PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 29 stycznia 2016, 18:33

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Słuchający dziwacznego monologu Świra Morderca w pewnym momencie drgnął niezauważalnie. Podniósł głowę i spojrzał na Terrego za ciemnych szkieł, a jego ręce błyskawicznie złożyły mozaikę metalowych części w złowróżbny kształt Desert Eagle. Broń zniknęła po chwili pod kurtką. Assamita poczekał, aż Malkavianin dokończy, po czym odezwał się:

- Istanna.* Skąd znasz to określenie? - zapytał podejrzanie spokojnie. Terry nie mógł jednak nie zauważyć, iż dłoń Mordercy opadła na pas, niebezpiecznie blisko rękojeści zakrzywionego sztyletu. Świr zamrugał gwałtownie, pytanie najwyraźniej wybiło go z rytmu.

- Jakie określenie? - zapytał niewinnie.

- Czerń Alamut... - odparł powoli Assamita. Wydawało się, że w całej jego sylwetce niepostrzeżenie zaczęło narastać jakieś napięcie, niczym u dzikiego kota, który płynnie przeszedł od stanu rozleniwionej drzemki do pobudzenia i zastanawia się właśnie komu rozerwać gardło...

- To taki rodzaj haszyszu, Atrahasis go lubił - uśmiechnął się Terry.

- Shoo?** Skąd wiesz? - pytania nadal były spokojne. Zbyt spokojne. Choć Malkavianina wydawał się zupełnie tego nie zauważać.

- Od mojego nauczyciela. opowiedział mi o tym w jaki sposób i z czego go zażywał AtraHasis. A dlaczego, to jakiś sekret?

Namtar nie odpowiedział. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na Terrego bez ruchu. Wreszcie przekrzywił głowę, w ten swój charakterystyczny sposób, przywodzący na myśl węża lub murenę i zapytał:

- Coś jeszcze ci mówił na temat mojego Klanu?

- Nie powiedział mi nic na temat twojego klanu, chyba ze ten haszysz ma coś z wami wspólnego - odrzekł Terry z uśmiechem. - Ale powiedział mi coś o tobie. powiedział ze nie jesteś tu przypadkiem, i ze musisz również podążać ku swemu przeznaczeniu. I to prawda, wczoraj to udowodniłeś. Dzięki ci za to po stokroć. i powiedział mi jeszcze, że jesteś efektem podjętych decyzji, ale nie wiem jeszcze co to oznacza.

Na wzmiankę o podjętych decyzjach, sylwetka Mordercy wyraźnie stężała, a jego palce zacisnęły się na rękojeści khanjar.

- Naprawdę? - wycedził przez zęby. Powietrze w garażu stało się nagle dziwnie gęste. - A powiedział ci, przez kogo?

- Nie. Tylko tyle co powiedziałem. Ale to już wiedziałem. Znaczy, że nie jesteś tu przypadkiem i że masz Świetliste Przeznaczenie, Duchu z Otchłani. Co do reszty musimy poczekać. Jego słowa zawsze są Prawdziwe i niosą w sobie Mądrość. Ale czasami trzeba poczekać, żeby je zrozumieć.

Mówiąc to Terry nadal uśmiechał się przyjaźnie, przywodząc na myśl barwnego ptaszka, który nieświadom zagrożenia, zagląda właśnie do paszczy krokodyla. Przez chwilę wydawało się, że krokodyl zamknie szczęki. Błyśnie stal, poleje się krew, zgaśnie kolejne życie. A potem... Morderca po prostu opuścił rękę. Popatrzył jeszcze przez chwilę na Terrego, potrząsnął głową i mruknąwszy coś po arabsku, sięgnął po sajperkę, aby i ją wyczyścić.
Post pisany z Fratterem Terrym.
* arab. Poczekaj.
** arab. Co?
Ostatnio zmieniony 30 stycznia 2016, 14:25 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 01 lutego 2016, 03:12

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Lasombra wciąż podpierała się plecami o limuzynę przeżywając swoje światopoglądowe i moralne rozterki, gdy nagle Terry zaczął zachowywać się jakoś dziwnie. Twarz stężała mu w grymasie zdziwienia, a ciało zastygło w bezruchu. Zdecydowanie był w transie. Wyglądał w sumie dość zabawnie, jakby odebrał ważny telefon, tyle że nadawca siedział tak jakby w jego własnej głowie. Słyszała o dziwactwach Malkavian. Widziała swojego towarzysza w podobnych sytuacjach, ale chyba nigdy nie przyglądała się mu dokładnie w tym stanie. Dreszcz przebiegł po jej ciele. Ileż to niepojętych tajemnic niosła w sobie przeklęta krew kainitów?

Powyrywane z kontekstu zdania świra zawierały jednak intrygujące informację. Zmrużyła więc oczy i przybliżyła się do niego słuchając uważnie... Z kim on na wszystkich bogów rozmawiał? I jak? Elizjum dla Starszych? Czyim pionkiem? Nasz Czerwony Mędrzec? Jaka gra? Kruki? Przyglądała się mu w skupieniu próbując odgadnąć sens jego wypowiedzi...

W końcu nieodgadniony dotyk szaleństwa opuścił już swe dziecię i Terry przemówił w pełnych, sensownych zdaniach. Lasombra znowu spięła się w środku na informację o Grze starszych i pozycji koterii w tej sytuacji. Jak ktoś miał czelność wykorzystywać ją i kontrolować jej działania? I To Nawet On? Jej przyjaciel? I Jak to tak po prostu zastąpić ich przez kogoś innego, jak jakiegoś byle kogoś? Przecież zostali wybrani? Przecież byli ważni! Ona była ważna! Ona, z klanu Lasombra! Już nabierała w płuca powietrza by odpowiedzieć coś, gdy...

Gdzieś podświadomie wiedziała, ze Terry miał racje... Zdała sobie sprawę, że wiedziała już o tym wcześniej. Te sytuacje i zdarzenia jakie ich spotykały... wszystko układało się we wzór. Czuła, że jest to czyjaś układanka i nie raz wspominała już o tym na głos koterii, jednak odmawiała sobie pełnego zaakceptowania tej myśli. To, że rzeczywiście mogło tak być, doprowadzało ją do czystej furii. Nie chciała jednak manifestować więcej swojego gniewu. Nie pomogło by to ani jej, ani towarzyszom... Poza tym co zdziałała by swym świętym oburzeniem? Czy coś by to zmieniło?

Słowa Terrego o woli, przeznaczeniu i o tym, że nie ma przypadków pod żadnym niebem uspokoiły jakoś Lasombrę. Czuła się za to wdzięczna Ojczulkowi i coraz bardziej zaczynała szanować jego .. no i jego dziwaczność.

Westchnęła ciężko, czuła jak fala akceptacji sytuacji wzbiera w jej umyśle. Zamknęła oczy i zatopiła się w ciemności za ścianą powiek. Ciemności, która przerażała i koiła zarazem. Terry rozmawiał teraz z Assamitą lecz Viktoria nie zwracała już więcej na nich uwagi. Usiadła na podłodze pod ścianą i pozwoliła ciemności ogarnąć jej umysł. Czuła, jak zanurza się cała w wodach czarnego oceanu, pozwalając odpłynąć myślom...

Otworzyła oczy. Terry szczerzył zęby w uśmiechu, a Morderca czyścił snajperkę. Wszystko po staremu. I na miejscu. Będę za nimi tęsknić, gdy to wszystko się skończy - pomyślała zadziwiona własną myślą.

- Tak. Zawsze jest się czyimś pionkiem, jak powiedział Assamita. Czy to materialnych, czy niematerialnych sił. Starsi muszą się okrutnie nudzić przez długie, samotne stulecia - mówiąc to podniosła się z miejsca, w którym siedziała - możemy być dobrymi wnuczkami i dać dziatkom trochę rozrywki. - Mówiąc to odwzajemniła przyjazny uśmiech Terrego i poczuła, że trochę jej lżej na duchu...

- A więc czas na kolejny ruch na naszej pełnej niespodzianek i przygód planszy. Zbierajmy się nad to jezioro. Musi być blisko, a nasi ghule na pewno już tam czekają. - Szybko sprawdziła komórkę w nadziei na jakiekolwiek wiadomości od Lucasa.Przynajmniej mam taką nadzieje, ta beznadziejna sieć wciąż nie działa.

- Chodźmy, nie dajmy się naszym graczom nudzić... jeszcze zasną i prześpią coś ciekawego... - uśmiechnęła się znów do siebie ciut ironicznie warząc i kalkulując jak wykorzystać nową świadomość sytuacji, która wprosiła się dziś do jej umysłu bez pytania.

- Potem możemy pojechać do Civic Center w Charleston lub tego Elizjum, jeśli ktoś wie gdzie to jest. Nie będziemy przecież teraz tam, gonić skoro wciąż jest ważna sprawa do załatwienia tu, na miejscu.
Ostatnio zmieniony 01 lutego 2016, 03:20 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 01 lutego 2016, 14:06

WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

- Przyjąłem - Assamita wstał płynnie z podłogi i zaczął składać broń, chowając ją do plecaka. Jednak nie pogwizdywał przy tym, jak zwykle. Milczał, starając się użyć tej ciszy, jako pewnego rodzaju zasłony, oddzielającej go od reszty i pozwalającej ukryć to, czego nie chciał pokazać. Wciąż czuł lekki smak popiołu na języku a wspomnienie , słonecznego światła czaiło się za cienka kotarą myśli. Chwilami czuł się tak, jakby także i w nim pękło jakieś lustro. Odłamki szkła przesypywały się w pustych arteriach. Może i reagował nieco zbyt drażliwie, ale wszystko to sprawiało, że czuł się naprawdę podle.

Odezwał się więc dopiero, gdy reszta także skończyła pośpieszne przygotowania do drogi:

- Muszę odzyskać motor - zakomunikował mechanicznie. - I uzupełnić krew. Ktoś obserwuje nasze działania w tym mieście. Nad jeziorem mogą wystąpić kolejne trudności, a to znaczy, że muszę działać efektywnie. Erhal.

Victoria skinęła głową, wyrażając zgodę na warunki Mordercy i wsiadła do samochodu.


* arab. Ruszajmy.
Ostatnio zmieniony 02 lutego 2016, 17:06 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 06 lutego 2016, 17:34

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=K1W0zygx4HE

Jezioro było otoczone z każdej strony przez gęsty, iglasty bór. Brzegi zarastały niewysokie trzciny, których liście szeleściły cicho w łagodnych podmuchach nocnego wiatru. Woda była spokojna, usiana jedynie drobnymi zmarszczkami, które rozbijały światło gwiazd w migotliwe, falujące rozbryzgi. Nad ciemną tonią rozpościerała się cisza, mącona jedynie przez srebrzysty plusk polującej ryby, lub samotny krzyk nocnego ptaka. Chmary drobnych, tańczących w mroku ciem zdawały się z daleka podobne do obłoków gwiezdnego pyłu.

[center]Obrazek[/center]
Zatrzymali się przy starym molo, daleko od uczęszczanej plaży i przystani, której światła lśniły na przeciwległym brzegu, z prawej strony. Przycinane co roku szuwary nie zarastały brzegu w całości, umożliwiając dostęp do wody. Ta niewielka, dzika plaża wydawała się bezpiecznym miejscem, gdzie mogli zaparkować zarówno łódź jak i limuzynę. Zdecydowanie była to lokacja, którą nocą przyciągać mogła jedynie wędkarzy lub zakochanych. Odosobniona, bezpieczna i przede wszystkim - skryta poza zasięgiem niechcianych oczu. A przynajmniej taką mieli nadzieję...

Namtar chował swój motor w pobliskich krzakach upewniając się, że nikt nie będzie w stanie go dostrzec. Gdy skończył oddalił się na kilkanaście kroków i przez chwilę oceniał efekty swojej pracy. W tym czasie Darshan, Horacy oraz Victoria ruszyli w stronę stojących na brzegu Ghuli. Lucas był zdecydowanie zdenerwowany i spięty. Miętosił w rękach skrawek kurtki, spoglądając co chwila na łódź oraz znajdujący się na pokładzie sprzęt. Crimson Rain nieporuszony dopalał skręta i zdawał się zwracać większą uwagę na komary, niż na sylwetki trójki zbliżających się Kainitów.

Terry pozostał w samochodzie patrząc przez szybę na czarną taflę jeziora. Zastanawiał się nad tym, co powiedział mu jego Mentor, gdy wtem muzyka w radiu przestała grać. Pojawiły się trzaski, szumy, z których, niczym diabeł z pudełka wyskoczył Głos:

- Helllloooo! Oto mój przekaz lamerskie cioty! Czas na kilka sztuczek, jakich nie widział jeszcze ten świat. Nadeszła pora na wersję 2.0. Mam was! Myślicie, że możecie wszystko? Co, czarna żarówka nie ma zasilania? Sen dopadł starych i zmęczonych? Pfff... Rzucam wam wyzwanie, wiec bierzcie w łapy, co tylko macie pod ręką i do dzieła! Goń do swojego pana, niech wszyscy to usłyszą. Wchodzę do gry tylnymi drzwiami i zmieniam jej zasady. Dlaczego? Bo mogę, chcę i lubię sztywniaki! Nie znajdziecie mnie. Jestem tylko głosem, który zmieni wszystko. Zmieni was, a tego się boicie najbardziej! Cóż, kto gra ten wie, że czas jest rozszerzaniem się entropii. Więc rozkładam swoją cmentarną planszę i pierwszy rzucam trupią kością... Kto nie gra ten nie wygrywa... Jest ryzyko - jest zabawa...!

Słowa urwały się, równie nagle jak się zaczęły, stapiając się z kakofonią trzasków i narastającego szumu. Malkavian wyłączył radio i wyszedł z samochodu. Po chwili dołączył do niego Namtar i razem podeszli do pozostałych. Po krótkiej wymianie zdań postanowili wziąć się do roboty. Lucas zajął się sprawami technicznymi oraz obsługą sonaru. Silnik łodzi zawarczał poruszając lekko łodzią w kierunku centrum jeziora.
Spoiler!
Masz motor i uzupełniłeś krew po drodze. Wyleczyłeś pozostałe obrażenie.
Ostatnio zmieniony 07 lutego 2016, 14:59 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 07 lutego 2016, 19:46

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Viktoria wysiadła z samochodu. Świeże powietrze, jasne gwiazdy i lekki szmer jeziora spowitego ciemnością sprawiły, że jej wampirza dusza zakwiliła nad pięknem nocy. Podeszła bliżej krawędzi jeziora. Lekki wiatr rozwiewał pukle jej czarnych włosów. Delikatny zapach lilii rozchodził się dookoła, a odgłosy nocnej zwierzyny przerywały od czasu do czasu harmonijny szum fal na brzegu. Otuliła się szalem i kontemplując piękno czarnej tafli zwierciadła pozwoliła sobie i swoim myślą odpłynąć na sekundę. Odbicia światła gwiazd na lustrze wody wydawały się być przejściem do innego świata. Wołały do niej swym cichym, wibrującym jak światło śpiewem. Z Zamyślenia nagle wyrwał ją trzask drzwi limuzyny. To Terry wysiadł z pojazdu. Ruszyła szybkim krokiem w stronę Lucasa. Jego mętny wzrok i posępna mina zmartwiły Lasombrę. Czyżby by nie udało im się wszystkiego załatwić? Szybkie spojrzenie w stronę Crimson Rain'a... Cóż nie wydawał się równie zmartwiony. Może jednak wszystko w porządku, a Lucas jest po prostu jest zmęczony.

- Czy macie wszystko co nam potrzeba? - Zapytała na głos Lasombra.

- Tak - odpowiedział ledwo słyszalnie Lucas.

Lasombra zmierzyła go badawczo wzrokiem. Wyglądał jak zbity pies w zalanej deszczem budzie. Jego włosy były posklejane od wody lub potu. Wzrok wbity w ziemie, a pięści zaciśnięte w niemym krzyku złości lub zdenerwowania... Nigdy nie widziała swojego ghula w takim stanie.

[center]Obrazek[/center]

- Lucas czy wszystko porządku? - podeszła do swojego ghula i położyła mu dłoń na ramieniu. Lucas zadrżał pod jej dotykiem. Powoli uniósł głowę i spojrzał na Lasombrę. Miał załzawione oczy, czerwone od płaczu. Viktorię zdziwił ale i przeraził wyraz jego twarzy. Nie wiedziała co o tym myśleć. Cóż takiego na bogów mogło się zdarzyć ? Przecież mieli zdobyć tylko sonar i jakiś kawałek liny!

- Lucas czy chcesz mi coś powiedzieć? Co się stało? Możemy odejść na bok i porozmawiać. - Powiedziała pewnym lecz przyjacielskim tonem by dodać staremu żołnierzowi otuchy.

- Pani ja... - Zaczął trochę jąkając się Lucas. W tym czasie Crimson Red splunął klnąc pod nosem na swojego przemoczonego skręta i posyłając Lucasowy przelotny uśmiech rekina.

- Nie nic mi nie jest. - Dokończył szybko Lucas. - Naprawdę wszystko w porządku. - Powiedział udając nagłą poprawę nastroju. Lasombra obserwując uważnie subtelną interreakcję pomiędzy ghulami zrozumiała, że zaszło coś pomiędzy tymi dwoma. Znała Lucasa i wiedziała jakimi zasadami się kierował... ghul Assamity... no cóż chyba łatwo się domyśleć. Nie chciała jednak naciskać Lukasa ani stawiać go w stresowej sytuacji, gdy Crimson był tuż koło nich. Może innego dnia...

- Masz, napij się. - Podała szybko fiolkę ze swoją krwią, którą trzymała na powrót ghula w kieszeni. Potrzebowała by myślał sprawnie i wziął się w garść. Mieli jezioro do przeskanowania. Lucas szybko odkorkował fiolkę i łapczywie wypił jej zawartość.

- Dziękuję Pani. - Rozejrzał się dookoła pobudzony nagłym zastrzykiem energii. Sprawdził czy skaner sonarowy jest odpowiednio dobrze przymocowany i czy wszystko co mają jest w odpowiednim miejscu. - Będę potrzebował pomocy z tym sprzętem, czy mogę mieć kogoś, kto mi pomoże? - Popatrzał błagalnie na Lasombre dając jej znaki by tylko nie był to ghul Assamity.

- Ile zajmie skanowanie? I jak planujecie to zrobić? Jak rozumiem ktoś musi zanurkować by podczepić ciało na ten wyciąg? Wybacz Lucasie, zupełnie się na tym nie znam... - Viktoria rozłożyła ręce, udając nieporadną by dać się wykazać Lucasowi i pomóc mu poczuć się przydatnym. Chciała pomóc mu w ten sposób skupić się bardziej na pracy niż na swych ponurych wspomnieniach, czymkolwiek one były.

- To duże jezioro, moja Pani - Powiedział Lucas rozglądając się i drapiąc po głowie. - Trudno powiedzieć, przeszukiwanie takiego akwenu za pomocą sonaru holowanego zajmie nam kilka nocy, może nawet miesiąc... Zależy od łutu szczęścia. Naprawdę nie wiem gdzie szukać. Normalnie przy wyszukiwaniu ciała w jeziorze pracuje kilka grup ratowniczych i mają lepszy sprzęt... - kontynuował Lucas.

- Ja wiem, gdzie szukać - odezwał się znienacka Namtar, wyłaniając się z mroku. - Znam położenie ciała z dużą dokładnością. Będziesz musiał jedynie ustalić współrzędne, naprowadzić łódź i przeszukać obszar nie większy niż dziesięć metrów. Pod wodę zejdę sam.

Nie czekając na reakcję, minął stojącą przy molu dwójkę i podszedł do Rain'a.

- Wszystko w porządku? - zapytał.

- Jasne, szefie. Tylko ci cholerni krwiopijcy... Coraz więcej tu tych wrednych sukinsynów. Wytrzymać ciężko.

Victoria spojrzała na ghula zaskoczona, lecz ten właśnie chlasnął się po karku ubijając kolejnego moskita. Najwyraźniej więc miał na myśli komary. Choć czy na pewno? Lekki uśmiech na ustach Mordercy pozwalał powątpiewać w całkowitą niewinność ostatniej uwagi metysa...

- Dobrze więc, zabierajmy się do pracy! - Powiedziała Viktoria zbliżając się do łodzi i ghula - Lucas myślę, że sobie poradzicie z Namtarem. Do dzieła więc! Nawigowanie to twój konik, nie powinno być z tym kłopotów.

Lucas pokiwał ochoczo głową, zaprosił gestem Assamitę do łodzi i poinstruował, tak na wszelki wypadek, co do sprzętu. Viktoria zaczęła również przymierzać się do wejścia na łódź. Lucas szybko podał jej dłoń i pomógł dostać się na pokład. Nie było to takie proste jak jej się wydawało. Nigdy wcześniej nie wsiadała do łodzi. Wszystko bujało się niepewnie dookoła. Starała się złapać równowagę lecz na początku nie wychodziło to z gracją, jakiej by się po sobie spodziewała. W końcu jednak poradziła sobie z sytuacją i machnęła zapraszająco ręką w stronę reszty koterii.

- Chodźcie.
Assamita i jego ghul tradycyjnie odegrani i opisani przez Sigila ;)
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 08 lutego 2016, 22:12

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Nosferatu kręcił się w koło przyniesionego sprzętu śledząc przebieg rozmowy. To cholerne ustrojstwo nie mówiło mu nic.

Cholerny kawałek poskręcanej blachy naszpikowany tą całą... elektroniką. - Pomyślał z pogardą, ukradkiem rzucając wzorkiem po pozostałych. Ten blaszak nic mu nie mówił, był jak wszystkie te nowoczesne badziewia jakich się ostatnio namnożyło, martwy i bezduszny. Z nich natomiast, z nich czytał jak z otwartej księgi. Choć nie bardzo rozumiał o co chodziło z tym całym zasmarkanym wojakiem, któremu Victoria wycierała nosek niczym dobra matula, to jednak spoglądając na tego pokracznego metysa asamity miał pewne podejrzenia.

Pewno jest takk samo stuknięty jak jego pan. A ten drugi jest tak miętki, że z moim Ottem pewno nie wytrzymałby nawet dwóch rund. Z Don Ottone... Poprawił się w myślach i zarechotał w duchu. Jego syn napawał go niebywałą dumą.

Wyciągnę z niego tylko to paskudztwo i pora chłopakowi dać nieco przestrzeni, żeby się rozwijał. Niech pożyje, niech rozpostrze skrzydła. Skoro tak daleko zaszedł sam, to ile może osiągnąć kiedy tatuś będzie nieco popychał jego sprawy do przodu. Tylko cichutko i ostrożnie. Nie chciałbym żeby miał mi za złe. Ale tak na prawdę, to co mógłby mieć mi za złe. Przecież... przecież ja się tylko o niego martwię. A czy to nie normalne w rodzinie?

Zdał sobie sprawę, że uciekł mu kawałek rozmowy pozostałych ale jakoś mu to tym razem nie przeszkadzało. Przyłapał się, że stoi obrócony do nich plecami, wpatrzony w czarne smoliste jezioro. Przypominało mu z wyglądu znajomy widok przepalonego wosku z jego pracowni. Fale marszczyły się i załamywały zupełnie jak w momencie wylewania kolejnych warstw na szkielet manekina. Fala za falą wygładzała się narastająco tworząc coraz bardziej przypominający człowieka byt. Byt ponieważ Horacy uważał, że jego figury nie są przedmiotami. Uważał, że w pewien sposób posiadają także cząstkę duszy. A dokładnie jego duszy, duszy artysty który je wymyślił i stworzył. Cząstkę ukrytą gdzieś bardzo głęboko w szkielecie postaci. A może nawet głębiej, może w samym zamyśle, w idei.

A te wszystkie metalowe, elektroniczne, szmery-bajery są tego pozbawione. I to jest ta wielka różnica. Tak samo tutaj. Gdzieś pod tymi smolistymi falami... Jest taka stara dusza. Do diaska czuję ją niemal. A jeśli przez twory poznajemy tego kto je ulepił, coś mi się wydaję że tym razem będę na prawdę blisko pierwszego twórcy. Mam przez to gęsią skórkę... - Obciął wzrokiem pozostałych czując jak znów wzmaga się w nim jedyna prawdziwa choroba na jaką zapadł jeszcze przed przemianą. Nazywała się ciekawość...

- Dobra! Dosyć mielenia jęzorami po próżnicy. Pora Go wyłowić....
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 09 lutego 2016, 10:33

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż przed misją sonarowo-wydobywczą 11.08.1993

Wysiadł z samochodu i poprawił na sobie ubranie. W dłoniach wciąż ściskał swój notatnik, nie rozstawał się z nim od wczoraj. Pamiętał swoje przeczucie, że nie wszystko jeszcze zostało mu objawione. Nie niecierpliwił się, jednak wolał być przygotowany. Po chwili dołączył doń Morderca, spojrzeli na siebie i bez słowa ruszyli dołączyć do reszty koterii.

Na pokład pierwsza weszła Czarna Victoria, a uczyniła to z gracją... LaSombra. Zaraz za nią ruszyli pozostali, a Malkavian był jednym z ostatnich.

Kiedy znalazł się już na kołyszącym się na boki pokładzie, czym prędzej rozejrzał się za miejscem siedzącym. Miał złe wspomnienia związane z tego rodzaju kołysaniem. Szczęściem jego, to było tylko jezioro, nie otwarte wody. Świadomość ta pozwoliła mu się opanować i zachować spokój. Przez krótką chwilę spoglądał na krzątających się wkoło... wszystkich innych.

Kiedy jego spojrzenie padło na złowrogą sylwetkę Łowcy, zatrzymało się na niej na chwilę. Dłuższą chwilę. A kiedy skończył już rozglądać się po pozostałych, ponownie zaczął mu się przyglądać. Zastanawiał się nad pobudkami które kierowały Mrocznym Jedi, bo nie wszystko układało się w logiczną całość. Z jednej strony zasłonił go własnym ciałem, co pozwalało myśleć, że Kontrakt jest dlań najważniejszy. Z drugiej zaś, od początku ma w zwyczaju zaznaczać, że jakiekolwiek dopytywanie się go o sprawy klanu odbierze jako obrazę jego, Klanu i kto wie czego jeszcze. I niby wszystko w porządku, tylko o co chodziło w takim razie z tą rozmową w garażu? Właściwie sam oznajmił wtedy Terryemu, że Czerń Alamut to jakieś Assamickie sekretne zabawki. Może nie samym pytaniem o haszysz, ale tym które nastąpiło po nim. "Coś jeszcze ci mówił na temat mojego Klanu?".

Terry uśmiechnął się na to wspomnienie, ale szybko przeniósł spojrzenie na trzymany przez siebie zeszyt. Assamita mógł opacznie zrozumieć jego uśmiech, a jemu nie potrzebne do niczego były niewygodne pytania Łowcy.

Zaraz potem przypomniał sobie dziwny przerywnik radiowy, który miał okazję usłyszeć nim ruszył się z auta. Nie bardzo wiedział co o tym myśleć i czy warte jest to wspomnienia reszcie drużyny. Oczywiście po wcześniejszych rewelacjach Mentora, słowa dziwnego spikera o "dołączeniu się do gry tylnymi drzwiami" nabierały nowego znaczenia i tak naprawdę mogły zwiastować zarówno kłopoty jak i niespodziewaną pomoc. Jeśli to drugie, to bez względu na to jak się to miało objawić nie mieli powodów do zmartwień. A jeśli to pierwsze, to owe kłopoty mogły zacząć się tak naprawdę już tu i teraz...

Niewiele myśląc, zapisał w swoim notatniku treść tej dziwnej audycji, odtwarzając ją najdokładniej jak tylko potrafił. Następnie wyczekał odpowiedniej chwili, kiedy wszyscy już gotowi byli do dalszych działań a Horacy gromkim okrzykiem postanowił je przyspieszyć, ale zanim jeszcze łódź zdążyła zakręcić śrubami. Wtrącił się wtedy, odpowiednio modulując głos, tak by nie krzyczeć, ale by wszyscy o których mu chodziło zwrócili na niego uwagę i wysłuchali tego co ma do powiedzenia.
Odczytuję zebranym treść wyżej wspomnianą (przedostatni akapit posta 919), czyniąc wcześniej subtelną uwagę na temat ghulich uszu które również słuchają, a może nie powinny.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 09 lutego 2016, 16:48

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

- Rain, zostajesz - polecił Morderca odwiązując cumę. - Chcę byś miał oko na samochód. I mój motor. Jakby ktoś się tu kręcił możesz z nim pogadać. Po swojemu. - w półmroku błysnęły dwa zębate uśmiechy. Nie musieli uzgadniać nic więcej.

- Tylko uważaj na komary - dorzucił Assamita. - I daj mi znać, jeśli coś będzie nie tak.

- Spoko, szefie, będę. - rzucił krótko metys i zgasił jointa. Telefony nadal nie działały, a jednak Rain nie pytał, w jaki sposób miałby ostrzec Mordercę, w przypadku komplikacji. Wiedział, że coś wymyśli, W tym fachu liczyła się kreatywność. A ci, którzy cierpieli na brak inwencji, zwykle nie żyli specjalnie długo. Odwrócił się więc i skierował stronę ciemnej ściany lasu.

Assamita przez chwilę obserwował odchodzącego ghula. Z uwagi na jego własny rozwój, oraz dobro jego duszy, jak również przez wzgląd na szacunek do Vizaresha, wolał trzymać Raina z daleka od Niewiernych. Kłamstwa i słabość munafiqun, mogłyby wprowadzić go w pewną konsternację, rozpraszając umysł i osłabiając ducha. Poza tym, dobrze było mieć kogoś na brzegu, kto zabezpieczy miejsce. Ładunki wybuchowe były zbyt tanie. I zbyt łatwe do zainstalowania.

Odwrócił się i chciał coś powiedzieć, lecz wtedy przerwał mu Terry, odczytując z notatnika jakiś przydługi, dziwaczny monolog. Morderca przez chwilę patrzył na niego, zastanawiając się, czy Świrowi odbiło już całkowicie? A jeśli tak, czy był zagrożeniem dla misji? Krew Malkava... Kufrowi z pewnością było trudno oprzeć się jej zgubnemu wpływowi. Nie mając oparcia w Prawdziwej Ścieżce, nie umiał panować nad tym, co się w niej kryło...

- Jeśli to poezja, to nie trafia do mnie... - odezwał się podejrzliwie, gdy Terry skończył. - A jeśli nie, to co niby mamy z tym zrobić?

- Taki dziwny komunikat przerwał audycję radiową, gdy zostałem sam w samochodzie - wyjaśnił Malkavianin - Nie wydaje mi się, by to był nowy DJ, więc pomyślałem, że wam o tym powiem. Co do pytania co z tym zrobić. Nie wiem. Najchętniej nie zawracałbym wam tym głowy, ale pomyślałem, że być może kogoś z was to zainteresuje lub ktoś coś z tego pojmie, bo ja mogę tylko zgadywać. Więc uznałem, że jeśli to informacja bez znaczenia, to nie zaboli was jak jej wysłuchacie, co najwyżej będziecie na mnie patrzeć dziwniej niż zwykle. - wzruszył ramionami, pokazując, że nie robi mu to różnicy - Jeśli jednak ma jakieś znaczenie, nie chciałbym by przez moją złą ocenę sytuacji lub dozowanie posiadanych danych stało się coś złego.

- Przyjąłem - powiedział po prostu Assamita, zwijając odwiązaną cumę i odkładając ją przy burcie. Wydawało się, że stracił dalsze zainteresowanie tematem i woli zająć się jakimiś bardziej wymiernymi i konkretnymi aspektami rzeczywistości, niż dziwne zapiski w zeszycie Świra.
Ostatnio zmieniony 10 lutego 2016, 10:19 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 10 lutego 2016, 17:58

Gdy Assamita polecił swojemu ghulowi pozostać z tyłu przy samochodzie, wprost nie dało się nie zauważyć wyrazu ulgi na twarzy Lucasa. Lasombra pokiwała do siebie głową tylko utwierdzając się, że ci dwaj zapewne zostali tej dziwnej długiej nocy "przyjaciółmi od serca".

Terry ni stąd ni zowąd zaczął czytać dziwny tekst ze swojego notatnika, który ostatnio przytulał ciągle do siebie jak pluszowego misia. Lasombra zmarszczyła brwi przysłuchując się dziwnym zdaniom. Czyżby kolejna wizja? Słowa nie brzmiały jakby Ojczulek był ich autorem. O Co chodzi? Nie spodziewała się, że Terry miał w swoim słowniku takie słowa jak "lamerskie", czy "cioty". Tym bardziej jeśli były złożone razem.

Gdy Malkavianin wyjaśnił pochodzenie ów przekazu, Lasombra wykrzywiła się w grymasie na wpół zdziwienia na wpół zaskoczenia z lekką nutką dezaprobaty.

- Nie wiem czemu ale od razu pomyślałam, że to jeden z tych napalonych przebudzonych, którzy próbują igrać z innymi nadnaturalnymi... Niesforne dzieciaki - prychnęła z pogardą Viktoria. - Widać ktoś nie mógł się powstrzymać by pochwalić się przed wszystkimi swoimi planami i wyszedł z cienia. Dziecinada i brak profesjonalizmu. By zamknąć kogoś w szachu i sprawić by przegrał grę należy działać po cichu, bez anonsowania się. Tak, żeby gracz niewiedział z kim tak naprawdę gra! Ba! Nawet nie wie, że gra! - Powiedziała zwiedzona młodym narybkiem (jak podejrzewała) magów, próbującym manipulować światem. Wiekowa tradycja jej klanu w tych kwestiach sprawiła, że słowa Viktorii wpadły w mentorski ton - Takie rzeczy robi się stojąc w cieniu, posługując się kimś innym, jakimś krzykaczem, który odciąga uwagę wrogów od prawdziwego zagrożenia!..

Przerwała nagle prawie zachłystując się powietrzem. Sama właśnie przeanalizowała swoje słowa i uniosła brwi...
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 10 lutego 2016, 20:52

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Rain został na brzegu, sprawiając że Lucas odetchnął z ulgą. Tylko on wiedział jak obsługiwać sonar. Skoncentrował się na czekającej go pracy, co pozwoliło mu chwilowo zapomnieć o tym, co zaszło kilka godzin temu na lądzie. Nieumarli także znaleźli swoje miejsca na łodzi. Gdy wszystko było sprawdzone i przygotowane, Lucas uruchomił silnik. Rozległ się podwodny warkotu, a z tyłu łodzi pojawił się wachlarz piany. Namtar wiedział więcej o lokalizacji śpiącego Ventrue, od razu więc poinformował Sparka, w który sektor jeziora powinni się udać. Gdzieś z daleka niosło się echo żyjącego miasta, jednak tutaj na wodach Jeziora Thomasa, wszystko zdawało się ciche, sprawiając, iż odległe dźwięki wydawały się nierealne. Jedynie chór żab chwilami zakłócał spokój nocy. Nieumarli zdali sobie sprawę, iż znaleźli się gdzieś na uboczu, poza sferą conocnych problemów. Gdzieś, gdzie tylko rybacy oraz kochankowie poszukiwali odrobiny prywatności. Z lewej strony wyskoczyła ryba, lśniąc srebrzyście w blasku miesiąca. Wyglądała jak odlana z żywej rtęci, gdy tak zawisła na moment nad czarną ronią, by zaraz skryć się w niej z pluskiem na powrót. Na żadnym z brzegów nie widać było śladów życia. Las stojący na brzegu trwał w bezruchu, zatopiony w kompletnej ciemności. Poszarpana linia drzew odbijała się mrokiem od rozgwieżdżonego nieba. Brak większych podmuchów wiatru oraz spokojna tafla wody działała kojąco na Spokrewnionych. Mimo wszystko mieli wyłowić jednego z Starszych, który zgodnie z zapewnieniami Red'a, miał im pomóc.

Lucas naprowadził łódź na wskazane przez Mordercę miejsce. Następnie opuścił sonar i przez kolejnych dwadzieścia minut krążyli po niewielkiej spirali, przeszukując dno. W końcu żołnierz odezwał się, obserwując wykres na ekranie laptopa:

- Wydaje mi się, że coś mam... Bardzo regularny obiekt. Wygląda na to, że to trumna... Albo zatopiona łódź. Trzeba to sprawdzić...
Spoiler!
Test Umiejętności Awareness ST:8 = 3 sukcesy. Coś dziwnego jest w tym miejscu. Wcześniej tego nie czułeś, ale teraz im bardziej zbliżacie się do centrum, czujesz coraz wyraźniej energię, która znajduje się poniżej. Nie jesteś w stanie jej nazwać lub opisać, jednak jesteś pewien, że jej źródło wpływa subtelnie na całą okolicę. Mało tego, im dłużej się skupiasz na doznaniu, tym większą masz pewność, że to źródłem nie jest gość, którego macie wyłowić.
Spoiler!
Test Intuicji ST:8 = 4 sukcesy. Coś dziwnego jest w tym miejscu. Jest za spokojnie. Masz dziwne przeczucie, że gdybyś tutaj został na kilka nocy, zyskałbyś wewnętrzny spokój. Po chwili jesteś prawie pewien, że to miejsce skrywa jakiś sekret.
Ostatnio zmieniony 10 lutego 2016, 22:46 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 11 lutego 2016, 18:44

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Przez większą część drogi nie odzywał się, śledząc wzrokiem ciemną linię brzegu. Było coś pociągającego w tej ciszy. W tej ciemności, która czekała pod powierzchnią jeziora - drżącą i kruchą niczym nadzieja, gasnąca w oczach jego ofiar. Gdy Lucas zatrzymał łódź, bez słowa wyrzucił kotwicę za burtę. Zniknęła z cichym pluskiem, połknięta przez mroczną toń.

- Podaj mi namiary - odezwał się, zdejmując kurtkę.

- Dwa i pół metra na południowy zachód - ghul Lasombry wyciągnął rękę, wskazując kierunek. - Ta rzecz jest dość głęboko zagrzebana w mule. Możliwe, że zobaczysz jedynie jej zarys.

Morderca skinął głową i zaczął rozpinać szelki od kabury. Nie miał podkoszulka. W świetle księżyca jego ciało wydawało się niemal białe - przypominając raczej posąg wykuty z zimnego marmuru niż żywą istotę. Ciemne linie arabskich liter, z których składały się tatuaże pokrywające jego ramiona i klatkę piersiową, kontrastowały z alabastrową bladością skóry.

- Chciałbym, żebyś otoczyła ten teren mgłą - powiedział, zwracając się do Victorii. - Jesteśmy tutaj zbyt widoczni.

Nie dodał nic więcej, wierząc, że wydarzenia ostatniej nocy uświadomiły im, jak realne było zagrożenie ze strony snajpera.

Słowa Assamity wyrwały Viktorię z zamyślenia. Obróciła się w jego stronę lekko zamglonym wzrokiem, który wciąż napawał się harmonią nocy, ciszy i ciemności. W ułamku sekundy jej oczy rozszerzyły się w mieszance zaskoczenia. Gdyby wciąż żyła właśnie oblałaby by się rumieńcem. Utkwiła w nim wzrok i nie odpowiedziała od razu na pytania. Wyglądał jak marmurowy posąg Michała Anioła, o perfekcyjnej proporcji kształtów. Gdyby rzeczywiście był tylko martwym przedmiotem sztuki z płomienna chęcią dołączyła by go do swojej kolekcji. Miała słabość do piękna, estetyki i sztuki, a białe ciało Namtara w księżycowej poświacie było czystym pięknem. Nie był niestety rzeźbą lecz mrożącą krew w żyłach maszyną do zabijania. Piękną maszyną... Zmieszała się orientując się, że stoi tak przez dłuższą chwilę i bezczelnie gapi się na niego w milczeniu z lekko rozchylonymi ustami. Skryła oczy za firanami długich rzęs i wbiła wzrok w podłogę.

- Tak, oczywiście - Wydukała po chwili.- Już to robię.

Osunęła się w lekkim omdleniu na ławkę przy burcie i skupiła się na skoncentrowaniu mgły dookoła nich.

Namtar poczekał, aż Niewierna wiedźma zakończy swoje czary, patrząc jak mgła wznosi się znad powierzchni jeziora, wirując niczym opary haszyszu w Świątyni Czarnej Matki... Pamiętał jego słodkawy smak, w innym miejscu i czasie, i pomyślał, że w sumie mógłby... Laa - skarcił się w myślach. Nie teraz, mam robotę do wykonania.

Ściągnął resztę ubrania, pozostając jedynie w czarnych kąpielówkach i opasce na udzie, do której przymocowany był niewielki, stalowy nóż. Victoria posłała mu kolejne dziwnie długie spojrzenie i westchnęła cicho. Nie za bardzo jednak pojmował o co może jej chodzić, udał więc, że niczego nie dostrzega. Zdjął okulary i zamrugał gwałtownie. Nie był przyzwyczajony do patrzenia na świat bez osłony. Nawet odległe lśnienie gwiazd wydawało się zbyt jaskrawe, niczym roziskrzony piasek tańczący pod powiekami.

- Niewierny, którego mamy wydobyć, to Mallus Nomitar, Ventrue z linii Rycerzy Krwi - odezwał się cicho, pamiętając o tym, jak daleko niesie się głos na wodzie. Starał się jednak mówić na tyle wyraźnie, by usłyszeli go wszyscy zebrani w łodzi. - Był przyjacielem Atra-hasisa, obecnym przy zawieraniu kontraktu pomiędzy królem a moim Klanem. Aktualnie poszukują go nasi wrogowie. Powinniście o tym wiedzieć.

Zebrani wysłuchali go, zdając sobie jednocześnie sprawę, że po raz pierwszy mogą spojrzeć Łowcy w oczy. Głęboko, w czarnych źrenicach czaił się mroczny płomień gorączki i wewnętrznego głodu, który zdawał się rozświetlać wzrok Mordercy jakąś dziwną siłą. Szaleństwem, obcym rodzajowi ludzkiemu.

Assamita wydawał się jednak nie być świadom wrażenia, które wywierał. Spokojnymi ruchami obwiązywał wkoło pasa linę od kabestanu.

- Jest możliwe, że w obecnej sytuacji Mallus będzie potrzebował naszej pomocy - dokończył obojętnie. Sprawdził węzeł i podszedł do burty, w miejscu gdzie łańcuch kotwicy ginął w ciemnej wodzie.

- Jeśli coś się stanie, walnijcie kluczem francuskim w drabinkę. Usłyszę - rzucił jeszcze.

- Trzy szarpnięcia i włączę wyciągarkę - rzekł Lucas, wręczając mu saperkę.

Namtar skinął jedynie głową. A później skoczył, znikając w toni jeziora.

[center]***[/center]
Ciemność przyczajona pod powierzchnią wody przyjęła go niczym kochanka, spragniona tego, który pozwalał jej czuć się spełnioną. Poczuł dreszcz, gdy chłód jeziora przeniknął jego ciało, wsączając się w arabeski żył i arterii. Zanurkował, płynąć w dół, wzdłuż łańcucha kotwicy, aby zachować orientację względem łodzi. W tym miejscu, odległe płomyki gwiazd, były jedynie widmami i wkrótce zgasły, niczym wspomnienia nieproszonych snów. Każdy kolejny ruch mięśni wiódł go głębiej, w ten świat bezświatła i falującej ciszy. I wiedział, że mógłby tak płynąc zawsze. Oddalając się od tego wszystkiego, co istniało na powierzchni...

Z eterycznej przesłony mułu, wirującego wokół niczym gęsta, jesienna mgła, wyłoniło się wreszcie dno - usiane czarnymi wykrzyknikami skał i pokryte szlamem. Na tej głębokości nie rosły żadne rośliny i otoczenie przywodziło na myśl krainę spustoszoną przez wojnę, pokrytą gnatami butwiejących konarów i czaszami martwych małży. Tuz przed jego twarzą przemknęły dwie niewielkie ryby - przerażone i zdezorientowane, niczym dzieci, zgubione wśród ruin. Rozejrzał się, starając się zapamiętać istotne szczegóły otoczenia.

Dwa i pół metra na południowy zachód - pomyślał. Zawieszony w wodzie muł utrudniał widoczność, ograniczając ją do półtora metra. Mimo to nie miał problemu ze znalezieniem celu. Już po chwili ujrzał na dnie zarys podłużnego, prostokątnego przedmiotu. I w tym momencie pożałował, że nie ma przy sobie dmuchawy tylko niewielką saperkę...

Pracował przez jakieś pół godziny, wśród wzbijających się tumanów mułu, wirujących odłamków muszli i zabłąkanych śmieci. W końcu udało mu się odkopać trumnę. Drewno było ciemne ze starości, jednak, zanurzone w szlamie, zachowało się w znakomitym stanie. Assamita odwiązał linę i opasał mary w dwóch miejscach, mając nadzieję, że wiekowe deski utrzymają ciężar po wyciągnięciu mar na powierzchnię. Następnie uniósł nieco skrzynię i pociągnął trzykrotnie za linę.

Nie musiał długo czekać na reakcję Lucasa. Poczuł szarpnięcie, liny napięły się i ciemny kształt zaczął wznosić się z równomierną szybkością. Podtrzymał go przez jakiś czas, kontrolując kierunek ruchu, po czym puścił i obserwował przez chwilę, dopóki mętna woda nie przesłoniła obrazu trumny. Przez chwilę stał w całkowitym bezruchu patrząc na przepływające wkoło szare pasma. Wiedział, że nie chce wracać. Nie tam, nie na powierzchnię, nie do nich... Tamten świat, znajdujący się powyżej, świat światła którego nienawidził i nie rozumiał, nie miał niczego, czego mógłby pragnąć... Lecz jednocześnie ta część, która czyniła go tym, kim był i która pamiętała o Ścieżce wiedziała, że musi to zrobić i że nie ma innej drogi... Przez chwilę smakował w ciszy tą dysharmonię, żałując, że nie ma ona smaku krwi... A później odepchnął się od dna i nieśpiesznie zaczął płynąc w górę.
[center]Obrazek[/center]

[center]***[/center]
Wypłynął jakieś pięć minut po tym, jak z jeziora wyłoniła się trumna. Wisiała teraz na wyciągarce, a krople wody spływające z niej lśniły w promieniach księżyca niczym łzy... Niewierni zebrali się w pobliżu dźwigu, a Horacy z Lucasem zabierali się właśnie za opuszczenie drewnianej skrzyni na pokład. Wszedł na lodź za ich plecami i stanął, wpatrując się nieruchomym wzrokiem w ciemną toń jeziora. Gdzieś wewnątrz czuł żal i tęsknotę, tak głęboką, że niemal mógłby nadać jej imię... Woda kapiąca z włosów i ciała Assamity utworzyła wokół niego sporą kałużę, nie zwracał jednak na to uwagi.

- Łowco, wszystko w porządku? - zapytał nagle Terry, pojawiając się obok.

Morderca drgnął, jakby wyrwany z głębokiego snu. Jego dziwnie odległe spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem duchownego.

- Tam, na dnie, nie ma żadnego światła... - wyszeptał ledwo dosłyszalnie.

I przez tą jedną chwilę, patrząc mu w oczy, Terry zrozumiał, jak wiele cierpienia czaiło się na dnie tej ciemnej studni. A później w spojrzeniu Assamity znów pojawił się błysk stali. Morderca potrząsnął głową kończąc rozmowę i odszedł w kierunku kupki schludnie złożonych ubrań, po czym bez dalszych wyjaśnień zaczął się szybko ubierać.
Po wyjściu z wody Namtar będzie się wydawał bardziej niż zwykle wybity z rzeczywistości. Widać, że stara się dojśc do siebie, ale wzrok i tak co chwile ucieka mu w stronę tafli jeziora i ma niewielkie momenty zawieszenia, gdy zaczyna się w nią wpatrywać.

Poza tym wydaje się totalnie nie zdawać sobie sprawy z zainteresowania, jakie zbudził w Victorii. I to do tego stopnia, że ta jego nieświadomość w tej kwestii mocno się rzuca w oczy.
Post pisany razem z Zin-Carlą i z uwzględnieniem sugestii Fratera Terrego.

Bdw. Assamity nie będzie nieco ponad pół godziny, więc jeśli chcecie to wykorzystać to proszę bardzo.
Ostatnio zmieniony 15 lutego 2016, 15:52 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 11 lutego 2016, 18:47

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Viktoria osunęła się ciężko na ławkę. Nikt nie przygotował jej na widok półnagiego Assamity, wyglądającego jak greckie bóstwo. Czyż on nie ma wstydu tak paradować przed wszystkimi? W sumie wcale jej to nie przeszkadzało... Zamknęła oczy i próbowała skoncentrować się na skondensowaniu mgły dookoła łodzi, ale nie mogła się powstrzymać od podglądania to jednym to drugim okiem, co robi Namtar, wodząc za nim wzrokiem, nim zatopił się w ciemnej toni.

W końcu udało jej się skupić na tym, na czym powinna. Rozszerzyła swoją świadomość na całe jezioro. Czuła delikatny plusk fal na całym brzegu. Rechotanie żab w szuwarach, każdy dźwięk, każdy ruch był nią, a ona była w nim. Czuła jak energia z tego miejsca przepływa w niej, do niej i poza nią. Powoli wiatr stawał się coraz cichszy, a temperatura powietrza obniżyła się odczuwalnie. Drobne krople zawieszone w przestrzeni zaczęły unosić się nad powierzchnią jeziora. Woda zawarta we mgle zaczęła osadzać się też cicho na łodzi i ubraniach koterii. Wkrótce aksamitna delikatność otuliła Lasobrę i jej towarzyszy, skrywając przed wzrokiem niechcianych obserwatorów. Rozchodziła się naturalnie po całej tafli akwenu, wcinając się czasem delikatnie poza jego brzegi. Było cicho i spokojnie. Kojąco. Miała nadzieje, że nic nie przeszkodzi im w tej chwili.

[center]Obrazek[/center]

[center]***[/center]

Czekała w napięciu na jakikolwiek ruch w jeziorze, mówiący o rozwoju sytuacji. Assamity nie było już ponad pół godziny. Czas wlókł się nieziemsko, a ona wyczekiwała w napięciu. Nie mamy ze sobą wystarczająco dużo krwi, by obudzić tego wampira - myślała. Stary Ventrue będzie głodny jak jasna cholera. Merde.

Fakt spotkania kogoś, kto był członkiem koterii Mędrca w Czerwieni, napawało ją dreszczem podniecenia i strachu. Był to zaszczyt, nie mniej jednak zdawała sobie sprawę jak potężną istotą mógł być ten Ventrue. Tajemnice owiewały ich niedługo nowego kompana, a te fascynowały ją najbardziej. Nie mogła się doczekać, by przekonać się kim będzie ta istota, jak ich potraktuje, a przede wszystkim, co wie odnośnie do całej sprawy! Czuła, że jeśli tylko uda im się mieć dobre stosunki, będzie dla nich ogromną pomocą. Czuła, a raczej miała nadzieje.

Nagle powierzchnia jeziora niedaleko łodzi zafalowała i trumna wyłoniła się z cichym pluskiem. W kilka minut później pojawił się Namtar. Wszystko wiec poszło zgodnie z planem. Odetchnęła z ulgą. Oczywiście nie mogła się powstrzymać i obdarzyła taksującym wzrokiem ociekające wodą, doskonale zbudowane ciało Assamity, gdy ten wskoczył z powrotem do łodzi.

Lekkim potrząśnięciem głowy strzepnęła resztki onirycznego stanu, do którego doprowadził ją ten ambrozyjski widok.

- Będziemy potrzebować krwi. Dużo krwi. - Powiedziała i utkwiła wzrok w trumnie. Nie chciała więcej zawstydzać swym spojrzeniem mrocznego zabójcy. Przecież nie dało się nie zauważyć, jak pożerała go oczami. Poczuła się zawstydzona jak nastolatka. Choć sam zainteresowany jakoś wydawał się nie dostrzegać jej zachowania... albo w swej profesjonalności nie pozwalał sobie na reakcje. Cóż może to i lepiej... Czuła się mu za to wdzięczna.
Ostatnio zmieniony 13 lutego 2016, 18:17 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 13 lutego 2016, 13:30

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Misja sonarowo-wydobywcza 11.08.1993

W chwili pierwszej po tym jak Łowca zniknął w smolistej wodzie cisza zawładnęła światem. Przynajmniej tą jego częścią, w centrum której frater Terry oparty jedną ręką o balustradę łodzi spoglądał na rozpływające się na boki kręgi na tafli wody. Zastanawiał się przy tym, kim okaże się być wyłowiony skarb.

Odwrócił się od burty i spojrzał na pozostałych. To właśnie w tej chwili dotarło do niego, że nie wie co mógłby do nich powiedzieć. Miał potrzebę odezwania się do kogoś i nawiązania dialogu, kiedy jednak teraz patrzył po ich twarzach, w jego głowie nie pojawiła się żadna myśl, żaden pomysł. Znów poczuł ten dziwny dreszcz i wrażenie, że jest tu całkiem sam.

Potrząsnął głową i otworzył usta by przerwać milczenie. Ale żaden dźwięk się z nich nie wydobył. Malkavian stał tak przez chwilę z rozdziawioną buzią, patrząc się w przestrzeń, nie wykazując żadnych oznak życia. Tudzież nieżycia.

Zrezygnował więc z rozmowy, jako że nie znajdywał właściwych słów i przysiadł na pokładzie, plecami opierając się o barierkę. Przestał rozglądać się po towarzyszach i zaczął przeglądać swój dziennik. Przewracał kartki, obserwując w milczeniu jak w miarę upływu lat jego pismo ze starannego przechodziło w "poprostu" pismo. Przyglądał się spisanym wizjom, rysowanym schematom, symbolom.

Wody jeziora łagodnie kołysały łodzią, z cichym pluskiem rozbijając się o jej burty. Delikatny szum wiatru nadawał melodię, do której po kolei zaczęły się dołączać kolejne dźwięki. Wpierw smyczki, po chwili trąbka i bębny. Kiedy dołączył do tego trójkąt, zdezorientowany Terry wstał i zaczął rozglądać się za instrumentami. Zobaczył, jak dookoła łodzi, w powietrzu unosi się mrowie świetlików. Wokół zrobiło się jasno, a kiedy Malkavian spojrzał na powierzchnię wody, ujrzał siedem ryb pływających w okręgu. W pewnym momencie zatrzymały się i wychyliły główki nad taflę jeziora, po czym zaczęły chórem śpiewać

[center]O bracie Terry z pokładu swej łodzi
podziwiasz ostatnie noce
gdy z szumu fal opowieść się rodzi
będąc tych nocy owocem

Patrz, księżyc zbladł, na czerwień padł
i chłodem schłostał serce
gdy śmiałym ruchem oczy skradł
same odpadły ręce

Tak wiele drogi w tak krótki czas
zachęca nas do tańca
bas dudni w nas gdy płonie grass
wyjęty spod różańca

Gdy chluśnie krew na twoją brew
a śmierć pomacha ręką
nad koci jęk i kruczy śpiew
wspomóż się tą piosenką

O bracie Terry z pokładu swej łodzi
Wysłuchaj tej przestrogi
Gdy długo za długo z długiem się chodzi
nie dużo przejdzie się drogi[/center]

Kiedy skończyły, zrobiły jeszcze jedno kółko, po czym zniknęły gdzieś w głębinach. Muzyka zniknęła nagle, pozostawiając Terryego jedynie z chłodem nocy i kołysaniem łodzi. Rozejrzał się zdezorientowany bardziej niż zwykle, ale nikt z tu obecnych nie wyglądał jakby widział to co się właśnie stało. Zawahał się przez chwilę, po czym wolnym krokiem podszedł do Mrocznej Pani.

- Mam pytanie. Darth Namtar wczoraj uratował mi życie. Czy myślisz, że w dobrym tonie było by, gdybym... Nie wiem, ofiarował mu trochę swojej krwi? W ramach, wiesz, podziękowania czy coś?

- Hmm, Myślę mój drogi, że krew jest jedynym sposobem podziękowania, jakie Assamita może zrozumieć. Przypomnij sobie wszystkie sytuacje, gdy próbowaliśmy wcześniej z nim rozmawiać, dziękować lub tłumaczyć różnice kulturowe, w bardziej lub mniej udany sposób. Nigdy zbytnio to nie wychodziło. Właściwie nigdy. Tak, jakby nasze słowa z góry były skazane na porażkę. Tylko wtedy gdy miało to związek z krwią... i zabijaniem oczywiście, ożywał i zdawał się mieć jakiś kontakt z otaczającym go światem. Zresztą jego klanowi zawsze płaci się krwią za przysługi... niczym innym. Myślę więc, że jest to jedyny sposób, że by powiedzieć "dziękuje", który do niego dotrze.

- W istocie, masz rację. Zatem tak zrobię. Myślisz, że to zbyt wielka prowokacja jeśli dam mu się po prostu napić z szyi? - zapytał niewinnie, po czym, nie czekają na odpowiedź dodał - Wiesz, skoro już przy tym jesteśmy. To Łowca przywrócił słońce i wyrwał cały stan z objęć Wiecznej Nocy. Jest Duchem wprost z Otchłani, stworzeniem ciemności, a jednak zrobił to dla nas. To świadczy o najwyższej klasy profesjonalizmie. I myślę, że zasługuje na uznanie.

- Myślisz, że może każdy z nas mógłby mu coś ofiarować? Nie pod przymusem oczywiście, kto chce. Ale wydaje mi się, że on doceni gest. - dodał po chwili, uśmiechając się przyjaźnie. - pytanie tylko czy to z naszej strony dowód uznania, czy dokarmianie rekina...

Victoria zamyśliła się, analizując propozycję Terrego. Jej bujna wyobraźnia na chwilę zadrżała na myśl bliskości muskularnego ciała Assamity wbijającego mordercze kły w jej delikatną szyję. Tym razem, nie czuła tylko i wyłącznie strachu... Wiedziała jednak jak niebezpieczne są jej fantazje.

- Nie Terry, Namtar ochrania nas i wspiera wypełniając kontrakt. Nie sądzę by ratował nas po przyjacielsku i bez niego. Raczej pożarł by wszystkich z głośnym mlaśnięciem w kilka sekund. Nie wiem tez, czy przywrócenie dnia było jego zasługą... Myślę, że może raczej ktoś, kto wywołał wieczną noc stracił kontrolę lub skończył mu się czas... Ten przekaz, który słyszałeś w radio.. Nie wiem, to wszystko ma drugie i trzecie dno. Poza tym... Będziemy potrzebować krwi dla Mallusa ... Dużo krwi. Mam ze sobą jakiś zapas, ponieważ zawsze go nosze. Nie będzie to jednak wystarczające... Będziemy musieli mu dać swojej, lub zapolować na ludzi... Nie możemy więc teraz radośnie rozdawać krwi Assamicie. Nie mniej rozumiem to w Twoim przypadku.

Terry tylko pokiwał głową, że rozumie. LaSombra miała rację. Odwrócił się, by wrócić na swoje miejsce. Usiadł i pogrążył się w myślach. Nie wstał już do chwili, gdy wieko trumny wyłoniło się z wody.
Zin-Carla cooperation

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 13 lutego 2016, 19:32

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

- Łowco, wszystko w porządku? - zapytał Terry podchodząc do Namtara wpatrującego się w czerń jeziora.

Morderca drgnął, jakby wyrwany z głębokiego snu. Jego dziwnie odległe spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem duchownego.

- Tam, na dnie, nie ma żadnego światła... - wyszeptał ledwo dosłyszalnie.

I przez tą jedną chwilę, patrząc mu w oczy, Terry zrozumiał, jak wiele cierpienia czaiło się na dnie tej ciemnej studni. A później w spojrzeniu Assamity znów pojawił się błysk stali. Morderca potrząsnął głową kończąc rozmowę i odszedł w kierunku kupki schludnie złożonych ubrań, po czym bez dalszych wyjaśnień zaczął się szybko ubierać.

Terry nie był przygotowany na taki rozwój sytuacji. Chciał mu zaoferować krwi (krwi na Boga!) - a on zwyczajnie odszedł. Tylko jego słowa zostały, unosząc się lekko w powietrzu. Malkavianin przeczytał je raz jeszcze i zrozumiał. To jest stworzenie ciemności. i miał okazję jej dotknąć. On tęskni za domem. Bardziej, niż za krwią... Nie poddał się jednak i ruszył w ślad za nim. Namtar wciągał właśnie spodnie, kiedy Malkavian się odezwał.

- Duchu z Otchłani, wczoraj w aucie dziękowałem ci za to co zrobiłeś, jednak wciąż pozostaje we mnie przeświadczenie, że słowa nie regulują takich długów. Żyję tylko dlatego, że przelałeś swą krew. Pozwól mi więc odwdzięczyć się moją. - powiedział, delikatnie, naprawdę delikatnie przechylając głowę, nie na tyle jednak subtelnie, by Morderca tego nie zauważył.

W jednej sekundzie nieobecne spojrzenie Assamity przestało błądzić po czarnej toni jeziora i nabrało ostrości, wbijając się w Świra niczym szpon orła, spadający na grzbiet zaskoczonego królika.

- Nie musisz tego robić. To był mój obowiązek. - powiedział cicho.

Jednak cała jego postawa i nerwowe przełknięcie śliny, którego nie umiał powstrzymać mówiły: "Tak, do cholery, zrób to!"

- Wiem, że nie muszę. Uważam jednak, że zawdzięczam ci życie, nie zaprzeczysz chyba? Dlatego chcę spłacić krew którą przelałeś, bym miał okazję to zrobić - Terry jeszcze bardziej wyeksponował szyję.

Assamita kiwnął głową i zapiął szeroki pas, sprawdzając przy okazji położenie sztyletu. Jego ruchy wydawały się niezwykle spokojne, a jednak dało się w nich wyczuć doskonale maskowane napięcie, tak jakby Morderca musiał powstrzymywać coś, co czaiło się wewnątrz... Nie wydawało się jednak by ten rodzaj kontroli sprawiał mu trudność. Właściwie był do niej przyzwyczajony i czerpał z niego pewną przyjemność wiedząc, że ekscytacja bestii zwiastuje rychłe zaspokojenie głodu.
Następnie wstał i stanął przed Malkavianinem:

- Shukran jaziilan.* Twoja hojność jest warta uznania - powiedział i uśmiechnął się w sposób, który mógłby być uśmiechem ciemności - gdyby ta umiała się uśmiechać. I gdyby miała zęby. Naprawdę dużo zębów...

Terry zdołał jeszcze pomyśleć, że wolałby jednak, gdyby Morderca miał na sobie ciemne okulary, tak, jak zwykle. Głód czający się w spojrzeniu Łowcy sprawiał bowiem, że całą ta sytuacja stała się nagle trudniejsza, niż Malkawianin początkowo zakładał. Było już jednak za późno, by się wycofać. Zamknął więc oczy, polecając się bożej opiece. A później poczuł, jak Assamita wbija kły w jego szyję i cienka stróżka czerwieni przepłynęła między nimi, zmieniając właściciela.

[center]Obrazek[/center]
Piję z Terrego 2 P.K.
Powyższy rysunekdość dobrze obrazuje Namtara przy założeniu, że jego tatuaże mają postać arabskich liter i nie dziar na twarzy. Reszta się zgadza całkiem nieźle - nie mogłem się więc powstrzymać by tego tu nie umieścić.

* arab. Dziękuję bardzo.
Ostatnio zmieniony 15 lutego 2016, 15:52 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 14 lutego 2016, 10:51

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993

Horacy miał zapytać. Miał mnóstwo pytań cisnących się na usta, zwłaszcza do Terrego. Ale powstrzymywała go obecność sługi. Tego płaczliwego weterana po którym można się było spodziewać, że przyciśnięty sypnie wszystko co słyszał.
Niecierpliwość dawała się zauważyć w postawie Nosferatu ale liczył, że spadnie to na karb niepokoju związanego z wydobyciem wiekowego kainity z głębin.
Mimo wszystko chwila się przedłużała i Horacy miał ochotę palnąć wiosłem tego przydupasa i posłać go na dno, za Asamitą. Później by się to jakoś tam zatuszowało. Ale wytrzymał tą nagłą pokusę, wszak będą mieli chwilę z pozostałymi jadąc tym furgonem. I to już niedługo...

Przez chwilę myślami błądził nad tym kto mógł zaaranżować snajpera wieczór wcześniej. W pierwszej myśli oczywistym uznał, że to zbyt skomplikowany manewr jak na Krzykaczy. Myśli krążyły z uporem maniaka wokół porucznika Democritusa. A potem również wokół samego księcia. Zastanawiał się, co by się stało gdyby okazało się, że i jego eminencja w jakiś sposób przyłożyła się do śmierci Red Wisdoma.
No i te słowa Fratera spisane z radia… Z jednej strony mogły się wydawać ważne i należało je mieć w tyle głowy na wszelki słuczaj. Z drugiej zaś stary szczur nie mógł powstrzymać się od myślenia, że to zwykłe pieprzenie wariata jest i tyle.

Ich łódeczką bujało, jak życiem. Tak samo musiała kołysać łajba Blackwatera na której być może nadal spoczywał Rusty. Może, bo kto wie co się z nim teraz działo. Wszak nie działał sam. Horacy nie mógł pozbyć się ide fixe , że powinien go w tej chwili szukać. Coś mu mówiło, że traci najlepszy moment by się dowiedzieć od niego jaka jest prawda. Czy zdradził? Czy faktycznie poświęcił swoją krew? I za co? A może, to jedynie kolejna gra kogoś innego a Horacy właśnie osobiście wbił nóż w plecy komuś potrzebnemu.
Nie, nie ... to złudzenie Horacy. Chciałbyś by była to jedynie pomyłka. Źródła nie kłamią, wiesz o tym więc się nie oszukuj więcej...
Ciąg przemyśleń przerwał mu Namtar wychodzący z wody. Półnagie, perfekcyjne ciało zabójcy podziałało na Horacego, stary szczur z jednej strony zazdrościł Asamicie, z drugiej zaś jego artystyczna dusza poruszyła się słysząc gdzieś wewnątrz cichą muzykę.

https://www.youtube.com/watch?v=tYkeeAVXD78

Ale z niego Fidiasz...

Kiedy cicha rozmowa między zabójcą a księdzem, przyjęła niespodziewany obrót Horacy milczał patrząc niemo na całą scenę. Już wiedział, że ten moment kiedy dwóch zdawało by się przeciwnych sobie sumieniem kainitów splata się w krwawym pocałunku zostanie mu pod powiekami tak długo aż nie stworzy dzieła które na wieczność utrwali tą chwilę. Otworzył niemo usta i wstał w łodzi obserwując, notując wzrokiem każdy szczegół.

[center]And if you think that I've been losing my way
That's because I'm slightly blinded
And if you think that I don't make too much sense
That's because I'm broken minded
Don't keep it...
Inside[/center]


Fragment jakiegoś utworu przeleciał mu przez myśl i już wiedział... Wiedział, że ten obraz krwawej pieszczoty przeciwieństw nie da mu spokoju póki go nie wywali go z siebie na zewnątrz. Póki go nie stworzy, na swój własny sposób. Ten ostatni czas, czas niepokoju o swego syna o swoją nieśmiertelność zaślepił Horacego. Teraz jednak czuł jak wena wraca w dwójnasób.

Dwóch rożnych a jednak tak bardzo podobnych sobie...
Ostatnio zmieniony 15 lutego 2016, 22:40 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

ODPOWIEDZ