywilizowane obszary Federacji Appalachów trudno było uznać za obszary mocno zaludnione i zaawansowane technologicznie. Wierni instynktowi stworzeń stadnych, ludzie zawsze starali się do siebie garnąć, nawet w czasach, kiedy o przeżyciu decydowała przede wszystkim paranoiczna podejrzliwość i niechęć do obcych. Odkrycie dobrze prosperującej społeczności - posiadającej dostęp do prądu, porządnie uzbrojonej i sprawiającej na dodatek wrażenie ułożonej społecznie - musiało budzić spore emocje, a także rodziło w myślach pytanie, czy nie warto było związać się z taką właśnie społecznością bardziej trwale.
Federacja Appalachów od dawna pretendowała do miana państwa z prawdziwego wrażenia, najczęściej dając to do zrozumienia marzycielom z Nowego Jorku próbującym ciągle zaszczepić wszystkim wkoło ideę ponownego odrodzenia Stanów Zjednoczonych, ale zwykli poddani baronów mieli przykrą świadomość, że system władzy postfeudalnej nie był bynajmniej tym wymarzonym z ich punktu widzenia.
Tyle, że po kilku godzinach kontaktu z owieczkami Gregory'ego Paul szczerze powątpiewał w to, by mieszkańcy Huntington chcieli najemników Sutherlanda dopuścić bliżej niż dziesięć metrów do swych kobiet i dzieci.
- Pojedzie z tobą czterech na motorach - przesądził Wilson wskazując jednocześnie palcem czwórkę mężczyzn w motocyklowych kaskach - Walicie tą samą trasą, którą przyjechaliśmy, bez postojów na lanie i oglądanie autostrady nocą. Przekażesz baronowi, że tu mieszka od kilkudziesięciu do może nawet setki plus ludzi, którzy mają dobre gnaty i nie za bardzo lubią brudnych hałaśliwych gości.
Wątek techniczny
Bazując na wcześniejszej deklaracji Aravena pchnąłem nieco do przodu konwersację na parkingu. Co zdaniem Paula i Asha powinien jeszcze przekazać Leon, który zaraz wyjedzie na wschód w obstawie czterech motocyklistów? I co ewentualnie chcecie przekazać gromadzie towarzyszących Wam bojówkarzy?
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Ash miał dużo czasu aby zastanowić się dobrze, nad tym co przekazał Eb. Przemyślał swój plan, wszystkie za i przeciw. Gdy Wilson skończył, wtrącił głośno swoje trzy grosze:
- Zabierzecie też rannego i odstawicie w pierwszej kolejności do punktu medycznego. - Rozważał wcześniej, żeby jechać z Rodney'em, ale wciąż zbyt wiele mogło zdarzyć się tutaj, a nie chciał zostawić całego oddziału bez podstawowej opieki medycznej. Wziął Leona na bok i położył rękę na ramieniu kierowcy:
- Leon, jak go zawieziesz, to powiedz konowałowi z ambulansu, żeby się go nie dotykał. niech mu tylko da jakieś środki przeciwbólowe. Jak załatwisz Sutherlanda, to znadź Eddiego Wrighta, sanitariusza Czarnych Żmij. Powiedz mu, że jak wróce z patrolu to chciałbym prosić go o pomoc przy amputacji, bo chyba się nie obędzie bez tego.
Wątek techniczny
Chcę wysłać rannego z Leonem.
- Zabierzecie też rannego i odstawicie w pierwszej kolejności do punktu medycznego. - Rozważał wcześniej, żeby jechać z Rodney'em, ale wciąż zbyt wiele mogło zdarzyć się tutaj, a nie chciał zostawić całego oddziału bez podstawowej opieki medycznej. Wziął Leona na bok i położył rękę na ramieniu kierowcy:
- Leon, jak go zawieziesz, to powiedz konowałowi z ambulansu, żeby się go nie dotykał. niech mu tylko da jakieś środki przeciwbólowe. Jak załatwisz Sutherlanda, to znadź Eddiego Wrighta, sanitariusza Czarnych Żmij. Powiedz mu, że jak wróce z patrolu to chciałbym prosić go o pomoc przy amputacji, bo chyba się nie obędzie bez tego.
Wątek techniczny
Chcę wysłać rannego z Leonem.
Ostatnio zmieniony 23 sierpnia 2012, 00:42 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.