Strona 66 z 88

: 30 marca 2016, 22:46
autor: Suriel
WV helikopterze 11.08.1993

- Jestem Scarface ... Zbyt wielu wrogów Camarilli zaczęło się interesować waszym śledztwem...

- Bardzo jestem ciekaw kogo nazywasz wrogiem? Gdybyś zechciał rzec słowo czy dwa wyjaśnienia skróciłoby to być może naszą misję i zeszli byśmy ci z oczu szybciej. - odpowiedział Horacy.

- Nie lubię was, ani nie podoba mi się wasze zadanie powierzone przez starca....

Nosferatu uspokojenie wysłuchał do końca wypowiedź Archonta.

- Scarface, wystarczy... - przerwała mu Belle.

- Ekhem... Można nas nie lubić ale wbrew pozorom wiele nas łączy. Osobiście wielce boleję nad stratą elizjum, które zniknęło w wyniku tej brutalnej eksplozji. Miałem przyjemność się czasem wystawić z podobnych miejscach*. A jako konserwatystę boli mnie nie tylko starta dzieł jakie w wybuchu zostały zniszczone ale także brak poszanowania dla tradycji i Elizjum jako takiego. - Powiedział szczur zamyślając się przez chwilę. - Ostatecznie, upadek obyczajów to znak naszych czasów i sygnał o zbliżającym się zmierzchu naszej społeczności. Wszyscy jesteśmy marionetkami kogoś choć wydaje nam się inaczej. - Powiódł spojrzeniem w stronę Belle.

- Wiele osób jest niedocenianych a przecież każdego dnia Wirginia jest miejscem walki gdzie cyklicznie pjawiające się fale Sabatu zabierają w odmęt niepamięci wielu naszych. Topniejemy, za mało nas będzie wkrótce. Jeśli klan Nosferatu poprze moją kandydaturę poproszę księcia o nadanie prawa do progenitury dla tych którzy dają wiele temu stanowi. A jeśli będzie trzeba zrezygnuję ze swojego prawa cedując je na innego Kainitę. Albowiem niestety to co dostałem od swojego ojca to nie dar, to przekleństwo rozpadającego się ciała. Dla artysty to jak policzek. I dlatego muszę znaleźć go żywego. - dodał z nutą gniewu w głosie...*

- Sprawa jest poważna. Waszyngton zdecydował wysłać na teren Zachodniej Wirginii wojsko i myśliwce. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że stoi za tym książę stolicy Marcus Vitel z klanu Ventrue.

- Czy obława się zaciska dookoła Wirginii czy tylko w rejonie północnym?
Spoiler!
* Szczur mówi szczerze aczkolwiek używa tego jako dobrego argumentu by nieco zmienić nieco nastawienie Archonta, jeśli nie do koterii to przynajmniej w stosunku do siebie. Poproszę o stosowny test, chcę wpłynąć na Toreadora. Wszak punkt jest czuły w dwójnasób raz zniszczony artyzm a dwa elizjum.
** myśłę że zrozumiała skoro jest geniuszem, nawet debil by pojął.
[center]***[/center]

WV Charlestone, strefa walki, w helikopterze 11.08.1993

Z dołu dobiegał głuchy trzask łamanych kości i masakrowanych czaszek. Horacemu było przykro patrząc na te Dantejskie sceny jakie rozgrywały się na dole. Odnosił nieodparte wrażenie, że jednym z tych starych kainitów jest sam Democritus, który kruszył właśnie kolejnego opozycjonistę. Trzymając się uchwytu Nosfertau wyglądał przez okno patrząc na smutny koniec Maxa i jego bulteriera Paina. Ilekroć widział takie sceny walczyły w nim dwa uczucia. Zdziwienie, że stary Kainita pokroju Maxa źle przeliczył siły i zagrał va banque. Drugie czucie było rodzajem jakiejś darwinowskiej ulgi, że oto liczba przypadkowo przemienionych kretynów właśnie znacznie się pomniejszyła.

Przez chwilę, nie odrywając wzroku od kaźni na dole, przysłuchiwał się niezmiernie ciekawej scence z udziałem Archonta i Asamity. Był wielce ciekaw czy Toreador w tak błahy sposób jest w stanie zamanipulować urażoną dumą zabójcy.

- Nie powiem nic mądrego ani nowego... ale wydaje mi się, że jedynym zwycięzcą tej bitwy na dole jest Hoqax i jego Sabat. Myślę, że nowa fala Sabatu to kwestia kilku nocy. - Skończył ze smutkiem patrząc na masakrę i mimowolnie cmoknął pod wrażeniem wyrywanej z kręgami głowy. - To miasto upadnie... jest zbyt robaczywe od środka. Tyle brudu nie widziałem od bardzo dawna. To tak jakby kanał wylał i gówno zalało całe miasto. I głupota... Dlatego masz moje słowo Archoncie, że nie będę się pałętał tam gdzie absolutnie nie muszę z powodu testamentu. Na marginesie, jeśli by się okazało że Red jednak żyje to ciekawe jak to ma się do realizacji kontraktu Asamitów. Dla mnie to nie ma różnicy. Żyję dzięki niemu. Był dla mnie trochę jak drugi ojciec. Drugi... lecz być może tak samo zakłamany...

Martwe oczy spod maski nadal śledziły uważnie sytuację na dole. Cały czas miał głębokie wrażenie, że ktoś znacznie sprytniejszy wypuścił tych biedaków na rzeź. Nadal nie potrafił zrozumieć jak można tak bezmyślnie stracić swoją nieśmiertelność.

: 31 marca 2016, 21:44
autor: Sigil
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

- Rozumiem wojnę - odezwał się cicho Morderca, jak gdyby mówił nie do osób zebranych wkoło, lecz przede wszystkim do siebie. - Wojna nigdy się nie zmienia...

Nie był zaskoczony reakcją Torreadora. Ta jego wcześniejsza deklaracja o pomocy nie znaczyła więcej niż popiół tysięcy Kainitów, niesiony wiatrem. Był Munafiqun, kłamał tak samo jak reszta, może nawet lepiej... Rozejrzał się po członkach koterii Atra-hasisa, zastanawiając się, czy może zostawić ich tu, z tym obłudnym psem... Z drugiej strony wiedział, że nie ma w zasadzie wyjścia. Nie mógł narażać innych na niebezpieczeństwo. Nie mógł się także wycofać... Pamiętał bowiem, tak samo dobrze jak oni, że to jego nieefektywność doprowadziła do tej sytuacji, sprawiając, że Christian Pain nadal żył i stanowił zagrożenie dla misji... Obowiązek nakazywał zająć się tym.

Miał jednak zbyt mało krwi, by i tym razem wyjść zwycięsko z tego pojedynku. Poza tym nie mógł liczyć na osłonę Ciemności... Wszystko w zasadzie składało się na jego niekorzyść i nie potrzeba było intuicji Malkwian by wiedzieć, że prawdopodobnie nie wróci. Zastanawiał się, na ile Scarface liczył na to... I kto stanowił większe zagrożenie... Lider Anarchistów w dole czy ten przeklęty, zakłamany Degenerat, pełen obietnic na temat pomocy Dziwki-Camarilli? Kto ochroni przed tym wężem koterię, gdy jego już nie będzie? Kto ich ostrzeże, nawet gdy nie będą chcieli słuchać...?

W tej sytuacji każda decyzja była błędem. Jednak nie mógł ich narażać po raz kolejny. Poza tym obiecał Horacemu, że coś zrobi z Painem. Być może Szczur był jedynie szczurem, ale słowo obowiązywało... Tak więc w zasadzie nie miał wyboru. Zacisnął zęby, starając się opanować rosnącą wewnątrz frustrację, po czym odwrócił się do reszty.

- Macie rację - powiedział beznamiętnie, przewieszając karabin przez ramię. - Powinienem wziąć to tylko na siebie. Nie będę narażał was po raz drugi. A on wciąż żyje z uwagi na mój błąd...

I wtedy - niczym wizja Pierwotnej Ciemności, niczym czarny blask ostatecznej Prawdy, w zwierciadle pamięci ujrzał twarz Akramatha i usłyszał słowa jego przepowiedni: Jestem pewien, że twoja śmierć nie nastąpi szybko. Po raz kolejny wysłuchał przykazania: Nie daj się wplątać w gierki Niewiernych. Trzymaj się Ścieżki i rób swoje. Ścieżka nakazywała nieść śmierć. Honor nakazywał rozwiązywać sprawy. A słowa silsila napełniały go wiarą w zwycięstwo pomimo tego, co widziały jego oczy. Jego Mistrz nie mógł się mylić. Akramath nie mylił się nigdy. I Morderca wiedział teraz, że cokolwiek się nie wydarzy, przetrwa. Powróci i wykona powierzone mu zadanie...

[center]Bismhaqim, tałakkaltu 'al-haqim ła laahaula ła laa qułłata illaa billaah.*[/center]
- Jeśli wrócę - odezwał się spokojnie do Scarface. - A wiem, że wrócę. Będę pamiętał, że chciałeś mojej śmierci... Strzeż się więc. I wiedz, że cokolwiek uczynisz przeciwko nim - wskazał głową członków koterii Klienta - zmuszę cię, byś zapłacił.

Nie czekał na odpowiedź. Oparł dłoń na rękojeści khanjar, odwrócił się i po prostu wyskoczył z helikoptera.
2 PK - przemiana w Cień w powietrzu (Asbu Ilat:3). Chcę się dostać do Paina możliwie nie zauważony i wbić mu ostrze od tyłu w serce.

*arab. W imię Haqima. Jemu się powierzam i nie ma siły i mocy jak tylko przez Haqima.

: 31 marca 2016, 22:37
autor: Zin-Carla
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

- Nie! - Wyciągnęła rękę ale złapała już tylko powietrze - Potrzebujemy cię tutaj!

Było za późno.

- Ty Idioto. - Wyszeptała.

Zakryła dłońmi twarz. Nie chciała na to patrzeć.

Putain bordel de merde.

Dlaczego on wyskoczył? Viktoria nie mogła tego zrozumieć. Dlaczego udał się na samobójczą misję zostawiając ich tutaj samych? O co chodziło z tym Painem, że było aż tak ważne by zrobić to teraz? Czyż nie dała mu sugestii, że przecież można załatwić to później? Nie w tak delikatnej sytuacji? Jak do niego trafić? Czemu rozumie opatrzenie jej intencje.

Opadła niezgrabnie na podłogę opierając ręce o kolana i podpierając głowę. To niemiało tak być. Czuła się winna.
Czemu ten Pain był taki ważny? Pamiętała, że Assamita z nim walczył, ale wyszedł cało...
Nie myślała, że potraktuje zaczepkę Torreadora poważnie. Myślała, że zdąży skomentować jego słowa. Namtar nie dał jej czasu... Po prostu wyskoczył. Co teraz?

Nagle, jak błysk przyszły do niej wspomnienia rozmowy po walce z przywódcą Anarchistów. Teraz sobie przypomniała. To Horacy. On dał mu wyzwanie, że następnym razem gdy Assamita spotka Christiana na pewno da sobie radę. To oczywiste, że Morderca potraktował to poważnie, na śmierci i życie, na jego Honor. Oh niemądry, niemądry Szczur. Powiedział to tak tylko by pocieszyć Namtara... Niestety wszystkie słowa mają swoje skutki. Szczególnie gdy rozmawia się z Assamitą. W kulturze Zachodu teraz słowo często nic nie znaczyło. Było często konwenansem. Grą. Lecz nie w umyśle Namtara.

Zerwała się z przypływem nowej fali energii i odwróciła w stronę Horacego.

- Czy zdajesz sobie sprawę, że w pewnym sensie to twoja wina, że on skoczył? Dlaczego nie odezwałeś się nic na temat Paina? Przecież to ty rzuciłeś mu wyzwanie do walki z nim. Ostateczne pokonanie go. Przecież wiesz, jak on to zrozumiał. Nawet gdy wtedy próbowałeś tylko go pocieszyć on odebrał to osobiście jako swoje niedopatrzenie. Zacząłeś gadać o Hoqaxie, Sabacie, upadku tego miasta i tak dalej, a nie zareagowałeś! Ja... nie domyśliłam się o co chodzi na początku. Że to wyzwanie... I jego porażka, w pewnym sensie... że wtedy nie pokonał Paina. Ale dlaczego z nami nie został? Myślałam, że zrozumiał, że jesteśmy razem z nim... Cały czas. Ah! - żachnęła się ze złością.

- Co teraz? Nie zostawimy go przecież tak tam na dole na pewną śmierć? - powiedziała rozkładając ręce i patrząc się z wyczekiwaniem na koterię. - Wyszło na to, że puścił się tam sam przez manipulację jego honorem, który jak wiem jest najwyższa wartością dla Assamitów. Niechcący, ale jednak, przez nas. Ojcze? Co począć? - Zwróciła się do Terrego. - Darshan, jesteś Mistykiem, Człowiekiem Mądrości, odezwij się czasem do nas i pokieruj bo nie jest łatwo kroczyć bez drogowskazu w świecie iluzji, o którym tak często wspominasz. Co robić? Musimy działać szybko. Horacy? Nie możemy go stracić w ten sposób...

Wiele emocji targało nią ale jedna najbardziej. Chciała z całej siły przywalić, nie, przyjebać Torreadorowi. Spojrzała się ostro w jego stronę i zacisnęła pięści. Gdyby tylko nie był Archonem w Camarilli... Teraz dotarły do niej słowa Scarface, który podżegał Namtara by ten skoczył... Czyżby naprawdę to on był tu myśliwym, a oni zwierzyną w potrzasku?
Od tej pory Lasombra obserwuje każdy najmniejszy ruch Torreadora i jest gotowa na wszystko z jego strony. Cokolwiek się stanie będzie chciała trzymać ekipę razem.

: 31 marca 2016, 23:41
autor: Frater_Terry
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

Był prawie pewien, że jego przestroga uspokoi Łowcę i ten odstąpi. Właściwie nawet dumny z siebie i tego jak sprytnie ubrał w słowa swój strach. Tak sprytnie, że Morderca z pewnością odstąpi. Niechętnie, ale odstąpi. Nie stało się tak jednak, a słowa toreadora miały większą siłę przebicia niż jego roztelepana przestroga.

Kiedy Mroczny Jedi zrobił krok w przepaść, rzucił się w jego kierunku, chcąc go powstrzymać, ale nie był na tyle szybki. Zamiast Mordercy, chwycił garść powietrza. Nie stracił jednak ochroniarza z oczu, a to dawało pewne możliwości. Wytężając wzrok i skupiając go na rozpływającym się w ciemną plamę Assamicie, Malkavian rzucił w jej kierunku swą myśl, korzystając z dobrodziejstw mocy Nadwrażliwości.
Spoiler!
- Zostaw to. My cię bardziej potrzebujemy, Pain może poczekać!

- Nie mogę. Obiecałem że się tym zajmę. - beznamiętnie oznajmił Darth Namtar

- Co? Komu?

- Horacy powiedział, że Pain będzie zagrożeniem dla koterii. Że ja do tego doprowadziłem, bo nie zdołałem go zlikwidować. Miał rację. Więc obiecałem mu, że rozwiążę ten problem. A ja dotrzymuję słowa.

- Dlaczego teraz? Tam na dole jest Karl Schrekt, Średniowieczny Tremere. Śmiertelnie niebezpieczny. Uważaj na niego. Znajdź nas jak najszybciej. Nie daj się unicestwić. Boję się o ciebie... - chciał przekazać mu jak najwięcej, ale czasu miał tak mało.

- Shukran. Nie mogłem złamać słowa. Uważajcie na Torreadora i nie róbcie nic głupiego. Obiecałem mu, że wrócę i tego słowa też nie złamię.
Plama cienia sięgnęła poziomu ulicy i spłynęła pod nogi walczących, i Terry stracił ją z oczu. Cofnął się więc na swoje miejsce, głowę chowając do wewnątrz pojazdu. Najpierw spojrzał na gościa z blizną na twarzy. Sekundę zbierał myśli nim się do niego odezwał.

- Nie ważne kim jesteś, ni jakimi się cieszysz tytułami. Powinienem cię teraz wyrzucić w ślad za nim, żebyś odkręcił co popsułeś. Właśnie sprawiłeś, że przestałem ci ufać w jakimkolwiek stopniu i uważam, że chcesz zaszkodzić naszej misji.

W tym samym czasie odezwała się Mroczna Pani, punktując Horacemu dokładnie to samo co usłyszał wcześniej od Łowcy. Spojrzał się na Nosferatu, z pewną dozą lęku. Bo jeśli byłoby to rozmyślne działanie, to strach pomyśleć co miałoby na celu pozbywanie się jedynej rzeczy, która stoi pomiędzy nimi a całą resztą wściekłych Kainitów.

Rozmyślania przerwało mu pytanie Czarnej Victorii.

- Co teraz? Nie zostawimy go przecież tak tam na dole na pewną śmierć? (...) Ojcze? Co począć?...

- On wróci, bo dał słowo. Sama powiedziałaś, honor. Honor nie pozwoli mu zginąć - odpowiedział spokojnie na tyle, na ile było go stać. Mimo wszystko nie tak miał wyglądać rozwój wydarzeń i był zły, że tak się stało.

Wzrok wbił w Scarface'a i przyglądał mu się uważnie, nie pomijając aury. Sam nie był pewien co dalej. Potrzebował porozmawiać z Koterią, potrzebował też porozmawiać z Łowcą. Ale na obie te rzeczy musiał poczekać, bo na pewno nie były to rozmowy które mogły by się odbyć przy świadkach.
Korzystam z Nadwrażliwości 4, by móc porozumieć się z Namtarem,
Spoiler!
i z Nadwrażliwości 2, żeby obserwować Scarface'a, oraz zobaczyć jakimi kolorami zareaguje Horacy na słowa Victorii

: 01 kwietnia 2016, 14:44
autor: zapalki_chaosu
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993
W poście jest wiele cytatów, aby łątwiej było dojść który jest z jakiej psotaci zastosowano kod kolorystyczny
Namtar
Scarface
Horacy
Victoria
Na pokładzie śmigłowca, kiedy wszyscy zaczęli gadać jak zwykle o jak przypuszczał, rzeczach bez większego znaczenia, Darshan chciał pomedytować. Już prawie zaczął po cichu mantrować gayatri pod nosem, jednak szybko jego, na ogół ukrytą złośliwą spostrzegawczość przykuło kilka wypowiadanych zdań.

[center]"Władze Camarilli zdecydowały o wparciu dla waszej misji... Oczywiście nieoficjalnie"

Czyli o pokierowaniu naszą misją.

"Osobiście wielce boleję nad stratą elizjum, które zniknęło w wyniku tej brutalnej eksplozji."

Horacy co ty pierdolisz?

"Odłóż broń. Mówię do ciebie jako przywódca tej koterii."

Istnienie rządzi się swoimi prawami, jednym z nich jest nierozerwalny, ontologiczny związek formy i funkcji. Niestety Twój umysł, a w szczególności rozumienie potrzeb i motywacji innych oraz zdolność dystansowania się do siebie, nie pozwala Ci spełniać tej funkcji. Jesteś tylko przywódcą tytularnym. Doskonale pasujesz do Camarilli. Nic nie zrobiłaś żeby go zatrzymać, plotłaś od niego o bzdurach, które nie mają dla niego żadnego znaczenia.

"...jesteśmy mu dłużni przetrwanie, a w naszej społeczności dług względem przysługi, szczególnie takiej, zobowiązuje. Wiem, że obce są ci zwyczaje i zasady Zachodu, dlatego łatwo ci nie rozumieć zależności i odpowiedzialności pomiędzy kainitami na tych ziemiach. Słowo Archonta jest tu ważniejsza od kogokolwiek z nas, szczególnie jeśli znajdujemy się w jego przestrzeni."

Nie jesteśmy mu nic winni, już powiedział, że Camarilla chce kierować naszym śledztwem, zrobił to bo taki miał rozkaz. To że Ty poddajesz się prawom Camarilli nie oznacza, że inni im podlegają. Namtar rozumie lepiej zwyczaje zachodu niż Ty bo widzi jakie są naprawdę. Nie chce szukać w nich poczucia bezpieczeństwa i nie daje się przez to zwodzić tą farsą.

"I będą to nasi bracia..."

Jak po lekturze pięciu filarów władzy nadal można postrzegać tak tą społeczność? Jak można być okultystką i nie umieć czytać ze zrozumieniem?

"Nie powiem nic mądrego ani nowego... ale wydaje mi się, że jedynym zwycięzcą tej bitwy na dole jest Hoqax i jego Sabat. Myślę, że nowa fala Sabatu to kwestia kilku nocy."

Już wiem co pierdolisz Horacy, chyba faktycznie jesteś jednak agentem Camarilli. Pomagasz Archontowi pozbyć się naszego ochroniarza, kiedy inni mogli go powstrzymać ty zacząłeś żenić jakieś głodne kawałki bez sensu i bez wartości. Tylko rozpraszasz, jak zawsze.

"Jeśli wrócę ... A wiem, że wrócę."

Nie wiem czemu ale jestem pewien, że to nie będzie Twój koniec demonie z otchłani.

"Ty Idioto."

Przyganiał kocioł garnkowi.

"Darshan, jesteś Mistykiem, Człowiekiem Mądrości, odezwij się czasem do nas i pokieruj bo nie jest łatwo kroczyć bez drogowskazu."[/center]

Skoro więc ktoś zapytał go o zdanie. Schował magicznym kamień, którym bawił się słuchając rozmów krzykliwych, bo konkurujących z rykiem silnika. Postanowił spróbować i powiedzieć jeszcze raz to co mówił już wcześniej. Wtedy nie przyniosło to żadnego skutku ale może teraz? Kiedy uwaga Victorii zwróciła się wreszcie w jego stronę? Miał tylko nadzieję, że to nie desperacja spowodowana zniknięciem obiektu jej dziewczęcych westchnień.

- Jeśli pytasz o drogowskaz, to kilka razy próbowałem już Wam poradzić to co wydawało mi się najprostsze i jednocześnie najskuteczniejsze w danej sytuacji. Powinniśmy skupić się na celu i dążyć do niego poprzez wykorzystanie naszych talentów, tego co w nas najsilniejsze. Unikać zbędnego rozpraszania. Iluzja jest i jest ona źródłem wszelkiego możliwego rozpraszania. Nie należy przed tym uciekać, tylko kierować swoją uwagę do swojego wnętrza. Każdy z nas jest elementem wszechświata, który istnieje dlatego, że jest temu wszechświatowi potrzebny. Pielęgnujcie więc wasze cnoty a światło stwórcy, jakby to zgrabnie w waszym zachodnim żargonie ujął Terry, wzmocni was i staniecie się praktycznie niezniszczalni.

- Tytuły i przysługi na które tak dużo zwracasz uwagi Victorio są jednym z takich rozproszeń, którym z dużą chęcią ulegacie. Dostojnicy Waszej kultury zawsze chowali swoje prawdziwe motywy za tytułami i zaszczytami - a każdy z was patrzył na nie z zazdrością także ukrywanie tych motywów stało się dziecinnie łatwe.

- Uważam, że Namtar lepiej od Was rozumie zwyczaje zachodu, ponieważ bardzo łatwo rozpoznaje obłudę. Nie sądzę, żebyśmy byli winni cokolwiek obecnemu tutaj dostojnikowi Camarilli, tak samo jak nie jesteśmy nic winni Namtarowi. Obaj wykonują rozkazy. My jesteśmy tylko pionkami w grze, którymi wydaje się, że każda strona jest zainteresowana. Nikomu z nich nie chodzi o Ciebie, Terrego czy Horacego ale o wynik tej rozgrywki. Łatwej będzie nami kierować bez naszego ochroniarza. Dwóm osobom z niewielkim trudem udało się właśnie zająć go czymś co według większości skończy się jego ostateczną śmiercią.

- Zwróćcie proszę uwagę na istoty jakie Red Wisdom wybrał do wykonania swej woli. Lasombra, którzy to niezwykle rzadko należą to łaskawej Camarilli, Malkavianin których obłęd czyni w ostatecznym rozrachunku niezależnymi, Nosferatu którego głównym instynktem jest przetrwanie, Ravnosa klan znienawidzony przez wszystkich oraz Assamitę. Postawił bym tezę, że Atrahasis dokonywał wyboru świadomie co może świadczyć o tym jak postrzegał całą społeczność wampirów a w niej także i Camarillę. Nie próbujcie więc na siłę nakładać na siebie na powrót prawa, które testament Atrahasisa nieco uniósł z waszych barków, a tym bardziej proszę nie nakładajcie ich na mnie albo Namtara.

- A co do Twojego ostatniego pytania Victorio, Namtar nie jest sam, ma przecież swój sztylet.
Spoiler!
Tuż po wyskoczeniu Namtara rzucam na Paina koszmarną rzeczywistość. Jeżeli potrzebne są szczegóły to, że właśnie ktoś okradł go z całej krwi i że wpadł w torpor.

Patrzę uważnie na Archonta i jeżeli coś zrobi agresywnego to jemu też robię koszmarną rzeczywistość, że dostał właśnie rakietą i odpadły mu ręce, nogi, oczy itp...
Podobno mam taką ścieżkę jakąś, że mi się siła woli dolicza do rzutów na refleks ale ale obecnie mam 4 więc pewnie i tak mi urwie głowę.

: 01 kwietnia 2016, 21:36
autor: lightstorm
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

Scarface po skoku Namtara parsknął śmiechem, mówiąc:

- Chyba ktoś tutaj założył pas szahida. Cóż, mała strata - krótki żal. I jeden problem z głowy. Dobra, spierdalajmy stąd, ktoś nas może zauważyć.

Belle wtrąciła się:

- Wizzy, oddalamy się. Za duże ryzyko, a przed nami spotkanie u Księcia.

Pilot bez słowa zareagował na polecenie kobiety, zmuszając wyciszoną maszynę do lotu.

Gdy Lasombra wygłaszała swój wywód Scarface nawet przez chwilę nie udawał, że przejmuje się sytuacją. Siedział rozwalony w fotelu i patrzył na wszystkich z lekkim, ironicznym uśmiechem zawodowego aktora. Victoria miała wrażenie, że w pewien sposób bawi go jej irytacja i roztrzęsienie. Jako przedstawiciel klanu Toraedor prezentował pewność siebie bohatera z sensacyjnego filmu. Liderka koterii Reda żadną miarą nie była w stanie przebić się przez aurę zadowolonej z siebie gwiazdy Hollywoodu.

[center]Obrazek[/center]
Wtedy wtrącił się Terry:

- Nie ważne kim jesteś, ni jakimi się cieszysz tytułami. Powinienem cię teraz wyrzucić w ślad za nim, żebyś odkręcił co popsułeś. Właśnie sprawiłeś, że przestałem ci ufać w jakimkolwiek stopniu i uważam, że chcesz zaszkodzić naszej misji.

- Zapominasz kto cię wyciągnął z bajora? Tak krótką pamięć masz, klecho? - Toreador wystrzelił pytaniami zaskakując Malkaviana.

- Gdyby nie ja, albo byś już siedział w piekle pucując kopyta Szatanowi, albo był przesłuchiwany przez ludzi Vitela. W sumie chuj wie co byłoby gorsze - prychnął Degenerat.

- Darujcie mi swoje skomlenie. Widzicie we mnie tego złego... Co? Jak zwykle...! Kurwa... Ale ja jestem sobą i nie muszę udawać kim jestem i co robię! Przed nikim! Kapujecie? A wy potraficie tylko siedzieć przy stole i wskazywać palcem szepcząc: This is the bad guy... Pierdolę was wszystkich. Wykonam tą robotę, bo dałem słowo. Poza tym nie obchodzi mnie co myślicie. Jednak wysadzimy was w bezpiecznym miejscu, a nie na środku pierdolonego pola. Docencie gest, kurwa.

Terry zignorował go, starając się pocieszyć Victorię:

- On wróci, bo dał słowo. Sama powiedziałaś, honor. Honor nie pozwoli mu zginąć.

Archon jednak ponownie wszedł mu w słowo:

- Jasne, jak Schwarzenegger w "Terminatorze". To nie film, to rzeczywistość. Tutaj nie będzie żadnego: I'll be back. To koniec, finito, kapujesz? W tym momencie facet jest już kupką popiołu i może jedynie liczyć na rolę w "Przeminęło z Wiatrem".

Belle wtrąciła się:

- Sracface ma rację. Nie mamy prawa się mieszać. To co dzieje się przed uniwersytetem jest dalece po za naszym wpływem. Nie oczekujemy od was wdzięczności za uratowanie życia. Wysadzimy was na parkingu niedaleko domu Red'a. Dalej powinniście sobie poradzić sami.

Scarface w tym momencie przeniósł wzrok na Horacego. Najwyraźniej nudził się tego wieczoru:

- Mówiłeś wcześniej coś o eksplozji Elizjum, Szczurze. Całkiem przestałem cię słuchać, bo uznałem że próbujesz mi wcisnąć jakiś śmierdzący kit, typowy dla zwierząt futerkowych. Myślisz że nie wiem, że głównie sprzedajecie lewe informacje? Przez twój rodzaj trafiłem do pudła padalcu! Pieprzeni dezinformatorzy... Co ty do mnie pierdolisz? A może Nosferatki miały swoją własną klitkę, którą im coś ujebało. To akurat byłoby zabawne! Ale zaraz... Coś bredziłeś o dziełach sztuki. Jakbyś kurwa umiał odróżnić sztukę od śmietnika w którym mieszkacie - zaśmiał się szyderczo.

- Rustemu łeb utknął w kiblu i teraz ma gówno zamiast mózgu. Jak na ciebie patrzę to myślę, że to rodzinna przypadłość. Aspirujesz do miana artysty? Ja pierdolę! Nie rozśmieszaj mnie. Jesteś typowym prowincjonalnym kanalarzem, który sobie za dużo wyobraża. Nigdy nie będziesz prawdziwym artystą... Zresztą, na chuja ja z tobą gadam?

W tym momencie przerwał mu Darshan, odpowiadając spokojnie na pytanie Victorii. Scarface miał przez chwilę ochotę przerwać Ravnosowi, w końcu jednak przybrał swój zwyczajny, sarkastyczny wyraz twarzy wyciągnął cygaro i zapalił je, czekając na koniec tyrady Mistyka.

- Widzę, że macie tu własny cyrk. Ześwirowany kaznodzieja, tresowany szczur i tani mędrzec z Indii, który kurwa kompletnie nie zna historii kainitów i coś pierdoli naćpany. Widzieliście, że mu się w ogóle oczy nie zamykają? Musiałeś jechać na yeyo. I co, pewnie za dnia spać nie możesz? - roześmiał się. - Kurwa, cieszę się, że zaraz wysiadacie, bo nie wiem czy bym wytrzymał dłużej to przedstawienie.
Scarface emanuję charyzmą godną aktora z Hollywood. Jest pewny siebie i cyniczny, przykry w obyciu. Nie wydaje się wam, żeby się tym przejmował. Jeżeli któreś z postaci oglądały film, będą doskonale wiedzieć jak zachowuje się Tony Montana.
Spoiler!
Test by wpłynąć na Toraedora ST:8 + 2 (za fałszywe informacje) = 10. Wyrzucasz 0 sukcesów. Wygląda na to, że Scarface Cię po prostu nie lubi. Jak każdego z koterii.
Spoiler!
Test czytania aury ST:8
Scarface 2 sukcesy. To na pewno Nieumarły bo aura jest blada. Główny kolor to jasnozielony (nieufność).
Horacy 0 sukcesów. Nie widzisz aury. Może to przez nerwową atmosferę...
Odpisz 1 punkt Siły Woli za użycie Telepatii.
Spoiler!
Test Empatii ST: 8 = 0 sukcesów. Jesteś roztrzęsiona i nie jesteś w stanie rozgryźć tego Toreadora.
Spoiler!
Info na PW. Odpisz sobie 3 punkty Siły Woli.

Dodatkowo otrzymujesz telepatyczną informację od Scarface'a:

- Nie jesteś tak głupi na jakiego wyglądasz. Trzymaj język za zębami i nie powtarzaj tego co powiedziałeś w towarzystwie Kainitów, to może trochę pożyjesz. Ci którzy za dużo widzą lub wiedzą w Charleston... Znikają... Trzymajcie się z daleka od polityki i róbcie swoje.

: 01 kwietnia 2016, 23:28
autor: Suriel
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

Namtar skoczył by bić się z Painem.

Cholera.

Strzał ze snajperki, chybiony lub nie to jedno ale to... Nosferatowi zabrakło przez chwilę słów. Od jakiegoś czasu wszystko się działo jak w jakimś ironicznym filmie. To jakby teściowa spadła z klifu jadąc samochodem. Niestety w samochodzie było kilka lekarstw które musisz jeszcze brać przez tydzień albo będzie z tobą kiepsko. Wiozła je z apteki.

- Naprawdę kiepsko... - powtórzył na głos jakby do siebie. - Przypomnijcie mi o tym jak następnym razem będę chciał jeszcze pocieszać jakiegoś Asamitę - powiedział ciężkim głosem, wpatrzony sztywno w plac boju. Zdziwienie wyraźnie zadrgało w nim wyraźną nutą.

Horacy wyostrzył wzrok. Raz patrzył na Paina a za chwilę przeszukiwał wzrokiem pobojowisko szukając tego drugiego.

Obaj byli w pewien sposób zagrożeniem dla jego miasta. Horacemu byłoby wszystko jedno który wygra kiedy się zetrą. Barbarzyńca z Camarilli czy psychopata Asamitów, wybór zły i gorszy. W zależności od tego jak się na to spojrzy. Tyle że teraz czas był bardzo nie sprzyjający. Gdyby się to stało po zrealizowaniu woli Starego, albo chociaż na finał. A tak brak Namtara i to przed odwiedzinami dwóch najgorszych miejsc jakie mieli do zwiedzenia: miasta Sabatu oraz wybiegu dla Lupinów.

Namtar był niestety bronią obosieczną. Trochę przypominał Horacemu lufę rewolweru przystawioną do skroni przez własnego przyjaciela. Co prawda strzela ona właściwie tylko dookoła i z rzadka, nim rozchlapie komuś głowę, daje potencjalnej ofierze do zrozumienia, że kurek już jest ociągnięty. Że jesteś gościu już tylko o krok, o tyci kroczek... Ale jednak nadal była to przystawiona broń. Mignęło mu wspomnienie nieodległej rozmowy.

"...ale ciekawe co zrobisz jak w ekipie zacznie się dezercja? To co wasz czeka w Charleston nie jest tym, co chcielibyście oglądać.

Namtar uśmiechnął się w odpowiedzi w sposób który nie pozostawiał złudzeń.

- No to ktoś wpakował was w niezły kanał... - skwitował Archont, spoglądając na lśniące w półmroku kły Mordercy..."

Jeśli Archont chciał zasiać ziarno niechęci do Reda to mu się udało. Horacy bardzo sobie cenił do tej pory postać starca ale sytuacja w jakiej go postawił była co najmniej mało elegancka. Nawet się nie postarał, żeby to mocniej przed nimi ukryć. Dać jakąś iluzję wolności. Swoją drogą co jeszcze mogło być zatem w kontrakcie o czym nie wiedzieli? Horacy poczuł jak wielki szacunek, do Reda zastępuje chłodny obowiązek wykonania kontraktu. Nie wiedział tylko co było tego przyczyną. Czy to, że Red okazał się taki zwyczajny, jak większość. Czy może coś innego.

Krótko mówiąc, teściowej należałoby się jakoś dyskretnie pozbyć z miasta i możliwie na stałe ale jeszcze nie teraz. Westchnął orientując się nagle, że gdzieś przepadł mu fragment z żali jakie wylewała nań Victoria.

W sumie Świetnie odegrałaś podkreślenie faktu, że Namtar się zrywa i działa wbrew woli koterii ale do cholery miejmy do siebie nieco szacunku. Chcesz kogoś nabrać na krokodyle łzy, że ci szkoda. I to może mnie starego szczura?* - pomyślał spoglądając na nią.

- Ekhem, cóż... źle się stało ale teraz już nie da mu się pomóc - wzruszył ramionami jakby mówił o jesiennej mżawce. - Więc może skończycie oboje melodramatyzować i załamywać ręcę. Merde, czasami się zachowujecie jakbyście mieli po lat dwadzieścia a nie po dwieście. Skąd Red was wytrzasnął - pokręcił głową z niedowierzaniem. - Ja tam w niego wierzę, to maszyna do zabijania dla niego zejść w ten wir walki to jak dla kogoś zjeść bułkę. Albo jak dla kogoś wyspowiadać kolejnego grzesznika. Jest dorosłym zabójcą a nie dzieckiem z kozikiem w dłoni a skoro podjął decyzję by zejść tam i zabić to ma plan który wykona. Nic nie możemy zrobić, tylko się przyglądać i ewentualnie modlić. - zakończył spoglądając przeciągle na Terego.

Horacy przez chwilę się zastanawiał czy przypadkiem nie puścić też myśli wprost w głowę mistykowi ale uznał, że się brzydzi zapuszczać w te poschizowane rejony skryte pod czaszką wschodniego mistyka.

Bleee.... - na samą myśl o tym targnął nim dreszcz obrzydzenia, jak wtedy w kanałach kiedy mu przypadkiem...

- Wizzy obróć chociaż jakoś helikopter! Tak żebyśmy dobrze wszystko widzieli choćby z daleka, a będzie co oglądać - rzucił spoglądając na moment z przekąsem na Archonta. Wizzy jednak nie zareagował nie doczekawszy się ostatecznie zgody na manewr, helikopter zaczął się oddalać.

Zaraz się przejedziesz chłopcze, bo nawet nie wiesz na ile stać Żywą Ciemność.

Powrócił szybko wzrokiem do sondowania terenu pobojowiska, spoglądając na Paina i okolicę w której walczył. Wyostrzył przy tym tak nieludzko wzrok, że wydawało mu się że widzi drobiny kurzu wirujące w powietrzu tam na dole. Wniknął w atmosferę pobojowiska tak, że niemal czuł drobiny wirującego pyłu zmieszane z mgiełką z krwi. W tym szybko oddalającym się świecie destrukcji było coś jeszcze. Szał.
Spoiler!
*Poproszę o rzut na empatię, czy ona gra czy naprawdę jest taka naiwna.
- Mówiłem o zniszczeniach w Nyctofilli ale skoro potrafisz ocenić moje dzieła nie widząc ich to dalsze pogaduchy sensu ni* mają! - rzucił lekko oburzony. - Mógłbyś się zdobyć na odrobinę szacunku dla kogoś kto cię nie obraża Archonie. Wówczas mógłbym się zrewanżować tym samym. Bo jak na razie jedzie mi tu poziomem dyskusji Giovanich, na których wdepnąłem wczoraj pod elizjum...

* (sic.)

: 02 kwietnia 2016, 13:21
autor: lightstorm
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

Po słowach Horacego Scarface odwrócił głowę w stronę okna.

- Widzę wyraźnie, że Nyctofilia stoi nadal. I nie wyjebało jej w powietrze - powiedział wskazując palcem na punkt za szybą. Istotnie, w oddali majaczył kształt budynku Elizjum, widoczny świetnie nawet mimo dymu i odległości. Archon więc odwrócił się w stronę Horacego i kontynuował:

- I z tego co wiem, dalej rezyduje tam Lizelotta Viger z którą jestem w stałym kontakcie. Sugerujesz, że Primogen kłamie parszywa mendo? Kim ty do kurwy nędzy w ogóle jesteś, by podnosić na mnie głos?! Myślisz, że jesteś na pozycji w której możesz mi mówić co mam robić?! Prowokujesz mnie padalcu? Ja zawsze mówię prawdę... Nawet kiedy kłamię! - Scarface nie ukrywał gniewu gestykulując rękoma.

- Porównałeś mnie do Giovannich wiedząc, że dowiozę was bezpiecznie do celu... - ton głosu nieco zmienił się. Był jak stalowy nóż rozdzierający przestrzeń.

- Jak tylko twoja stopa stanie na ziemi będę zwolniony z obowiązku. Wtedy dokończymy rozmowę, bo jak sam wcześniej zauważyłeś, dalsza dyskusja z tobą byłaby kaleczeniem sztuki prowadzenia dialogu.

Rzucił do pozostałych członków koterii:

- A wam radzę nie wtrącać się w męskie sprawy, bo może się zrobić cholernie nieprzyjemnie.
Dla obserwujących rozmowę:
Scarface właśnie skutecznie zastraszył Horacego.
Spoiler!
Scarface używa Zastraszania:
Dla niego ST to Twoja aktualna Siła Woli. Twój ST to jego Charyzma + Zastraszanie. Oboje rzucacie kośćmi. Kto wyrzuci więcej sukcesów ten wygrywa. Z racji, że Horacy ma więcej Siły Woli niż Charyzmy + Zastraszanie, rzucałem pulą z Siły Woli.
Scarface: 7 sukcesów.
Horacy: 4 sukcesy.

Scarface wygrywa 3 sukcesami. Horacy powinien być przerażony słowami Archona.

Test Empatii ST:6 = 3 sukcesy. Victoria poważnie i szczerze przejmuje się losem Namtara. Jesteś prawie pewien, że Lasombra zachowuje ludzkie emocje, takie jak naturalna wdzięczność za uratowanie życia. Docenia fakt, że Assamita wielokrotnie ratował życie członkom koterii swoim kosztem, nie licząc się z własną osobą, a to więcej niż zrobiłby jakikolwiek zwykły najemnik. Podejrzewasz, że Victoria uznaje że bez Assamity nie pożyjecie długo. Zdajesz sobie także sprawę, że Twojej poprzednie wypowiedzi na temat Namtara nie zaskarbią Ci przychylności lidera koterii.

: 02 kwietnia 2016, 13:43
autor: Suriel
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

- Ale jak to? - zapytał Nosfertau z wyraźnym przerażeniem w głosie - Przecież to nie ja ci groziłem, że cię wyrzucę?! -Nyctofilia... w Nyctofili była przecież bomba sam ją widziałem, i... i musiała być druga skoro zwaliła się cześć korytarza, przysięgam*!

Przez ułamki sekundy rozglądał się gorączkowo po pozostałych. Błysnęły ich aury. Terremu było przykro. Aura skoncentrowanego mistyka nawet nie drgnęła jakby sprawy ludzkie już go nie dotyczyły. Natomiast aura Scareface'a płonęła chorą satysfakcją. I niechęcią.

I to przeraziło Horacego w Archoncie najbardziej.

Spoglądał na mijane miasto gdzie wskazał Archont, na ledwie widoczny budynek Nyctofilli** i przełknął ślinę z nerwów dostrzegając budynek.

Co ja narobiłem, mój niewyparzony chamski dziób, znowu mnie...Mój boże, jak się rozniesie, że koteria Atra-Hasisa tak obraża Archontów, to tym razem oni ich wszystkich... i mojego Otta...Co on mi zamierza zrobić.

Gorączkowo myślał jak to wszystko szybko naprawić. Zbyt mocno w głowie brzęczał mu jednak pojedynek w iście westernowym stylu, w jakim to urażeni przyjezdni zwykli ostatnio rozwiązywać problemy, i to pod tutejszymi elizjami. Horacy nie czuł się rewolwerowcem z dzikiego zachodu. Zupełnie. Nawet broni nie potrafił obsługiwać. Czuł się za to ojcem z mnóstwem innych problemów na głowie. Takich tam zwykłych problemów rozpoczynających się od opieki nad upośledzonym synem a na nie normalnym stworzycielu kończąc.

I teraz jeszcze to.

- Przepraszam nie chciałem, naprawdę ja... - powiedział błagalnie, prawie skamląco. Jeszcze się łudził ale poznał klan Toreadorów i z tej strony. Aura Sacareface'a nawet nie drgnęła, upewniając go co do tej kwestii. Przełknął ślinę.

- Kiedy wylądujemy, ty... ty mnie tam na dole zab... - urwał w połowie przerażony tym czego nie wypowiedział. Rzucił okiem na Victorię szukając ratunku ale dojrzał tam tylko chłodną satysfakcję. Zapewne za tą całą sytuację z jej ulubieńcem Namtarem, za którą to przed chwilą go obarczyła.

Patrząc jej wciąż w oczy runął z helikoptera w otchłań.

https://www.youtube.com/watch?v=ut6jKQvQ8Yk
Spoiler!
* Przypominam, że Horacy nie wie co naprawdę było przyczyną zawalenie się sufitu, druga bomba wydaje się najbardziej oczywista.

** Obserwuję mijane budynki kiedy któryś dach z dachówek czy jakiś i inny obiekt jest bliżej helikoptera, wówczas...

Palę krew na Wytrzymałość do 6 kropki. Mam nadzieję, że będzie to mniej niż 30 metrów albo jakiś basen.
Poproszę też o test performancu by zrobić odpowiednio dramatyczne wyjście, bo to może być ostatnia scena Horacego, a każdy artysta jak wiadomo lubi zrobić wrażenie. Choćby na koniec, kiedy opada kurtyna.
Aha, wypadając znikam (5 kropka).

: 02 kwietnia 2016, 19:51
autor: lightstorm
WV Charlestone, w helikopterze, 11.08.1993

Archont nie miał zamiaru dłużej rozmawiać z Horacym, lecz kolejna wypowiedź Szczura zdecydowanie sprawiła, że Scarface zmienił zdanie.

- Widziałeś tam bombę?!? - zapytał z nagła. - Zgaduję że wszyscy o tym wiedzieliście i kurwa nie raczyliście poinformować o tym nikogo z władz Camarilli. Się kurwa jasno pytam: Czy to zgłosiliście!? Jak ktoś zamierza tłumaczyć się, że telefony nie działają to niech pierdolnie sobie sam pięścią w ryj i zrobi mi przysługę.

- Wiedziałem by wam nie ufać! Twoje pierdolenie o bombie ma teraz sens. Była plota, że tydzień temu ekipa remontowo - budowalna naruszyła stalową konstrukcję w murach Nyctofilli. Coś mi się wydaje, że Karl po nitce do kłębka w końcu dotrze i do was. A wtedy wyciśnie z was prawdę! I wiecie co? Chuj wam na grób, skoro jebiecie po rogach Camarillę. Możecie sobie już kupić urny, kurwa!

Po tych słowach Horacy zaczął coś mamrotać pod nosem, po czym poderwał się z fotela i rzucił w kierunku wyjścia z helikoptera. Archon jednak okazał się o wiele szybszy. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu czekał na fałszywy ruch Szczura. Wszystko zaczęło dziać się błyskawicznie. Scarface wyciągnął zza marynarki kołek, po czym bez problemu złapał Horacego za ramię i obrócił go wciągając do środka. W tym momencie postać Horacego zmieniła się rozmytą zjawę. Scarface nie czekał długo i wbił kołek prosto w serce Nosferatu.

- Chciałeś zagrać ostro, to pograłeś. Teraz kurwa wiem, że jesteś szpiegiem synalku upadłego Primogena - powiedział spokojnie.

Archon podniósł głowę i spojrzał na pozostałych dając im do zrozumienia, że kolejny fałszywy ruch i dołączą do Horacego.

Belle siedząca w kabinie pilota odwróciła się i wyjęła pistolet.

- Uspokójcie się. W obecnej chwili Horacy jest aresztowany z uwagi na podejrzenie o szpiegostwo. Zabierzemy go do Democritusa, który wyjaśni tą sprawę. Jako jego porucznik dokładnie opiszę całe zajście. Mam doskonałą pamięć do dialogów.
Spoiler!
Runda I:
Inicjatywa:
Scarface: 5 sukcesów
Horacy: 3 sukcesy

Scarface odpala Akcelerację.
1 akcja dopada Horacego
2 akcja wyjmuje kołek
3 akcja łapie go za ramię
Test Bójki ST:7 = 5 sukcesów. Bez problemu łapie Horacego za ramię.
4 akcja obraca Horacego o 180 stopni
5 akcja wciąga go do środka helikoptera

Horacy w swojej akcji chciał wyskoczyć z helikoptera, ale ubiegł go Scarface.
Sporny Test Siły:
Horacy: 1 (Siła) + 4 Potencja + 1 (paznokieć) kontra 4 (Siła) + 3 (Potencja).
Torador osiąga przewagę 1 sukcesu. Horacemu nie udaje się wyrwać.

Runda II
Inicjatywa:
Scarface: 5 sukcesów
Horacy: 5 sukcesów

Horacy używa Zniknięcia:
ST:8 + 2(za trzymanie za ramię) = 10. Horacy wyrzuca 3 sukcesy (wliczone bonusy za paznokieć) i zmienia się w rozmazaną zjawę.

Toreador wbija Horacemu kołek w serce:
Test Walki Wręcz ST:9 = 3 sukcesy. Obrażenia 3 + 1 (kołek) + 3 (Potencja) + 2 (Siła) = 9 obrażeń.
Wyparowanie Horacego: 9 - 4 = 5 obrażeń. Kołek unieruchamia Nosferatu.
Spoiler!
Odpisz 2 PK za podniesioną Wytrzymałość. Uwzględniłem ją w testach.
Bombę widziałeś jak chował Ravnos do torby. Była w szachcie. Odnośnie zawalonego korytarza to informacje na ten temat są tylko od Assamity, który opowiada o tym w poście nr #800.

: 03 kwietnia 2016, 02:16
autor: Zin-Carla
WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993

Lasombra wysłuchała swoich towarzyszy, wciąż drżąc jak wystraszone zwierze. Stała bez ruchu z założonymi na piersiach rękoma i obserwowała z trwogą rozwój sytuacji. Jeśli Scareface wyciągnąłby teraz gnata, kołek, cokolwiek, są zgubieni. Wiedziała, że osobnik przed nią ma zdolność przyśpieszania swoich ruchów do granic, gdzie oni zobaczyliby tylko rozmycie. Assamita był w dole i nikt nie mógł ich teraz uchronić. Była też zbyt roztrzęsiona, by rozgryźć Toreadora. Za nic w świecie nie była w stanie dostrzec jego aury czy emocji.

- On wróci, bo dał słowo. Sama powiedziałaś, honor. Honor nie pozwoli mu zginąć - Powiedział Terry, próbując ją uspokoić. Wierzyła mu. Nawet kolejna prowokacja zadowolonego z siebie gwiazdora nie zdołała przebić tego uczucia. Z jakiegoś powody słowa Świrowatego Ojczulka zawsze przynosiły jej ulgę. Leczyły takim dziwnym, wibrującym harmonijnie światłem. Bynajmniej nie było to światło jego boga, w którego Lasombra i tak nie wierzyła. To było raczej coś, co emitowało z samego Malkavianina.

Słowa Darshana wprawiły ja w milczącą zadumę. Wiedziała, że jest w nich dużo prawdy, ale części ciężko było jej świadomie zaakceptować. Wiedziała w środku jak jest z Camarilla, jednak potrzebowała swojego mitu bezpiecznej przystani. Tak wiele wycierpiała... Czasamii jednak prawda krzyczała jej w twarz i nie dała się tak łatwo zignorować nie zależnie, jak bardzo Lasombra się o to starała. Jeszcze wróci do tych rozmyślań. Przemyśli jeszcze raz, co powiedział mistyk. Ale nie teraz. Teraz nie była w stanie skupić się na niczym. Bała się. Wiedziała, że nie ma środków, by obronić koterię, jeśli okaże się, że są w potrzasku. Czuła się w końcu za nich odpowiedzialna.

Trzeba było przyznać, że Toreador robił przygniatające wrażenie. Ona sam zawsze dobrze czuła się w kwestach społecznych. Ale on był... był po prostu mistrzem. Jego charyzma sprawiała, że nie była w stanie odpowiedzieć nic błyskotliwego na jego zjadliwe komentarze. Emanował siłą charakteru, pewnością siebie, samozadowoleniem i...pogardą. Pogarda wylewała się z każdego jego słowa. Viktoria nie była pewna jak poradzić sobie z tak silną osobowością. Lustrowała go z niekłamanym podziwem, choć wiedziała, że jego osoba może przynieść im zgubę.

Zaczęła przysłuchiwać się uważniej rozmowie Horacego z Archonem w momencie, gdy padło słowo bomba...

- W Nyctofili była przecież bomba sam ją widziałem, i... i musiała być druga, skoro zwaliła się cześć korytarza, przysięgam.

- Widziałeś tam bombę?! Zgaduję, że wszyscy o tym wiedzieliście i kurwa nie raczyliście poinformować o tym nikogo z władz Camarilli...

O czym ty mówisz Horacy na wszystkich Bogów? - Pomyślała Viktoria. Wprawdzie nie było jej wtedy w Elizjum, ale przecież wiedziała, dlaczego zawalił się korytarz. I to nie była bomba.- Dlaczego kłamie Archontowi? Tak prosto w twarz? I stawia w tak niekomfortowej sytuacji całą drużynę? - Rzuciła mu pełne niekłamanego zdziwienia spojrzenie. - I ta wcześniejsza sugestia o Giovannich. Co on kombinuje? Przecież widzieliśmy, jak Włosi go ścigają. Co on chce osiągnąć przez naskakiwanie tak ważnej osobie w Camarilli? Może i mamy trochę dodatkowych praw ze względu na Wolę Reda, ale... lepiej by Minerva obdarzyła go swą mądrością jak z tego mądrze wybrnąć.

Nie miała zamiaru się wtrącać do tej konwersacji, lecz z coraz większym niepokojem obserwowała eskalacje konfliktu, a kolejne wpadki słowne Nosferatu wprawiły ją w trwożną zadumę nad ich celem... Nie mogła zrozumieć, czemu tak bezdusznie obszedł się z sytuacją, w której znalazł się ich ochroniarz, odsłaniając ich na wrogie ataki. I na dodatek chciał jeszcze oglądać jego zgubę jak jakieś tanie widowisko. Teraz pyszczył do agenta Justycji. Przecież nie miał pozycji i wpływów, by się z tego wybronić. Co on kombinował?

Zza jej pleców dobiegł ją czyjś gorączkowy szept. Słyszała go już wcześniej, ale zignorowała zupełnie. Teraz jednak doszły do niego ciche jęki i poszlochiwania, przerwane urwanymi przekleństwami. Odwróciła się w stronę źródła dźwięków i zauważyła wpijającego blade palce w fotel Lucasa.

Na bogów, zupełnie o nim zapomniała. Lucas zlany był potem, a jego oczy były rozszerzone jak u kogoś w głębokim stanie psychozy. Jego szepty były spazmatyczne, pełne paranoi i przerażenia. Podeszła bliżej by posłuchać co się z nim dzieje. Wojna w Wietnamie odcisnęła na umyśle człowieka nie małe piętno, ale nigdy niewidziana Lucasa aż w takim stanie. Wiedziała, że przed oczami jak filmowe stop klatki stawały mu czasem obrazy rozszarpanych ciał, twarze zabitych żołnierzy, eksplozje samochodów rozrywanych przez bomby-pułapki. W uszach dźwięczy huk moździerzy. Nawet zwykłe czynności-jazda autobusem, zatłoczona winda czy film w telewizorze-mogły przywołać paraliżujące uczucie strachu. To jednak było co innego. Szeptał bez ładu słowa pomieszane ze wspomnieniami wojny i tego, co działo się tu teraz, w helikopterze. Eskalacja konfliktu i zawartych w nim emocji przeorały ghulowi mózg. Przecież już, gdy wsiadał do helikoptera, majaczył coś od rzeczy...

-...Podpułkownik Kenneth... Słabo mi, potrzebuje krwi .... Oni wszyscy nie żyją... Gdzie lecimy?... Viktorio gdzie lecimy? ... Kurwa, to Żółtki, tam na dole biją naszych... Kapitanie musimy im pomóc... Kapitanie to ty? Kim jesteś ... Boże on ma kołek... Wszyscy zginiemy!... Te skośne Żótki nas zajebią w tej kupie latającego złomu!... - Rzucił się do wyjścia z helikoptera, lecz Viktoria złapała go szybkim ruchem i rozkazała* zostać na miejscu. Podeszła do Terrego i powiedziała szeptem do jego ucha:

- Ojcze, jeśli masz w sobie współczucie dla cierpiących, proszę, pomóż mu - wskazała Lukasa - ukoj jego zmęczony umysł, wiem że potrafisz - Spojrzała się błagalnie na Terrego.

Wtem wszystko stało się tak nagle, Horacy próbował wyskoczyć patrząc się przeszywająco na Viktorie, Scareface go złapał i przebił kołkiem. Było to dla niej jak mgnienie oka.

- Chciałeś zagrać ostro, to pograłeś. Teraz kurwa wiem, że jesteś szpiegiem synalku upadłego Primogena - powiedział spokojnie.

Horacy? Szpiegiem? Czy to możliwe? Na Nyks i wszystkie jej dzieci - Pomyślała - Co tu się dzieje!?


Nie mogła pozwolić by Książę czy ktokolwiek położył ręce na Szczurze. Znał za dużo szczegółów śledztwa. Za dużo mógłby wyjawić. Rzeczy, których inni nie powinni wiedzieć. I jeśli rzeczywiście był szpiegiem to był nim w stosunku do misji nie do Camarilli. Jeśli ktoś podstawił szpiega koterii, to znaczy, że...

Szalony pomysł przyszedł jej do głowy, ale to jedyne,o czym mogła pomyśleć, by wpłynąć na Toreadora... Aktor tak? Może więc doceni gest.

- Widzę, że nie zawdzięczamy ci tylko uratowania życia, ale i zdemaskowania szpiega, sabotującego wykonanie woli Mędrca w Czerwieni** - Powiedziała Lasombra miękkim głosem zbliżając się o kilka kroków do Scareface'a, kołysząc lekko biodrami. Jej włosy prawie już suche, lecz wciąż w romantycznym nieładzie rozbijały się w czarne fale dookoła jej białych ramion. Kilka wciąż jeszcze mokrych czarnych kosmyków przyklejało się do ciała. Oczy świeciły niebywałym urokiem, były głębokie jak dwa jeziora albo lustra, które były w stanie pochwycić i uwięzić dusze niemal każdego mężczyzny. Nawet nieśmiertelnego. Lekki zapach czarnego opium, ulubionych perfum Lasombry, zagęszczał dookoła niej powietrze, czyniąc je ciemnym, zmysłowym, orientalnym a przez to pełnym tajemnic. Czary gorset podkreślał jej biust i talię, a przyciągająca wzrok brosza Ventrue ozdabiała czarną marynarkę. Uśmiechnęła się do Scareface'a kładąc mu delikatnie smukłą dłoń na ramieniu.

- Jego ewidentne kłamstwo na temat Elizjum postawiło nas w bardzo niezręcznej sytuacji - Powiedziała smutno. - Wiem, dlaczego zawalił się korytarz. Gdy nasza koteria przyszła nieść pomoc znajdującym się tam członkom Camarilli, Assamita walcząc z Christianem Pain'em naruszyli konstrukcje budynku. Jak mniemam, możesz sobie wyobrazić, jaką destrukcje jest w stanie zasiać ta dwójka... Na szczęście koterii udało się, jak zapewne wiesz, ocalić kilka istnień.- Odgarnęła kokieteryjnie kosmyk, który opadł jej na czoło i zahaczył się o długie czarne rzęsy, okalające jej oczy. - Nie widziałam żadnej bomby.- Zmarszczyła brwi jakby starała się sobie coś przypomnieć.***

- Jesteśmy wdzięczni za twą pomoc. To była szybka akcja, dziękuje Ci, że zakołkowałeś Szczura. Sami nie dalibyśmy rady... - Spojrzała na niego kusząco, trochę dłużej niż przystało, wytrzymując jego spojrzenie.- Nie możemy jednak oddać Horacego... Zbyt dużo wie na temat śledztwa - Powiedziała zmartwionym głosem - A sprawy te są tylko w naszej kwestii . Jak powiedział Darshan, testament Atrahasisa daje nam większe prawo niezależności w każdej kwestii związanej bezpośrednio z zagadką śmierci starca. Jeśli Horacy jest szpiegiem, a jest w koterii Reda... sam rozumiesz. Pytaniem jest, dla kogo szpieguje i oczywiście myślę, że szpieguje nas, a nie bezpośrednio Camarille. Ktoś bardzo chce, żeby nam się nie udało. Jeśli Horacy jest szpiegiem, musimy o tym dowiedzieć się najpierw i pierwsi go przesłuchać. Jeżeli okaże się nielojalny względem Camarilli oddamy go oczywiście od razu w Twoje ręce, by postąpić z nim zgodnie z obowiązującą literą prawa. Będzie to dla nas ulga, jako że nie naszym zadaniem jest rozprawiać się ze zdrajcą... Nie mamy też na to czasu, gdyż nasze umysły troskają ważniejsze kwestie, niż jakiś nędzny szczur...Oczywiście rozumiesz? - Dodała wciąż powłócząc romantycznie rzęsami. Każdy jej ruch uwalniał nutkę ciężkiego opium o sennym zapachu orientu. Piękne, duże oczy wpatrywały się zadziornie i zalotnie w Torreadora, a wydatna linia wysoko podniesionego przez gorset biustu rościła sobie zazdrośnie prawa do wyłącznego monopolu na uwagę Scareface'a.
Spoiler!
*Viktoria używa dyscypliny dominacji, żebu usadzić Lucasa na miejsce, ** Viktoria używa uwodzenia z 3 i zalety Enhanced voice. Mam tez brosze Ventrue na widoku. Chce uwieść Scareface by przestał mieć do nas negatywny stosunek i osłabić jego chęć zabrania Horacego etc. *** Viktoria wie o bombie, którą spakował Ravnos, ale nie jest kłamstwem, że jej nie widziała i myśli tylko o tym, by w razie jeśli ktoś skanuje jej myśli, nie było tam żadnej nieprawdy.

: 03 kwietnia 2016, 22:01
autor: lightstorm
WV Charlestone, Przed Uniwersytetem Charleston, Starcie Ruchu Anarchistycznego z Camarillą 11.08.1993

Namtar wyskoczył z helikoptera spadając wprost w wir walki. Gdy tylko znalazł się w powietrzu jego ciało zmieniło się w poszarpaną cienistą plamę, która w ułamek sekundy później znalazła się na powierzchni ulicy. Walka trwała w najlepsze przybierając coraz bardziej brutalną formę. Jakaś kobieta z zielonym irokezem właśnie złapała się za brzuch, gdy została trafiona serią z UZI, którego trzymał w ręku facet w czarnym garniturze. Krew trysnęła na jezdnię dołączając do głównej rzeki, która kończyła się na kratkach ściekowych. Assamita nie czekał, sunąc po ziemi, ruszył od razu w stronę Christiana.

Większość Anarchistów była owładnięta szałem, który skutecznie podtrzymywał wolę walki. Wielu z nich otrzymało tak poważne rany, że niemożliwym było aby mogli dalej czynnie walczyć. A jednak, Brujah się nie poddawali, nikt nie zważał na nadchodzącą Ostateczną Śmierć. Umierali tylko wtedy, gdy zostawali całkowicie unieszkodliwieni. To zaskoczyło Justycjariusza i jego Archonów, ale nie było czymś co mogło przechylić szalę zwycięstwa. Sprawiło, że walka trwała dłużej i stała się totalnym zezwierzęceniem Kainitów.

Pain krzyczał cały czas uderzając zakrwawioną pięścią każdego kto odważył się stanąć mu na drodze. Był niczym Bóg Wojny, który kpił z każdego przeciwnika, powalając go na ziemię jednym ciosem.

- Giń szmaciarzu! Poznaj moją zemstę! - wrzeszczał atakując jakiegoś Ventrue z długim nożem w ręku.

- Stój! - Ventrue wydał rozkaz, lecz moc Dominacji okazała się nieskuteczna.

- Zatrzymam się, gdy was wszystkich zabiję, kłamliwa Camarillska pizdo!

Wystarczyło jedno celne uderzenie, aby kawał mięsa oderwał się od kości przeciwnika spalając się w powietrzu zanim zdążył upaść na drogę. Wszyscy klękali przed Anarchistą skręcając się w bólui nie mogąc nic zrobić. Brujah deptał po ciałach wrogów, miażdżąc ich kości swoimi okutymi metalem, olbrzymimi butami.

I wtedy nagle Christian z niewiadomych przyczyn zamknął oczy i przewrócił się. Walczący obok pozostali Anarchiści z niedowierzaniem patrzyli na leżące na ulicy ciało swojego lidera.

- Zabierzcie go stąd! - krzyknął jakiś punk z tłumu.

Ci którzy aktualnie nie mieli żadnych oponentów obok siebie rzucili się na ratunek Christianowi. Cztery osoby podniosły nieprzytomnego Brujaha i zaczęły torować sobie przejście, by wydostać się z tej jatki. Nie przeszli zbyt daleko, gdy na ich drodze stanęła dwudziestoletnia dziewczyna ubrana w strój kowboja.

Namtar praktycznie w tym samym momencie dotarł na ma miejsce, gdzie Anarchiści spotkali się z Archonem. Ujrzał kobietę trzymającą dwa srebrne pistolety w dłoniach. Ich lufy skierowane były w pierwszą dwójkę, która trzymała na ramieniu ciało Christiana.

- Zabieram go ze sobą, czy tego chcecie czy nie - słowa wypowiedziane przez Archona miękkim głosem wydawały się być żartem w obecnej sytuacji.

Namtar spostrzegł, że wyryte napisy miast na platynowych tabliczkach, przypiętych łańcuchami do pasa Christiana, delikatnie świecą. Czekał na odpowiedni monet do ataku, zwinięty niczym czarna kobra, gotowy by zadać śmiertelny cios. I wtedy w plątaninie nóg walczących zobaczył kątem oka, jak pokrywa od studzienki niecałe sześć metrów dalej podnosi, się ukazując znajomą twarz. Był to brat z klanu, Al-Ain znany przez społeczeństwo Kainitów jako Gabriel Chavez. Black Hand! Impreza się rozkręca! - pomyślał Morderca.

Karl Schrekt:
[center]Obrazek[/center]
Spoiler!
Namtar podnosił Siłę o 3 i Wytrzymałość o 1. Pali 4 Punkty Krwi. Przez trzy rundy przelogowując w serce Christiana, co daje -3 do ST przy pierwszym ciosie. Aktywuje moc w sztylecie (traci 1 Punkt Krwi).

Runda I:

Inicjatywa:
Namtar: 7 sukcesów
Archon: 5 sukcesów
Anarchiści: 4 sukcesy

Namtar odpala Akcelerację. Traci 1 Punkt Krwi.
1 akcja: Materializacja.
2 akacja: Atak w serce ST:3 = 9 sukcesów (w tym 1 za wydany Punkt Siły Woli). Obrażenia: 9 + 3 (Siła) + 3 (Potencja) + 1 (sztylet) + 3 serce - 12 (Wyparowanie obrażeń) - 2 (Pancerz) = 5 obrażeń.
3 akacja: Atak ST:4 = 10 sukcesów. Obrażenia: 10 + 3 (Siła) + 3 (Potencja) + 1 (sztylet) - 15 (Wyparowanie obrażeń) - 2 (Pancerz) = 0 obrażeń.
4 akacja: Assamita przerzuca broń do drugiej ręki.
5 akacja: Namtar wyrywa Christanowi serce z piersi: Atak ST:5 = 4 sukcesy. Obrażenia: 4 + 5 (Siła) + 3 (Potencja) + 3 (serce) - 1 (Wyparowanie obrażeń) = 14 obrażenia.

Christian Pain umiera.

Archon strzela do Anarchistów i zabija na miejscu 2. Pozostałych dwóch jest bardzo poważnie zranionych.

Anarchiści leczą rany krwią.

Runda II:

Inicjatywa:

Namtar: 8 sukcesów
Archon: 5 sukcesów
Anarchiści: 1 sukces

Namtar pożera serce Christiana wysysając 1 PK.

Archon koncertuje się na przekazanie telepatycznej informacji.

Anarchiści wpadają w szał i rzucają się na Achrona, który strzela do nich na końcu rundy i zabija ich na miejscu.

Runda III:

Anarchiści zdecydowanie przegrywają. Ponad połowa Anarchistów jest martwa. Pozostali walczą z Archonami. W tle czai się grupa z Black Handu, która szykuje się do ataku na Archonów Camarilli.

Inicjatywa:

Karl Schrekt: 7 sukcesów
Archon: 5 sukcesów
Namtar:5 sukcesów
Anarchiści: 1 sukces

Karl używa Telekinezy i wyrzuca Namtara w powietrze, by spadł bliżej Justcjariusza. Sporny test Siły Woli ST:6:
Karl: 5 sukcesów
Namtar: 4 sukcesy

Assamita zdaje test Percepcji (ST: 6 = 4 sukcesy) i widzi jak grupa wojowników z Black Handu zbliża się do Archonów z Camarilli. Namtar upada na ulicę, zdając test na utrzymanie równowagi (Test Akrobaryki ST: 7 -2 (zaleta) = 5. Wypada 10 sukcesów!!! Trzy salta i perfekcyjne zejście na ulicę. Odpala Akcelerację i zmienia się w cień.

W kolejnych rundach Namrar próbuje uciec przed Karlem. Dwójka używa Akceleracji, tak więc szybko oddalają się z pola walki.

Justycjariusz używa Pokusy Płomieni, by zmusić Namtara do przyjęcia fizycznej formy.
Test Odporności ST:9 = 2 sukcesy = 1 Obrażenie Prawdziwe. Test Odwagi ST:8 = 3 sukcesy. Opanowuje strach przed ogniem.
Namtar Unika ognia ST:7 = 6 sukcesów. Udaje mu się ominąć kulę ognia, ale otrzymuje 1 Prawdziwe Obrażenie (wada Dyscypliny Ultimate Darkness).

W lesie:

Test Krycia się Namtara ST:6 = 6 sukcesów.
Karl szuka celu ST: 8 = 8 sukcesów.

Karl strzela z kuszy ST:9 = 3 sukcesy.
Namtar Unika ST:6 = 5 sukcesów.

Karl kolejny raz używa Pokusy Płomieni.
Namtara obejmują płomienie. Test Odporności ST:9 = 2 sukcesy + 2 Pancerz Ognioodporny. Test Odwagi ST:8 = 3 sukcesy. Opanowuje strach przed ogniem. Namtar otrzymuje 0 obrażeń i biegnie dalej.

Ostania runda:

Namtar używa Echa Nirvany 1 = 2 sukcesy.
Test zgubienia Karla w lesie ST:7 = 9 sukcesów.
Karl próbuje znaleźć Assamitę w lesie ST:7 = 5 sukcesów.

Assamicie udaje się zgubić Karla.

: 05 kwietnia 2016, 13:00
autor: Sigil
WV Charlestone, Przed Uniwersytetem Charleston, Starcie Ruchu Anarchistycznego z Camarillą 11.08.1993

To był prawdziwy świat. Jedyny, prawdziwy świat, który znał i rozumiał. Rzeczywistość, wyszczerzona i naga niczym czaszka. Jedyna prawda, poza labiryntem luster, pułapkami słów i konwenansów. Noc otworzyła przed nim filmotekę wojny, złożoną z przeźroczy ujętych w ostre ramy bieli i czerni: sylwetek zastygłych w spotkaniu ze śmiercią, lub poruszających się zbyt szybko dla ludzkich oczu. Bestia widoczna była w każdym geście walczących, czaiła się pod skórą, wyglądała spoza źrenic... A wszystkie te obrazy spływały świeżą, żyzną krwią. Morderca czuł jej zapach, krystalizujący się w powietrzu. I dreszcz rozkoszy, gdy porzucił formę fizyczną, i pozwolił by ta woń wniknęła głęboko w jego ciemność, mieszając się z nurtem czarnej rzeki... Tutaj, w sercu wojny, jednym światłem, na które mogłeś liczyć, był błysk odbity w ostrzu lub kłach przeciwnika. Wraz z tą myślą, poczuł, jak powraca mu pełna kontrola. Wyszkolone odruchy i reakcje starły arabeski niechcianych myśli, nakazując koncentrację na celu. Umysł stał się na powrót czysty, nabierając ostrości i temperatury stalowej klingi. Czas zdawał się zwalniać...

Upiorny strzęp mroku przemknął pod nogami walczących, niczym niewidzialne ostrze fatum. Istnienia wokół niego krzyczały, płonęły i zapadały się w niebyt, przemijając w kolejnych oddechach nocnego wiatru. Wśród tej symfonii brakowało jednej nuty, lecz odnalazł jej źródło szybko. Christian Pain, nieprzytomny Bóg Wojny, leżący na rękach towarzyszy nie mógł go teraz powstrzymać. Wszakże nawet bogowie ulegali przeznaczeniu. I nawet bogowie czasem umierali...

[center]Obrazek[/center]
Przyjął formę fizyczną tuż przy nim, stając pomiędzy dwoma Anarchistami, którzy wynosili na ramionach swego nieprzytomnego lidera. Zanim ktokolwiek z nich zdołał pojąć, co się dzieje, Assamita uderzył, szybko i bezlitośnie, niczym sama śmierć. Zakrzywione ostrze wbiło się głęboko w klatkę piersiową Brujaha, przebijając mostek i otwierając szeroką, poszarpaną ranę. Mimo to, ciało lidera Anarchistów nie rozpadło się. Morderca uderzył więc ponownie, lecz klinga ześlizgnęła się po twardych, niczym granit, mięśniach ofiary. Przerzucił więc khanjar do drugiej ręki i sięgnął ku ranie. Palcami wymacał bryłę serca i wyrwał je jednym ruchem z ciała przeciwnika.

Dwójka Anarchistów przed nim nie zdołała nawet tego zauważyć. Zanim zdołali uczynić cokolwiek, powaliły ich strzały z coltów, trzymanych przez dziewczynę, ubraną niczym aktorka popularnego westernu. I choć jej obecność była co najmniej kuriozalna, Morderca nie zwrócił na nią większej uwagi. Odbicie jej sylwetki zatańczyło w jego źrenicach i zgasło, pochłonięte przez czerń. A dźwięk wystrzałów zlał się w jedno, gdy kolejni Anarchiści po obu stronach Assamity upadli na ulicę. Nie poświęcił im nawet sekundy. Trzymane w dłoni serce przyciągało jego spojrzenie z magnetyczną siłą. Wzniósł je nad rozkładającym się ciałem Christiana Paina, które teraz, pozbawione oparcia runęło na spryskany krwią asfalt, niczym gnijąca marionetka. Czuł lepką czerwień, spływającą między palcami. Strzęp ciała w jego dłoni zdawał się emanować własną energią, niczym czarne słońce rozświetlające królestwo umarłych.

[center]Obrazek[/center]
- Bismikhaqimumma!* - szepnął i wbił kły w umierające serce Boga Wojny. Niemal natychmiast zmysły Assamity zalała szkarłatna fala mocy, wypełniającą jego istotę siłą, której wcześniej nie znał. Czuł się tak, jakby pił esencję z tętnic samej wojny, eliksir nieśmiertelności i ostatecznego triumfu... I wiedział teraz, że zwycięstwo należało do niego. Słowa silsila niosły prawdę, przepowiadając mu tą chwilę... Smakując tą chwilę przełknął ostatnie krople, a serce Brujaha zapadło się i zmieniło w popiół... Rozprostował palce, pozwalając by wiatr porwał te szare drobiny i rozsiał nad polem umierających i umarłych...

[center]***[/center]
I wtedy poczuł, jak jakaś potężna siła unosi go ponad ziemię. Pole bitwy zatańczyło mu przed oczami, w tysięcznych obrazach przemocy i agonii, w głowie zaś pojawiły się czyjeś słowa, wypowiedziane suchym, pozbawionym emocji głosem:

- Właśnie zabiłeś faceta w głowie którego znalazłbym odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Mogę wiedzieć dlaczego to zrobiłeś Assamito?

Morderca obrzucił spojrzeniem chaos w dole i dostrzegł wysoką sylwetkę Karla Schrekta. Płaszcz z postawionym kołnierzem upodabniał go do złowieszczych postaci z czarno-białych filmów grozy. Tyle, że ten film był czarno-czerwony. I nie toczył się za bezpieczną barierą ekranu.

- Wypełniam Kontrakt - odpowiedział szybko także używając myśli. - To nie ma nic wspólnego z waszą wojną.

Czarodziej przyglądał się mu przez chwilę, oczyma płonącymi niczym dwa czarne karbunkuły.

- A pojawienie się elity z Black Handu to przypadek, tak? - zapytał ponownie, z chłodną drwiną.

Morderca przypomniał sobie twarz Al-Aina. Teraz, wisząc ponad walczącymi mógł dostrzec jego towarzyszy szerzących śmierć w szeregach Camarilli. Archonci padali pod ciosami Czarnej Ręki.

- I tak mi nie uwierzysz... - odrzekł spokojnie.

- Zgadza się, Assamito - wysyczał głos w jego głowie. - A więc umrzesz tutaj!

Siłą, która utrzymywała wcześniej jego ciało w górze zniknęła nagle, i poczuł kolejne uderzenie, posyłające go na bruk. Odbił się jednak lekko od zalanego posoką asfaltu i wykorzystując energię ciosu wykonał potrójne salto w tył. Nie tracą równowagi wylądował w lekkim rozkroku.

- Przepowiedziano mi, że nie umrę tej nocy, Kafir - odparł bezgłośnie. - Ale zawsze możesz to sprawdzić, tafaDDal...**

Czarodziej zaśmiał się:

- Wiesz, że był na mnie kontrakt? - zapytał.

- Nie.

- Rozumiem, że wysłali młokosa na nowe ziemie?

- Nie będę rozmawiał o sprawach Klanu - odrzekł i rozejrzał się szybko. Rozmowa zaczynała przybierać dziwny obrót i wolał przerwać ją nim dotrze dalej.

Ponad połowa lamp na ulicy była rozbita, lub całkowicie zdemolowana. Krew w jego żyłach wrzała niczym czarne, kipiące morze mroku. Sięgnął ku niej i ponownie zmienił formę, porzucając fizyczny kształt i próbując stopić się z mrokiem.

Jednak myśl Czarownika dosięgła go i w tej postaci.

- Głupcze! Gdybyś wiedział kim jestem i co robię, także chciałbyś dowiedzieć się tego, co miał w głowie ten Anarchista.

Zaklął bezgłośnie. Przeklęty Tremere najwyraźniej nadal wyczuwał jego obecność.

- Mektub. Wykonywałem swój obowiązek. Poza tym Christian Pain nie ma już niczego w głowie. Nie ma nawet głowy. A ja pożarłem jego serce. Wiec po co rozmawiamy, o czymś, co nie istnieje?

Myśli wzbiły się nad czarny ocean i zgasły. Instynkt podpowiadał mu, iż pozostanie dłużej w tym miejscu jest błędem. Musiał działać szybko. Pamiętał jednak o studzience ściekowej, z której wyłonili się członkowie Czarnej Ręki. Nie czekając na kolejne pytanie pomknął w tym kierunku, mając nadzieję zgubić Justycariusza. Myśl Tremera jednak biegła jego tropem.

- Ach... Wiec zostałeś wysłany przez tych, których tropię, aby zatrzeć ślady - stwierdził Karl. - Powiedz mi, dla kogo pracujesz?

- Lubisz zadawać pytania, na które nie możesz uzyskać odpowiedzi? - widział już studzienkę i miał nadzieję dopaść do niej szybko.

- Ja zawszę zadaje pytania, na które otrzymuję podpowiedź młody Assamito.

- Nie tym razem, munafiqun...

Myśl urwała się w połowie, gdy między Mordercą a upragnioną droga ucieczki pojawiła się ściana roztańczonych płomieni. Neik! Waa faqri*** światło! Poczuł, jak zaklęcie Tremera oddziela go od Ciemności, wrzucając na powrót w kajdany ciała. Ból rozbłysnął niczym zorza płonąca w zakończeniach nerwów. Rzucił się w bok niemal w ostatniej chwili unikając spotkania z ogniem. Przeturlał się po ziemi, podcinając przypadkiem kogoś, kto najwyraźniej miał pecha.

- Yel'an ekht yali khalafak bi ayree akit manyookee!**** - warknął, podnosząc się z jezdni.

Dłoń odruchowo musnęła wiszące przy pasie granaty. Mógł to zrobić, chciał to zrobić - psy z Camarilli zbierałyby przeklętego Czarodzieja z szerokości całej ulicy. Lecz wtedy przypomniał sobie swoje własne słowa, obietnicę, że wróci. Wiedział, że czekają na niego... No i Al.-Ain. Też był gdzieś tam, w tłumie walczących... Jego śmierć była sprawą wyboru, ale nie powinien pociągać za sobą brata... Poza tym miał obowiązek do wykonania...

Gdzieś na granicy pola widzenia pojawiła się znienawidzona sylwetka Justycariusza. Morderca rozejrzał się szybko, oceniając sytuację. Z jednej strony płonęły budynki uniwersytetu. Z drugiej znajdowała się wysoka, porośnięta drzewami skarpa. Nie czekając dłużej rzucił się w jej kierunku. Biegnąc, zmówił pospieszną modlitwę prosząc o to, by tamten niewierny sukinsyn powstrzymał się od użycia ognia. Choćby jeszcze przez chwilę. Grunt wznosił się stromo, lecz Potencja skradziona liderowi Anarchristów sprawiała, że pokonał połowę wzniesienia bez większego wysiłku. Dopadł do kępy gęstych zarośli i instynktownie rzucił się w bok. W ostatniej chwili. Tuż nad jego ramieniem świstnął bełt z kuszy. Pocisk wbił się w sąsiednie drzewo niemal rozszczepiając je na dwoje.

- Mallus Nomitar, spotkałeś go. Jest w pełni sił? - kolejna myśl Tremera doścignęła go i teraz.

Spojrzał przez ramię i przyśpieszył, widząc postać Karla wspinającą się szybko po zboczu. Poły płaszcza łopotały nad chudą sylwetką Czarodzieja, niczym jakieś koszmarne skrzydła.

- Kafr! Skup się lepiej na strzelaniu z kuszy, bo za dużo gadasz i kiepsko ci idzie - odgryzł się.

[center]Obrazek[/center]
- Zabiłem tego, który został wynajęty przez moich wrogów - Czarodziej, najwyraźniej niezrażony kontynuował swoją tyradę. - Był twoim bratem z Klanu, jednak sądzę, że rozumiesz. To była sprawa honoru. Niedługo wszakże do niego dołączysz...

- Gratuluję... - posłał kolejną myśl, przeskakując nad powalonym pniem drzewa. - Śmierć w walce to zaszczyt. Neik, możesz wreszcie wyjść z mojej głowy?

- Skoro to taki zaszczyt to dlaczego uciekasz? - zaśmiał się Karl.

Morderca rzucił się w bok, kryjąc za kolejną kępą drzew, zanim tamten ponownie zdołał przycelować. Kolczaste gałęzie czepiały się odzienia i drapały go w twarz, nie były jednak w stanie przebić wzmocnionego Odpornością ciała.

- Bo tym razem obiecałem, że wrócę - odparł. - Ale nie martw się, jutro też jest noc...

- To prawda, że mówią o was, że nigdy nie kłamiecie. Podziwiam to - kolejna myśl Karla niosła w sobie nieco filozoficznej zadumy.

- Na'am,**** pewnie rzadko to widzisz we własnym domu... - syknął Assamita, mając na myśli zarówno klan Tremere jak i Camarillę.

Sytuacja naprawdę zaczynała działać mu na nerwy i zastanawiał się, jak długo tamten jest w stanie podążać za nim? Mógłby oczywiście poczekać tu gdzieś na niego... Ale wiedział, że ma za mało krwi. Głód tętnił w żyłach a bestia była niebezpiecznie blisko. Znacznie bliżej, niż życzył sobie tego kiedykolwiek... W tej sytuacji walka oznaczała nie tylko narażenie ciała, ale także i ducha. A na to nie mógł sobie pozwolić.

- Puste słowa młodego wojownika, który nie wie o czym mówi... - odgryzł się zjadliwie Justyciariusz.

- To skończmy tą rozmowę, szkoda na nią czasu - odrzekł Morderca i wtedy, znienacka znów otoczyły go płomienie. Los jednak był dziwką. Usłyszał, jak Karl śmieje się w jego głowie, wołając:

- Płoń!

Rzucił się na ziemię, przetaczając po wilgotnych liściach. Ogień gasł z sykiem nie znajdując oparcia na impregnowanym materiale kurtki. Nie wstając przeturlał się pod osłonę kolejnego krzewu i ponownie sięgnął ku ciemności w swych żyłach, wzywając cienie z najgłębszych koszmarów...

- W imię Ahrymana - szepnął, zakrwawionymi wargami. - Niyaz, Friftar, Arast elu! Sabitu, elu! Urinu sahputum sa namaru utuu sunu!*****

Usłyszał w oddali stłumione przekleństwo z jakim Karl przedzierał się przez las. Wiedział jednak, że nie jest już sam. Czuł obecność innych istot, zrodzonych z serca nocy, skupionych wkoło niego, zapewniających mu ochronę i wsparcie. Porzucił postać fizyczną, by połączyć się z nimi. I już jako strzęp ciemności, ruszył naprzód bezgłośnie stapiając się z mrokiem, zalegającym pod konarami drzew...
Muszę uzupełnić krew. Mam tylko 3 PK. Robię to a później wracam do domu Atra-hasisa.

* arab. W imię Twoje Haqimie!
** arab. Proszę bardzo...
*** arab - Kurwa! Przeklęte ...
**** arab. Pieprzyć osobę, która sprawiła, że się tu znalazłeś!
***** arab. Tak
****** sumer. Niaz, Friftar, Arast powstańcie! Wichry znad morza ciemności, które jesteście synami ciemności, powstańcie! Oni są szybko rozprzestrzeniającymi się chmurami, które gaszą jasność dnia! (wezwanie demoniczne odnosi się do demonów Ahrymana, które pozmagają zwieść i oszukać przeciwnika).

: 05 kwietnia 2016, 21:38
autor: lightstorm
WV Charlestone, w helikopterze 11.08.1993

Archont spojrzał na Victorię i zamarł na chwilę, najwyraźniej nie mogąc oderwać od niej wzroku. Cała jego napastliwość i pogarda ulotniła się gdzieś niczym płomień zdmuchniętej świecy. Przez moment wyglądał, jakby śnił na jawie i z trudem jedynie zachowywał resztki kontaktu z rzeczywistością. Otrząsnął się jednak z tego stanu i odezwał po dłuższej chwili, dziwnie nieobecnym głosem

- Belle, czy mogłabyś przesłuchać Szczura? Potrzebuję trochę odpocząć...

Po czym zamrugał gwałtownie, wstał i zwrócił się do Vitorii:

- Twój głos... jest chyba najcudowniejszą rzeczą jaką usłyszałem od tak dawna. Gdzie ukrywałaś się przede mną przez tyle czasu? Całe moje nieżycie szukałem ciebie. A teraz spotykamy się tu, nad miastem ogarniętym wojną. To takie nieoczekiwane... Nie, to wręcz szalone! I być może to trywialne, co powiem, jednak nie umiem nie nazwać tego przeznaczeniem. Sprawiasz, że czuję się na powrót żywy. Proszę, podejdź bliżej...

Scarface ujął delikatnie Victorię za rękę i parząc jej prosto w oczy kontynuował:

- Wiedz, że jak tylko wylądujemy to nie pozwolę byśmy tak po prostu się rozstali... Nie mogę tego tak zostawić. Bez ciebie jestem tylko trupem. Jak oni wszyscy. I tak jak oni, trwałem w tym stanie na tyle długo, by zapomnieć o tym, co istnieje poza nim. Być może oszukiwałem się czasami, myśląc, że pamiętam... Lecz nasze spotkanie zmieniło wszystko... Nie mogę cię utracić, tak jak utraciłem życie...
Victoria próbuje uwieść Scarface'a.
Test Uwodzenia:
1 etap (podryw): Wygląd + Przebiegłość + Uwodzenie, przy ST: Spryt + 3 Archona oraz + 2 (za kiepską sytuację) - 2 (zaleta Lasombry).
Victoria zdobywa 7 sukcesów, które zamieniają się w dodatkowe kości przy następnym rzucie.
2 etap (niezła gadka): Spryt + Przebiegłość + Uwodzenie, przy ST: Spryt + 3 Archona oraz + 2 (za kiepską sytuację) - 2 (zaleta Lasombry).
Victoria ostatecznie zdobywa 11 sukcesów!!! Scarface nie jest w stanie się jej oprzeć.

Scarface używa mocy Prezencji 3: ST = aktualna Siła Woli + 2 (za broszę Victorii). Otrzymuje 0 sukcesów.

: 05 kwietnia 2016, 22:09
autor: Suriel
No nieee.. - Pomyślał zwisający luźno Horacy, odłożony chwilę wcześniej przez Archonta niczym lalka której ktoś odciął sznurki. Jaka tak dale pójdzie to tych jej lowelasów się zrobi pół miasta. Czy on zdaje sobie w ogóle sprawę jak ci jej kolesie kończą? Jak skończył poprzedni. Posłała po niego motorem wariata i zabójcę i okazało się że ktoś mu głowę rozwalił. I tka by go nie zabrali bo na motorze jest zawsze miejsce tylko dla dwóch. Hmmm... że też to wcześniej mi umknęło. Szybko uciekaj chłopie od tej femme fatale jak najdalej! Słyszysz? Sły... No nie a on dalej swoje.

Bleee... Nie dobrze mi się robi jak słucham tego ślimaczenia się Scareface'a. Jak to dobrze że odcięło mi wzrok i chociaż na tą obrzydliwość nie muszę patrzyć. Bóg chyba jednak istnieje, jakbym mógł to bym za to rzucił na tacę piątaka, ale tylko Terremu.
Dołożyłbym drugiego piątaka za korki do uszu.