Tak sobie piszę, gdyż nudzę się niezmiernie a każda okazja do ponarzekania w necie powinna być celebrowana i wykorzystywana.
Taki ze mnie dziwny organizm, który czasem złapie apetyt na podrążenie jakiegoś losowego tematu.
Tematem na dzisiaj- głupota zasady działania czarów leczących. Przynajmniej tych dandżenowodragonowo- kryształowych.
W tych systemach występują leczenia lekkich, średnich, krytycznych itp ran.
Hipotetyczny wojownik Alanek (żyw. dajmy na to, 100), po otrzymaniu ciosu kamieniem półtoraręcznym małym, obrywa za 40 obrażeń.
Trochę boli więc Alanek zwraca się o pomoc do zaprzyjaźnionej kapłanki Dżesiki. Ta, używając leczenia lekkich ran, przywraca mu całe 40 żyw.
Mija kilka poziomów... Alanek ma już teraz 200 żywotności. Podczas wyprawy po Kapeć Władzy Nad Współpasażerami, przypadkowo wystrzelony harpun godzi Alanka boleśnie w tułów, za pełne 50 demejdżu. Procentowo- słabiej niż w/w kamień, zaledwie kilka poziomów temu. O ile dobrze liczę- harpun pozbawia go 25% chęci do życia podczas gdy kamień przybliżył go w 40% do renty.
Mimo tego, Dżesika musi poświęcić dwukrotnie więcej zaklęć aby znowu skrycie myśleć o Alanku jako o Ciachu.
Bezsens? Nie moja retoryka i liczne dygresje lecz system leczenia...
Zaklęcie, które wcześniej postawiło mocno poszkodowanego Alanka na nogi, teraz robi mu dobrze prawie dwukrotniej słabiej, chociaż sam jest dwukrotnie wytrzymalszy (bardziej chłoponaschwalszy) niż parę sesji wcześniej.
Moje czepialstwo osiągnęło chyba granice dobrego smaku
Otóż... Czy nie byłoby zasadniej ustalić moc działania zaklęć w, dajmy na to, procentach?
Na przykład- leczenie lekkich ran przywraca 10% maksymalnej żyw, średnich- 20%, krytycznych- 50%.
Wszak Alanek bardziej odczuł cios kamieniem niż harpunem a jednak leczony był dłużej po harpunie...