Strona 60 z 88

: 11 stycznia 2016, 23:16
autor: lightstorm
WV Charleston Autostrada 81, tuż przed Martinsburgiem 11.08.1993, Długa Noc

Scarface przeładował broń, po czym rozległ się głośny grzechot karabinu maszynowego. Seria gwiżdżących pocisków przecięła w pojazdy za uciekającym Cadillackiem. Pierwszy oberwał Suv należący do lokalnej policji. Kule przeszyły metal, trafiając go w silnik. Pasażer, siedzący obok kierowcy także nie miał wiele szczęścia - seria rozpruła mu brzuch i klatkę piersiową, zmieniając go w poszarpany kawał mięsa. Przednią szybę pokrył szkarłat, widoczny nawet przez płomienie tańczące na masce. Auto zwolniło gwałtownie i po chwili i zjechało na pobocze rozbijając barierki bocznej linii drogi. Obserwujący zajście członkowie koterii Red'a poczuli nieprzyjemny dreszcz. Nikt z nich nie chciałby zostać przypadkowo draśnięty przez kule tego kalibru. Tylko Namtar zdawał się całkowicie nieporuszony. Trudno powiedzieć, czy z braku wyobraźni, czy tez z uwagi na profesjonalne przeszkolenie. Assamita jednak ustawił się w taki sposób, by przejąć każdą kulę rykoszetującą w kierunku limuzyny.

Następny oberwał pojazd należący do ochrony lotniska. Pociski dosłownie rozerwały prawe, przednie koło, zmieniając je w postrzępiony kawał złomu. Samochodem zarzuciło gwałtownie, tak, iż otarł się o kolejnego, jadącego obok, policyjnego Suv'a. Kierowca jednak jakimś cudem zdołał odzyskać panowanie nad kierownicą, pozostawiając za sobą jedynie biała smugę iskier, dogasających powoli na jezdni.

Członkowie koterii nie byli w stanie określić, co zdarzyło się podczas dalszego pościgu. Rozpędzone pojazdy zniknęły za następnym zakrętem, pozostawiając za sobą słabnący ryk policyjnych syren.

: 11 stycznia 2016, 23:39
autor: Suriel
WV Charleston Autostrada 81, tuż przed Martinsburgiem 11.08.1993, Długa Noc

Horacy przysłuchiwał się temu co mówili członkowie koterii w dużym skupieniu. Te legendarne zabawki, które dostały się w ich ręce były dla niego bardziej niż ciekawe nie tylko ze względu na tkwiącą w ich wnętrzu magię ale i ze względu na osobliwe, starożytne pochodzenie. Przyłapał się że podczas słuchania gładził swój pazur. W jednej chwili przypomniało mu się, że przecież będzie musiał go oddać. Na samą myśl o tym poczuł głęboką niechęć i przez chwilę miał wrażenie, jakby dziecinna część jego natury mocno tupnęła nóżką wyrażając sprzeciw i upór wobec takiej niesprawiedliwości losu. Logiczna część umysłu próbowała uspokoić drzemiącą w nim pożądliwość małego nienasyconego dziecka. I w tym momencie minął go postrzelony kulami Al Pacino...
W pierwszej chwili kiedy minął już szok, spodziewał się jeszcze za chwilę ujrzeć Jezusa, pająka i guzik. Nie koniecznie w tej kolejności. Potem w jednym i tym samym błysku pojawiła się inna myśl. Że w samochodzie ktoś coś rozpylił halucynogennego a te przeklęte zapachowe choinki jakie znalazł miały za zadanie zamaskować zapach. Ale szybko do niego dotarło coś jeszcze, więc podniecony rzucił szybko:

- To nie zwykły Toreador, to Archont i chyba skoro ściga go klan spoza Camarilli to chyba mamy obowiązek mu pomóc. Skoro należymy do tej kochanej organizacji... No chyba, że uznamy że to jego jakiś genialny plan i nie wolno nam się wplątywać bo znowu coś namieszamy w cudzej zupie.

Opadł na fotel nieco zaniepokojony tym co się kryło za jego własnymi słowami. Czuł że jednak, chyba wolałby stąd pojechać miast wyłapywać ołowiane kulki, na co się niestety zanosiło. Żal byłoby dziurawić takie piękne ciało, jego drugą szansę...

Choć z drugiej strony może warto się zdobyć na to małe poświęcenie by zrewanżować się tym cholernym Makaroniarzom i dać szansę pobadać śmierć jaką się pasjonują być może nieco dokładniej, być może nieco głębiej a na pewno jednorazowo.

Poczuł jak jego wzrok bezwiednie biegnie mu w kierunku sylwetki Namtara.

: 12 stycznia 2016, 18:51
autor: zapalki_chaosu
- Nie wszyscy członkowie koterii należą do Camarilli, poza tym przed chwilą uznaliście, że nie ma sensu zajmować się, żadnymi pobocznymi wątkami. Poza tym, w tym samochodzie nie dałbym rady ich dogonić.

Powiedział Ravnos to co wydawało mu się aż nazbyt oczywiste, żeby o tym przypominać.

- A mój artefakt, komuś bardziej doświadczonemu ujawnił by mnóstwo sekretów dotyczących natury i prawdziwych motywacji a nawet związków karmicznych obserwowanej osoby. Nie wiem jak wiele mi się uda zobaczyć i szczerze mówiąc chciałbym się przekonać. Przedmiotu można użyć tylko raz na tej samej osobie.

Samochód stał jeszcze przez chwilę, kiedy Hindus czekał czy inni nie poprą nagle inicjatywy Horacego, by zaangażować się w ten pościg, który właśnie ich ominął.

- Gdzie więc chcecie jechać?
Oczywiście ruszam do Martinsburga kiedy tylko będzie jasne, że inni nie zmienili nagle planów

: 15 stycznia 2016, 13:38
autor: Zin-Carla
WV Charleston Autostrada 81, tuz przed Martinsburgiem 11.08.1993, Długa Noc

Gdy pościg minął ich limuzynę, a im samym nic się nie stało, Lasombra odetchnęła z ulgą. Ostatnie spotkanie z pędzącym w ich stronę autobusem nie wspominała zbyt dobrze. Przysłuchiwała się teraz rozmowie Darshana i Horacego zastanawiając się, ile razy członkowie koterii poruszą jeszcze tę kwestię? Wydawało jej się, że wszystko było ustalone. Czyż by trzeba było przypominać o najważniejszym co kilka minut? Problemy z pamięcią?

Lasombra nabrała ciężko powietrza do płuc, była dość zdenerwowana.

- Horacy, przepraszam, ale czy my mamy gdzieś napisane na czołach "obrońcy uciśnionych"? Odkąd spotkaliśmy się i działamy razem cały czas pomagamy komuś wyjść z kłopotów pakując się w nie sami po kolana. A przypominam MAMY do wykonania wolę Reda! Przy czym ganiamy za każdą sprawą, która się gdzieś pojawi jak pies za kością. Dość już zajmowania się wszystkim dookoła oprócz tego, co najważniejsze.

Przypominam, że jeżeli magowie chcą zesłać tu meteoryt, to jeśli jest to powiązane z tym, co robimy dla Reda, uratujemy o wiele więcej istnień. Nie wiem, czy ktoś nami tak manipuluje, czy to tylko nasze altruistyczne serca tak pragną nieść bezinteresownie pomoc - ale tym możemy się zająć po spełnieniu woli NASZEGO wspólnego przyjaciela. Możemy wtedy założyć grupę "Avengers are real" i robić karierę wśród spokrewnionych i innych nadnaturalni... Ale najpierw jezioro, kruki, Martinsburg. Jedziemy!

Victoria odetchnęła ciężko i rozgościła się już bardziej rozluźniona na siedzeniu. Samochód ruszył w dalszą drogę, a Lasombra zastanawiała się ile razy jeszcze coś ich zatrzyma w drodze... i co ich czeka na miejscu, skoro centrum fali pochodziło wyraźnie z miejsca do ktoego się udają...

- Nie bierz tego do siebie, proszę. Rozumiem i doceniam chęć niesienia pomocy wśród tych, którzy są w Camarilli i nie kwestionuje tego, ale tak jak powiedział Darshan nie wszyscy tu do niej nalezą, a jesteśmy grupą, która ma działać razem i zważać na każdego z jej partycypantów. Myślę również, że w tym momencie i tak mamy inny priorytet, czyż nie? Poza tym jedziemy limuzyną... na rowerze chyba byś ich szybciej dogonił.

Lekki uśmiech zabłąkał się na jej twarzy, gdy wyobraźnia zaczęła kreować obraz koterii na rowerach w strojach superbohaterów z powiewającym banerem głoszącym układające się z guzików słowa -"Uratujmy świat!" -

... otrząsnęła się szybko z owej wizji. Chyba obecność krwi Malkava w pobliżu źle na nią wpływa. Z lekkim przerażeniem spojrzała na sekundę w stronę Terrego zastanawiając się, czy to przypadkiem nie jego sprawka, po czym zaczęła rozglądać się przelotnie w poszukiwaniu Namtara, niby tak tylko... by upewnić się, że w razie kolejnych przygód na drodze.... on wciąż tam jest.

: 15 stycznia 2016, 15:20
autor: Frater_Terry
WV Charleston Autostrada 81, tuz przed Martinsburgiem, chwilę po Pędzącej Strzelaninie, 11.08.1993, Długa Noc

Wiedział, że Horacy ma dużo racji. Oraz, że w istocie powinni pomóc, kiedy mieli taką możliwość. Jednak mocno trzymał się swej myśli sprzed kilku chwil, wedle której czas poświęcony osobom postronnym, to czas odebrany Mędrcowi w Czerwieni. Temu, któremu zawdzięcza swe nieżycie, temu, który być może, jeśli wierzyć słowom Czarnej Victorii, jest kluczem do ocalenia ich wszystkich. Jak i całej reszty populacji Zachodniej Virginii i okolic.

Samochód ruszył, jednak Malkavian wciąż miał wątpliwości. Nie podobało mu się, że musi wybierać mniejsze lub większe zło. Nie podobało mu się, że jego decyzja może w kluczowym momencie kosztować życie. Jego czy osób postronnych. Jako duszpasterz Pana Jedynego, miał poniekąd obowiązek moralny stawiać życie innych ponad własnym. Czuł się trochę jakby zawiódł, jakby pozwolił, by macki złego zbrukały jego duszę. Zacisnął powieki i po cichu odnalazł słowa modlitwy.

[center]Święty Boże, mój Panie i nieomylny przewodniku,
Oto na rozstaju dróg stoję i nie wiem która ze ścieżek jest drogą Bożą.
Każda z nich jawi się tą właściwą
i każda z nich tą w ciemności spowitą.

Najwyższy Panie, mój Stróżu i wierny przyjacielu.
Ty wiesz, że znajduję się obecnie w obliczu podjęcia ważnej decyzji.
Przyjdź mi z pomocą, abym dokonał wyboru
słusznego i właściwego, zgodnego z Twoją Wolą.
[/center]

Kiedy zakończył niemym "Amen", otworzył oczy. Minęła jeszcze chwila, nim zdecydował się odezwać. Lecz kiedy zabrał głos, po jego wątpliwościach zostało tylko cichnące echo, odbijające się gdzieś w głębi jego umysłu.

- W obliczu tego co się dzieje, tego, że podróżujemy w godzinach dziennych, musimy założyć, że zaprawdę co chwilę będziemy spotykać członków Camarilli w potrzebie. Jeśli będziemy pomagać każdemu z nich, w istocie postąpimy słusznie i po Bożemu. W rzeczywistości jednak, może się okazać, że skazujemy ich na los gorszy niż kilka ran postrzałowych. Nie wiem, czy misja której się podjęliśmy może powstrzymać nieuchronne. Jestem jednak zdania, że tylko my możemy jej podołać. Ale potrzebujemy czasu, którego tak naprawdę już teraz nie mamy.

- Boli mnie głęboko, że być może swoimi słowami skazuję kogoś na śmierć ostateczną. Jednak jeśli prawda której poszukujemy wskaże nam odpowiedzialnych za ten chaos, to głęboko wierzę, że pozwoli nam to ocalić wszystkich potrzebujących, a nie tylko tych, na których natkniemy się po drodze. Czuję się podle, wybierając zobowiązanie wobec martwego już Atra-Hasisa ponad pomoc tym, którzy wciąż jeszcze chodzą wśród nas. Szczególnie, że dawno temu on wybrał by pomóc mi, zamiast gnać za swymi osobistymi celami. Ale wierzę, że to słuszny wybór.

W jednej ręce wciąż ściskając swój notatnik, drugą odnalazł w kieszeni spodni Święty Guzik Jezusa. Obracając go w palcach przyglądał mu się przez chwilę. Wyglądał jak zwykły kawałek plastiku. Niby nic nadzwyczajnego. Jednak kiedy po chwili usłyszał śpiewne głosy Serafinów, przyniosło mu to ukojenie, którego tak potrzebował. Uśmiechnął się szeroko i z cicha zaczął nucić melodię pieśni, którą śpiewali mu Aniołowie, nie słysząc już zupełnie muzyki z odtwarzacza.

: 15 stycznia 2016, 15:41
autor: Suriel
WV Charleston Autostrada 81, tuz przed Martinsburgiem 11.08.1993, Długa Noc

- W porządku... - powiedział na podobieństwo dziecka, które nie przywiązywało dużej uwagi do przerwanej zabawy ponieważ już interesowało się czymś innym.

Horacemu nie zależało jakoś szczególnie mocno na Archoncie. Być może dlatego, że uznał iż problemy kogoś tak wysoko postawionego w hierarchii Camarilli są już nieco ponad jego zasięgiem o szybkości wehikułu jaki posiadali nie wspominając. Być może dlatego, że w duchu liczył iż Scarface wie co robi i może to był tylko jakiś szczwany plan związany z Giovanni. A być może dlatego, że od niedawna miał całkiem nowe ciało. Dwieście lat nosił stare rozpadające się i spękane ciało i nagle taki dar. Trudno mu było się do tego przyzwyczaić. Miał wrażenie, jakby wszedł wczoraj wszedł do sklepu Armaniego i wybrał sobie najdroższy model garnituru z najnowszej kolekcji. Nadal nie mógł się do tego przyzwyczaić I trochę to nadal przypominało mu jakiś cudowny sen, no gdyby nie liczyć tego meteorytu który niebawem spadnie mu prosto na głowę...

Tak czy inaczej, nader szybko stary Szczur pogodził się z faktem, iż jego świeżo wymienione ciało nie będzie dziurawione. A przynajmniej nie teraz. Co więcej myśl poniszczenia tej wspaniałej nowej skóry jaką posiadł spowodowała, że zsunął się w limuzynie nieco niżej tak, iż przez szybę limuzyny widać mu było jedynie głowę. W porównaniu do pozostałych pasażerów wyglądał z zewnątrz jakby był jakimś karzełkiem.
Przez chwilę jechał nie robiąc nic poza słuchaniem kolejnego pokrytego patyną hitu jaki mu zafundowała lokalna rockowa rozgłośnia:

https://www.youtube.com/watch?v=hLhN__oEHaw

Hej, ale przecież... czy te to prawda, że te auta są pancerne?

Zastukał delikatnie w bok drzwi tam gdzie nie było klamki. Wydawały się solidne. Przez chwilę jechał w ciszy ale nikt nie zareagował i nikt nie zwrócił mu uwagi. Odczekał jeszcze chwile i puknął raz a dobrze używając Potencji. Jęknął plastik łamiąc swoją strukturę w boleśnie wyglądającej szczelinie.

Merde...

- WIĘC... Sprzętu nad jeziorem jeszcze pewnie nie ma, a zatem wpierw po kruka tak? - zapytał chcąc odwrócić uwagę od wgniecenia
Limuzyna może i był pancerna ale z tej strony był tylko plastik. Po chwili uznał, że jednak głowa jest ważna i postanowił zsunąć się jeszcze niżej, tak na wypadek... jakiejś zabłąkanej kuli.

: 18 stycznia 2016, 22:16
autor: lightstorm
WV Martinsburg, Centrum miasta 11.08.1993, Długa Noc

Koteria w końcu dotarła do miasta. Horacy natychmiast pokierował Darshana w stronę lokalnego parku, gdzie w jego ocenie mógł znajdować się poszukiwany kruk. Martinsburg wydawał się bardziej wyludniony niż zwykle. Zdawało się, iż całe miasteczko wstrzymuje oddech, starając się przeczekać falę ciemności. Większość mieszkańców zamknęła się w domach zasuwając okna zasłonami. Ci bardziej zapobiegawczy zabili deskami wszystkie możliwe wejścia do swoich domów. Spokrewnionym zaczynało to przypominać Mroczne Wieki, gdy ludzie zdawali sobie sprawę z istnienia Nadnaturalnych istot. Na niektórych drzwiach pojawiły się krzyże, co zwróciło szczególną uwagę koterii. W głowach nieumarłych zaczęły kłębić się pytania odnośnie utrzymania Maskarady. Mimo różnorodnych domysłów, nie potrafili dociec, co jest przyczyną tego stanu rzeczy.

Zgodnie ze wskazówkami Horacego skierowali się do Oatesdale Park, a Darshan przez otwarte okno zaczął nawoływać kruka. Niestety po kilkunastu próbach nikt mu nie odpowiedział. Park wyglądał ponuro i przygnębiająco. Złowieszczą ciszę nienaturalnej nocy przerywał jedynie skrzyp gałęzi i szelest listowia. W świetle nielicznych, ulicznych latarni, barwy zlewały się ze sobą i tonęły we wszechogarniającej, mokrej szarości. Cienie drzew zdawały się mroczniejsze niż zwykle, a okolica z jakiś przyczyn wywoływała klaustrofobiczne wrażenie, pomimo rozciągającej się przestrzeni. Coś nienaturalnego działo się w Martinsburgu, powodując osobliwe doznania. Jednak nikt z Spokrewnionych nie był w stanie sprecyzować źródła. Kruk nie odpowiedział, więc Darshan ruszył do kolejnego miejsca.

Był to War Memorial Park. Horacy tym razem od razu pokierował kierowcę w centrum. Prowadząc limuzynę, Ravnos kolejny raz zaczął nawoływać kruka. Gdy dojechali na miejsce, nagle na masce samochodu, z trudem wylądował czarny jak smoła kruk. Jego prawe skrzydło zwisało ciężko, a z dzioba sączyła się krew. Darshan natychmiast wyskoczył z pojazdu, po drodze przegryzając swój nadgarstek. Po chwili zranione zwierzę piło już jego krew w sposób, który zdradzał fakt, że nie robi tego pierwszy raz. Pozostali także wyszli z limuzyny.

W tym czasie Assamita zabezpieczył teren upewniając się, że nie ma tutaj postronnych osób, a przede wszystkim - zagrożenia. Jego wewnętrzny zmysł milczał, a spojrzenie, przenikające kurtynę ciemności nie napotkało nic podejrzanego. Postanowił więc dołączyć do pozostałych.

Kruk odezwał się zachrypniętym, lecz pełnym napięcia głosem:

- Nigdy już! Ach, nigdy już nie pragnę czuć się tak podle... Ciszo! Ruino! I ty, ciemna Nocy! Poznałem ja was - w całej waszej sile...! - zadeklamował z egzaltacją, po czym przerwał nagle, jakby wracając do rzeczywistości. - Dzięki niech będą ci za ratunek, o szlachetny synu wschodu, coś kierowcą samochodu...

- Tak więc oto i wy... Doskonale... Mało brakowało a bym skonał tu marnie i samotnie... Coś wzywa zwierzęta do podziemi, a potem wychodzą odmienione. Śród groźnego nocy cienia jakże wyją z przerażenia! Od tej grozy słów im brak! One mogą tylko tak: wyć, jak wicher rozstrojony, Agresywne i mordercze, czają się gdy ja tu sterczę... - rozejrzał się niespokojnie po czym nastroszył pióra kontynuując.

- O życie walczyć musiałem, z kotów, lisów, kun nawałem. Znały świetnie me kryjówki tropiąc mnie wśród tej szarówki. Wyżej, w niebieskiej przestrzeni, ptaki także ktoś odmienił i gdy na mnie się rzuciły, bronić się nie miałem siły... Lecz powiadam: nigdy już! Więc ze sobą mnie zabierzcie, abym odpocząć mógł wreszcie, bowiem nie przeżyję tu - w parku z koszmarnego snu!

- Nie martw się. Zaopiekujemy się tobą - to powiedziawszy Darshan wziął delikatnie kruka w na ręce. Ptak ponownie się nastroszył, jednak po chwili uspokoił się i kontynuował:

- Lecz nadziei lśni ogarek! Red skrył dla was tu podarek. Pod głazem pomnika leży, co dwie na trzy stopy mierzy. Weźcie, co potrzebne wam - o reszcie powiem sam. Niestety mową prostą, niewiązaną, albowiem Red zabronił mi przekazać swe słowa wierszem... - zakończył z wyraźnym żalem.

Kruk milczał przez chwilę gładząc zmierzwione pióra na skrzydle, tak jakby starał się poukładać wszystkie informacje. Wreszcie przemówił:

- W Charleston działa jeden z sekretnych kultów Gehenny. Royal Order of Edenic Groundskeepers założony w 1645 roku, który skupia się na przygotowaniach do spotkania z Przedpotopowcami. Działają tam bardzo stare i wpływowe Wampiry, skoncentrowane na swoim własnym przetrwaniu. W obawie przed Gehenną powstał sojusz mobilizujący do współpracy. Podobno mają informacje o położeniach śpiących Przedpotopowców. The Imperial Order of the Master Edenic Groundskeepers to odłam, który narodził się wewnątrz pierwotnego Kultu Gehenny. Powstał w 1898 roku i zakłada że przygotowania nie mają sensu. Trzeba zaatakować teraz, póki Przedpotopowcy są jeszcze słabi i nie posilili się krwią swych dzieci. Udało im się zgładzić już kilku Matuzalemów będących w letargu. Przypominam, że oficjalną wersją Camarilli na temat Gehenny i Przedpotopowców jest informacja, że to mit do straszenia młodych Wampirów. Wewnętrzny Krąg po wygranej wojnie z Anarchistami w 1483 roku zmienił kurs waszej historii i zakazał mówienia o prawdzie. Do tajnego kultu Gehenny o nazwie The Imperial Order of the Master Edenic Groundskeepers, przynależy Książę Democritus oraz Regent klanu Tremere Arneta Lambert. Nie ufajcie władzom Camarilli, bowiem skrywają własne mroczne tajemnice i cele. Oczywiście pamiętajcie, że pozostali członkowie Camarilli nie posiadają wiedzy, którą otrzymaliście. Regentka zamierza wynająć speca od złodziejstwa, aby wykradł z domu Red'a cenne informacje potrzebne Kultowi. Jednakże oni nie są odpowiedzialni za jego śmierć, a jedynie są pionkami w grze, która zaczęła się w mitycznej Kartaginie. Wróg jest o wiele potężniejszy. W sejfie znajdziecie dowód, który uświadomi wam jak niebezpieczni są ci, którzy posiadają nad wami władzę. Rozumiem, że zadanie jakie wam powierzył Red jest bardzo trudne, ale wiedza jaką wam przekazałem powinna być odpowiednią zapłatą.

Horacy podszedł do ciężkiej płyty, wskazanej przez ptaka, po czym złapał ją z obu stron. Po chwili udało mu się obluzować kamień i wyrwać go z ziemi. Sapnął cicho, podnosząc go, nie wyglądał jednak na kogoś, komu to zadanie sprawiło problem. Gdy płyta znalazła się nad głową Horacego, w czarnej dziurze wypełnionej ziemią i kostką brukową ujrzeli srebrną metalowa skrzynka przypominająca sejf.

Kruk odezwał się:

- Szyfr podaję wam sekretny, oto liczb porządek świetny: 14, 87, 19, 55.

Victoria z pomocą Terrego otworzyli sejf, znajdując w nim dwa stare i poniszczone teksty. Nasferatu powoli zaczął odczuwać ciężar płyty, która trzymał nad głową, odłożył ją więc na miejsce i zaczął nogą wgniatać w ziemię rozsypaną kostkę brukową. W tym czasie Lasombra rozłożyła pożółkłe kartki. Wkrótce wszyscy skupili się wokół niej i zaczęli czytać.

[center]Obrazek Obrazek[/center]
Darshan traci 1 Punkt Krwi za leczenie kruka.
Spoiler!
Test wyczucia niebezpieczeństwa ST8 = 1 sukces. Wyczuwasz zagrożenie.
Test Spostrzegawczości ST:8 = 4 sukcesy. Rozglądasz się uważnie po okolicy i nagle dostrzegasz jakieś 400 metrów dalej rozłożony i gotowy do strzału - karabin snajperski o dużym kalibrze. Broń przytwierdzona jest do dachu samochodu. Wiesz, że strzelec celuje w was.

: 19 stycznia 2016, 14:27
autor: Zin-Carla
WV Martinsburg, przedmieścia, 11.08.1993, Długa Noc

Skołowanie samochodu nie stanowiło problemu. Crimson Rain po prostu zwędził starego, poobijanego vana, zaparkowanego na tyłach jakiegoś magazynu. Nie zaprzątał sobie nawet głowy wymianą tablic uznając, że policja ma aktualnie ciekawsze rzeczy do roboty, niż szukanie kradzionych aut. Poza tym nie sądził, by komuś brakowało tego kawałka złomu. Napis na boku samochodu głosił: "Salladyn - Pranie Dywanów", co nieco rozbawiło metysa. W środku pachniało silnie proszkiem do prania, wybielaczem i naftą. Zanim dojechali do Martinsburga, Lucas odniósł wrażenie, że całe jego ubranie i włosy zdążyły już kompletnie przesiąknąć mdlącą wonią chemikaliów. Nie podobało mu się do końca to, jak zdobyli środek transportu. Ktoś przecież potrzebował tego wozu do wykonywania pracy. Może to było kogoś jedyne źródło utrzymania? Co jeśli ma rodzinę, małe dzieci? Zastanawiał się w drodze, próbując zignorować denerwujący zapach. Jednak cóż, czasy były ciężkie a oni mieli zadanie do wykonania. Myśl ta niespecjalnie sprawiła, że poczuł się lepiej, przynajmniej jednak przerwała dalszy potok domysłów.

Nie podobało mu się to wszystko. A najbardziej nie podobał się mu jego kompan: facet, który wyglądał jakby zszedł z ekranu gangsterskiego filmu. Lucas mógłby założyć się, że jest poszukiwany przez policję. I to pewnie w kilku stanach. Cholerny Anioł Piekieł... Do tego cały czas palił skręty i stary żołnierz nie musiał zgadywać co się w nich znajduje. Słodkawy zapach haszyszu był mu dobrze znany z czasów, gdy jeszcze służył w Wietnamie...

Westchnął ciężko... Miał wrażenie, że to dopiero początek jego problemów, a jego Pani wystawiła go na próbę. Lojalność wobec Mrocznej Lasombry zdołała uciszyć podszepty jego zbolałego sumienia. Był na misji. Od swojej Pani. Tylko to się liczyło.

Krążyli po mieście przez kilkanaście minut, szukając odpowiedniego sklepu. W końcu metys dał ręką znak, by się zatrzymali i wskazał na budynek, stojący na przedmieściach, przy drodze nr. 45, prowadzącej nad jezioro. Był to niewielki domek jednorodzinny z przeszklonym parterem, gdzie najwyraźniej znajdował tam się sklep. Wygaszony neon na froncie głosił "Dive with Dave!" a niżej: "nurkowanie, wędkarstwo, hydrografia". Barwne litery były znakomicie widoczne w świetle ulicznych latarni i obaj ghule nie mieli wątpliwości co do tego, iż jest to jedyne miejsce w okolicy, w którym mogą znaleźć potrzebny sprzęt. Z daleka obaj zauważyli także wielką tablicę z napisem "zamknięte" widniejącą na drzwiach niczym jakaś mistyczna pieczęć Tremerów, broniąca wejścia nieupoważnionym. Światła paliły się jedynie na piętrze i wyglądało na to, że właściciel nie ma zamiaru prowadzić interesów w nocy, w czasie klęski żywiołowej.

Lucas zaparkował obok Harleya Raina, na niewielkim, wybetonowanym podjeździe z boku budynku. Otaczał go niewysoki płotek, wzdłuż którego stały zalane deszczem kwietniki. Być może coś kiedyś w nich rosło - teraz z wody wystawały jedynie połamane i gnijące kikuty gałęzi. Żołnierz wysiadł i z ulgą zaczerpnął świeżego powietrza, starając się zapomnieć o woni panującej w aucie.

- To co robimy? - zapytał cicho, spoglądając podejrzliwie na Raina.

- Wchodzimy - odparł krótko metys, zsiadając z motoru.

- Dobra, ale jak? - dopytywał się Lucas.

Rain nie odpowiedział. Otworzył jedynie przywiązaną z tyłu, czarną, sportową torbę i wyciągnął z niej obrzyna. Po czym spokojnym krokiem skierował się na tyły sklepu. Lucas szedł za nim, rozglądając się nerwowo i przełykając ślinę. Tego jeszcze brakowalo.. myślał w panice, starając się zgadnąć po co tamtemu broń. Czuł się jak przestępca, a już na pewno był z przestępcą, co czyniło go w połowie winnym. Pewność z jaką poruszał się Crimson Rain nie pozostawiała żadnych złudzeń. Na pewno włamywał się już wiele razy. Boże... Ten facet wyglądał, jakby zjadł na tym zęby... Lucas czuł jak jego gardło wyschło, mimo ciągłego przełykania śliny. Gdyby się teraz odezwał wydobył by z siebie tylko cichy skrzek. Pozostał więc w milczeniu obserwując uważnie towarzysza i modląc się by zdążył zaradzić jakimś nadchodzącym tragediom ... żeby tylko w sklepie nikogo nie było, żeby tylko tam nikogo nie było...

Tylne wejście sklepu oznaczone było czerwoną tabliczką z napisem "Nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Było także zamknięte. Nikt z przybyłych nie spodziewał się jednak, że będzie inaczej. Lucas rozważał właśnie czy jednak nie spróbować skorzystać z widniejącego obok przycisku dzwonka, nacisnąć go i spróbować dojść do porozumienia z właścicielem sklepu korzystając z pieniędzy i mocy Dominacji. Zanim jednak zdołał wprowadzić swój plan w życie, Crimson Rain wyciągnął niewielką fiolkę z kieszeni, wypił jej zawartość, po czym oparł po prostu wylot broni o pomalowaną na zielono drewnianą płytę i nacisnął spust.

W chaosie wirujących odłamków drewna i metalu, drzwi do sklepu przeszły do przeszłości. Metys przeładował spokojnie broń, po czym kopnął to, co z nich zostało i swobodnym krokiem wszedł do środka. Lucas próbował coś powiedzieć, skonstatował jednak, iż z jego ust nie wydostaje się żaden dźwięk. Dopiero wtedy dotarło do niego, iż nie słyszał także huku, towarzyszącego wystrzałowi z obrzyna, ani dźwięku, z jakim buty gangstera miażdżyły resztki leżących na ziemi desek... Pełen coraz gorszych przeczuć podążył za metysem, zagłębiając się w mrok korytarza. Kolejne drzwi zniknęły równie bezgłośnie jak pierwsze - towarzyszył temu jedynie błysk ognia z uciętej lufy obrzyna. Crimson Rain wszedł do sklepu i rozejrzał się omiatając wzrokiem pomieszczenie. Nie zdjął ciemnych okularów i Lukas zastanawiał się, jakim cudem, do cholery, ten sukinsyn widzi cokolwiek w panującym tutaj półmroku, rozświetlonym jedynie przez wpadający przez okna blask ulicznych latarni. Wnętrze sklepu było spore, zajmując połowę parteru. Środek zastawiały dwa wysokie, metalowe regały wypełnione sprzętem do nurkowania, podczas gdy ściana za ladą, po lewej od oszklonych drzwi wejściowych, zawieszona była różnego rodzaju sprzętem wędkarskim. W narożnikach znajdowały się butle z gazem oraz manekiny w kolorowych kombinezonach do nurkowania. Stało też tam kilka większych, bardziej złożonych urządzeń, spoczywających tajemniczo wśród otaczającej je plątaniny kabli. Lucas znał zastosowanie każdego z nich i z ulgą zanotował obecność sonaru na trójnogu.

Crimson Rain podszedł do lady i przez chwilę przypatrywał się wiszącym za nim kołowrotkom, przynętom i spinningom, jak gdyby pod wpływem nagłego zainteresowania wędkarstwem. Z lewej strony widoczne były schody na górę, zawieszone jedynie zasłonką z szmaragdowych paciorków, przez którą leniwie sączyło się światło z pierwszego piętra. Z góry dochodził dźwięk telewizora. Żywa muzyka i krzyki pozwalały przypuszczać, że leciał w nim właśnie jakiś film akcji. Metys powoli skierował się w tamtą stronę, gdy nagle zza ostatniego regału wyłonił się niewysoki, łysawy mężczyzna, niosący opakowanie papierowych ręczników. Na widok gangstera z obrzynem, mężczyzna zamarł na chwilę, a później bardzo powoli podniósł ręce i poruszył ustami.

- To twój sklep? - zapytał Rain, podnosząc broń i celując tamtemu w twarz. Lucas skonstatował, że dźwięki ponownie powróciły na swoje miejsce.

- Tak... Słuchajcie ludzie, bierzcie co chcecie... - zaczął mówić zapytany.

Metys nie pozwolił mu dokończyć. Błyskawicznie złapał go jedną ręką za koszulę na piersi, podniósł i grzmotnął nim o ladę. Drewno jęknęło, z gardła człowieka dobiegł stłumiony krzyk i słabe przekleństwo.

- To zajebiście, ale nie jesteśmy złodziejami, łapiesz? Przyjechaliśmy z kolegą na zakupy - rzekł Rain beznamiętnie, nie zmieniając wyrazu twarzy. Oparł wylot broni tuż pod obojczykiem sklepikarza i odezwał się:

- Staruszku, sprawdź za ladą, gdzie gość trzyma broń. Wyciągnij ją, rozładuj i odłóż gdzieś w cholerę.

- O.K. Sprawdzę. Ale weź proszę zostaw tego człowieka w spokoju. Przecież powiedział, że możemy wsiąść co chcemy? Po co ten nadmiar przemocy? Przecież koleś nie sprawia oporu. Weź trochę wyluzuj O.K? Proszę? - Powiedział Lucas i sam zaskoczył się swoją elokwencją i nagłym przypływem bohaterstwa. Przez chwilę Crimson Rain mierzył wzrokiem ghula Lasombry ale nie odrzekł ni słowa, nie zmienił wyrazu twarzy, ani też nie wypuścił sklepikarza ze swojego uścisku.

Pokrzepiony zarówno swym rycerskim uczynkiem jak i faktem, że wciąż jeszcze żyje, Lucas zajrzał za ladę. Tak jak się spodziewał znalazł tam colta 1911. Nic nadzwyczajnego, zwykła broń, łatwa do zdobycia powiedziała Lucasowi, że sprzedawca jest bogu ducha winnym obywatelem. Zrobiło mu się tak bardzo żal tego biedaka. Bohaterskie serce żołnierza Armii U.S.A. zabyło w nim szybciej. Ty popieprzony dupku.. pomyślał, adresując swoje epitety w stronę ghula Assamity. Ty i cała ta twoja banda bezdusznych powaleńcow... przeklął w myślach. Przez chwilę pomyślał czy nie powinien wsadzić swojemu kompanowi kulki w łeb. Teraz, gdy się tego nie spodziewał...
Zimny pot wystąpił mu na czoło. Jak miałby wytłumaczyć się z tego później? Co powiedziałby swojej Pani? A ten Assamita... Ten skurwiel był jeszcze gorszy... Na pewno wyciągnąłby konsekwencje. Lucas był świadom, że byłyby by one długie, bolesne i na pewno... ostateczne.
Przypływ bohaterstwa rozgrzał krew w jego żyłach... rozsądek jednak ponownie ją ostudził, gdyż Lucas nigdy tak na prawdę bezpośrednio nikogo nie zabił. Wyłączając obronę własną... Ale to było dawno, no i wtedy była wojna... Sam był przede wszystkim inżynierem wojskowym... projektował, nawigowal, kierował... inni wykonywali brudną robotę za niego. Poczuł jak w chwili napięcia jego usta zupełnie wyschły. Oblizał wargi. Och, jak bardzo tęsknił teraz za obecnością Mrocznej Pani, która pomogłaby mu zadecydować, dodać odwagi swoim władczym, pięknym głosem... i nieco krwi oczywiście. Tak, nieco krwi na pewno by pomogło...

Rozładował broń i odłożył ją na odległą półkę, ze zrezygnowaniem w oczach. Nigdy nie był szczególnie odważny.

-Miał tylko to. Colt 1911 - zaraportował dziwnym, łamanym głosem, w którym wiele emocji walczyło ze sobą by się wyzwolić...
Post napisany wraz z Sigilem

: 19 stycznia 2016, 15:12
autor: Sigil
WV Martinsburg, Park w centrum miasta 11.08.1993, Długa Noc

Nic z tego co przeczytał nie zaskoczyło go specjalnie. Camarilla, Kbirt lkhab*. Jak można było spodziewać się czegoś innego? Przejrzał więc tekst jedynie pobieżnie i podał kartki kolejnej osobie, odsuwając się na bok. Stanął kilka kroków od reszty, wykorzystując osłonę cienia, padającego z korony rozłożystego klonu. Poświstując przez zęby, na tyle cicho by jedynie sam mógł się usłyszeć, ponownie zlustrował okolicę. Zdawało się, że nic im nie zagraża. I wtedy...

[center]NIEBEZPIECZEŃSTWO![/center]
To słowo przemknęło przez jego umysł niczym elektryczny błysk, rozjarzyło się przez chwilę na ekranie świadomości szkarłatną, instynktowną pewnością, podobną do nagłego objawienia. Rozejrzał się, zmieniając lekko pozycję i wyostrzając wzrok. Wtedy ją zauważył: szczupłą, ciemno odzianą postać, składającą się do strzału ze snajperki opartej o dach jeepa, daleko, poza linią drzew.... Nie miał czasu by zakląć. W ogóle nie miał czasu... Uświadomił to sobie w ułamku sekund, a z jego ust wydobyło się tylko jedno słowo:

- Padnij!

Nim dokończył, był już w ruchu. Nie mógł mieć pewności, w kogo tamten celuje, jednak wiedział, kogo wybrałby na jego miejscu. Pozycja i światło strzału pozwalało wytypować najbardziej prawdopodobną ofiarę: Terry!

[center]Obrazek[/center]
Miał nadzieję, że zdąży rzucić go na ziemię i osłonić ciałem. Kula była jednak szybsza i dosięgła go, nim dopadł do Malkavianina. Pocisk wbił się pod prawą łopatkę Assamity, przeszedł przez ciało druzgocąc żebro i wyszedł, rozszarpując mięśnie klatki piersiowej i wyrywając spory kawał mięsa. Poczuł w ustach żelazisty posmak własnej krwi i z wysiłkiem przełknął większość daem. Reszta trysnęła z jego ust, a świat na moment zafalował niebezpiecznie. Nie miał jednak czasu na to, by stracić przytomność. Neik, nie teraz...! Niemal instynktownie sięgnął ku mocy Dur-An-Ki.

- Andar, Telal, emuq nadana me!* - wychrypiał w chmurze czerwonych kropel. Poczuł jak ból gaśnie, rzeczywistość powróciła nabierając głębi...

Nie tracił czasu na myślenie. Jego ciało zadziałało bezbłędnie, niczym doskonale zaprogramowana maszyna, realizując zestaw wyuczonych odruchów. Obrócił się płynnie, jednocześnie zdejmując z ramienia broń. Przyklęknął i wycelował w tamtego, biorąc poprawkę na rozerwane mięśnie... To mogło wpłynąć na kąt strzału...

- Assam Alaykom*** - warknął przez zaciśnięte zęby i nacisnął na spust.

Kula dosięgła celu i Łowca uśmiechnął się krzywo, widząc jak ciało przeciwnika eksploduje w chmurze pyłu... To był Niewierny pies, więc nie zmarnował amunicji z Alamut... Ból był wciąż nieobecny, jeszcze przez chwilę... Cenne sekundy przeciekały przez osnowę rzeczywistości niczym krew z rany, która zimną strugą spływała mu po piersi.

- Yalla!**** - krzyknął do reszty. - Wsiadajcie do samochodu i znikajcie stąd!

Nie obejrzał się nawet na nich, mając nadzieję, że zrozumieli. Luneta Dragunowa przesunęła się, szukając kierowcy jeepa...

Spoiler!
[center]RUNDA I[/center]
Test refleksu:
Snajper: 7
Namtar: 6
Snajper strzeli pierwszy.
Assamita w tej sytuacji decyduje się osłaniać koterię.

Namtar odpala Akcelerację (pali 1 PK):
1 akcja - test Spostrzegawczości by odgadnąć w kogo celuje snajper. St: 10 = 3 sukcesy (z wykorzystaniem jednego punktu S.W.).
Snajper celuje w Terrego.
2 akcja - test uniku by osłonić Malkavianina. ST: 7 = 7 sukcesów. Namtar przejmuje na siebie obrażenia, które miał otrzymać Terry.
Assamita otrzymuje 11 obrażeń - 4 (wyparowanie) - 1 (pancerz) = 6 obrażeń.
Akcja darmowa - Assamita używa Ech Nirwany:2, by zanegować ból i być w stanie działać mimo ran. Wykorzystuje 1 punkt S.W. ST: 6 =2 sukcesy.
3 Akcja: Namtar zdejmuje za ramienia broń.
4 Akcja: Namtar przycelowuje w snajpera.
5 akcja: Namtar strzela: 6 trafienie + 7 za broń = 13 obrażeń - 4 (wyparowanie snajpera)
Snajper umiera.
W kolejnej rundzie także używam Akceleracji (-1 PK). Chcę zabić kierowcę. Przycelowuję.
Dopiero później się leczę, paląc tyle krwi, ile będę mógł.
* arab. Królowa wszystkich dziwek.
** sumer. Andar, wojowniku, daj mi siłę!
*** arab. Śmierć tobie!
**** arab. szybko!

: 19 stycznia 2016, 17:51
autor: Frater_Terry
WV Martinsburg, Park w centrum miasta 11.08.1993, Długa Noc

Czytając wiekowy tekst, Terry czuł się jakby ktoś chwycił go za gardziel i w miarę postępu tekstu, wzmacniał uścisk. Nie rozumiał, w jaki sposób można tak myśleć, co dopiero działać. Nie rozumiał, jednak przeczytane słowa brał zupełnie na poważnie. Widział już takie postępowanie, chociażby wobec siebie. I chociaż tekst nie traktował o młodzikach pokroju Aurina Spiro, nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że skoro ktoś taki jak jego ojciec wykazywał się takim brakiem emocji, osoby którym udało się dożyć tysiąca lat, czy więcej, nie posiadają ich wcale. Przetarł dłonią twarz podając kartki kolejnej osobie. Czasami chciałby nie widzieć i nie wiedzieć pewnych rzeczy.

Owszem, dobrze się stało, że Czerwony Mędrzec przekazał im tą wiedzę. Zawsze dobrze dowiedzieć się czegoś nowego o swoim oponencie. Słowa te jednak sprawiły, że Malkavian nagle bardzo wyraźnie zaczął odbierać otoczenie, każdym ze zmysłów. Chłodny wiatr targający jego włosami, wilgoć w powietrzu osiadającą na jego policzkach, zapach parku i odgłosy miasta, których co prawda nie było dziś natłoku, ale wcale nie przeszkadzało im to być wyjątkowo teraz natarczywymi. Rozejrzał się po zebranych i dotarło do niego, że tak samotny i maluczki nie czuł się chyba jeszcze nigdy.

Każdy z jego nowych towarzyszy, mógł i prawdopodobnie był również pionkiem w tej dziwnej grze. Łącznie z nim samym. I wcale nie musieli o tym wiedzieć. On sam na przykład był przekonany, że jest tu z własnej i nieprzymuszonej woli. Co jednak, jeśli się mylił? Przed oczyma zobaczył wykrzywioną twarz nowo-przemienionego, którego spotkał na dachu szpitala kilka nocy temu. "Twój ojciec cię wzywa". Zabezpieczył wtedy te groźne słowa i wyjechał z Pittsburgha tej samej nocy. Za cel obierając dom swego przyjaciela, trafiając jednak do miejsca w którym stwórca już czekał na niego. W swoim mniemaniu zrobił to z własnej inicjatywy. Ale jak było naprawdę?

Przesunął spojrzenie po twarzach każdego z członków Koterii Reda. Każdy z nich mógł... Dłużej zatrzymał wzrok na Łowcy, czujnie rozglądającym się po okolicy. Nie mógł nie zauważyć jego obojętnej reakcji na słowa, które w jego głowie zrodziły chaos. Rzucił okiem i stracił zainteresowanie. Jakby patrzył na coś, co widział już wcześniej wiele razy. Jak przechodzień, którego spojrzenie padło po raz kolejny na reklamę kosmetyku, mijaną codziennie od dłuższego już czasu.

- Padnij!

Z potoku myśli wyrwał go okrzyk Łowcy i odgłos wystrzału. Nim zdążył zareagować, zobaczył jak Darth Namtar w tanecznym skoku stanął naprzeciwko niego, a jego pierś eksplodowała. On jednak zdawał się nic sobie z tego nie robić, płynnym ruchem obrócił się i przykucnął składając się do strzału z broni, która znalazła się w jego dłoniach podczas tego szalonego piruetu. Dopiero po chwili, kiedy padł kolejny strzał, dotarło do niego, że jego twarz pokryta jest krwią Mordercy. Odruchowo oblizał wargi, przez chwilę dając się ponieść przyjemności smaku vitae.

Otrząsnął się błyskawicznie, reagując na polecenie Mrocznego Jedi, wykrzyczane w jego dziwnej mowie. Czym prędzej ruszył w stronę samochodu, chcąc by dystans dzielący go od niego zniknął jak najszybciej. Oglądnął się, czy reszta zebranych również ruszyła się z miejsca.

: 20 stycznia 2016, 18:47
autor: Zin-Carla
WV Martinsburg, Park w centrum miasta 11.08.1993, Długa Noc

Zapach pożółkłych kart z mieszał się z drapieżną nutą tajemnic i zapachem letniego deszczu. Dłonie Viktorii drżały lekko, sama nie była pewna z podniecenie czy ze strachu, gdy czytała stary manuskrypt. Wydawał się pochodzić, być może jeszcze z czasów średniowiecza, sądząc po stylu, czcionce i pergaminie. Zgłębianie mistycznych źródeł, starożytnych mądrości i zakazanej wiedzy było jej pasją. Widziała już wiele Grimoire i tajemnych zwojów w swoim nieżyciu, a wiedza w nich zawarta... cóż, zawsze czuła ten sam dreszcz emocji przed otworzeniem każdego z nich. Niepewność, czego nowego się dowie? Czy wiedza będzie błogosławieństwem, czy klątwą? Może jednym i drugim?


W pierwszym momencie nie była pewna co do przeznaczenia tekstu, który miała przed sobą. Lecz już wkrótce długie zimne palce strachu złapała ją za szyje i ścisnęły gardło. Wiedziała już, z czym ma odczynienia. To dawne nauki o tym, jak wychowywać wampirze potomstwo! Nagradzać, karać, nigdy nie pozwolić rozwinąć w pełni potencjału by nie było zagrożeniem dla rodzica!? Ale przecież pełnia potencjału to to, co najważniejsze dla rozwoju jednostki! To było poza pojmowaniem Lasombry. Czemu ktoś miałby blokować chęć rozwoju swojego potomka? Czemu ów potomek miałby atakować lub zabijać swojego rodzica? Nie mogła sobie tego wyobrazić. Przez chwilę w panice zastanawiała się, czy jej wuj, a potem i ojciec również stosował na niej tę metodę? Nie. Nie mógłby! Znał wagę wiedzy i tego, by przekazywać ja dalej. To on rozwiną w Viktorii miłość do starych ksiąg i tajemnic. Przecież nie mógł przed nią sam czegoś ukrywać... w hipokryzji sam tworzyć tajemnice, nie mógłby przednią skrywać jakiejś wiedzy, nie mógłby, prawda?... to pytanie głucho zapadło w jej umyśle i pozostało bez odpowiedzi...

Zresztą ona sama nigdy, przenigdy by go nie skrzywdziła? Niby dlaczego? Był dla niej Ojcem, przyjacielem, nauczycielem... dlaczego miałaby?

W końcu to stary tekst. Szczęśliwie w czasach współczesnych nikt już tak nie myśli - podsumowała i odetchnęła z zadowoleniem, szczęśliwa, że żyje teraz w czasach postępu. Jednak szybko zdała sobie sprawę, że może nie wszyscy tak myślą... co więcej starsze pokolenia wciąż mogą hołdować tym tradycjom. Zawsze tak jest... Te myśli szybko przerzuciły ja na inny poziom widzenia ich sytuacji... Co jeśli NAPRAWDĘ są czyimiś pionkami i wszystko co robią i co ich spotyka zostało wcześniej ukartowane? Czy to oznacza, że nie ma dla nich innej przyszłości niż ta, która została im zaplanowana? Wcześniej myślała o tym przelotnie, gdy bieg zdarzeń zdawał sie lączyć w jeden strumień ale teraz... teraz gdy poczuła, że naprawdę może tak byc... Nie! przecież zawsze można wpłynąć na swoje przeznaczenie. Świadomym wyborem. Wybrać drgoę świadomie. Być panem swojego losu! Przecież do tego dażyła przez te wszystkie lata zgłębiając zachodnie techniki pracy nad swiadomoscią i ... nawt niezauważyła że zaciska właśnie dłonie w pięści jak dziecko, któremu niepozwolono wybrać koloru lizaka.

Wtem usłyszała głos Assamity. Posłuchała jego komendy odruchowo, jak pies, nie myśląc wiele...

Posłuszeństwo - pomyślała - Posłuszeństwo albo śmierć.

To wszystko, czego oczekują od nich starsi. Nic wzniosłego czy pięknego, jak zwykła wcześniej uważać.

Krew Mordercy zrosiła czerwienią twarz Terrego i okrasiła stare karty rdzawym kwieciem. Wszystko dziwnie do siebie pasowało. Lasombra czuła się jak w transie, obserwując otoczenie. Dopiero po sekundzie, gdy snajper zginął od broni Assamity otrząsnęła się i wtapiając się cieniem w ciemność nocy, przemknęła do samochodu.

: 20 stycznia 2016, 21:02
autor: zapalki_chaosu
Darshan czytał tekst z umiarkowanym zainteresowaniem. Podobnie jak proroctwa Terrego wcześniej, manuskrypt nie wnosił nic nowego do jego przeczuć i przekonań dotyczących obecnej sytuacji oraz realizowanych a nie deklarowanych zasad moralnych Camarilli. Poza tym, skoro ktoś napisał taki tekst, to i tak zachował pewne tajemnice dla siebie, które dawały bu mu dalszą przewagę nad obdarowanym tymi złotymi radami.

Wszyscy tutaj zdawali się głęboko przeżywać lęk przed wciąż manipulującymi przedpotopowcami, przed brakiem własnej woli, przed byciem czyimś pionkiem. Każdy był pionkiem. Pionkiem sił kosmicznych. Sami przedwieczni, mimo całej swojej potęgi także byli manifestacjami sił wszechświata. Nie było od tego ucieczki. Jeżeli istniało coś takiego jak wolna wola, to na pewno nie płynęła ze źródła jakim była istota wcielona w materii. Istnienie było tylko snem, dla niektórych snem świadomym i jak każdy sen dawało pewne poczucie wolności.

Darshan włąściwie przeczuwał, chociaż musiał przyznać, że przy znacznym udziale złośliwości, którą zdążył wykształcić jako formę odreagowania obrzydzenia spowodowanego nieskończoną hipokryzją Camarilli, że cała zabawa w kult Gehenny a zwłaszcza jego różne odłamy, były także manifestacją wpływów przedpotopowców. Sposobem na usuwanie swoich wrogów, tych naprawdę starych wrogów.

Strzał karabinu obudził w nim na ułamek sekundy gwałtowność mocy destrukcji. Poczuł jak dreszcze przechodzi mu wzdłuż kręgosłupa i wyprostował się jeszcze bardziej, niż już był wyprostowany.

Zanim ruszył, zerknął jeszcze na pozostałych członków koterii, czy nie dostali nagłego paraliżu. Starał się poruszać tak, by osłaniały go drzewa o ile nie wymuszało to zbytniego nadłożenia drogi. Obawiał się, że przy samochodzie może na nich czekać także ktoś uzbrojony. sięgnął więc po rewolwer znajdujący się w kieszeni płaszcza. Mimo wszystko wolałby go nie używać. Wolał w inny sposób spożytkować energię.

: 20 stycznia 2016, 22:31
autor: Suriel
WV Martinsburg, Park w centrum miasta 11.08.1993, Długa Noc

Horacy delikatnie ujął w długie palce starożytny tekst. Sama jego wiekowa obecność budziła w nim pewną pożądliwość.

Zagłębił się w tekście. W najmocniejszy sposób przemówił do niego akapit ostatni, najkrótszy.

No i dla tego właśnie trzymam się z boku od tych wszystkich brudów, wybierając życice w samotni jako artysty... Genialnego artysty i niedocenianego. Oprócz tego szalenie przystojnym... - poczuł, że nieco odbiega od meritum nad którym medytował przed chwilą Nagrody, kto by nie chciał zostać primogenem czyż nie? Niebezpieczeństwo i rywalizacja, czyż łaskawie ci którzy pozostają w cieniu nam tego ktoś właśnie nie zafundował? Więzy krwi. Mój biedny mały Otto... No i śmierć. Śmierć dla tych którzy potrafią ominąć sidła starszych i scalić innych kainitów w walce przeciw ich knowaniom. Czy to dlatego cię zabito mój stary przyjacielu? Szachownica stała się dla ciebie za ciasnym miejscem, przewidziałeś że ktoś powie tobie mat. Ale ty wiedziałeś o tym, przewidziałeś to. A my mamy być twoim rewanżem zza grobu. Zatem jesteśmy białymi pionkami które nagle wchodzą na szachownicę i zaczynają się poruszać mimo wydawało się że gra przed chwilą skończona. Twój przeciwnik, nie potrafiłeś go sięgnąć i zabić, czy może nie chciałeś stać się taki jak on i wybrałeś inaczej? Inne wyjście, boczne drzwi które są straszne ale tylko dla tych, którzy lękają się o swoją egzystencję? Jakby nie było nic więcej... Tak więc uniknąłeś losu dziecka zastępującego na zakrwawionym tronie swego ojca tyrana lub kogoś podobnego?
A ja? Czy ja bym tak potrafił? Rusty... czyż to ja jestem tym dzieciem, które ma zgładzić swego ojca jak stoi w starożytnym piśmie, które Red nam ofiarował. Wszak chciałeś zabić mnie ojcze. MNIE! Cóżem ci ja uczynił takiego straszliwego, czyim żeś podszeptom uległ starcze. Czyje jadowite słowa cię zatruły...


Wystrzał przywrócił go jednej chili do rzeczywistości. Rozejrzał się szybko ale było to bardzo mało rozsądne posunięcie. Po czym szybko przypadł do pierwszej lepszej zasłony okrywając się niewidzialnością. Po krótkiej egoistycznej chwili wynikającej z dwustuletniej samotności przypomniał sobie o pozostałych i rozciągnął moc także na tych którzy byli w zasięgu.
Spoiler!
Podczas czytania tekstu chciałem skorzystać z 3 kropy nadwrażliwości na obu tekstach. Taka tam chora nosferacka ciekawość...
Kto ma tekst?

: 21 stycznia 2016, 15:20
autor: Sigil
WV Martinsburg, przedmieścia, 11.08.1993, Długa Noc

Obserwując beznamiętnie rozpłaszczonego na ladzie, trzęsącego się sklepikarza, Rain czekał, aż Lucas poradzi sobie z bronią.

- Masz dzieci? - zapytał, sięgając lewą ręką do kieszeni na piersi i wygrzebując stamtąd nieco przemoczonego skręta.

Mężczyzna gwałtownie nabrał powietrza.

- Nie. Nie mam - wyrzucił z siebie szybko. Zbyt szybko, jak na gust gangstera. Wzrok sklepikarza odruchowo pobiegł w górę i Rain uśmiechnął się lekko. Znów sięgnął do kieszeni spodni i wydobył zapalniczkę. Próbował odpalić zamoczoną bibułkę, ale nie chciała się zająć.

- Kurwa - zaklął cicho i skrzywił się. Sklepikarz obserwował go czujnie i nieruchomo, niczym sparaliżowana strachem mysz, wpatrzona w węża. Gangster chciał coś powiedzieć, kontynuując poprzedni temat, gdy nagle przerwał mu nowy, dźwięczny głos.

- Tato? Wszystko w porządku? Co tu się dzieje? Tato?

Na schodach stała dziewczyna. Mogła mieć co najwyżej szesnaście lat. Miała na sobie obcisłe, wyblakłe jeansy i zieloną koszulkę z napisem "See California and dive". Ciemnokasztanowe włosy opadały luźno na jej ramiona i plecy. Crimson Rain uśmiechnął się szeroko, zapominając chwilowo o skręcie.

- Joan! Wracaj na górę! Wszystko w porządku! - wykrzyknął prawie sklepikarz. Jego głos brzmiał kilka tonów za wysoko, jakby mężczyzna próbował powstrzymać rodzącą się w nim panikę. Dziewczyna zawahała się przez chwilę, omiatając nieufnym spojrzeniem dwóch intruzów.

- Drgnij tylko, kotku, to rozwalę twojego starego - powiedział do niej Rain. - I wtedy nie będzie już z nim w porządku.

Ton głosu gangstera był miękki, prawie przyjazny. Jednocześnie lufa broni wbiła się głębiej w ciało sklepikarza, który zacisnął zęby i sapnął, lecz nie krzyknął.
Dziewczyna spoglądała na gangstera wielkimi, ciemnymi oczyma. Wyglądała jak spłoszony ptak, wciąż niepewny czy powinien pozostać, czy uciec.

- Tato? - zapytała cicho, pełnym napięcia głosem.

- Rozwalę go, kotku. I to będzie twoja wina - powtórzył Rain, uśmiechając się. Dziewczyna spojrzała na metysa i posłusznie zrobiła kilka kroków, schodząc ze schodów. Przywarła plecami do ściany, miętosząc nerwowo w rękach rąbek koszulki.

- Czego chcecie? - wyszeptała ledwo dosłyszalnie.

Crimson Rain nie zawracał sobie głowy odpowiadaniem na to pytanie. Błyskawicznie znalazł się przy niej, łapiąc ją jedną ręką w talii i bez wysiłku obracając dookoła własnej osi. Stając za nią przełożył jej przez ramię rękę z bronią, tak, że teraz obrzyn mierzył w jej brzuch. Drugą zacisnął na jej piersi i z satysfakcją poczuł drżenie, które przeniknęło jej młode ciało. Nie nosiła stanika. Pod cienkim materiałem koszuli z łatwością wyczuwał kształt sutka.

- Dobra dziewczynka - pochwalił. - No proszę - zwrócił się do sklepikarza. - A mówiłeś że nie masz dzieci... Wiesz, cholernie nie lubię jak ktoś mnie okłamuje. A wy, białasy, robicie to, kurwa, ciągle.

- Proszę, zrobię wszystko - wyjąkał nieszczęśliwy mężczyzna. - Tylko nie róbcie jej krzywdy.

- Stary, spokojnie, weź nie przesadzaj. Mamy robotę do zrobienia, OK? Poza tym oni naprawdę nawet nie stawiają oporu. Więc po co ich dodatkowo stresujesz? - odezwał się Lucas, starając się mówić spokojnie i rzeczowo, ale już nie tak wojowniczo jak wcześniej. Teraz wypadki toczyły się dla niego zdecydowanie i stanowczo za szybko. Zaczynało go to naprawdę przerażać. Przeklinał w myślach swoje tchórzostwo. Dlaczego? Dlaczego nie pociągnął za spust. Ten skurwiel naprawdę nie zasługiwał na nic lepszego. W zasadzie, według Lucasa, to nawet śmierć była by zbyt łaskawa. Ganił się za brak odwagi. Poczuł, że ma ochotę stąd wyjść i nie patrzeć co będzie dalej. To wszystko było złe, każdy mięsień jego ciała zdawał się teraz działać przeciw niemu. I tylko obraz jego Pani i polecenie, które od niej dostał trzymało go wciąż tutaj i przy zdrowych zmysłach.

- Jasne, pamiętam o tym. Nie stresuj się, staruszku - Rain uśmiechnął się leniwie. Włosy dziewczyny pachniały miętą i trawą cytrynową, i metys odetchnął głęboko wciągając tą woń w płuca.

- Słuchaj Dave - odezwał się znów. - Jeśli zrobisz co chcemy nic się nie stanie twojej córeczce. I nigdy już nas nie zobaczysz. Jak dla mnie to całkiem zajebisty deal, co ty na to?

Sklepikarz pokiwał skwapliwie głową, dostrzegając najwyraźniej jakieś światełko w tunelu. Usiadł na ladzie, rozcierając obolały obojczyk.

- Jasne, zrozumiałem. To... Dobra umowa - przełknął ślinę. - Więc... Czego wam potrzeba?

- Szukamy sprzętu do hydrolokacji - odezwał się szybko Lucas, podchodząc do niego. Nie sądził, by rozmowa z Rainem miała w tym momencie jakikolwiek sens. Widział podobnych mu gości w Wietnamie: psycholi, rozkoszujących się strachem i bólem swych ofiar i wiedział, że każda kolejna chwila nakręci go bardziej, prowadząc jedynie do eskalacji przemocy. Okłamywał się wcześniej jeśli myślał, że może go przekonać do czegoś, wpływając na sumienie, współczucie czy jakiekolwiek ludzkie emocje. Ten facet już dawno spłukał swoje człowieczeństwo z wodą w kiblu. Było tylko jedno wyjście... szybko wziąć co trzeba i wynosić się stąd jak najdalej. Ta myśl w obecnej sytuacji zdawała się być jedynym pocieszeniem dla Lucasa.

Po prostu załatw sprawę - pomyślał, mając nadzieję, że uda mu się to, nim akcja wyjdzie poza ramy tego, co już się działo. Że uda mu się i wyjdą stąd zanim ktoś zginie, pozostawiając tą dwójkę wystraszoną, nieco poobijaną, ale bezpieczną. Bezpieczną i żywą.

- Potrzebuję sonaru holowanego lub bocznego, pracującego w rozdzielczości powyżej 330 kHz - odezwał się do sklepikarza. - Masz coś takiego?

- Tak, mam sonar holowany. Macie szczęście, to ostatni na składzie - Dave wstał szybko, właściwie zerwał się z miejsca. Przez chwilę z niepokojem spoglądał na Raina, niepewny czy w tej sytuacji może zostawić córkę.

- Idźcie - powiedział gangster. - I bez numerów. Jeśli coś odwalisz Dave, rozwalę ją. Nie chcesz, żebym ją rozwalił, prawda? Więc sprzedaj mojemu koledze to o co cię ładnie poprosi i wszyscy będziemy cholernie szczęśliwi. Joan też, prawda?

- Idź tato - powiedziała dziewczyna. - Nic mi nie będzie. Idź, niech to się już skończy...

Wciąż wahając się Dave spojrzał na Lucasa

- Wszystko będzie w porządku - powiedział mu stary wojskowy. - Sprzedaj mi to, czego potrzebuję i znikniemy stąd. Obiecuję.

Mógł mieć jedynie nadzieję, że mówi prawdę.

Dave pokiwał w milczeniu głową i skierował się na koniec sklepu. Lucas udał się za nim i wkrótce obaj mężczyźni zniknęli za wysokim regałem. Crimson Rain został z dziewczyną sam.

[center]Obrazek[/center]
Zmienił chwyt, przekładając broń poziomo, poniżej jej piersi i przyciskając jej szczupłe ciało do siebie. Drugą ręką rozpiął jej jeansy sięgając w głąb. Poczuł pod palcami delikatny materiał majteczek. Dziewczyna zadrżała i zakwiliła cicho, gdy jego palce sięgnęły głębiej. Mimo strachu, a może właśnie dzięki niemu poczuł, że robi się wilgotna. Suka - pomyślał z pewną dozą przyjemności - Cóż, wszystkie te białe dziwki, są takie same...

- Spokojnie - szepnął - Nie chcesz by tacie coś się stało, prawda?

Jęknęła w odpowiedzi i próbowała się wyrwać, raczej słabo i bez nadziei na powodzenie. Unieruchomił ją łatwo przyciskając ją mocniej do siebie i poczuł, jak przełyka łzy. To go podnieciło. Teraz, gdy zostali sami otwierało się przed nim kilka nowych możliwości...

- Joan - szepnął, wdychając zapach jej włosów. - Gdzie jest twoja matka?

- Ja... Proszę, nie krzywdź mnie - zaszlochała w odpowiedzi. - Ani taty. Ma tylko nas, mnie i Tima... My...

- Ten Tim... To twój brat?

- Tak, ja... Proszę, nie rób mu krzywdy. On ma dopiero dziesięć lat...

- Wszystko zależy od ciebie, kochanie. Wszystko zależy od tego, czy zrobisz to, o co cię proszę... - szepnął i pchnął ją na ścianę. Materiał koszulki poddał się łatwo, pozostawiając ją półnagą. Drugim szarpnięciem rozerwał jej spodnie, ściągając je do kolan. Uśmiechnął się szeroko, słysząc jej błagalny jęk. Zdecydowanie, mógł sobie pozwolić na chwilę dobrej zabawy...

[center]***[/center]
Zostawił ją szlochającą beznadziejnie za ladą sklepową i nie spiesząc się wyszedł na zewnątrz. Na parkingu Lucas z bladym i milczącym Davem kończyli właśnie pakować sprzęt do samochodu. Zbliżył się do nich, jedną ręką zapinając pasek.

- Ty bydlaku! Zabiję cię! - wrzasnął Dave, pojmując w lot znaczenie tego gestu. Nim Lucas zdążył powstrzymać go, sklepikarz rzucił się na gangstera.

Rain uśmiechnął się jedynie szerzej, po czym błyskawicznie obrócił w rękach broń i uderzył pechowego ojca kolbą w twarz. Rozległ się chrzęst łamanej kości nosowej i Dave padł na ziemię w deszczu drobnych, szkarłatnych kropel. Nie wstał więcej. Gangster minął jego ciało i zbliżył się do Lucasa:

- Mamy wszystko?

- Tak. - odpowiedział prawie bezgłośnie. Coś wyraźnie gotowało się w nim i po chwili milczenia wybuchł. - Dlaczego to zrobiłeś! Przecież on i tak nie miał z tobą najmniejszych szans!

Trzęsąc się z wściekłości i nadmiaru adrenaliny, podbiegł w panice do ciała sklepikarza mając nadzieje na wyczucie choć słabego oddechu.

- Co z dziewczyną? Ją też zabiłeś?! - krzyczał ochrypłym głosem na Crimson Raina. Widać było, że stary wojskowy załamał się zupełnie. Jego plan ocalenia tej dwójki nie podziałał. Czuł się bezsilny, zrozpaczony, a przede wszystkim... winny.

- Uspokój się staruszku. Facet jest tylko nieprzytomny. A lasce zapewniłem nieco rozrywki. Będzie miała co wspominać. Na tym zadupiu i tak się nic nie dzieje... - metys zdołał wreszcie zapalić skręta i przez chwilę delektował się dymem. Padający z nieba deszcz szybko jednak zniweczył jego wysiłki i ghul znów zaklął, chowając przemoczonego jointa do kieszeni.

Lucas wybadał wreszcie puls sklepikarza. Wyglądało na to, że tamten jest istotnie stracił tylko przytomność. Ostrożnie odwrócił jego ciało, by Dave nie utopił się, w wzbierającej wokół niego, rudawej kałuży.

Gangster obserwował jego wysiłki bez emocji.

- Skończyłeś? - zapytał wreszcie. - To zajebiście. Wsiadaj z kółko i spierdalamy z tej mety, jasne? Sam mówiłeś, mamy robotę do wykonania. Pamiętaj o swojej pani.

Lucas bezsilnie podniósł się znad ciała sklepikarza i powlókł wycieńczony emocjonalnie do starego vana. Wsiadł i z całej siły uderzył w kierownicę by wyładować emocje. Ruszył z poślizgiem, chcąc zostawić to wszystko najszybciej za sobą. Nic nie mógł jednak poradzić na płynące mu po twarzy łzy bezsilności.
Powyższa część posta pisana wspólnie z Zin-Carlą.
[center]***[/center]
WV Martinsburg, Park w centrum miasta 11.08.1993, Długa Noc

Kierowca zanurkował między siedzenie a deskę rozdzielczą, starając się ukryć. Nie był jednak dość szybki, nie dla nasienia Tiamat. Morderca był pewien, że kolejna kula dosięgła celu. Nie mógł jednak określić, na ile okazała się skuteczna. Przeciwnik zniknął zbyt nagle, pozostawiając jedynie domysły.

- Pokaż się, ya zebala, mestaneya* - warknął, obserwując samochód przez lunetę Dragunowa. - Yelan fatsak.**

Ból poszarpanych mięśni powrócił, a jednak dłoń Assamity nie drgnęła nawet. Czuł, jak moc jego krwi regeneruje ubytki w ciele, odbudowując tkanki, reperując strzaskane kości. Przez czerwony opar cierpienia widział drzwi i okno Jeepa. Samochód stał dalej nieruchomo. I pomimo wyostrzonego wzroku, Morderca nie był w stanie dostrzec wewnątrz żadnego ruchu.

Odczekał, aż Kufrowie wsiądą do limuzyny a Ravnos odpali silnik. Dopiero wtedy poderwał się z ziemi, przewieszając snajperkę przez ramię. W kilku krokach dopadł do motoru i gwałtownie ruszył z miejsca, ścinając drogę przez trawnik. Przemknął pomiędzy pniami drzew, miażdżąc pod kołami jakiś ukwiecony krzaczek i zahamował ostro tuż przy jeepie. Przy samochodzie leżało na wpół rozłożone ciało. Na fotelu kierowcy leżał drugi trup - trudno powiedzieć, czy ostatecznie martwy, czy jedynie chwilowo niedysponowany. Chciał to sprawdzić, mógłby to sprawdzić, gdy instynkt, ten sam, który ostrzegał go już tyle razy wcześniej, poinformował go, że dany mu czas ponownie dobiega końca...

Słońce, przyczyna i źródło kłamstwa, miało właśnie powrócić.

Zaklął bezgłośnie, gdy uświadomił sobie znaczenie tego faktu. Czas... Wciąż miał za mało czasu. Moc Akceleracji przepłynęła przez jego umysł i ciało, gdy wyciągnął Desert Eagle i strzelił przez otwarte okno, zmieniając czaszkę kierowcy w szaro-czerwoną galaretę, wypełnioną śliskimi odłamkami kości. Odwrócił motor w miejscu, korzystając z błogosławieństwa Potencji i ruszył z powrotem, mając nadzieję, że zdoła ich ostrzec, zanim...

Świat rozjaśnił się lekko, gdy chmury nad miastem poczęły się rozstępować. Korzystając z ostatnich ułamków sekund, jakie udało mu się wykraść losowi, Morderca odwrócił się na motorze i strzelił w bak samochodu, za swoimi plecami. Mknąca z ogromną prędkością Honda przez chwilę przechyliła się niebezpiecznie, tracąc przyczepność na mokrej trawie, Łowca jednak opanował maszynę. Za jego plecami rozkwitł pomarańczowy kwiat eksplozji, gdy jeep zmienił się w ryczącą kulę ognia. Nie zwrócił jednak na to uwagi. Modlił się, by zdołał ostrzec Niewiernych w limuzynie, nim przeklęta iluzja ponownie skazi rzeczywistość...

[center]Obrazek[/center]
Spoiler!
[center]RUNDA II[/center]
Inicjatywa:
Namtar: 7 ( z użyciem Ech Nirwany:1, Assamita traci 1 PK)
Kierowca: 3

Namtar odpala Akcelerację (-1 PK)

1 akcja - Namtar podkręca sobie Percepcję o 1 (-1 PK)

2 akcja: Namtar strzela w kierowcę. ST: 9 (+3 za osłonę) = 3 sukcesy.
Kierowca wykonuje unik. ST: 5 = 2 sukcesy.
Trafienie za 1 sukces. Assamita nie może ocenić, ile obrażeń otrzymał kierowca, bo jego ciało znika za drzwiami samochodu.

3 akcja - Namtar zaczyna regenerować rany, paląc 3 PK.

Reszta akcji pozostawiona na obserwację jeepa.

Dalsze działania:
W kolejnej rundzie Namtar regeneruje 2 obrażenia (-2 PK)
Zaleta: Wykrycie Zagrożenia - mówi Assamicie, że za kilkadziesiąt minut słońce pojawi się ponownie.
Namtar odpala Akcelerację (-1 PK)
Strzela w kierowcę - strzał w cel nieruchomy, udany, bez testu.
Strzał w bak - ST:7 = 3 sukcesy. Jeep zajmuje się ogniem.
Opanowanie motoru - ST:8 (-3 za zalety) = 7 sukcesów. Namtar bez problemu opanowuje motor i unika wpadnięcia na drzewo.
Strzelając do kierowcy z bliska używam zwykłych kul (nie tych, które są magiczne). Z tej odległości i tak rozwalą mu łeb.
* śmieciu, czekam
** Przyrzekam, że umrzesz.

: 21 stycznia 2016, 20:08
autor: lightstorm
WV Martinsburg, Park w centrum miasta, Garaż na obrzeżach, 11.08.1993, Gwałtowne nadejście Dnia.

Horacy okrył Niewidocznością swoich towarzyszy. W tym czasie Lasombra zmieniła się w plamę cienia, sunąc po ziemi w stronę swojej limuzyny. Darhan, widząc co robi Assamita, rzucił się także w kierunku samochodu. Po chwili wszyscy znaleźli się w środku. Zdążyli usłyszeć ryk silnika Hondy, a potem jeden strzał. Ostatni drzwi zamknął Terry jakby upewniając się w swoich przeczuciach. Przez chwilę jeszcze spoglądał w niebo, nie starając się ukryć. Wreszcie rzekł:

- Moc Księcia Ciemności rozprasza się i zaraz pojawi się słońce. Powiadam wam więc, ukryjmy się!

Pozostali na słowa Terrego zaniemówili, ale szybko zdali sobie sprawę, że Malkavian ma znów rację. Spojrzeli w za przyciemnione okna, widząc jak wisząca nad nimi ciemność rozprasza się, na podobieństwo gęstych chmur. Przez szczeliny pojawiające się w tej zasłonie, spływały w dół pierwsze promienie słońca.

W tym czasie Namtar na swoim motocyklu przebył drogę niemożliwą do przejechana dla mniej doświadczonego kierowcy. Pokonał schody, grząską mokrą ziemię w parku, a także, manewrując z niezwykłą precyzją przemknął po wąskiej przestrzeni, między drzewami. Honda wpadła z rykiem na parking zostawiając za sobą smugę gęstego dymu, gdy Assamita gwałtownie ślizgiem skręcił w prawo. W końcu zatrzymał motor i płynnie zeskoczył z niego.

Ravnos zahamował gwałtownie, widząc Namtara, który rzucił się w kierunku limuzyny. Pozostali członkowie koterii także spostrzegli Assamitę, na którego padły pierwsze promienie słońca. To uprzytomniło im z bolesną dosadnością kim są i jak niewiele znaczą ich moce w obliczu Heliosa.

[center]Obrazek[/center]
Morderca poczuł ból, gdy dosięgła go włócznia słonecznego blasku. Mimo tego, iż nie wierzył w tą iluzję, wiedział, jak bardzo niszcząca potrafi być jej moc. Ufał jednak że impregnowany materiał jego bojowego stroju ochroni go jeszcze przez chwilę. Wiedział, że sukces nie leży tylko w umiejętnościach, ale także w sprzęcie. Pomimo oślepienia, które wywoływał powrót dnia, Assamita kierował się wprost do limuzyny. Obserwując ten bieg, pozostali zdali sobie sprawę z jednej rzeczy: nikt z nich nie byłby w stanie wytrzymać tak długo na zewnątrz. Namtar wydawał się nie zawracać większej uwagi na delikatne płomyki, które pojawiły się na jego ubraniu.

Dopadł do drzwi, tuż obok kierowcy i z nadludzką szybkością wsiadł do środka, zamykając je za sobą. Delikatny zapach spalenizny i dymu wypełnił wnętrze luksusowego samochodu. Victoria nagle przemówiła:

- Słuchajcie... Jestem taka śpiąca. Pod kierownicą jest przycisk... Musicie... - nie dokończyła. Głowa Lasombry opadła bezwładnie na ramię, gdy ogarnął ją sen.

W tym momencie pozostali także odczuli obecność dnia. Tak jakby słońce, wiszące nad ich głowami wywoływało presję, działającą tylko na ich rodzaj. Jakby było ciężarem, który utrudniał ruchy i sprawiał, że wszelka, najmniejsza nawet czynność wymagała ciągłego skupienia uwagi. Wraz z tym odczuciem przyszło zrozumienie, iż zostało im bardzo niewiele czasu. Namtar zgasił ostatni z płomyków i odezwał się, nie tracąc nic ze swego profesjonalnego stylu:

- Darshan, szukaj pod kierownicą.

Ravnos bez problemu zlokalizował schowany poniżej przyciski z symbolem promienistego słońca. Po naciśnięciu, przed oknami zaczęły podnosić się czarne żaluzje. Tylko przednia szyba pozostała odkryta, nie zapewniając schronienia. Choć przyciemniane szkło do pewnego stopnia łagodziło efekt. Pozostali pasażerowie, znajdujący się z tyłu, byli w pełni bezpieczni, jednak zdawali sobie sprawę, że niebawem wszyscy zasną. Umysł Nosferatu pracował szybko, starając się znaleźć wyjście z sytuacji:

- Jedźmy do starego Jima Viflow - odezwał się. - Wiem, gdzie dziad ma nieużywany garaż. Tam będziemy bezpieczni.

Ravnos pokiwał głową i nacisnął sprzęgło. Assamita dodał:

- Prowadź. Jeśli miałbyś zasnąć, zmienię cię.

- Prosto, a potem w lewo - nawigował Szczur.

Limuzyna ruszyła na tyle gwałtownie, na ile była w stanie. Prowadząc Darshan starał się ustawić samochód tak, by cień rzucany przez dach jeszcze przez chwilę ochronił jego i Mordercę przed zabójczymi promieniami. Namtar w tym czasie łyknął krwi z jakiejś tajemniczej fiolki i znieruchomiał na fotelu z odrzuconą do tyłu głową. Z ust Assamity wydobył się dźwięk przypominający cichy, arabski zaśpiew, o dziwacznym, nieregularnym rytmie. Darshan rozpoznał w tym jakiś rytuał Magii Krwi, nie przerywał więc, ani nie zadawał pytań.

W kilkanaście minut znaleźli się w rozpadającym się blaszanym, pustym garażu, tak jak obiecał Horacy. Terry uniósł ciało Victorii z dywanu i ułożył je na bocznej kanapie. Wiedzieli, że są dalej w Martinsburgu i będą spać ponad trzy godziny. Minęło dopiero niecałe trzydzieści minut, a utrzymanie świadomości stało się prawie niewykonalne. Na koniec przytomni pozostali jedynie Namtar i Darshan. Mistyk wydawał się byś mocno skupionym na celu i świadomości bycia "tu i teraz".

- Dam sobie radę Namtarze. Idź spać. - powiedział spokojnie.

- Przyjąłem - odparł Assamita. - Obudzę się w razie zagrożenia.

Jedną ręką wydobył pistolet z kabury i położył go sobie na kolanach. Przez chwilę jeszcze próbował utrzymać świadomość, jednak i na niego przyszedł czas. I Ravnos pozostał sam, w limuzynie stojącej w małym, zamkniętym, blaszanym garażu.
Spoiler!
Test Intuicji ST:8 = 5 sukcesów! Zanim wszedłeś do samochodu, poczułeś że coś się bardzo zmieniło. Zaklęcie rzucone, by zasłonić Heliosa traci nagle na całej mocy. Wiesz, że za chmurami jest czyste słońce, a jest godzina 18:34. Przy takiej ilości sukcesów, masz nieodparte wrażenie, że ma to związek z snajperem lub kierowcą. Wiesz, że są już trupami skoro Namtar tam pojechał.
Test Ścieżki, by nie zasnąć. Wiadomo nagle robi się dzień. ST:8 = Osiągasz 5 sukcesów w 3 rundy. Przebudzony do końca sceny. Potem sen.
Spoiler!
Test Nadwrażliwości 3 ST:10 = 3 sukcesy. Ten papier jest bardzo stary. To fragment księgi szerszej księgi, a dokładnie wyrwane dwie kartki. Bardzo niewiele osób go dotykało, a ostatni był sam Red, ale przed nim był ktoś jeszcze. Nie wiesz jednak kto stworzył takie dzieło, ale jego fragmenty są magiczne. Język teksu dopasowuje się do umysłu czytającego sprawiając, że każdy kto zna język pisany będzie w stanie to przeczytać. Wiesz, jeszcze że ten tekst kiedyś wisiał w platynowej ramie zawieszony na ścianie w jednym zapomnianym przez wszystkich, niemożliwym do namierzenia przez Słabych Krwią, doskonale ukrytym: Prawdziwym Elizjum dla Najstarszych o nazwie "ELDER WAY". Znajduje się ono w Zachodniej Wirginii.

Test Człowieczeństwa, by nie zasnąć. Wiadomo nagle robi się dzień. ST:8 = Osiągasz 5 sukcesów w 3 rundy. Przebudzony do końca sceny. Potem sen

Odpowiedź na pytanie z poprzedniego posta:

Ty ostatni czytasz tekst, więc masz go ty.
Spoiler!
Test Człowieczeństwa, by nie zasnąć. Wiadomo nagle robi się dzień. ST:8 = Brak sukcesów. Przytomna przez dwie rundy. Potem sen.
Spoiler!
Test Ścieżki, by nie zasnąć. Wiadomo nagle robi się dzień. ST:8 = Osiągasz 5 sukcesów w 3 rundy. Przebudzony do końca sceny. Zgodnie z zasadami powinieneś na koniec sceny iść spać, jednak jakaś siła sprawia że nie zaśniesz. Dzięki temu wsparciu twoja świadomość i wola pokonuje klątwę Kaina i możesz działać normalnie, tak jakby była noc. Wsparcie działa do zachodu słońca.

Test zdolności Awarness: ST:8 = 4 sukcesy. Jak wsiadasz do limuzyny na miejsce kierowcy, czujesz jak zaklęcie, które spowiło dzień ciemnością - przestaje działać. Jego zasilanie słabnie, a moc rozprasza się niczym ogień bez opału. Nie wiesz jak to możliwe, ale ma to jakiś związek z wami.

Test Odporności ST:4 (Szyba obniża stopień trudności)= 1 sukces. Wytrzymujesz całą drogę i nie otrzymujesz obrażeń od słońca. Jednak boli.
Spoiler!
Test Ścieżki, by nie zasnąć. Wiadomo nagle robi się dzień. ST:8 = Osiągasz 5 sukcesów w 2 rundy. Przebudzony do końca sceny.

Test Odporności ST:4 (Szyba obniża stopień trudności)= 2 sukcesy. Wytrzymujesz całą drogę i nie otrzymujesz obrażeń od słońca. Jednak boli.
Jeżeli ktoś chce pisać post w trakcie jazdy to proszę bardzo. Przypominam, że wasz kochany MG rozdaje PD za dobre sceny.