: 30 marca 2016, 22:46
WV helikopterze 11.08.1993
- Jestem Scarface ... Zbyt wielu wrogów Camarilli zaczęło się interesować waszym śledztwem...
- Bardzo jestem ciekaw kogo nazywasz wrogiem? Gdybyś zechciał rzec słowo czy dwa wyjaśnienia skróciłoby to być może naszą misję i zeszli byśmy ci z oczu szybciej. - odpowiedział Horacy.
- Nie lubię was, ani nie podoba mi się wasze zadanie powierzone przez starca....
Nosferatu uspokojenie wysłuchał do końca wypowiedź Archonta.
- Scarface, wystarczy... - przerwała mu Belle.
- Ekhem... Można nas nie lubić ale wbrew pozorom wiele nas łączy. Osobiście wielce boleję nad stratą elizjum, które zniknęło w wyniku tej brutalnej eksplozji. Miałem przyjemność się czasem wystawić z podobnych miejscach*. A jako konserwatystę boli mnie nie tylko starta dzieł jakie w wybuchu zostały zniszczone ale także brak poszanowania dla tradycji i Elizjum jako takiego. - Powiedział szczur zamyślając się przez chwilę. - Ostatecznie, upadek obyczajów to znak naszych czasów i sygnał o zbliżającym się zmierzchu naszej społeczności. Wszyscy jesteśmy marionetkami kogoś choć wydaje nam się inaczej. - Powiódł spojrzeniem w stronę Belle.
- Wiele osób jest niedocenianych a przecież każdego dnia Wirginia jest miejscem walki gdzie cyklicznie pjawiające się fale Sabatu zabierają w odmęt niepamięci wielu naszych. Topniejemy, za mało nas będzie wkrótce. Jeśli klan Nosferatu poprze moją kandydaturę poproszę księcia o nadanie prawa do progenitury dla tych którzy dają wiele temu stanowi. A jeśli będzie trzeba zrezygnuję ze swojego prawa cedując je na innego Kainitę. Albowiem niestety to co dostałem od swojego ojca to nie dar, to przekleństwo rozpadającego się ciała. Dla artysty to jak policzek. I dlatego muszę znaleźć go żywego. - dodał z nutą gniewu w głosie...*
- Sprawa jest poważna. Waszyngton zdecydował wysłać na teren Zachodniej Wirginii wojsko i myśliwce. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że stoi za tym książę stolicy Marcus Vitel z klanu Ventrue.
- Czy obława się zaciska dookoła Wirginii czy tylko w rejonie północnym?
WV Charlestone, strefa walki, w helikopterze 11.08.1993
Z dołu dobiegał głuchy trzask łamanych kości i masakrowanych czaszek. Horacemu było przykro patrząc na te Dantejskie sceny jakie rozgrywały się na dole. Odnosił nieodparte wrażenie, że jednym z tych starych kainitów jest sam Democritus, który kruszył właśnie kolejnego opozycjonistę. Trzymając się uchwytu Nosfertau wyglądał przez okno patrząc na smutny koniec Maxa i jego bulteriera Paina. Ilekroć widział takie sceny walczyły w nim dwa uczucia. Zdziwienie, że stary Kainita pokroju Maxa źle przeliczył siły i zagrał va banque. Drugie czucie było rodzajem jakiejś darwinowskiej ulgi, że oto liczba przypadkowo przemienionych kretynów właśnie znacznie się pomniejszyła.
Przez chwilę, nie odrywając wzroku od kaźni na dole, przysłuchiwał się niezmiernie ciekawej scence z udziałem Archonta i Asamity. Był wielce ciekaw czy Toreador w tak błahy sposób jest w stanie zamanipulować urażoną dumą zabójcy.
- Nie powiem nic mądrego ani nowego... ale wydaje mi się, że jedynym zwycięzcą tej bitwy na dole jest Hoqax i jego Sabat. Myślę, że nowa fala Sabatu to kwestia kilku nocy. - Skończył ze smutkiem patrząc na masakrę i mimowolnie cmoknął pod wrażeniem wyrywanej z kręgami głowy. - To miasto upadnie... jest zbyt robaczywe od środka. Tyle brudu nie widziałem od bardzo dawna. To tak jakby kanał wylał i gówno zalało całe miasto. I głupota... Dlatego masz moje słowo Archoncie, że nie będę się pałętał tam gdzie absolutnie nie muszę z powodu testamentu. Na marginesie, jeśli by się okazało że Red jednak żyje to ciekawe jak to ma się do realizacji kontraktu Asamitów. Dla mnie to nie ma różnicy. Żyję dzięki niemu. Był dla mnie trochę jak drugi ojciec. Drugi... lecz być może tak samo zakłamany...
Martwe oczy spod maski nadal śledziły uważnie sytuację na dole. Cały czas miał głębokie wrażenie, że ktoś znacznie sprytniejszy wypuścił tych biedaków na rzeź. Nadal nie potrafił zrozumieć jak można tak bezmyślnie stracić swoją nieśmiertelność.
- Jestem Scarface ... Zbyt wielu wrogów Camarilli zaczęło się interesować waszym śledztwem...
- Bardzo jestem ciekaw kogo nazywasz wrogiem? Gdybyś zechciał rzec słowo czy dwa wyjaśnienia skróciłoby to być może naszą misję i zeszli byśmy ci z oczu szybciej. - odpowiedział Horacy.
- Nie lubię was, ani nie podoba mi się wasze zadanie powierzone przez starca....
Nosferatu uspokojenie wysłuchał do końca wypowiedź Archonta.
- Scarface, wystarczy... - przerwała mu Belle.
- Ekhem... Można nas nie lubić ale wbrew pozorom wiele nas łączy. Osobiście wielce boleję nad stratą elizjum, które zniknęło w wyniku tej brutalnej eksplozji. Miałem przyjemność się czasem wystawić z podobnych miejscach*. A jako konserwatystę boli mnie nie tylko starta dzieł jakie w wybuchu zostały zniszczone ale także brak poszanowania dla tradycji i Elizjum jako takiego. - Powiedział szczur zamyślając się przez chwilę. - Ostatecznie, upadek obyczajów to znak naszych czasów i sygnał o zbliżającym się zmierzchu naszej społeczności. Wszyscy jesteśmy marionetkami kogoś choć wydaje nam się inaczej. - Powiódł spojrzeniem w stronę Belle.
- Wiele osób jest niedocenianych a przecież każdego dnia Wirginia jest miejscem walki gdzie cyklicznie pjawiające się fale Sabatu zabierają w odmęt niepamięci wielu naszych. Topniejemy, za mało nas będzie wkrótce. Jeśli klan Nosferatu poprze moją kandydaturę poproszę księcia o nadanie prawa do progenitury dla tych którzy dają wiele temu stanowi. A jeśli będzie trzeba zrezygnuję ze swojego prawa cedując je na innego Kainitę. Albowiem niestety to co dostałem od swojego ojca to nie dar, to przekleństwo rozpadającego się ciała. Dla artysty to jak policzek. I dlatego muszę znaleźć go żywego. - dodał z nutą gniewu w głosie...*
- Sprawa jest poważna. Waszyngton zdecydował wysłać na teren Zachodniej Wirginii wojsko i myśliwce. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że stoi za tym książę stolicy Marcus Vitel z klanu Ventrue.
- Czy obława się zaciska dookoła Wirginii czy tylko w rejonie północnym?
Spoiler!
[center]***[/center]WV Charlestone, strefa walki, w helikopterze 11.08.1993
Z dołu dobiegał głuchy trzask łamanych kości i masakrowanych czaszek. Horacemu było przykro patrząc na te Dantejskie sceny jakie rozgrywały się na dole. Odnosił nieodparte wrażenie, że jednym z tych starych kainitów jest sam Democritus, który kruszył właśnie kolejnego opozycjonistę. Trzymając się uchwytu Nosfertau wyglądał przez okno patrząc na smutny koniec Maxa i jego bulteriera Paina. Ilekroć widział takie sceny walczyły w nim dwa uczucia. Zdziwienie, że stary Kainita pokroju Maxa źle przeliczył siły i zagrał va banque. Drugie czucie było rodzajem jakiejś darwinowskiej ulgi, że oto liczba przypadkowo przemienionych kretynów właśnie znacznie się pomniejszyła.
Przez chwilę, nie odrywając wzroku od kaźni na dole, przysłuchiwał się niezmiernie ciekawej scence z udziałem Archonta i Asamity. Był wielce ciekaw czy Toreador w tak błahy sposób jest w stanie zamanipulować urażoną dumą zabójcy.
- Nie powiem nic mądrego ani nowego... ale wydaje mi się, że jedynym zwycięzcą tej bitwy na dole jest Hoqax i jego Sabat. Myślę, że nowa fala Sabatu to kwestia kilku nocy. - Skończył ze smutkiem patrząc na masakrę i mimowolnie cmoknął pod wrażeniem wyrywanej z kręgami głowy. - To miasto upadnie... jest zbyt robaczywe od środka. Tyle brudu nie widziałem od bardzo dawna. To tak jakby kanał wylał i gówno zalało całe miasto. I głupota... Dlatego masz moje słowo Archoncie, że nie będę się pałętał tam gdzie absolutnie nie muszę z powodu testamentu. Na marginesie, jeśli by się okazało że Red jednak żyje to ciekawe jak to ma się do realizacji kontraktu Asamitów. Dla mnie to nie ma różnicy. Żyję dzięki niemu. Był dla mnie trochę jak drugi ojciec. Drugi... lecz być może tak samo zakłamany...
Martwe oczy spod maski nadal śledziły uważnie sytuację na dole. Cały czas miał głębokie wrażenie, że ktoś znacznie sprytniejszy wypuścił tych biedaków na rzeź. Nadal nie potrafił zrozumieć jak można tak bezmyślnie stracić swoją nieśmiertelność.
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]