PBF - Charleston by Night

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 06 kwietnia 2016, 20:29

Terry'ego zmyliła nieco reakcja Toreadora na słowa Czarnej Victorii. Nie wiedział czego właściwie się spodziewać, jednak na pewno nie tego co się stało. Szybko przestało to mieć znaczenie, bowiem zmieniało układ sił w obecnej, niefortunnej sytuacji. Na lepsze w jego opinii.

Wciąż jeszcze pozostawała pani, która machała pistoletem przed ich twarzami. Niewiele myśląc, Terry skupił się na jej osobie. Obserwując barwy jej aury, Malkavian skupił się na tych kolorach, które odpowiedzialne były za chęci drążenia nieszczęsnego doboru słów Horacego. Po czym delikatnie zaczął je rozcieńczać mieszanką niechęci i obojętności. Całą swoją uwagę skupił na tym działaniu, odłączając się na wszelkie bodźce zewnętrzne.
Nadwrażliwość 2 na obserwację, Pasja, żeby stępić jej poczucie misji. Do zera najlepiej.
Spoiler!
Test na czytanie aury ST:8 = 0 sukcesów.
Test użycia Demencji 1 ST:Człowieczeństwo Belle. Wypada 5 sukcesów, co oznacza że efekt będzie działał przez miesiąc.
Ostatnio zmieniony 06 kwietnia 2016, 20:51 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 07 kwietnia 2016, 15:04

[center]Obrazek[/center]
[center]WV Charlestone, obrzeża miasta, 11.08.1993[/center]
Głód pustoszył jego żyły, zawodził w arteriach głosem cmentarnego wiatru. A bestia... Była tej nocy tak blisko, że mógł niemal spoglądać jej oczyma. Nie miał teraz szansy uciszyć jej zewu krwią...

Znajdował się daleko od miejsca, gdzie zgubił Justycariusza. Dłuższą chwilę kluczył, wykorzystując osłonę ciemności, upewniając się, że nikt już go nie ściga. Zmęczenie i głód zmusiły go w końcu do przyjęcia formy fizycznej. Biegł więc jeszcze jakiś czas, tak długo, jak był w stanie, oddalając się od pola walki. Energia wykradziona umarłemu Bogowi Wojny wyczerpywała się powoli. Zapach czerwieni na rękach doprowadzał niemal do szaleństwa. Zlizywał jej ślad ze skóry, lecz to nie pomagało. Właściwie, pogarszało tylko sytuacje. Nie potrafił jednak do końca się opanować. A może nie chciał, mając nadzieję, że w ten sposób uciszy pragnienie. Że oszuka bestię, chociaż na chwilę...

[center]Obrazek[/center]
Bezszelestnie dotarł na skraj lasu i znieruchomiał, przyglądając się kilku stojącym nieopodal budynkom. Był wykończony. Ekwilibrystyka, którą zmuszony był uprawiać, by utrzymać się na krawędzi normalności, wyczerpała niemal wszystkie jego zasoby psychiczne. Rozejrzał się, uświadamiając sobie, iż znajduje się na obrzeżach osiedla domków jednorodzinnych. Ulica była pusta i cicha, oświetlona jedynie przez nieliczne latarnie. Lecz nawet ich mdły blask, przesączający się przez ciemne szkła okularów, zdawał się Mordercy zbyt jaskrawy, wibrując nieprzyjemnie w zakończeniach nerwów. Większość willi, które mógł widzieć z miejsca, w którym się znajdował, robiła wrażenie cichych i opuszczonych. Ich okna ziały pustką, niczym oczy zmarłego, których nie zamknęła żadna litościwa ręka. Tylko jeden budynek wyróżniała zapalona przy tylnym wejściu lampka... Odruchowo oblizał wargi i wysunął kły. Światło oznaczało ludzi. Ludzie oznaczali krew. Niemal bez udziału świadomości, kierując się instynktem, zbliżył się ku domostwu, wykorzystując osłonę cieni i zwisających nisko, długowłosych konarów wierzby. Przeskoczył przez płot, nie czyniąc najmniejszego hałasu i przeciął ogródek na tyłach domu. Światło przy drzwiach zamigotało i zgasło. Zamek poddał się z cichym trzaskiem, który nie zdołał zaalarmować ani przebudzić nikogo. Zresztą, było już na to za późno...

[center]...[/center]
Zabił ich wszystkich. Całą czwórkę. Dzieci, śpiące na piętrowym łóżeczku w pokoju pomalowanym na wesoły, kanarkowy kolor, nie mogły mieć więcej niż osiem lat. Żadne z nich nie zdołało przebudzić się na tyle, aby odróżnić sen, od jego siostry - śmierci. Człowiecze iskry gasły szybko. Krzyki grzęzły w gardłach. Krew była słodka i aromatyczna. A głód nie pozostawiał żadnego wyboru...
[center]...[/center]

Zaciągnął ciała do salonu, którego ściany zdobiły obrazy przedstawiające wiatraki i szopy, wznoszące się nad ukwieconymi łąkami. Nie musiał martwić się, że poplami podłogę. Nie mieli już niczego w żyłach. Ułożył trupy na dywanie, na środku pomieszczenia i zaczął metodycznie opróżniać barek, wylewając zawartość butelek na zwłoki i stojącą obok kanapę. W powietrzu rozszedł się zapach drogiej whisky, burbonu i rumu, mieszając się z wonią lawendowej pasty do mebli.

Wiedział, że Akramath nie pochwaliłby tego, co zrobił. Silsila niechętnie, lecz jednak akceptował morderstwa. Oczywiście od czasu do czasu, wiedząc, że tylko w ten sposób można nakarmić Ciemność, gnieżdżącą się w żyłach jego wychowanka... Lecz mimo to, nie pochwalał zabijania ludzi z powodu krwi. To było sprzeczne z naukami Haqima, zbliżało do Niewiernych z Sabatu, polujących niczym zwierzęta... Z drugiej strony jednak Morderca był świadom, że nie miał innego wyjścia. Utrata kontroli nad bestią byłaby tysiąc razy gorsza i zgodnie z prawem Khabar stanowiła bluźnierstwo. Nie chciał nawet myśleć o tym, czego mógłby dopuścić się w tym stanie, pozbawionym wszelkich hamulców. Teraz, gdy udało mu się ugasić głód i znów mógł myśleć jasno, rozumiał, że wybrał najlepiej, jak mógł. I wiedział, że Silsila także zrozumie. Mimo to jednak, nie potrafił pozbyć się pewnego uczucia niesmaku. Tym razem zadawanie śmierci nie stanowiło sublimacji pragnień. Czuł się raczej jak rzeźnik. Wszystko stało się zbyt szybko, by mógł doświadczyć tego procesu w pełni. A teraz sprzątał jedynie resztki, pozostawione po uczcie bestii. Martwe kukiełki, strzaskane lustra...

Cofnął się kilka kroków. Zapalił znalezioną w jednej z sypialni zapalniczkę i rzucił na dywan. Płomień natychmiast rozszedł się wkoło, błękitną, eteryczną falą. Morderca odwrócił się szybko i wyszedł z domu. Zanim dotarł do ulicy, okna willi wypełniły się gorejącymi kwiatami ognia.
Uzupełniam krew. Leczę 1 obrażenie prawdziwe. Następnie kradnę jakiś byle jaki samochód i chcę się dostać do domu Atra-hasisa. Samochód parkuję kilka uliczek dalej oczywiście, by nie przyciągać niczyjej uwagi.
Ostatnio zmieniony 08 kwietnia 2016, 11:38 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 07 kwietnia 2016, 22:07

WV Charlestone, w helikopterze 11.08.1993

Toreador złagodził swoje ostre, pełne pogardy spojrzenie i lustrował długo Viktorię i jej oblicze. Wyglądał jakby jego umysł oddalił się w długą podróż do krainy marzeń. Lasombra odetchnęła. Chyba się udało. Miała nadzieję, że zdoła odciągnąć go teraz od Horacego i całej tej dziwnej sytuacji, która zupełnie nie była im potrzebna. Jedynym problemem była teraz Belle. Oby nie chciała zbyt dokładnie przesłuchiwać Szczura, a ten zreflektował się na ich ciężką sytuację. Miała nadzieje że Scareface nie będzie ich ciągnął przed oblicze Democritusa. To będzie ostateczna klęska jeżeli książę weźmie któregoś z nich na męki i używając swych dyscyplin dowie się..Iż koteria wie o jego prawdziwym pochodzeniu. Świadomość powagi sytuacji i wizja śmierci ostatecznej wstrząsnęła ciałem Wampirzycy. Ksiaże z rodu Lasombra kojażył jej się nieodzownie... Z inkwizycją. Żeby tylko jej wysiłki omamienia Archona nie poszły na marne!

- Twój głos... - Powiedział Toreador swym rozmarzonym, drżącym głosem i Viktoria już wiedziała, że jej tajna broń zadziałała z zabójczą precyzją. Kolejne słowa jej ofiary i Lasombra zadrżała. Chyba wyszło jej, aż za dobrze... No cóż teraz musiała grać w tą grę, którą sama zaczęła, by ocalić koterię przed niewygodnymi pytaniami, które mogły zniweczyć ich status w Camarili, a także samo śledztwo.

Scarface kontynuował swój natchniony monolog......

- Wiedz, że jak tylko wylądujemy to nie pozwolę byśmy tak po prostu się rozstali... Nie mogę tego tak zostawić. Bez ciebie jestem tylko trupem. Jak oni wszyscy. I tak jak oni, trwałem w tym stanie na tyle długo, by zapomnieć o tym, co istnieje poza nim. Być może oszukiwałem się czasami, myśląc, że pamiętam... Lecz nasze spotkanie zmieniło wszystko... Nie mogę cię utracić, tak jak utraciłem życie...

Viktoria musiała przyznać, że te słowa również ją poruszyły. W wampirzej egzystencji często brakowało jej celu, pasji, stałej emocji, która motywowała ją... By dalej ciągnąć tą farsę, która nie była już życiem. Poczuła się jak Julia na balkonie. A przynajmniej musiała nią być, choć przez jakiś czas by ugrać to, co najważniejsze.

Spojrzała się bydlęcymi, maślanymi oczkami w oczy Scarefacea i odpowiedziała...

- I ja się czuję jak zaczarowana. Nigdy wcześniej nie czułam jakiegokolwiek sensu w mej przeklętej, nędznej egzystencji. Tyś spojrzał w me oczy i wszystko się odmieniło. Czuje jakby czerwona krew znów rozpalała me nieumarłe ciało, a me serce zabiło raz jeszcze. - Dotknęła dłonią jego policzka ujmując delikatnie jego twarz. - Ach czemuż musieliśmy się szukać przez stulecia, nie! Eony całe! Me serce kwili z tęsknoty za rozkosznymi chwilami, które nas ominęły. - Położyła teatralnie dłoń w miejscu serca - Lecz teraz możemy być razem i dzielić wieczną noc na dwoje. Razem staniemy naprzeciw naszym wrogom i przeciwnością losu. - Ujęła jego dłonie w swoje i uniosła je delikatnie do góry - Twe silne dłonie zbudują schronienie dla mej umęczonej duszy. I razem znajdziemy wytchnienie w tym przewrotnym, pełnym zła i hipokryzji świecie...
Ostatnio zmieniony 07 kwietnia 2016, 22:57 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 08 kwietnia 2016, 15:38

[center]WV Charlestone, w hellikopterze 11.08.1993
[/center]
Belle trzymając pistolet w dłoni, wkroczyła do środkowej części śmigłowca.

- Załatwimy to tutaj. Książę ma ważniejsze sprawy na głowie.

Sięgnęła po kołek znajdujący się w sercu Horacego, lecz nie wyciągnęła go.

- Odpowiesz na kilka prostych pytań, które zadaję ci w imieniu Democritusa. Tak więc pytam, dlaczego chciałeś uciec?

- On mnie przestraszył... - powiedział z żalem, rzucając okiem w kierunku Archonta. - Myślałem, że to kolejny który na mnie poluje. Straszenie neibezpieczno się zrobiło ostatnio. Każdy taki nerwowcy, co nie?

- Czy współpracujesz z wrogami Camarilli?

- JA!! - zaskomlał. - Bell, przecież wiesz że zawsze się troszczyłem o miasto, o moich ziomków. Po co miałbym teraz niszczyć teraz to wszystko co tyle lat pilnowałem. - mówił z wyraźnym żalem zmieszanym z oburzeniem i strachem. - Belle ja mam tu przyjaciół... Dla kogo miałbym to rzucić, dla zwierząt z Sabatu? Dla pojebanych Giovanni co mnie przeczołgali wczoraj jak psa? Czy może dla Asamitów? Z nimi trudno wytrzymać Namtar już mi ze dwa raz groził.

- Czy jesteś pewien, że w Elizjum była bomba?

Słysząc kolejne słowa szczura, Darshan ze zdziwienia prawie uniósł brwi. Spojrzał na Terrego i ich spojrzenia się spotkały. Nie znali się długo ale Hindusowi wydawało się, że w tej sytuacji zrozumieli się bez słów. Miał nadzieję, że się nie mylił, inaczej pogrążyłby ostatecznie siebie i pewnie całą koterię. Równolegle jakaś rozsądna część jego umysłu uczyniła heroiczny wysiłek, by odciąć jego skupienie od nowego romansu w który właśnie uwikłała się Victoria.

- Nie znam się na bombach ale tak mi się zdaje. Była w takim technicznym pomieszczeniu. Nie przyjrzałem się jej za dobrze, patrzyłem an korytarz. A jak anarchia wtargnęła to już wiałem gdzie pieprz rośnie. Ale ta co ją widziałem nie wybuchła. Runął korytarz więc pewnikiem była tez i druga na wszelki wypadek... - skończył cichutko. Ale coś w jego mowie ciała zdradzało, że toczy jakiś wewnętrzny konflikt. Spuścił wzrok i zaczął kręcić głową, lekko poruszając przy tym ustami. Obecni słyszeli jak cicho szepce sam do siebie "kurwa, kurwa, kurwa, po co ja to robię w co ja się wjebałem, jebać to, mam dość, mam dość mam tak bardzo, bardzo dość.". Po policzkach, ściekło kilka łez, pozostawiając czerwone ślady. W końcu Horacy podniósł głowę i przez zaciśnięte zęby z trudem powstrzymując gniew i łzy zaczął urywanym głosem wyjaśniać:

- Belle ja przepraszam, ja się pogubiłem. Przepraszam! To strasznie debilne, ale wszystko się spierdoliło. Face off nie żyje, miasto się wali a Rusty... tutaj przerwał i tylko zawył żałośnie przekręcając głowę w bok, tak jakby nie chciał aby ktokolwiek widział go w tej chwili. Po kilkunastu sekundach dalszej walki ze sobą, spojrzał przestraszonymi oczami na kobietę. Wyglądał jak zbity pies.

- To Rusty chciał, żebym opowiadał te bzdury o bombie. Nie wiem czemu i nie wiem po co ale poprosił mnie o to kiedy ostatni raz go widziałem. Nie wiedziałem o cholerę mu chodzi, myślałem że to głupi żart ale kazał mi obiecać no i obiecałem...., ale teraz, po tym wszystkim nie wiem czemu próbowałem dotrzymać tej obietnicy. To znaczy wiem, przepraszam, tak trudno mi zaakceptować to co zrobił. Belle..., ja..., przepraszam..., ja..., będę..., mądrzejszy w przyszłości - zakończył szeptem, spuszczając wzrok a do czerwonych kropel na podłodze, dołączyło kilka kolejnych.

[center]Obrazek
[/center]
- Nie było żadnej bomby. - Dodał szeptem z nieskrywanym poczuciem winy i wstydu. Wytarł rękawem krew z policzków a potem także z ziemi, pozostawiając tylko rozmazaną smugę zmieszaną z piaskiem i resztkami mułu z dna jeziora. Ramionami otoczył kolana i kiwał się delikatnie w przód i w tył patrząc nieobecnym wzrokiem gdzieś w inne miejsce, którego nikt inny nie widział, może w głąb siebie. Trudno było powiedzieć, kto wyglądał bardziej żałośnie, Horacy czy ta smuga.
Zachowanie Horacego jest efektem iluzji.
Spoiler!
Terry skutecznie użył Demencji 1 na Horacym. Do końca przygody będziesz mieć głęboko w dupie to co zrobił Darshan używając Iluzji. Po prostu będzie Cię to tyle obchodziło, co zeszłoroczny śnieg.
Ostatnio zmieniony 08 kwietnia 2016, 18:34 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 08 kwietnia 2016, 15:39

WV Charlestone, w hellikopterze, Tańce wojenne między Kainitami, 11.08.1993

Kiedy Horacy ponownie zaczął opowiadać o bombie w Nyctofilii, Terry'ego ogarnęła rezygnacja. To oznaczało całe godziny straconego czasu, które będą musieli spędzić na tłumaczeniach, przesłuchaniach, konfrontacjach i Bóg Ojciec tylko wiedział czym jeszcze. Ta noc właśnie się dla nich skończyła, pozostawało mieć nadzieję, że tylko ta. I że uda im się chociaż powrócić do schronienia jeszcze dziś.

Chcąc rozejrzeć się po twarzach swoich towarzyszy, w pierwszej kolejności spojrzał w oczy Mistyka. I to co w nich zobaczył, nagle zdjęło z jego ramion cały ciężar zniechęcenia, które dopiero co go dopadło. Darshan miał plan. I to był dobry plan. Z pewnością najlepszy jaki mieli w tej chwili. A on mógł mu pomóc. I nikomu wtedy nie stanie się krzywda. I nie zmarnują czasu, którego i tak nie mieli.

W źrenicach Nowego Ravnosa dostrzegł wesoło tańczące iskierki pomysłu na który wpadł ich nosiciel. Przez chwilę przyglądał się ich ekstatycznej orgii, by w końcu odnaleźć wzór w tym chaosie. Wzór, który ułożył się w myśl, która już za parę sekund zamieni się w rzeczywistość. Iluzoryczną co prawda, ale wciąż rzeczywistość.

Pozwolił by kącik jego ust uniósł się delikatnie w skrywanym uśmiechu, mając nadzieję, że Mistykowi uda się odczytać ten gest. Jak i skryte za nim intencje.

I chyba mu się udało, bo Nosferatu w końcu zaczął oddalać od siebie podejrzenia, miast w nie brnąć.

Kiedy więc Horacy nieco zmienił zeznania, jak i ton wypowiedzi, skupił się z całych sił na odnalezieniu jego prawdziwego wzorca. Nie tego krwawiącego z oczu w stylizowanym żalu. Tego zdziwionego słowami, które wychodzą z jego ust. A kiedy udało mu się go dostrzec, chwycił się go kurczowo, nie chcąc mu pozwolić ponownie zniknąć w odmętach mylącej zmysły mocy Nowego Ravnosa. I nie puszczał dopóty, dopóki nie udało mu się ugłaskać jego zdziwienia i towarzyszących mu emocji do poziomu z którego nie będzie miał chęci ni potrzeby reagować.

I przez cały ten czas, modlitwa nie opuszczała jego myśli, rozbrzmiewając głośnym echem wewnętrznego monologu. Aż Pan usłyszał wołanie sługi swego. I oto zesłał mu na pomoc siedmiu Serafinów, którzy swym anielskim śpiewem bez problemu zagłuszyli odgłos silnika i płatów rozrywających powietrze nad ich głowami. I Światłość Pańska otoczyła maszynę w której siedzieli, i wszystko w jej wnętrzu. I ucichły rozmowy i gniew i pretensje. Jedynie Miłość Boga Jedynego została by wspomóc duchownego w jego dziele. I Torreadora do Mrocznej Pani, by nosić ją na rękach.
Pasja na Horacego, potrzebuję stępić jego chęć reakcji na słowa będące efektem iluzji, tak by przesłuchanie skończyło się na tym etapie i żeby te padalce zostawiły nas w spokoju
Ostatnio zmieniony 09 kwietnia 2016, 12:40 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 10 kwietnia 2016, 16:33

WV Charlestone, okolice domu Atrahasisa, 11.08.1993

- Dobra, nie maż się tak. Rusty zna wiele sekretów i na pewno miał jakiś swój pokręcony plan. Nie sądzę, byś mógł znać jego cele - powiedziała Belle do Horacego, po czym odwróciła się do Toreadora, który obejmował w tali Victorię.

- Scarface, odpuść Szczurowi. On nic nie wie. Lepiej szykuj się mentalnie na spotkanie z Democritusem.

- Dobra, wyluzuj... Jeszcze lecimy, więc chwilowo zapomnijmy o polityce...

Ventrue nie odezwała się, wracając w milczeniu na miejsce obok Wizzy'ego. Lot trwał niecałe dwie minuty. Helikopter wylądował na środku parkingu na którym stało kilka samochodów z powybijanymi szybami. W jednym z nich znajdował się wyrwany wraz z kawałkiem chodnika, znak STOP. Do domu Red'a było około trzysta metrów. Członkowie koterii wyskoczyli z śmigłowca.

Pożegnanie Archona i liderki koterii Atrahasisa przybrało dramatyczny obrót, przebiegając bolesnych wśród westchnień, uścisków i obietnic. Nie zbrakło także kilku łez. Toreador widocznie walczył sam z sobą, zastanawiając się co wybrać. Wizytę u Księcia, czy przebywanie z cudowną, zjawiskową Victorią, która najwyraźniej stała się mu niezwykle droga. Wizzy poderwał maszynę do lotu i wtedy Scarface powiedział męskim, zniewalającym głosem:

- Jeszcze się zobaczymy moja czarna różo.

Po tym zdaniu Victoria zamarła w bezruchu, jak gdyby ktoś właśnie wbił jej kołek w serce. Nim zdążyła coś odpowiedzieć, Scarface był już po za zasięgiem głosu.
Dotrzecie do domu bez żadnych niespodzianek. Nie wiecie nic o losach Namtara. Możecie prowadzić dialogi w domenie Victorii i ustalać plan działania.
Spoiler!
Odzyskujesz 3 punkty Siły Woli za:
- odegranie natury
- pierwsze użycie przedmiotu
- determinację w działaniu i końcowy sukces
Spoiler!
Odzyskujesz 1 punkt Siły Woli za odegranie natury.
Spoiler!
Odzyskujesz 1 punkt Siły Woli za odegranie natury.
[center]***[/center]
Namtar miał duży problem z zdobyciem sprawnego samochodu. Większość była poważnie uszkodzona, a opuszczający miasto mieszkańcy zabrali ze sobą te pojazdy, które były sprawne. Assamita w końcu znalazł sprawne auto w jednym z zamkniętych garaży. Czerwony Ford, rocznik 89. To musiało wystarczyć.

Jadąc do domu Klienta spojrzał na zegarek. Wiedział, że pozostali powinni dotrzeć do domeny około czterdzieści minut temu. Nacisnął pedał gazu i ruszy przed siebie nie zwracając uwagi na prawa ruchu i oznaczenia drogowe.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 10 kwietnia 2016, 21:52

WV Charlestone, dom Atrahasisa, 11.08.1993

- Jeszcze się zobaczymy moja czarna różo.

Victoria zastygła w miejscu, czując jak słowa Toreadora paraliżują jej ciało. Nie spodziewała się, że usłyszy jeszcze od kogoś to zdanie... W dokładnie taki sam sposób... Dokładnie takimi samymi słowami. Jak On.

Myśli w jej głowie zaczęły kołować w złowieszczym wyścigu. Jak to możliwe? Czy, czy On.. Nie, mogła o tym myśleć, nie chciała. I jeżeli jakakolwiek radość i uniesienie zagościło w jej sercu, teraz zalał je cień przerażenia i jęzor lodu otulił ją swym zimnem.

Jak otumaniona powlekła się w stronę drzwi do domeny. Jej ruchy był mechaniczne, bezmyślne, sparaliżowane. Oczy patrzyły w dal, niewidzącym wzrokiem. Weszła do salonu i opadła na fotel bez sił.

Po chwili dotarło do jej uszu, że ktoś wymawia głośno jej imię. Chyba już kilka razy...

Otrząsnęła się z owego stanu, odpychając na chwilę wszystkie myśli i emocje, które wywołały w niej słowa wypowiedziane przez Scarefaca. Nie było na nie teraz czasu, trzeba było porozmawiać z koterią, a przede wszystkim z Horacym.

Wstała z fotela i podeszła do Szczura energicznym krokiem. Założyła ręce na piersiach i wpatrując się w niego świdrującym wzrokiem zapytała:

-Dlaczego, na wszystkich bogów, powiedziałeś Archonowi o bombach w Elizjum, których tam nie było? No dobrze, podobno była jedna, ale nie zdążyła wybuchnąć bo rozbroił ją i zabrał Darshan ale skąd wzięła ci się druga? Przecież korytarz runął z powodu Assamity i Anarchisty, o czym poinformowałam Toreadora, a ty dalej brnąłeś w zaparte. Po co było to mówić? Żeby nas pogrążyć? Nie było mnie przy wydarzeniach w Elizjum więc znam je tylko z opowieści, ale skoro nie zgłosiliście wtedy tego faktu nikomu, to chyba logicznym jest, że pozostaje to tajemnicą. Czemu miałbyś więc wsypywać Ravnosa? No i sprawa Assamity, którą potraktowałeś jak własną rozrywkę. A przynajmniej kazałeś nam to tak odebrać? Każda twoja wypowiedź, tam w helikopterze, skierowana do Archona dawała mi bardziej i bardziej do zrozumienia, że może rzeczywiście jesteś szpiegiem. Nie mogę jednak w to uwierzyć. I mam nadzieję, że to tylko jakaś twoja nie moc... I tak jak powiedziałeś, wpływ Rustego. Rozumiem oddanie względem ojca i jak ciężko jest czasem zaakceptować to, co robią nasi stwórcy... I oddzielić się od nich... - Spojrzała się na Horacego ze współczuciem, przypominając sobie uczucie żalu i wstydu, który był w jego głosie, gdy przyznał się, że to Rusty namówił go do tych trefnych zeznań. Nie mogła jednak pojąć dlaczego.

- Wierzę, że nasz dług względem Reda jest silniejszy niż inne... Ale pytam cię teraz o szczere wyznanie tego, co tobą powodowało. Myślę, że wszyscy jesteśmy zaniepokojeni i należy nam się jakieś wyjaśnienie! Każdy z nas na swój sposób, próbował wyciągnąć nas z tej patowej sytuacji... Chyba rozumiesz... Spotkanie z Democritusem w momencie, gdy wiemy kim naprawdę jest... Rozumiesz prawda? Rozumiesz, że będzie to dla nas być może ostatnia rzecz... - załamała głos i jakieś niewyraźne wspomnienia ognia w ciemności wypełniły znowu jej umysł. - Słucham więc. Wszyscy słuchamy.

W umyślę Lasombry zrodziła się myśl, że teraz... gdy nie ma z nimi Namtara... Ona musi ich osłaniać. W inny sposób. Tak jak potrafi. Jest jednak ich Liderem i w monecie zagrożenia... Stała więc pewnie i dostojnie przed Horacym lustrując go uważnie. Nie chciała wszakże oceniać go pochopnie. Nie potrzebowała kolejnych problemów i spięć w grupie. Mieli mało czasu...
Viktoria Obserwuje Horacego używając empatii. Chce się dowiedzieć czy naprawdę jest przeciw koterii czy nie. Używam też charyzmy i leadership gdy do niego mówi. Musi szybko rozwiązać tą kwestię, by móc dalej działać.

OD MG Dla Victorii: Test Przywództwa: ST:6 - 2 (zaleta) = 4 Wypada 5 sukcesów.

Horacy bez dyskusji będzie musiał się podporządkować liderowi koterii i odpowiedzieć na pytania.

Terry, Horacy i Darshan są świadomi użycia Iluzji przez Ravnosa. Victoria o tym nie wie.
Ostatnio zmieniony 10 kwietnia 2016, 22:23 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 11 kwietnia 2016, 00:04

WV Charlestone, w helikopterze, Eskorta Pańska i Natchnienie Boże, 11.08.1993

Zamiast pracy silnika, słyszał tylko łopotanie bogato opierzonych bielą, anielskich skrzydeł. Ich piękne i kojące głosy uspokoiły go i oddaliły wątpliwości. Obrazy bitwy w wir której skoczył Morderca wyblakły, strach zniknął a złość zastąpiła radość i wdzięczność.

Jeden z aniołów trzymał kwiecie Hyzopu i nakrapiał za jego pomocą zebranych, oczyszczając ich ze zła wszelkiego. Malkavian rozłożył ręce, pozwalając by woda święcona spadająca na jego lico dokonała dzieła. Zaśpiewał przy tym, starając się wyłapać anielską melodię, na tyle na ile pozwalały mu na to jego człowiecze bądź co bądź uszy.

- Asperges me hyssopo, et mundabor lavabis me, et super nivem dealbabor!*

A Światłość Pańska padła na ich czoła, przywracając pewność siebie i spokój, jednocześnie oślepiając ich wrogów i myląc ich zmysły. I tylko Miłość uchroniła Archonta od całkowitej ślepoty na koterię Reda, bowiem była czysta i prawdziwa, nie wywołana mocą przeklętej krwi.

I wtedy ujrzał Terry jak jeden z Serafów trzyma jabłko, pokazując je zebranym, lecz im go nie podając. I zrozumiał tedy duchowny, iż wiedza której poszukują wieść ich będzie na pokuszenie.


Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Po wejściu do domu, Terry od razu skierował swe kroki do zegara zagłady. Mimo iż się tego spodziewał, zasyczał przez zęby gdy zobaczył jego tarczę. Wskazówki prawie całkowicie na siebie naszły. Pozostała minuta do północy.

Strażniku, wiesz może jak dawno temu wskazówki tego zegara zmieniły położenie?

Nie czekał długo na odzew ducha. Jego spokojny głos rozbrzmiał wewnątrz czaszki Malkaviana.

Nie dalej jak pięć minut temu.

Zdziwiła go ta odpowiedź. Nie miał pojęcia co zdarzyło się pięć minut temu. Może poza rozstaniem z Aniołami, ale przecież nie mogło o to chodzić. Trochę oszołomiony odstąpił parę kroków zastanawiając się nad ewentualną przyczyną takiego obrotu spraw. Odwrócił się do reszty koterii, chcąc oczywiście powiedzieć parę słów na temat swojego odkrycia. Musiał by jednak wejść w słowo Czarnej Victorii, a ton jej wypowiedzi sugerował, że nie jest to najlepszy pomysł.

* - (ps.51), łac. Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 11 kwietnia 2016, 20:59

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Darshan miał dość. Nie chodziło o zmęczenie, spowodowane zamętem i wysiłkiem. Chodziło raczej o nadmiar wrażeń. Kiedy musiał wytężać siłę swojej woli, tak jak miało to miejsce tego wieczoru, zalewała go rzeczywistość. Kiedyś było to męczące, wrażenia kojarzyły mu się z ciężkim stanem odurzenia narkotykami. Percepcja gubiła się, ciągłość doświadczenia zdawała się być przerażającym, nieskończonym labiryntem. Z czasem jednak to się zmieniło.

Teraz każdy aspekt, każde doświadczenie było jak galaktyka, lub eksplozja supernowej a wszystko to łączyło się ze sobą i w ten sposób mówiły do niego prawdziwe galaktyki i prawdziwie gwiazdy.
[center]Obrazek[/center]
Chaos wrażeń percepcji, myśli, skojarzeń i emocji, nie tylko własnych był jak wielki chaotyczny taniec wszechświata, przyspieszony nieskończoną ilość razy. Wrażenie takie rozrywało jego jestestwo pozostawiając czystą świadomość, która jeszcze dokładniej doświadczała tego wszystkiego. Można było powiedzieć, że widział w tym niekończący się taniec Shivy, destrukcji i tworzenia, ale te słowa znaczyły by mało w porównaniu do tego jak naprawdę to odbierał. A wszędzie dookoła i pomiędzy była nieskończona ciemność. Ta ciemność nie mówiła tylko do Asamity, inni też czasem jej słuchali.
Nie mówiła ona słowami. Mówiła inaczej, przez krew. Krew, która dla wampirów była święta. Była ostatecznym łącznikiem z rzeczywistością. Była mistycznym doświadczeniem dla każdego spokrewnionego. Krew była święta nie tylko dla wampirów. A ciemność przemawiała, o tym co mogłoby się stać. O wiszących okaleczonych zwłokach, o krwi ściekającej z ich ran, do kapali. O jej smaku i komunii, którą ciemność w nim chciałaby aby została spełniona. Kiedyś te myśli budziły w nim przerażenie i przypominały o minionej słabości. Teraz? Były jak objawienie. Koniec okresu wstydu i winy. Słuchał misteriów zawartych w tym okrutnym akcie. Być może spotkanie z Assamitą pomogło mu zrozumieć do końca to czego doświadczył tak dawno temu. Teraz nie musiał się już powstrzymywać. Teraz miał wybór. A ciemność szeptała do niego jak kochanka, opowiadając o krwi i obiecując więcej, zawsze więcej....
[center]Obrazek[/center]
...wciąż miał jednak wybór...

Nie umiał za bardzo utrzymać uwagi na tym co działo się dookoła. Tak naprawdę zapomniał nawet o nowym romansie Victorii. Nie specjalnie nawet zauważał przestrzeń. Do posiadłości dotarł ponieważ jego ciało przyzwyczaiło się do aktu chodzenia i potrafiło wykonywać go automatycznie. Dopiero kiedy usiedli razem, jego percepcja wróciła tamtego tam i tamtego wtedy. Chociaż zdawało mu się, że całą scenę widzi z innej perspektywy, jakby cały pokój oddychał i był tylko odwzorowaniem w jego sieci neuronowej.

Usłyszał co mówiła Victoria, chociaż nie poddawał tego, pod żadną refleksję, jednak kiedy kończyła ostatnie słowo, jego głos dało się słyszeć ze zmienionym tylko akcentem, mniej brytyjskim, zdecydowanie bardziej indyjskim. Głos ten brzmiał zupełnie inaczej niż dotychczas. Był to głos szalonego pustelnika medytującego na ciałach zmarłych. Mieszkającego na polach kremacyjnych, wysmarowanego popiołem i rozmawiającego z duchami ciemności poprzez rozlewaną krew. I był to głos, otwarty szczery i dość przyjazny, chociaż może nie w stosunku do osoby, którą opisywał.

- Łzy Horacego i wszystko co powiedział potem Victorio było iluzją. Postanowiliśmy z Terrym interweniować bo nikt z nas nie miał ochoty rozmawiać z księciem. O Horacym natomiast myślałem długo, że jest szpiegiem. Jednak on jest po prostu zagubionym, dzieckiem. Oczywiście, że chciał się pozbyć Assamity, nie przeszkadzało by mu też, wkopać mnie. Myślę jednak, że to nie jest działanie z pełną premedytacją ale reakcje pod wpływem emocji. Kogoś kto nie potrafi planować za bardzo w przód, ponieważ za bardzo jest zajęty utrzymywaniem iluzji swojego świata. Horacy snuje plany o dogadywaniu się z księciem, kiedy zostanie primogenem, chociaż wie już kim jest książę. Horacy wciąż marzy i chce żeby rzeczywistość była taka jaką sobie wymarzy, nie chce jej dostrzec taką jaką jest. Nie sądzę, żeby Horacy był wstanie podać Ci prawdziwe przyczyny swoich działać, gdyż wynikają one z wewnętrznego pomieszania i nie ma za tym żadnego spójnego i sensownego planu. To nie jest kwestia złej woli, tylko złego charakteru.

Darshan obserwował spokojnie Nosferatu. Zastanawiał się co zrobi. Potencjalnie był niebezpieczny. Miał jednak ogromną słabość do popadania w iluzje.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 12 kwietnia 2016, 20:21

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Kiedy LaSombra tonem przywódcy oznajmiła, że wszyscy czekają na słowa Nosferatu, a Ravnos dodał swoje na sprawę spostrzeżenia, Malkavian nie zdołał się powstrzymać, dopowiadając parę słów w kierunku przepytywanego. W końcu jak wszyscy to wszyscy.

- Darth Namtar powiedział, że kiedy w Nyctofilii nie było mu dane unicestwić Paina, powiedziałeś mu, że koteria teraz jest w niebezpieczeństwie i że to jego wina. To dlatego wyskoczył ze śmigłowca i dlatego właśnie wyglądało to jakbyś chciał się go pozbyć. Powiedziałeś w śmigłowcu, "Przypomnijcie mi o tym jak następnym razem będę chciał jeszcze pocieszać jakiegoś Asamitę". Nie mam zamiaru cię wychowywać, ale powiedzenie komuś, że jest winny sytuacji której powinien zapobiec ciężko uznać za pocieszanie. - przerwał zbierając jeszcze myśli, wzniesionym ponad głowę palcem dając do zrozumienia, że jeszcze chce coś dodać.

- Wiem, że nie masz najlepszego zdania o Assamicie. Spójrz jednak na to w ten sposób. Wyobraź sobie, jakby wyglądała nasza rozmowa z Archontem, gdyby jednak Łowca pozostał z nami. Nikt nie przebił by twego serca kołkiem, nikt by nas nie straszył, a Czarna Victoria nie miała by tak opętanego adoratora...

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 13 kwietnia 2016, 22:56

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

- Porozmawiajmy zatem ale nie tutaj gdzie ściany mają uszy... - mówiąc to ruszył powoli jakby miał jakiś ciężar na plecach po schodach do sanktuarium. Zatrzymał się przed wejściem.

O Wielki Duchu czy wszystkie postacie są nadal uwięzione w sanktuarium? Czy zdarzyło się coś w domu od naszego wyjścia? I czy mógłbyś przyjacielu wyciszyć naszą rozmowę przed innymi tak by nie dało się jej podsłuchać przez kogoś spoza koteri? - zwrócił się myślą do Ducha.

- Porozmawiamy na dole. Jeżeli jakimś cudem Namtar przeżył, to będzie nas tutaj szukał. Czekamy godzinę, a potem zastanowię się co robimy dalej. Idziemy wszyscy do biblioteki - powiedziała stanowczym głosem Lasombra.

Darshan i Terry posłuchali słów lidera. Nosferatu wiedząc, że mają sobie sporo do wyjaśnienia nie miał wyjścia. Zawrócił z schodów i udał się za Malkavianem i Ravnosem do biblioteki.

Horacy nabrał powietrza bo mimo iż ciężkie od gnijącej w powietrzu atmosfery było mu jednak teraz potrzebne. Wciągnął więc w płuca tą przebrzydłą aurę, która mocno przypominała mu jego drugi dom, czyli kanały.

Już miał odpowiedzieć Victorii kiedy w słowo wszedł mu Terry. Nie odwracając wzroku od lodowatego spojrzenia Lasombry, słuchał braciszka pozwalając mu skończyć swobodnie jakże pouczającą w swym duchu wypowiedź.

- Ale... to, to cię boli Ojczulku? - powiedział spokojnie, przenosząc wzrok na Terrego. - Że nie będzie miał kto chronić ciebie i pozostałych? Że znów będziesz musiał troszczyć się o siebie w wielkimi złym świecie? Czy też może boli was bardziej fakt, iż mimo mądrych przemów do serca mordercy i słodkich oczu... - powiedział zwracając się postawą do Victorii - nie macie nad nim kontroli. I to żadnej. Oboje prosiliście by tego nie robił a jednak nie posłuchał. Dlaczego? Ponieważ stary szczur przejął nad nim kontrolę? Wolne żarty. Jestem ostatnią osobą której by się posłuchał. Decyzję podjął wcześniej. Nie widzieliście go jaki był w kanałach po tej walce. Sam czuł że spartolił. Remisowanie po prostu nie jest w jego naturze, on musi być numero uno i koniec. Tak jak na dzikim zachodzie nie mogło być dwóch najlepszych rewolwerowców w tym samym mieście. Muszą się sprawdzić, taka natura. Tak, to prawda pocieszałem go w kanałach ale nie okłamywałem. Owszem chcę się go pozbyć z miasta, ponieważ morderca o takich umiejętnościach błąkający się po okolicy jest sam z siebie problemem. Gdyby chociaż jeden z was potrafił jakoś przemówić do niego tak by.... - zaczerpnął zgniłego powietrza raz jeszcze . - Krótko mówiąc ja wam waszej kontroli nad nim nie zabrałem. Nie da się zabrać czegoś czego nie ma. Teraz tłumaczycie to sobie po swojemu myśląc na swój zachodni sposób. Ale on ma inny mechanizm o tutaj pod kopułką. I ja nad nim władzy nie mam. A już na pewno nie takiej żeby kazać mu skakać helikoptera.

Rozejrzał się po obecnych. Faeria barw ich aur była dosyć czytelna.

- I ku waszemu rozczarowaniu informuję, że nie jestem niczyim szpiegiem. Może miłość niektórym zaślepiła oczy ale pozostałe kufry i stare skrzynie jak wy powinny wyłapać jak ktoś wali je w bambuko he, he... Nie wszystkie słowa, które słyszałaś mówił Horacy, moja księżniczko. Więc to nie jest wpływ Rustyego... raczej -powiedział nieco się zamyślając. - Rusty i Max to jedyni dwaj starsi którzy potrafili nieco pokrzyżować plany pewnego księcia na D. Teraz dziwnym trafem obaj nie są już szkodliwi. Wpadli w swoje własne sidła, jeden ambicji a drugi mani wolności. Teraz jak dodamy jeden do jednego to co nam wyjdzie, moje wy wiekowe bystrzachy?

- Oczywiście, ze chciałem powiedzieć o bombie. - powiedział lekko urażony. - Wtedy nie było na to czasu ani możliwości ale zataić takie info? Pozwolić by jakiś kolejny wariat zabijał nas. Oczywiście, ze Democritus powinien się o tym dowiedzieć. Może dla was wysadzanie Elizjum w powietrze to jak splunąć ale ja znałem wszystkich którzy tam przesiadywali. Taki zamach to straszna rzecz. Szok, że się tak wyrażę. Wydaje wam się że uratujcie za chwilę świat, wiec takie tam drobne rzeczy można poświęcić lub pominąć, zapomnieć. I żyć z tym codziennie. Ja nie. Bo ja jestem stąd. Dla mnie to nie są jakieś tam bezimienne ofiary, Niektórych co prawda nawet nie lubiłem, lecz chyba są jakieś granice niewrażliwości prawda? Nic dziwnego, że z takim podejściem nadal jesteście tylko bandą wagabundów bez swojego własnego miasta. Bez domu.

- Owszem chciałem i nadal uważam, ze należy poinformować Księcia, przy jakiejś tam okazji. Democritus jest jaki jest. Wcale nie jest gorszy od innych książąt. Powiem więcej, może i ma nasrane na punkcie władzy ale jednego mu nie można odmówić; troski o miasto. Gdyby nie on ten stan już dawno zalał by Sabat. Gówno mnie obchodzi czy on jest Ventrue, Lasombra czy Malkawianinem któremu już wszystko i dokładnie się poje... To nie ważne. Ale ważne to, że dzięki niemu nie giniemy.

- Ale może, może... Dodajmy do poprzedniego rachunku jeszcze jedną cyfrę. Czy zastanawialiście się, kto mógłby chcieć podłożyć bombę w miejscu, gdzie jest gniazdo zdeprawowanych sług Setytów oraz generalicja Anarchistów na raz? Musiał by być to ktoś, kto bardzo dba o porządek. Tyle, że bomba w elizjum nie wydaje mi się w jego stylu. To musiał zrobić jakiś paproch. No bo trzeba być debilem żeby położyć na stół jedną kartę i postawić na nią wszystko. Każdy ma plan "B", który przeważnie ma zadziałać równocześnie. Wiec musiały być co najmniej dwie. No chyba, że ta bomba miała być znaleziona... Wówczas to nieco umniejsza twoją zasługę Darshanie. Bo uważam, że gest bezinteresownego uratowania kilkunastu żyć jest właśnie zasługą a nie czymkolwiek innym. A przynajmniej powinien być tak traktowany, w normalnej sytuacji. Choć nie wiem jak jest w twojej kulturze to odbierane, więc wybacz. No dobra. - klepnął się po udach - Teraz możecie spróbować mi spuścić wpierdol ale uprzedzam, że będę się bronił... poprzez ucieczkę. Choć nim to zrobię pierwszemu chętnemu wybiję zęby tą skromną płytą nagrobną. Obiecuję. - zakończył opierając rękę na najbliższym grobowcu.
Spoiler!
Wypowiedź dłuższa a przez jej czas oglądam sobie aury i poproszę o test empatii na reakcje pozostałych. Właściwie to interesuje mnie Viktoria i Terry.
Spoiler!
Test czytania aury ST:8
Victoria = 2 sukcesy. Aura blada. Główny kolor to ciemnoniebieski (podejrzliwość).
Terry = 3 sukcesy. Aura kolorowa (Malkavianin). Zauważasz dwa kolory, które mieszają się z sobą. Przeważa jasno-szafranowy (przejęcie sytuacją) i ciemnożółty (zdziwienie, które pojawiło się po słowach Horacego).
Darshan = 1 sukces. Blada Aura.

Test Empatii ST:6 = 6 sukcesów.
Sprawa dla Horacego jest jasna i klarowna. Wszyscy w koterii mówią szczerze to co myślą i nikt nie próbuje kimś manipulować.
Każdy kieruje się jednak swoimi pobudkami i przedstawia rzeczy z swojej strony.

Dostrzegasz w Terrym kogoś kto byłby świetnym materiałem na mentora. W Malkavianie nie ma nawet cienia agresji, a jego poprzednie i kolejne wypowiedzi trafiają w sedno problemu.

Victorii ciężko uwierzyć w to co zrobiłeś. Ma dylemat: albo jesteś szpiegiem, albo musisz być piramidalnie głupi.

Darshan uważa, że jesteś dzieckiem, które kompletnie zagubiło się w nowej sytuacji. To co powiedział jest dokładnie tym, co myśli. Ravnos widzi cię jako nieświadome zagrożenia dziecko, które bawi się brzytwą.

Generalnie koteria uważa, że chlapnąłeś za dużo w helikopterze i stałeś się zagrożeniem dla całej misji. Nikt w tej drużynie nie kupił twoich tłumaczeń i przeraża ich fakt, że ochroniarz faktycznie może być martwy. Dodatkowo są bardziej podejrzliwi wobec Horacego, gdyż zachowuje się tak jakby brak Namtara nie był problemem. Horacy powinien zdać sobie sprawę, że bez Assamity prawdopodobnie nie przetrwacie następnych nocy.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 14 kwietnia 2016, 00:09

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Terry uniósł brwi w szczerym zdziwieniu. Nie spodziewał się gróźb ze strony Horacego, nie zamierzał jednak pozwolić, by przeszkodziły mu one w tym co ma do powiedzenia.

- Na razie tylko ty jesteś chętny, możesz zacząć od siebie. Ja nie mam zamiaru z tobą walczyć, za to potrzebuję żebyś coś zrozumiał. Bo to co powiedziałeś, to zbiór kłamstw, nawet jeśli sam w nie wierzysz. - powiedział, zachowując jednak odpowiedni odstęp od swego rozmówcy, na wypadek gdyby ten źle odebrał jego intencje.

Mówiąc starał się by ton jego głosu był równie cierpliwy co stanowczy. Nie agresywny, ale stanowczy właśnie. Chodziło przecież o to, by wyjaśnić sobie pewne sprawy, a nie przekomarzać się, odnośnie tego czyja racja jest bardziej mojsza.

- Ale po kolei. - uniósł w górę pięść, prostując pierwszy palec. - Owszem, boli mnie, że nie ma kto nas w tej chwili ochraniać. Nie wiem czy zauważyłeś, ale to miasto ogarnęła wojna. Układy, kontrola i tytuły przestają się liczyć w takich chwilach. Ich miejsce zajmuje brutalna siła. A ponieważ prawo przestaje w takich warunkach funkcjonować, a całkiem pokaźne grono kainitów chce nas ubić zanim znajdziemy mordercę Czerwonego Mędrca, to boli mnie jeśli mamy samopas biegać po tej dżungli. Nie dalej jak wczoraj w parku, Mroczny Jedi przyjął na siebie kulę, która inaczej eksplodowała by moją głowę. I Gdyby nie ochroniarz, nie mówiłbym teraz do ciebie. W tych warunkach dosłownie KAŻDY ma możliwość zaatakowania nas, bez żadnych konsekwencji. Więc tak, boli mnie, że nasza polisa na życie gdzieś zniknęła.

Pokiwał jeszcze głową na potwierdzenie swych słów, po czym drugi z jego palców stanął na baczność.

- Brak kontroli? Łowca idzie tam gdzie go wyślemy i robi co mu powiemy. Pierwszej nocy jasno nakreślił zasady pracy z nim i jak na razie nie wyłamał się z nich. Wystarczyło słuchać. A żeby z nim się dogadać, wystarczy pozbyć się swojego "ego", na czas rozmowy z nim. Nieprawdą jest też, że nie posłuchał mnie i Czarnej Victorii. Żadne z nas nie prosiło go by nie skakał. Ale żadne z nas nie miało wtedy informacji o obietnicy którą ci złożył. Plus kiedy była ta chwila w której podejmował decyzję, ty mówiłeś o mieście i o wojnie która się toczy. Może specjalnie, może nie. Ale zająłeś te sekundy czasu które miały znaczenie. I owszem, miałeś kontrolę wystarczającą by go powstrzymać, jak i by go tam posłać. Bo to była dla niego sprawa honoru. A nie wiem, czy zauważyłeś, ale praktycznie każda wasza kłótnia kręciła się wokół honoru właśnie. - przerwał na moment, jakby szukając odpowiednich słów. Nie trwało to dłużej niż półtorej sekundy. - Reasumując. Dogadałeś mu, że spartolił sprawę. On w zamian obiecał ci, że to naprawi. Kiedy zobaczył Paina i nie pozwoliliśmy mu strzelać, (czego zresztą posłuchał niecny-robiący-na-co-ma-ochotę drań), byłeś jedyną osobą posiadającą informacje o jego obietnicy. Tylko ty mogłeś w pełni świadomie wtedy na niego wpłynąć. - przy ostatnim "tylko ty", wycelował palec wolnej ręki w stronę twarzy swego rozmówcy. Chciał, by Horacy nie miał wątpliwości, że te słowa tyczyły się właśnie jego.

- A jeśli chcesz się go pozbyć z miasta, pomóż nam jak najszybciej znaleźć morderców, których szukamy. Gwarantuję ci, że jak tylko jego kontrakt wygaśnie, czyli jak znajdziemy zabójców Mędrca w Czerwieni, on zniknie z Charleston i pewnie nigdy go już nie zobaczysz. Pomyśl, nigdy nie widziałeś Assamity mieszkającego wśród innych kainitów, prawda? To dlatego, że oni nie działają w ten sposób. Po skończonej robocie wpełzają na powrót do Otchłani z której wyłażą. I ślad po nich niknie. Więc nie martw się na zapas, bo nie masz takiej potrzeby. - posłał Nosferatu uśmiech, taki w jego opinii dodający otuchy uśmiech.

W ślad za tym uśmiechem, trzeci palec Malkaviana wyprostował się ku górze.

- Bomba... W tamtej chwili nie mieliśmy czasu na żadne przesłuchania, wycieczki w inne rejony miasta ani audiencje u księcia. Nadal nie mamy. I mieć nie będziemy, póki nie spłacimy zobowiązań, jakie stworzyły z nas tę wesołą koterię. A bomba ta nie ma już znaczenia, bo po pierwsze została unieszkodliwiona, po drugie jestem pewien, że po tych wydarzeniach Nyctofilia nie będzie miała gości przez długi czas. Jak i tego, że nie było również drugiej bomby. To już niestety było starcie tytanów. Z których jeden, i naprawdę, miej to w pamięci, jest po twojej stronie. Tak długo, jak ty pozostajesz po stronie AtraHasisa.

Czwarty palec duchownego, prostując się, wprowadził nieco zamętu na jego dłoni, szybko jednak został opanowany i ustawiony w odpowiednim miejscu w szeregu z pomocą jego drugiej ręki.

- Kolejne kłamstwo to twoja opinia o Democritusie. Dowiedzieliśmy się, że jest z klanu Strażników, co niemal z całą pewnością czyni z niego sabatnika. Jeśli dodać do tego fakt, że sam zainteresowany udaje Ventrue którym nie jest, można wykreślić "niemal" z mojego poprzedniego zdania. Obecna tu Czarna Victoria jest być może jedynym członkiem tego klanu którego uda ci się zobaczyć w szeregach Camarilli. LaSombra to klan sabatu. Tak, gdybyś nie wiedział. A to znaczy, że książę jest osobą której absolutnie nie można ufać.

- I to również znaczy, że okłamywał cię przez cały czas trwania waszej znajomości i manipulował tobą, wykorzystując twoją niewiedzę. Dalej uważasz, że jest taki w porządku? I nie zdziwiło by mnie ani trochę, gdyby na koniec wyszło, że to on rozpętał to piekło w mieście, albo gdybyśmy to właśnie jego szukali. I dlatego właśnie ta informacja ma tak ogromną wartość. A jeśli mi nie wierzysz, idź do niego i powiedz mu, że wiesz kim jest naprawdę. I zobacz co się stanie. Pierwej tylko spisz testament i obdziel dzieci ziemią swą, bo nie będzie ci już dane wrócić.

Miał wyprostować ostatni palec, pokazując swą dłoń w pełnej krasie, w ostatniej chwili jednak zrezygnował z dalszego wyliczania. Słowa które jeszcze zostały niewypowiedziane, miały zbyt wielkie znaczenie, by w jakikolwiek sposób ujmować im powagi.

- Przede wszystkim jednak, zrozum to. Charleston jakie znałeś, przestało istnieć. Tu toczy się wojna, i możesz już nie przejmować się układami, przyjaźniami i przysługami które wypracowałeś w tym mieście. Gwarantuję ci, że kiedy ta rewolta ucichnie, układ sił w tym mieście będzie całkowicie inny, niż ten który pamiętasz i któremu dalej starasz się być lojalnym. To koniec. Nic już nie wróci do normy. Książę albo zostanie zdetronizowany, albo każe już niebawem mówić do siebie "Biskupie". Właściwie, to masz nieziemskie szczęście. Gdybyś nie miał długu wobec Atra-Hasisa, pewnie wysłali by cię do walki na ulicy na którą spłynął Łowca. A z której naprawdę niewielu powróci.

- Cieszę się, słysząc, że nie jesteś szpiegiem. Ale w takim razie pomóż nam doprowadzić sprawę do końca. I nie patrz już w stronę Democritusa. Bo w Charleston jakie nadejdzie, nie będzie on już u władzy. A jeśli będzie, to szybko odkryjesz, że z jakiegoś powodu Sabat zalał wszystkie miasta, nim zdołałeś zareagować. Więc skoro nie jesteś szpiegiem, nie upieraj się, by jakiekolwiek informacje posiadane przez tą koterię, wyciekły poza nią. Red jasno dał nam do zrozumienia by nie ufać NIKOMU spoza Koterii. A jeśli uważnie rozejrzysz się po swoim mieście, szybko zauważysz ile miał w tym racji.

Na tę chwilę, nie miał wiele więcej do powiedzenia. Miał jednak nadzieję, że Horacy dostrzeże to, co starał się mu pokazać. Nie zależało mu na przyjaźni z Nosferatu, chociaż gdyby miał wybierać, wolałby takie rozwiązanie. Istotne było tylko to, by dotrzeć do prawdy której poszukiwali. Cała reszta nie miała najmniejszego znaczenia.

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 14 kwietnia 2016, 20:37

[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993[/center]

Teraz dopiero Darshan miał dość. Rozmowy, która bez sensu się przeciągała i do nikąd nie prowadziła. Patrzył przez chwilę na Horacego i nadal nie wiedział czego się ostatecznie po nim spodziewać. Nie wiedział czy jest na tyle narwany, żeby faktycznie próbować urzeczywistnić swoją "groźbę". Wolałby, żeby nikt go nie prowokował. Kiedyś jeszcze jako śmiertelnik pokonywał granice aby wyzwolić się z iluzji odrazy. Po przemianie, jego ścieżka biegła nico inaczej ale wszystko zatacza kręgi a absolut wypełniał całość stworzenia. Darshan nigdy nie próbował krwi Nosferatu. Mógłby to zmienić. Zwłaszcza po przemianie jaka zaszła w nim w obliczu niedawnych wydarzeń. Możliwość wyboru oznaczała nie tylko możliwość powiedzenia nie.

[center]Obrazek[/center]

- Spróbuj się uspokoić Horacy. Terry ma rację. Charlestone jakie znałeś już nigdy nie powróci. Nie możesz mieć pewności nawet, że nie jest to faktycznie koniec świata. Mag mówił o wojnie o dusze i umysły śpiących. To znaczy, że za parę dni rzeczywistość może się zmienić w stopniu jakiego nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. Może nawet zmienić twoje wspomnienia i sam staniesz się zupełnie inną istotą. Możliwe także, że rzeczywistość straci spójność i przestaniemy istnieć. Chociaż muszę przyznać, że mimo wszystko wydaje mi się, że nie dojdzie do większych przemian. Muszę jednak dodać, że prekognicja nigdy nie była moją mocną stroną.

- Obecnie znajdujesz się w towarzystwie jedynych istot w okolicy, które nie są do ciebie wrogo nastawione i dla których nie jesteś pionkiem na szachownicy. Namtar, jest z kolei jedyną istotą, która dba o Twoje bezpieczeństwo.

Darshan mówił dość niechętnie, chociaż ton jego głosu tego nie zdradzał. Nie wierzył, że Nosfertau może być w stanie zerwać ze swoimi słabościami i spróbować wyjść poza swój życzeniowy tunel rzeczywistości. Skoro jednak Victoria oraz Terry próbowali przemówić mu do rozumu a on był częścią tej koterii, spróbował ich wesprzeć w tym, jak mu się wydawało daremnym trudzie.

- Ostatnie wydarzenia być może podkopują Twoje zaufanie w stosunku do Mędrca w Czerwieni. Możliwość, że bawiłby się nami jak pionkami w jakieś rozgrywce ze starymi wampirami z sekretnego klubu może wydawać się nieco szokująca. Z drugiej strony jednak chciałbym zwrócić uwagę, że jeżeli Red Wisdom istotnie posiadał mądrość, którą zasłużył sobie na szacunek jaki zdobył to raczej nic nie robił przypadkowo. Zwróć więc proszę uwagę na osoby jakie znalazły się w tej koterii. Każdy poza tobą, jest zdecydowany wypełnić wolę Mędrca, bez względu na wszystko. Współpracujemy ze sobą i ufamy sobie, bo wiemy że realizujemy wspólny cel. Nawet Assamita jest naszym sprzymierzeńcem. Myślę, że w ten sposób Atra-Hasis lepiej zobrazował ideę, która początkowo miała stać się fundamentem Camarilli i pokazał jak tą ideę zrealizować. Sądzę więc, że wybrał wykonawców swego testamentu zwłaszcza tych, których wybrał personalnie, dlatego że widział w was potencjał, który pozwoliłby wam zrozumieć.

- Jeśli więc Charlestone upadnie a wy przetrwacie i będziecie inicjatorami nowego początku, będziecie mądrzejsi o tą naukę, i być może wam się powiedzie tam gdzie Camarilla zawiodła. Assamitę i Ravnosa Mędrzec nie wybierał osobiście, gdyż znał naturę naszych klanów i wiedział, że sprawy honorowe traktujemy poważnie. Niepowodzenie Gavina musiało zostać naprawione, dlatego teraz jestem tutaj ja, ale gdyby był tu ktoś inny tak samo byłby oddany misji.

- Zachowujesz się jakbyś nie przetrawił jeszcze wszystkich informacji, które dotarły do nas w ciągu ostatnich kilku godzin. Proponuję abyś się uspokoił i spróbował to sobie na spokojnie poukładać.

- Poza tym nie uciekniesz stąd ani nie zrobisz nikomu krzywdy.

Mistyk wolał nie tłumaczyć, dlaczego. Horacy mógłby to przyjąć jako groźbę. Nie chciał mu też tłumaczyć, że plan ucieczki nie był dobrym pomysłem, bo nawet gdyby mu na to pozwolili, to na pewno zlikwidowałby go Assamita. Przy okazji Nosferatu po raz kolejny zdradził jak wiele znaczy dla niego testament Atra-Hasisa. Może i lepiej, że Namtar tego nie słyszał, znów bolałby nad tym jak nisko upadły kultury zachodu ze swoją ignorancją, arogancją, hipokryzją i zakłamaniem.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 14 kwietnia 2016, 23:19

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Patrzył się nadal w we wnętrze sarkofagu lecz zadawało się, że wzrokiem sięgał gdzieś tam w dal.

- Nie masz pojęcia Ravnosie czy spłacę ten dług czy nie. Może dlatego, że zachód jest zakłamany nie obejmujesz go umysłem. Oczywiście, że go spłacę. Natomiast ostatnio wątpię w jasną sylwetkę Reda jaką budowałem sobie przecież i ja w umyśle przez blisko dwieście lat. Ty jeszcze w nią wierzysz. Jeden z nas żyje w iluzji.

- Nie myślcie też sobie, że miałem zamiar zabić Namtara. O nie. Oczywiście że zdawałem i zdaję sobie sprawę co się stanie jak go nie będzie. Uważam jednak że najlepiej by było jakby sobie stąd poszedł po wszystkim. I nigdy nie wrócił. Zwłaszcza po mnie czy kogoś mi bliskiego.

- Co do Demcritusa to myślałem i nad tym że mógłby przejść do Sabatu. Nie widzę jednak sensu by miał fantazję burzyć coś co budował z takim trudem przez ponad dwieście lat. Owszem historia zna i takie wkręty. Ale przecież mógł wyłożyć miasto już wielokrotnie, po prostu źle ustawiając obronę miasta. Wiele razy mógł to zrobić. Dlatego nie wydaje mi się by Hogax przyszedł do niego przybić interes na pogrzebie. Mistrz do ucznia albo odwrotnie... Choć nie można i tego wykluczyć. Nie, DemoA tak na marginesie, to czy aby wrzucając wszystkich Lasmobra do jednego wora nie robisz krzywdy Victori takimi słowy Ojcze?

- Co do sprawy elizjum to nie miała ona bezpośredniego związku z testamentem i nie czułem się zobowiązany utrzymywać milczenie w tej sprawie.

- Czasami odnoszę wrażenie, że wasz świat jest biało czarny. Ja go widzę inaczej. Każdy jest ubrudzony. Wybieramy tylko między mniejszym złem. Krocząc po cienkiej czerwonej linii pomiędzy.

Trwał chwilę w zamyśleniu jakby sobie coś przypomniał.

"...Charleston jakie znałeś, przestało istnieć. Tu toczy się wojna, i możesz już nie przejmować się układami, przyjaźniami i przysługami które wypracowałeś w tym mieście..."

- Może i masz rację Ojczulku trawa wojna i wszystko legnie zaraz w gruzach. Ale jeśli nie będziemy walczyć o te przjaźnie, miłości i wszystko inne to co nam zostanie? Trzymanie się kurczowo planszy na szachownicy życia do momentu kiedy jeden z grających nie zdecyduję że już dosyć?

- Nurtuje mnie jedno pytanie. Skąd Sabat wiedział o wskrzeszonym magu. Bo to jego szukali na cmentarzu. A jeszcze bardziej jestem ciekawy po co go szukali....
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 15 kwietnia 2016, 19:10

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Widząc, że Horacy się nieco uspokoił, Terry również pozwolił sobie na odrobinę rozluźnienia. Zastanawiał się nad słowami Nosferatu. Wciąż nieco się im dziwiąc.

- Atra-Hasis jest pradawnym wampirem, któremu zawdzięczam życie. Nigdy nie myślałem, że jest święty. Jedynie, że jest naprawdę mądry i że jest moim przyjacielem. To czego się dowiedzieliśmy, nie wpływa na moje o nim mniemanie. Bowiem nie dowiedzieliśmy się niczego, czego sam nie mógłbym się po nim spodziewać.

Urwał wypowiedź, składając razem dłonie. Jak do modlitwy, tylko tym razem nie po to by się modlić.

- Chciałeś się go pozbyć, czy chciałeś go zabić, dla tej koterii niewiele to zmienia. W przypadku gdyby coś mu się stało, najdalej przed jutrzejszym świtem ta część z nas, która jakimś cudem nie uciekła, była by kupką popiołu. Oczywiście on zniknie, kiedy tylko wykona zadanie. Ale to czy nie wróci, zależy tylko od tego jakich będziesz sobie dobierał oponentów. Oraz jak bardzo zaleziesz im za skórę.

- O księciu myślę, że w sabacie był od zawsze. Inaczej nie miał by potrzeby kryć się z tym kim jest. A co do tego, że nie miałby fantazji niszczyć czegoś co budował tyle lat... Skąd przekonanie, że nie miał fantazji zbudować to w przygotowaniu na te konkretne noce? Stare wampiry mają cele które są poza naszym postrzeganiem. Przecież masz już swoje lata, naprawdę dziwi cię taka ewentualność? I nie, nie sądzę bym obraził Czarną Victorię. Jeśli już, to ją skomplementowałem. - mrugnął porozumiewawczo w kierunku Mrocznej Pani.

Nie chciał, żeby wyglądało to jak gdyby chciał wygrać dyskusję. Szukał właściwych słów, jednak jakoś wybitnie go omijały. Chciał mu powiedzieć tyle rzeczy na raz, ale nie wiedział od której zacząć. Był naprawdę przejęty tym, w jaki sposób Horacy patrzył na świat nocy. Świat, którego częścią był. Od dwóch stuleci.
Nie do wszystkiego się ustosunkowałem, gdyż wyjść pilnie muszę. Będę póóóóóóźniej pisał dalej.

ODPOWIEDZ