WV Martinsburg, przedmieścia, 11.08.1993, Długa Noc
Obserwując beznamiętnie rozpłaszczonego na ladzie, trzęsącego się sklepikarza, Rain czekał, aż Lucas poradzi sobie z bronią.
- Masz dzieci? - zapytał, sięgając lewą ręką do kieszeni na piersi i wygrzebując stamtąd nieco przemoczonego skręta.
Mężczyzna gwałtownie nabrał powietrza.
- Nie. Nie mam - wyrzucił z siebie szybko. Zbyt szybko, jak na gust gangstera. Wzrok sklepikarza odruchowo pobiegł w górę i Rain uśmiechnął się lekko. Znów sięgnął do kieszeni spodni i wydobył zapalniczkę. Próbował odpalić zamoczoną bibułkę, ale nie chciała się zająć.
- Kurwa - zaklął cicho i skrzywił się. Sklepikarz obserwował go czujnie i nieruchomo, niczym sparaliżowana strachem mysz, wpatrzona w węża. Gangster chciał coś powiedzieć, kontynuując poprzedni temat, gdy nagle przerwał mu nowy, dźwięczny głos.
- Tato? Wszystko w porządku? Co tu się dzieje? Tato?
Na schodach stała dziewczyna. Mogła mieć co najwyżej szesnaście lat. Miała na sobie obcisłe, wyblakłe jeansy i zieloną koszulkę z napisem "See California and dive". Ciemnokasztanowe włosy opadały luźno na jej ramiona i plecy. Crimson Rain uśmiechnął się szeroko, zapominając chwilowo o skręcie.
- Joan! Wracaj na górę! Wszystko w porządku! - wykrzyknął prawie sklepikarz. Jego głos brzmiał kilka tonów za wysoko, jakby mężczyzna próbował powstrzymać rodzącą się w nim panikę. Dziewczyna zawahała się przez chwilę, omiatając nieufnym spojrzeniem dwóch intruzów.
- Drgnij tylko, kotku, to rozwalę twojego starego - powiedział do niej Rain. - I wtedy nie będzie już z nim w porządku.
Ton głosu gangstera był miękki, prawie przyjazny. Jednocześnie lufa broni wbiła się głębiej w ciało sklepikarza, który zacisnął zęby i sapnął, lecz nie krzyknął.
Dziewczyna spoglądała na gangstera wielkimi, ciemnymi oczyma. Wyglądała jak spłoszony ptak, wciąż niepewny czy powinien pozostać, czy uciec.
- Tato? - zapytała cicho, pełnym napięcia głosem.
- Rozwalę go, kotku. I to będzie twoja wina - powtórzył Rain, uśmiechając się. Dziewczyna spojrzała na metysa i posłusznie zrobiła kilka kroków, schodząc ze schodów. Przywarła plecami do ściany, miętosząc nerwowo w rękach rąbek koszulki.
- Czego chcecie? - wyszeptała ledwo dosłyszalnie.
Crimson Rain nie zawracał sobie głowy odpowiadaniem na to pytanie. Błyskawicznie znalazł się przy niej, łapiąc ją jedną ręką w talii i bez wysiłku obracając dookoła własnej osi. Stając za nią przełożył jej przez ramię rękę z bronią, tak, że teraz obrzyn mierzył w jej brzuch. Drugą zacisnął na jej piersi i z satysfakcją poczuł drżenie, które przeniknęło jej młode ciało. Nie nosiła stanika. Pod cienkim materiałem koszuli z łatwością wyczuwał kształt sutka.
- Dobra dziewczynka - pochwalił. - No proszę - zwrócił się do sklepikarza. - A mówiłeś że nie masz dzieci... Wiesz, cholernie nie lubię jak ktoś mnie okłamuje. A wy, białasy, robicie to, kurwa, ciągle.
- Proszę, zrobię wszystko - wyjąkał nieszczęśliwy mężczyzna. - Tylko nie róbcie jej krzywdy.
- Stary, spokojnie, weź nie przesadzaj. Mamy robotę do zrobienia, OK? Poza tym oni naprawdę nawet nie stawiają oporu. Więc po co ich dodatkowo stresujesz? - odezwał się Lucas, starając się mówić spokojnie i rzeczowo, ale już nie tak wojowniczo jak wcześniej. Teraz wypadki toczyły się dla niego zdecydowanie i stanowczo za szybko. Zaczynało go to naprawdę przerażać. Przeklinał w myślach swoje tchórzostwo. Dlaczego? Dlaczego nie pociągnął za spust. Ten skurwiel naprawdę nie zasługiwał na nic lepszego. W zasadzie, według Lucasa, to nawet śmierć była by zbyt łaskawa. Ganił się za brak odwagi. Poczuł, że ma ochotę stąd wyjść i nie patrzeć co będzie dalej. To wszystko było złe, każdy mięsień jego ciała zdawał się teraz działać przeciw niemu. I tylko obraz jego Pani i polecenie, które od niej dostał trzymało go wciąż tutaj i przy zdrowych zmysłach.
- Jasne, pamiętam o tym. Nie stresuj się, staruszku - Rain uśmiechnął się leniwie. Włosy dziewczyny pachniały miętą i trawą cytrynową, i metys odetchnął głęboko wciągając tą woń w płuca.
- Słuchaj Dave - odezwał się znów. - Jeśli zrobisz co chcemy nic się nie stanie twojej córeczce. I nigdy już nas nie zobaczysz. Jak dla mnie to całkiem zajebisty deal, co ty na to?
Sklepikarz pokiwał skwapliwie głową, dostrzegając najwyraźniej jakieś światełko w tunelu. Usiadł na ladzie, rozcierając obolały obojczyk.
- Jasne, zrozumiałem. To... Dobra umowa - przełknął ślinę. - Więc... Czego wam potrzeba?
- Szukamy sprzętu do hydrolokacji - odezwał się szybko Lucas, podchodząc do niego. Nie sądził, by rozmowa z Rainem miała w tym momencie jakikolwiek sens. Widział podobnych mu gości w Wietnamie: psycholi, rozkoszujących się strachem i bólem swych ofiar i wiedział, że każda kolejna chwila nakręci go bardziej, prowadząc jedynie do eskalacji przemocy. Okłamywał się wcześniej jeśli myślał, że może go przekonać do czegoś, wpływając na sumienie, współczucie czy jakiekolwiek ludzkie emocje. Ten facet już dawno spłukał swoje człowieczeństwo z wodą w kiblu. Było tylko jedno wyjście... szybko wziąć co trzeba i wynosić się stąd jak najdalej. Ta myśl w obecnej sytuacji zdawała się być jedynym pocieszeniem dla Lucasa.
Po prostu załatw sprawę - pomyślał, mając nadzieję, że uda mu się to, nim akcja wyjdzie poza ramy tego, co już się działo. Że uda mu się i wyjdą stąd zanim ktoś zginie, pozostawiając tą dwójkę wystraszoną, nieco poobijaną, ale bezpieczną. Bezpieczną i żywą.
- Potrzebuję sonaru holowanego lub bocznego, pracującego w rozdzielczości powyżej 330 kHz - odezwał się do sklepikarza. - Masz coś takiego?
- Tak, mam sonar holowany. Macie szczęście, to ostatni na składzie - Dave wstał szybko, właściwie zerwał się z miejsca. Przez chwilę z niepokojem spoglądał na Raina, niepewny czy w tej sytuacji może zostawić córkę.
- Idźcie - powiedział gangster. - I bez numerów. Jeśli coś odwalisz Dave, rozwalę ją. Nie chcesz, żebym ją rozwalił, prawda? Więc sprzedaj mojemu koledze to o co cię ładnie poprosi i wszyscy będziemy cholernie szczęśliwi. Joan też, prawda?
- Idź tato - powiedziała dziewczyna. - Nic mi nie będzie. Idź, niech to się już skończy...
Wciąż wahając się Dave spojrzał na Lucasa
- Wszystko będzie w porządku - powiedział mu stary wojskowy. - Sprzedaj mi to, czego potrzebuję i znikniemy stąd. Obiecuję.
Mógł mieć jedynie nadzieję, że mówi prawdę.
Dave pokiwał w milczeniu głową i skierował się na koniec sklepu. Lucas udał się za nim i wkrótce obaj mężczyźni zniknęli za wysokim regałem. Crimson Rain został z dziewczyną sam.
[center]

[/center]
Zmienił chwyt, przekładając broń poziomo, poniżej jej piersi i przyciskając jej szczupłe ciało do siebie. Drugą ręką rozpiął jej jeansy sięgając w głąb. Poczuł pod palcami delikatny materiał majteczek. Dziewczyna zadrżała i zakwiliła cicho, gdy jego palce sięgnęły głębiej. Mimo strachu, a może właśnie dzięki niemu poczuł, że robi się wilgotna.
Suka - pomyślał z pewną dozą przyjemności -
Cóż, wszystkie te białe dziwki, są takie same...
- Spokojnie - szepnął - Nie chcesz by tacie coś się stało, prawda?
Jęknęła w odpowiedzi i próbowała się wyrwać, raczej słabo i bez nadziei na powodzenie. Unieruchomił ją łatwo przyciskając ją mocniej do siebie i poczuł, jak przełyka łzy. To go podnieciło. Teraz, gdy zostali sami otwierało się przed nim kilka nowych możliwości...
- Joan - szepnął, wdychając zapach jej włosów. - Gdzie jest twoja matka?
- Ja... Proszę, nie krzywdź mnie - zaszlochała w odpowiedzi. - Ani taty. Ma tylko nas, mnie i Tima... My...
- Ten Tim... To twój brat?
- Tak, ja... Proszę, nie rób mu krzywdy. On ma dopiero dziesięć lat...
- Wszystko zależy od ciebie, kochanie. Wszystko zależy od tego, czy zrobisz to, o co cię proszę... - szepnął i pchnął ją na ścianę. Materiał koszulki poddał się łatwo, pozostawiając ją półnagą. Drugim szarpnięciem rozerwał jej spodnie, ściągając je do kolan. Uśmiechnął się szeroko, słysząc jej błagalny jęk. Zdecydowanie, mógł sobie pozwolić na chwilę dobrej zabawy...
[center]***[/center]
Zostawił ją szlochającą beznadziejnie za ladą sklepową i nie spiesząc się wyszedł na zewnątrz. Na parkingu Lucas z bladym i milczącym Davem kończyli właśnie pakować sprzęt do samochodu. Zbliżył się do nich, jedną ręką zapinając pasek.
- Ty bydlaku! Zabiję cię! - wrzasnął Dave, pojmując w lot znaczenie tego gestu. Nim Lucas zdążył powstrzymać go, sklepikarz rzucił się na gangstera.
Rain uśmiechnął się jedynie szerzej, po czym błyskawicznie obrócił w rękach broń i uderzył pechowego ojca kolbą w twarz. Rozległ się chrzęst łamanej kości nosowej i Dave padł na ziemię w deszczu drobnych, szkarłatnych kropel. Nie wstał więcej. Gangster minął jego ciało i zbliżył się do Lucasa:
- Mamy wszystko?
- Tak. - odpowiedział prawie bezgłośnie. Coś wyraźnie gotowało się w nim i po chwili milczenia wybuchł. - Dlaczego to zrobiłeś! Przecież on i tak nie miał z tobą najmniejszych szans!
Trzęsąc się z wściekłości i nadmiaru adrenaliny, podbiegł w panice do ciała sklepikarza mając nadzieje na wyczucie choć słabego oddechu.
- Co z dziewczyną? Ją też zabiłeś?! - krzyczał ochrypłym głosem na Crimson Raina. Widać było, że stary wojskowy załamał się zupełnie. Jego plan ocalenia tej dwójki nie podziałał. Czuł się bezsilny, zrozpaczony, a przede wszystkim... winny.
- Uspokój się staruszku. Facet jest tylko nieprzytomny. A lasce zapewniłem nieco rozrywki. Będzie miała co wspominać. Na tym zadupiu i tak się nic nie dzieje... - metys zdołał wreszcie zapalić skręta i przez chwilę delektował się dymem. Padający z nieba deszcz szybko jednak zniweczył jego wysiłki i ghul znów zaklął, chowając przemoczonego jointa do kieszeni.
Lucas wybadał wreszcie puls sklepikarza. Wyglądało na to, że tamten jest istotnie stracił tylko przytomność. Ostrożnie odwrócił jego ciało, by Dave nie utopił się, w wzbierającej wokół niego, rudawej kałuży.
Gangster obserwował jego wysiłki bez emocji.
- Skończyłeś? - zapytał wreszcie. - To zajebiście. Wsiadaj z kółko i spierdalamy z tej mety, jasne? Sam mówiłeś, mamy robotę do wykonania. Pamiętaj o swojej pani.
Lucas bezsilnie podniósł się znad ciała sklepikarza i powlókł wycieńczony emocjonalnie do starego vana. Wsiadł i z całej siły uderzył w kierownicę by wyładować emocje. Ruszył z poślizgiem, chcąc zostawić to wszystko najszybciej za sobą. Nic nie mógł jednak poradzić na płynące mu po twarzy łzy bezsilności.
Powyższa część posta pisana wspólnie z Zin-Carlą.
[center]***[/center]
WV Martinsburg, Park w centrum miasta 11.08.1993, Długa Noc
Kierowca zanurkował między siedzenie a deskę rozdzielczą, starając się ukryć. Nie był jednak dość szybki, nie dla nasienia Tiamat. Morderca był pewien, że kolejna kula dosięgła celu. Nie mógł jednak określić, na ile okazała się skuteczna. Przeciwnik zniknął zbyt nagle, pozostawiając jedynie domysły.
- Pokaż się, ya zebala, mestaneya* - warknął, obserwując samochód przez lunetę Dragunowa. - Yelan fatsak.**
Ból poszarpanych mięśni powrócił, a jednak dłoń Assamity nie drgnęła nawet. Czuł, jak moc jego krwi regeneruje ubytki w ciele, odbudowując tkanki, reperując strzaskane kości. Przez czerwony opar cierpienia widział drzwi i okno Jeepa. Samochód stał dalej nieruchomo. I pomimo wyostrzonego wzroku, Morderca nie był w stanie dostrzec wewnątrz żadnego ruchu.
Odczekał, aż Kufrowie wsiądą do limuzyny a Ravnos odpali silnik. Dopiero wtedy poderwał się z ziemi, przewieszając snajperkę przez ramię. W kilku krokach dopadł do motoru i gwałtownie ruszył z miejsca, ścinając drogę przez trawnik. Przemknął pomiędzy pniami drzew, miażdżąc pod kołami jakiś ukwiecony krzaczek i zahamował ostro tuż przy jeepie. Przy samochodzie leżało na wpół rozłożone ciało. Na fotelu kierowcy leżał drugi trup - trudno powiedzieć, czy ostatecznie martwy, czy jedynie chwilowo niedysponowany. Chciał to sprawdzić, mógłby to sprawdzić, gdy instynkt, ten sam, który ostrzegał go już tyle razy wcześniej, poinformował go, że dany mu czas ponownie dobiega końca...
Słońce, przyczyna i źródło kłamstwa, miało właśnie powrócić.
Zaklął bezgłośnie, gdy uświadomił sobie znaczenie tego faktu. Czas... Wciąż miał za mało czasu. Moc Akceleracji przepłynęła przez jego umysł i ciało, gdy wyciągnął Desert Eagle i strzelił przez otwarte okno, zmieniając czaszkę kierowcy w szaro-czerwoną galaretę, wypełnioną śliskimi odłamkami kości. Odwrócił motor w miejscu, korzystając z błogosławieństwa Potencji i ruszył z powrotem, mając nadzieję, że zdoła ich ostrzec, zanim...
Świat rozjaśnił się lekko, gdy chmury nad miastem poczęły się rozstępować. Korzystając z ostatnich ułamków sekund, jakie udało mu się wykraść losowi, Morderca odwrócił się na motorze i strzelił w bak samochodu, za swoimi plecami. Mknąca z ogromną prędkością Honda przez chwilę przechyliła się niebezpiecznie, tracąc przyczepność na mokrej trawie, Łowca jednak opanował maszynę. Za jego plecami rozkwitł pomarańczowy kwiat eksplozji, gdy jeep zmienił się w ryczącą kulę ognia. Nie zwrócił jednak na to uwagi. Modlił się, by zdołał ostrzec Niewiernych w limuzynie, nim przeklęta iluzja ponownie skazi rzeczywistość...
[center]

[/center]
Strzelając do kierowcy z bliska używam zwykłych kul (nie tych, które są magiczne). Z tej odległości i tak rozwalą mu łeb.
* śmieciu, czekam
** Przyrzekam, że umrzesz.