Post
autor: Keth » 28 września 2011, 22:02
Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
Gdzieś z przodu ciemność nocy rozjaśniła znienacka smuga światła, która nie mogła być w opinii Katańczyka niczym innym jak tylko rzuconym przez jakiegoś czarodzieja magicznym pociskiem. Smuga ta zgasła, kiedy kulka światła uderzyła z suchym trzaskiem w któregoś z tarasujących drogę ucieczki jeźdźców i ponad tłumem ludzi poniósł się godny jaskiniowego niedźwiedzia ryk poparzonego nieszczęśnika, Moriento jednakże już na to nie zważał, przyglądając się zmrużonymi oczami dygoczącej w zastraszający sposób stercie drewnianych skrzyń. Cała piramida runęła znienacka z przeraźliwym hukiem, przygniatając pośród głośnych wrzasków zaskoczenia kilku drabów i najdalej ku ścianie wysuniętego miejskiego strażnika, jedna jednak skrzynia nie uderzyła wcale w powierzchnię nabrzeża, tylko unosząc się wciąż w niewytłumaczalny sposób w powietrzu śmignęła w bok, w poprzek szyku próbując się zatrzymać tłuszczy i lądując na grzbiecie mieszczanina, który wciąż trzymał w uścisku kołnierz wierzgającego szaleńczo Goldastha.
Tahargarczyk wrzasnął wniebogłosy, powodowany nie tyle bólem, co szczerą grozą. Skrzynia rozleciała się na jego grzbiecie na kawałki, on sam zaś stracił równowagę i poleciał w bok, ku krawędzi nabrzeża, jakby pchany z niewidzialną siłą przez wciąż przylegające do jego ciała drewniane klepki.
Uczestniczący w pościgu mieszczanie powpadali na siebie próbując a to uskoczyć przed spadającymi im na głowy skrzyniami na ryby, a to wlepiając wzrok w swego kamrata, który wrzasnął jeszcze głośniej, kiedy pod stopami rozwarła mu się znienacka pustka. Wypadł pośród tego wrzasku poza skraj nabrzeża i chlupnął z donośnym dźwiękiem rozbryzgiwanej wody w brudną toń portowego basenu.
- Czarownik! - krzyknął ktoś głosem, w którym dźwięczała trwoga, a kilkanaście innych gardeł z miejsca ten okrzyk podjęło.
- Olaboga! Znowu czary! Ogniem będą palić!
- Tamtego koniarza podpalić próbował!
- Bellu, pomiłuj, wybaw od zatracenia!
- Uciekać, mordują!
- Zamknąć gęby, do szeregu! - ostatnie krzyki płynęły z ust zdenerwowanego sierżanta straży miejskiej, nie wykazującego większego chęci do podjęcia pościgu za uciekającym chwiejnie krasnoludem - Kupić się, całej kupy czarem nie wezmą!
Wątek techniczny
Goldasth ocalony, zaklęcie wniosło spory chaos w szeregi pościgu, zaś dręczyciela krasnoluda ulokowało w widowiskowy sposób w portowym basenie. Brodacz wciąż ucieka, tym jednak razem już bez prześladowców siedzących mu na karku. Tłuszcza widziała zarówno latające wbrew prawom natury skrzynie jak i Magiczny Pocisk Hariquiela, toteż animusz opuścił motłoch tak samo szybko jak go wcześniej ogarnął. Strażnicy miejscy wstrzymali pogoń chcąc rozeznać sytuację taktyczną (a najpewniej grając w ten sposób na czasie, bo przecież nie wiedzą, z jak biegłym w swym kunszcie czarodziejem przyszło im stawać w szranki). Osmundczycy są zatem chwilowo bezpieczni z tej strony, ale wciąż mają na głowie konnicę, zaś sam Moriento musi zdecydować, co dalej: jeśli pozostanie w tłumku, szansa na odpłynięcie statkiem zmaleje pewnie do zera, jeśli zaś runie za uciekinierami, być może zainicjuje swym czynem heroiczną szarżę Tabadańczyków, którzy pójdą do przodu zachęceni jego bohaterską postawą!