Przez wiele pokoleń zamieszkujący dzikie mateczniki Tharnowie - zdegenerowani barbarzyńcy obdarzeni mocą przeistaczania się w półzwierzęce bestie - ulegali postępującemu wymarciu, stając się w opinii cywilizowanych ludzi jedynie krwiożerczymi postaciami ze starych legend. Przez pewien czas nawet nowożytni akademicy postrzegali ich za krwawą, ale niewielką notatkę w annałach immoreńskiej historii, uważając Tharnów za zwyrodniałą rasę ludzi o upodobaniu do bluźnierczych religijnych praktyk, zmierzającą nieuchronnie ku całkowitej zagładzie.
[center]
[/center]Niewielu z tych akademików zdaje sobie sprawę, że zapaść Tharnów rozpoczęła się kilka lat po powstaniu sojuszu, który w roku 295 OR zawarli barbarzyńcy z Ciernistej Puszczy i khadorańska królowa Cherize, oddająca potajemnie cześć Thamar. Przekonani o wymiernych korzyściach płynących z udziału w inwazji na Ord, Tharnowie dołączyli do innych barbarzyńskich ludów służących za narzędzie podstępnej władczyni. Zwyczajna początkowo wojna - jedna z wielu wstrząsających pograniczem w czasach po Rebelii - szybko stała się konfliktem wierzeń. Wstrząśnięci religijną naturą zmagań, ortodoksyjni morrowiańscy klerycy uznali za konieczne ingerencję w sytuacji, kiedy thamaryci połączyli swe siły z wyznawcami Bestii o Wielu Kształtach. W rezultacie działań wojennych w obrębie Ciernistej Puszczy Cygnarczycy i opłacani przez nich żołnierze zaciężni padli ofiarą niewyobrażalnej rzezi, ale potęga militarna najeźdźców została w końcu złamana. Nastąpiło to co prawda w innym niż Ciernista Puszcza miejscu - w roku 305 OR najazd barbarzyńców zatrzymał się na strzelistych murach Midfastu, granicznej twierdzy królestwa Ordu - niemniej jednak krwawa wojna dobiegła wówczas końca. Wyniszczeni koczownicy z północy zawrócili do Khadoru, Tharnowie zaś wycofali się w leśne ostępy.
Tharnowie odczuli skutki tej krwawej wojny dopiero po kilku latach, lecz kiedy już konsekwencje stały się widoczne, wstrząsnęły szamanistyczną społecznością leśnych barbarzyńców. Po dziś dzień nie można stwierdzić z całkowitą pewnością, że Plaga Dziesięciu Przekleństw była boską karą zesłaną na Tharnów przez samego Morrowa, jednakże wersja ta należy do najpopularniejszych w kręgach akademików. Społeczności leśnych barbarzyńców zaczęły cierpieć na daleko posuniętą bezpłodność, wiek po wieku wymierając całymi plemionami i zmierzając nieuchronnie ku całkowitej zagładzie.
Owa nienaturalna bezpłodność została wyleczona zaledwie kilkadziesiąt lat temu dzięki wysiłkom Morvahny Jesiennej Klingi, niebywale potężnej druidku należącej do Kręgu Orborosa. Nie wiadomo niczego na temat rytuału niezbędnego do zdjęcia z Tharnów klątwy, ale podejrzewa się, że było to możliwe dzięki niebywale rzadkiej koniunkcji trzech księżyców Caenu i ciała niebieskiego zwanego Okiem Żmija. Dokonawszy swego Morvahna dowiodła władzy nad cyklem życia i śmierci i zarazem zapewniła sobie niewzruszone oddanie Tharnów po wszelkie czasy. Co więcej, sekretna ceremonia nie tylko przywróciła kobietom Tharnów płodność, lecz zarazem znacząco ją spotęgowała i w dzisiejszych czasach zwykły one rodzić niemal wyłącznie bliźniaki i trojaczki. Szamani Tharnów - postrzegający druidów za proroków Bestii o Wielu Kształtach - zaczęli czcić Morvahnę jako emisariuszkę Żmija zesłaną przez drapieżnego boga z misją ocalenia puszczańskich plemion.
Kiedy w ostatnich latach coraz więcej wojskowych patroli zaczęło znikać w leśnych ostępach, a z odizolowanych od reszty królestw osad zaczęły płynąć zatrważające wieści o krwiożerczych najazdach zdziczałych półludzi-półzwierząt, historycy uważający Tharnów za wymarłych uświadomili sobie znienacka ze zgrozą, że niebezpieczeństwo ze strony zdegenerowanych barbarzyńców wcale nie przeminęło.
Opowieści o Tharnach mówią wiele o ich przebiegłości, nieludzkiej potędze w boju, przede wszystkim zaś o budzących bezbrzeżny lęk rytuałach. Przeważająca większość tych opowieści jest prawdziwa, albowiem Tharnowie z upodobaniem spożywają wydarte z ciał serca swych ofiar - dla nich jednak akt ów nie jest niczym bardziej wstrząsającym od zjedzenia serca upolowanej przez siebie zwierzyny, czy to czworo czy dwunożnej. Będąc ludem prymitywnym i niezwykle przesądnym, Tharnowie zwykli od niepamiętnych czasów praktykować szamanistyczną magię krwi.
Już za czasów starożytnych zmagań z menickimi królami-kapłanami Tharnowie odkryli sekret czerpania energii z życiowej esencji innych istot i sztukę przeistaczania się w wynaturzone drapieżniki stanowiące równorzędnego przeciwnika dla każdej zwyczajnej bestii żyjącej w dziczy. Pożywiając się w ceremonialny sposób ciałami swych ofiar, zwykli czerpać z tego bluźnierczego aktu duchową moc. Pierwsi szamani odkryli, że poprzez zjedzenie bijącego wciąż serca mogli wchłaniać ukrytą w krwi siłę pokonanego. Doskonaląc sztukę magii krwi, z biegiem setek i tysięcy lat przysporzyli swemu ludowi całkowicie zasłużonej reputacji zwyrodniałych potworów zdolnych do każdego aktu bestialstwa.
Kiedy szamanistyczne praktyki stały się elementem życia codziennego Tharnów, obsesyjna wiara w magiczną moc krwi położyła podwaliny pod unikatową plemienną kulturę. Każdy biegły w praktykowaniu magii krwi wojownik zwykł spożywać części ciała pokonanych wrogów, kobiety Tharnów zaś jęły doskonalić sztukę czerpania mocy z upuszczanej krwi. W ten sposób rytualny kanibalizm oraz magia krwi scementowały trwale więź pomiędzy Tharnami i ich odstręczającym niebiańskim patronem, Żmijem.
Przestali być ludźmi w zwyczajowym tego słowa znaczeniu, wkraczając na ścieżkę przybliżającą ich do doskonałego drapieżcy, któremu oddawali cześć.
Interesującym aspektem ich wierzeń jest naturalne oczekiwanie, że polegli wojownicy zostaną spożyci przez swoich ziomków. Podczas gdy nieśmiertelna dusza takiego Tharna trafia na niebiańskie terytoria łowieckie, jego ciało winno przywrócić plemieniu utraconą poprzez śmierć siłę - poprzez ceremonialny akt kanibalizmu właśnie. Praktykując ów obyczaj Tharnowie uczynią wszystko, by unieść z pola walki ciała poległych pobratymców, w najgorszym zaś przypadku ich wydarte z piersi serca. Wyjątkiem są jedynie te przypadki, kiedy barbarzyńcy natrafią na zwłoki ziomka stanowiące źródło pożywienia dla wron bądź innych padlinożerców. Ptaki żerujące na trupach to niechybny znak, że Żmij zagarnął esencję życiową zabitego dla siebie i że należy odstąpić od odrażającego ceremoniału. Powściągliwość ta dotyczy wyłącznie naturalnych padlinożerców, toteż sprofanowanie ciała martwego barbarzyńcy przez rozumną istotę częstokroć oznacza ściągnięcie na jej głowę strasznego i nieprzejednanego gniewu całego plemienia - Tharnowie gotowi są zerwać wieloletnie sojusze po to, by wywrzeć potworną zemstę na tych, którzy wydarli z niekończącego się cyklu któregoś z ich ziomków.
c.d.n.
[/center]
[/center]
[/center]