: 12 stycznia 2015, 20:27
Preludium
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 06.08.1993 12:03
[center]
[/center]
Tego dnia było bardzo gorąco, ponad trzydzieści stopni w cieniu. Lato rozgorzało w pełni, przyduszając swym ciężarem drzewa i krzewy w Charleston. Czarny cadillac, bez numerów rejestracyjnych, wjechał powoli na teren posesji. Zaparkował tuż obok wielkiego, atramentowego hammera stojącego na parkingu po lewej stronie domu. Czterech białych mężczyzn, w czarnych garniturach i okularach przeciwsłonecznych wysiadło z samochodu, rozglądając się po okolicy. Każdy z nich wyposażony był w kompaktową, czarną walizkę. Niektórzy ścierali z czół błyszczące w promieniach słońca krople potu. Mężczyźni liczyli nie więcej niż 40 lat, tylko jeden z nich wyróżniał się na tle pozostałych. Był dużo starszy, co uwidaczniały głębokie zmarszczki na twarzy i dłoniach.
Panowie w czerni bez słowa ruszyli w stronę domu. Na wybrukowanej ścieżce prowadzącej do głównego wejścia rozdzielili się. Jeden skierował się na lewą stronę, drugi w prawą otaczając nieruchomość z flanki. Gdy dowódca podchodził wolnym krokiem do drzwi wejściowych, młodszy agent w kilka sekund rozbroił alarm i zamek w drzwiach. Chowając najnowsze dzieło techniki do swojej walizki, otworzył pospiesznie drzwi, by jego przełożony nawet na chwilę nie musiał się zatrzymywać.
Dom w środku był pusty, jakby przed chwilą była tutaj ogromna rodzina, ale nagle coś ich porwało. Gdy wszyscy Panowie w Czerni znaleźli się w budynku, w jednej sekundzie zrobiło się całkowicie ciemno. Na zewnątrz noc wypełniało cykanie świerszczy i delikatne światło lamp zapalonych w ogrodzie. Starzec z niedowierzaniem spojrzał na cyfrowy zegarek, była bowiem 22:23 06.08.1993.
- Nie mamy czasu. Nie manipulujcie nim, to za duże ryzyko - odezwał się metalicznym głosem, który dotarł przez mikrofon do ucha każdego z członków oddziału. - On już wie, że tu jesteśmy. Postępujemy dalej zgodnie z procedurą o najwyższym priorytecie ostrożności.
[center]
[/center]
Adrahasis siedział z zamkniętymi oczyma w pozycji lotosu. Od bardzo dawna zasypiał w dzień, w ten właśnie sposób. Opanował do perfekcji ciało i umysł, powtarzając te same ćwiczenia przez ostatnie milenium. Czysta świadomość zawieszona w nieskończonej pustce, gdzie nie ma czasu i kierunku. Brujah kilka epok temu przekroczył granicę, której żaden śmiertelnik nigdy nawet nie pozna. I nagle oczy mędrca otworzyły się, a nadnaturalne zmysły wychwyciły kilka istot, które za dnia chciały zbliżyć się do jego ciała. Pułapka czasu zadziałała z kosmiczną precyzją. Nadeszła chwila na ruch poza czasem, pokonujący przestrzeń.
Siedział w bezruchu pozwalając starożytnej krwi przebudzić moc Dyscyplin. Bardzo rzadko decydował się na aktywację takiej potęgi. Jednak teraz nie było już wyjścia, przyszli po niego dużo wcześniej niż się spodziewał. Pomimo ich wysiłków, na to też był przygotowany. Pozwolił bezwolnie opaść starym powiekom, gdy czas powoli zwalniał tempo.
Wpadł w mistyczny i głęboki trans. Pojawił się zaraz przy oknie w swoim pokoju na poddaszu, które było jego małym gabinetem. Otworzył je jednym sprawnym ruchem ręki i pospiesznie zbliżył się do klatki z pięcioma czarnymi jak smoła krukami. Starzec odezwał się:
- Już czas moi przyjaciele - głos mędrca był dla krewniaków w klatce tak mocno emocjonujący jak kradzież o poranku, albo największa tajemnica Bastetów, opowiedziana na spotkaniu Caernu Gwiżdżącego Zdroju.
- Ej, chłopaki Red to robi, rozumiecie - powiedział największy z ptaków.
- To naprawdę się dzieje, on nas wypuszcza - odezwał się kolejny.
- Red, jesteś wspaniały - wykrzyczał ten o największym dziobie - przygodo, witamy cię!
- Ja jestem głodny - odezwał się najgrubszy.
- Zamknijcie się i bierzcie się do roboty. Zaraz startujemy i niczego nie kradniemy - powiedział ostatni uderzając skrzydłami pozostałych, zmuszając kamratów do lotu.
Brujah otworzył klatkę rozbrajając skomplikowany mechanizm, pozwalając pięciu krukom wylecieć przez okno. Podszedł bliżej, by się upewnić, że kruki odlatują bardzo daleko.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 06.08.1993 12:03
[center]
[/center]Tego dnia było bardzo gorąco, ponad trzydzieści stopni w cieniu. Lato rozgorzało w pełni, przyduszając swym ciężarem drzewa i krzewy w Charleston. Czarny cadillac, bez numerów rejestracyjnych, wjechał powoli na teren posesji. Zaparkował tuż obok wielkiego, atramentowego hammera stojącego na parkingu po lewej stronie domu. Czterech białych mężczyzn, w czarnych garniturach i okularach przeciwsłonecznych wysiadło z samochodu, rozglądając się po okolicy. Każdy z nich wyposażony był w kompaktową, czarną walizkę. Niektórzy ścierali z czół błyszczące w promieniach słońca krople potu. Mężczyźni liczyli nie więcej niż 40 lat, tylko jeden z nich wyróżniał się na tle pozostałych. Był dużo starszy, co uwidaczniały głębokie zmarszczki na twarzy i dłoniach.
Panowie w czerni bez słowa ruszyli w stronę domu. Na wybrukowanej ścieżce prowadzącej do głównego wejścia rozdzielili się. Jeden skierował się na lewą stronę, drugi w prawą otaczając nieruchomość z flanki. Gdy dowódca podchodził wolnym krokiem do drzwi wejściowych, młodszy agent w kilka sekund rozbroił alarm i zamek w drzwiach. Chowając najnowsze dzieło techniki do swojej walizki, otworzył pospiesznie drzwi, by jego przełożony nawet na chwilę nie musiał się zatrzymywać.
Dom w środku był pusty, jakby przed chwilą była tutaj ogromna rodzina, ale nagle coś ich porwało. Gdy wszyscy Panowie w Czerni znaleźli się w budynku, w jednej sekundzie zrobiło się całkowicie ciemno. Na zewnątrz noc wypełniało cykanie świerszczy i delikatne światło lamp zapalonych w ogrodzie. Starzec z niedowierzaniem spojrzał na cyfrowy zegarek, była bowiem 22:23 06.08.1993.
- Nie mamy czasu. Nie manipulujcie nim, to za duże ryzyko - odezwał się metalicznym głosem, który dotarł przez mikrofon do ucha każdego z członków oddziału. - On już wie, że tu jesteśmy. Postępujemy dalej zgodnie z procedurą o najwyższym priorytecie ostrożności.
[center]
[/center]Adrahasis siedział z zamkniętymi oczyma w pozycji lotosu. Od bardzo dawna zasypiał w dzień, w ten właśnie sposób. Opanował do perfekcji ciało i umysł, powtarzając te same ćwiczenia przez ostatnie milenium. Czysta świadomość zawieszona w nieskończonej pustce, gdzie nie ma czasu i kierunku. Brujah kilka epok temu przekroczył granicę, której żaden śmiertelnik nigdy nawet nie pozna. I nagle oczy mędrca otworzyły się, a nadnaturalne zmysły wychwyciły kilka istot, które za dnia chciały zbliżyć się do jego ciała. Pułapka czasu zadziałała z kosmiczną precyzją. Nadeszła chwila na ruch poza czasem, pokonujący przestrzeń.
Siedział w bezruchu pozwalając starożytnej krwi przebudzić moc Dyscyplin. Bardzo rzadko decydował się na aktywację takiej potęgi. Jednak teraz nie było już wyjścia, przyszli po niego dużo wcześniej niż się spodziewał. Pomimo ich wysiłków, na to też był przygotowany. Pozwolił bezwolnie opaść starym powiekom, gdy czas powoli zwalniał tempo.
Wpadł w mistyczny i głęboki trans. Pojawił się zaraz przy oknie w swoim pokoju na poddaszu, które było jego małym gabinetem. Otworzył je jednym sprawnym ruchem ręki i pospiesznie zbliżył się do klatki z pięcioma czarnymi jak smoła krukami. Starzec odezwał się:
- Już czas moi przyjaciele - głos mędrca był dla krewniaków w klatce tak mocno emocjonujący jak kradzież o poranku, albo największa tajemnica Bastetów, opowiedziana na spotkaniu Caernu Gwiżdżącego Zdroju.
- Ej, chłopaki Red to robi, rozumiecie - powiedział największy z ptaków.
- To naprawdę się dzieje, on nas wypuszcza - odezwał się kolejny.
- Red, jesteś wspaniały - wykrzyczał ten o największym dziobie - przygodo, witamy cię!
- Ja jestem głodny - odezwał się najgrubszy.
- Zamknijcie się i bierzcie się do roboty. Zaraz startujemy i niczego nie kradniemy - powiedział ostatni uderzając skrzydłami pozostałych, zmuszając kamratów do lotu.
Brujah otworzył klatkę rozbrajając skomplikowany mechanizm, pozwalając pięciu krukom wylecieć przez okno. Podszedł bliżej, by się upewnić, że kruki odlatują bardzo daleko.
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]